Wróć do katalogu

Kompania D cz 4 pt Normandzka posiadłość

Załamuje się aliancki atak na Caen. Kompania gubi się i zostaje odizolowana, znajdują pewien dworek. zajmują go i postanawiają bronić do czasu przybycia odsieczy.

Bam, opublikowano , 42 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

...Dochodziła godzina 18:00, słonce powoli przesuwało się po nieboskłonie. Siedzieliśmy na kilku skrzyniach z amunicją. Damian ostrzył bagnet używając do tego znalezionego nieopodal kamienia. Większość chłopaków zażywała promieni słonecznych, korzystając z ostatnich wolnych chwil. Czekaliśmy na ciężarówkę, która miała nas zabrać na plaże. Przyszedł do nas Krzysiu, miał całą nogę zabandażowaną i trochę kulał. Stanął przede mną i powiedział że wyszedł ze szpitala na własne życzenie. Spojrzałem na niego <<chce być z wami i walczyć>> powiedział stanowczym i bardzo przekonującym głosem. Wywarło to na mnie dość silne i pozytywne wrażenie. Będąc szczerym, to jest on ostatnia osobą, u której spodziewałbym się takiego zachowania. Miłe rozczarowanie. Przyjąłem go z otwartymi ramionami. Chłopaki patrzyli na niego z niedowierzaniem, jak zwykle poleciało kilka drobnych docinków pod jego adresem, ale to już standard. Siedzieliśmy i się nudziliśmy, Leszkowi zaczęło chyba odbijać z braku zajęcia, ponieważ zaczął gonić i łapać muchy. Wymieniłem się spojrzeniami ze wszystkimi i postanowiliśmy pozostawić to bez komentarza. Kiedy już myślałem, że umrzemy tu z nudów, pojawił się Studebaker. Nareszcie po nas przyjechali, z szoferki wyszedł gościu bez zębów. Podszedł do mnie i mruknął<<D>>. Kiwnąłem na tak. Machnął ręką byśmy weszli do ciężarówki, zaś sam gdzieś poszedł. Zwerbowałem chłopaków, co było trudnym przedsięwzięciem, lenie niechętnie wstawali. Janek pomógł podnieść się Krzysiowi. Jednakże by zapakować go na pakę, to chętnych już nie było. Marek: Damian Damian: Co? Marek: Idź Damiana: Gdzie? Marek: Pomóc swojemu towarzyszowi Damian: Że niby co? Marek: Głuchy nie jesteś, powtarzać nie będę. Damian: Nic nie musisz powtarzać, teraz ja ci coś powiem... pierdol sie! Marek: Chyba się przesłyszałem. Po pierwsze jak ty się do dowódcy odzywasz, a po drugie odmawiasz wykonania rozkazu, tak? Damian: Nie będę podnosić tego tłustego dupska. Marek: Odbieram to jako niesubordynacje Damian: to nie jest niesubordynacja, tylko troska o własne życie i zdrowie!!! Marek: aaaa... co ci grozi? Damian: Nie chciej wiedzieć, ale dobra nie będę się kłócić jak coś mi się stanie to będzie twoja wina. Zszedł powoli, bardzo niechętnie z ciężarówki i stanął za Krzysiem. Janek Podał mu rękę i zaczął go wciągać na górę. Damian pchał Krzysia od spodu. Gdy już prawie całego wciągnęli na ciężarówkę, Coś sie stało. Krzysiu: Ups... puściłem bąka. Damian: Ty świnio, kurwa już po mnie! Aaaa... Janek: Damian luzuj hehehe Marek: łooooo ale poszło.... Krzysiu co żeś jadł w tym szpitalu? Krzysiu: fasolkę... ale tylko sześć racji. Marek: No pewnie co to sześć racji. Damian: Mówiłem... kurw... kto ci w ogóle tyle żarcia dał ?! Marek: Dobra, wbijaj bo bucu wraca. Damian: Ale sztynk! ufff... Kierowca wsiadł do szoferki, nawet nas nie uprzedził, tylko ruszył. Wszyscy stali, wiec jak dodał gazu to zdrowo polecieliśmy. Łuki zapukał mu na dach i opieprzył drania. Jego jedyną reakcją było przyspieszenie. Nie pamiętam o której wyjechaliśmy i o której dotarliśmy na plażę, jednakże jak już tam dotarliśmy, nie było dla nas miłych informacji. Na miejscu podszedł do mnie jakiś generał. Oznajmił, że z bliżej nieokreślonych przyczyn ruszamy dopiero gdzieś koło 22:00. Tyle czekania i dalej chuja będziemy robić. Każdy z nas gdzieś poszedł, ja udałem się na spacer wzdłuż plaży. Myślałem wciąż o tym co się wydarzyło w przeciągu minionych 24 godzin. Z dość dużą dawką niepewności spoglądałem w przyszłość, co tu dużo mówić – bałem sie, zapewne jak każdy z moich ludzi. Rozkazy dostaniemy dopiero jutro, wiec nie mam pojęcia jakie przydzielą nam zadanie. Oby tylko dało radę mu podołać. Wreszcie na kontynencie, tyle czasu mnie tu nie było. Europo... przybyliśmy by wyzwolić cię spod jarzma tarana. Tak daleko od kraju... .Ciągle nękają mnie te myśli, jedne i te same na okrągło. Wreszcie wybiła 22:00, wszyscy byliśmy w niebo wzięci, nareszcie ruszymy swoje zwłoki. Kazano nam wsiadać do barki. Pozwolono nawet wybrać sobie z licznych będących na plaży jednostek, tak jakby była w nich jakaś różnica. Powiedziano również, że mamy trzymać sie dość blisko linii brzegowej, by się nie zgubić. Oraz poinformowano o tym, iż nie ma na plażach Niemców, wiec się nie mamy czego bać. Tak jakbym nie wiedział. Weszliśmy do barki, za sterami usiadł Janek, ja obok niego na stanowisku karabinu maszynowego. Pomimo tego, że Janek nigdy nie kierował barką, doskonale spisał się w tej roli. Nad plażami zalęgła się mgła i jak to podczas mgły, gówno było widać. Było też dość zimno. Marek: Te zimno coś, co nie... gówno widać. Janek: Zasrana mgła żebyśmy tylko w nic nie pieprznęli. Marcin: A w co mielibyśmy pieprznąć? Marek: Nie wiadomo, taka mgła że nie widzę przodu barki. Janek: Ile już płyniemy?. Marek: Parę minut, a czemu pytasz?. Janek: Gdybym nie widział przesuwającej się wody pomyślałbym że stoimy w miejscu. Marek: hmm... panowie prześpijcie się, Janek ty też ja poprowadzę, jutro czeka nas akcja z samego rana. Wszyscy zasnęli. Gdzieś za dwie godziny miał mnie zastąpić Łuki. Tuż przed zmianą obudził się jeszcze Janek i Krzysiu. Zaczęliśmy rozmawiać i nawet nie spostrzegłem się, kiedy minęła kolejna godzina. W końcu oddałem stery Łukiemu a sam poszedłem spać. Gdzieś koło 2:30 Łukiego zastąpił Janek, który prowadził już do samego końca. Aby w nic nie uderzyć i z powodu mgły płynęliśmy tempem ślimaczym. Noc minęła spokojnie, bez jakichkolwiek przygód. Zostałem obudzony przez Krzysia, gdy już byliśmy blisko celu. Przetarłem mocno sklejone oczy, cholernie nie chciało mi się wstać. Leżałem przykryty czyjąś kurtką i trzęsłem się z zimna. Mgła częściowo ustąpiła, ale dalej była dość mocno ograniczona widoczność Marek: Panowie wstawać, pobudka dobijamy do brzegu!. Przybiliśmy do plaży Juno kilka minut po czwartej rano. Czekał już na nas komitet powitalny złożony z sojuszniczych wojsk kanadyjskich i brytyjskich. Wszystkie polskie kompanie, które wylądowały z desantem powietrznym czy morskim zostały skierowane w sektor brytyjsko - kanadyjski. Więc podczas ataku nasze plecy będą kryte przez rodaków. Nie wyobrażam sobie, by mógł robić to ktoś inny. Od jednej z kompanii dowiedzieliśmy się że toczone są krwawe walki w rejonie miasta Caen. W planach operacji Overlord miasto to miało być zajęte już pod koniec dnia d, coś im jednak nie wyszło z tym. Dowództwo Alianckie planowało ataki na przyczółki i główne rejony koncentracji niemieckiej obrony. Lecz jak na dzisiaj, celem było zajęcie głównej drogi do miasta i w miarę możliwości bezpośredni atak na nie.. Zażarte walki toczyły się już w odległości dziesięciu kilometrów od jego granic. Dostaliśmy rozkaz od dowództwa ażeby razem z resztą wojsk polskich zaatakować ze strony północno-wschodniej. W sumie było 8 kompani czyli około 600 ludzi i ze 16 Shermanów, reszta polskich wojsk atakowała ze wschodu. W niedalekiej odległości od nas miały nacierać brytyjskie wojska, było ich ok 1600 żołnierzy i 8 Shermanów Firefly. Stanowiły dla nas wsparcie, które w razie kłopotów miało nam przyjść z pomocą. Atak został zaplanowany na 7:00. Mieliśmy parę godzin na umycie się, zjedzenie czegoś i odpoczynek. Półtorej godziny po nas przybyły nasze sanitariuszki, nie będę kłamał, że była to wątpliwa przyjemność. Nie miałem ochoty na nie mającą celu konwersację, niestety same się wpieprzyły. Jedna, dość duża, którą nazywaliśmy Wolnik, od razu zaczęła się wypytywać o swojego chłopaka Szewieczka. Ktoś musiał jej powiedzieć co się stało. Jako, że byłem dowódca kompanii, ten obowiązek spoczywał na mnie. Stanąłem przed nią<<Słuchaj no, jakbym ci mógł to powiedzieć... no nie zobaczycie sie już>>. Spojrzała na mnie wzrokiem zabójcy <<jak to, co się stało?>>. Dość niechętnie odparłem<< Miał pecha podczas ataku na...>> Jej płacz, nie pozwolił mi na dokończenie. Koleżanki zaczęły ją pocieszać. Do mnie zaś podeszła modelka (bynajmniej za nią się uważała) i powiedziała, że jesteśmy bandą skurwysynów i byśmy przestali robić sobie żarty, bo to poważna sprawa. Nic nie powiedziałem, tylko kazałem jej samej zobaczyć. Po jakimś czasie przyszła do mnie, przeprosiła za swoje zachowanie. Nic nie odpowiedziałem, ponieważ nie miałem zamiaru tłumaczyć jej rzeczy oczywistych. Szybkimi krokami zbliżała się godzina ataku. Gdzieś koło 6:30, poszliśmy zaopatrzyć sie w amunicję, której dość sporo będziemy potrzebowali, jeżeli mamy zamiar wykurzyć Niemców. Janek wziął aż dwadzieścia magazynków do swojego BAR-a ( Browning Automatic Rifle), którego miał jeszcze od czasów kampanii wrześniowej. Praktycznie nie rozstawał się z nim. Przez całą naszą drogę, po przegranej wojnie z Niemcami, Janek i jego BAR byli cały czas razem. Aż do czasu, kiedy to trafiliśmy do Ameryki. Tam chciano mu go odebrać, nie muszę mówić, że chłopak na to nie pozwolił. Był niezły dym z tego powodu. Trafiliśmy nawet do więzienia na jakiś czas, ale ostatecznie wszystko się dobrze skończyło. Jak człowiek może mocno zżyć się ze swoja bronią, ze zwykłym przedmiotem. Mój karabin został rozjechany przez niemiecki czołg podczas największej bitwy w kampanii wrześniowej nad Bzurą. Cholernie odczułem jego stratę. Może to i śmieszne ale w walce ten karabin staje się wszystkim, dosłownie. Bez niego nie dalibyśmy rady wygrać którejkolwiek z bitew, nie moglibyśmy nawet stawić czoła wrogowi. Piętnaście minut przed natarciem, wyruszyliśmy na nasze pozycje wyjściowe. Dokładnie o 7:00 nad naszymi głowami zaczęto gwizdać na znak ataku. Ruszyliśmy – wreszcie w żywiole. Biegliśmy wzdłuż drogi, po której poruszały sie w kolumnie nasze czołgi. Zaczęliśmy ładować i odbezpieczać bronie. Przebiegliśmy kilkaset metrów, jako że mieliśmy chronić flanki naszych czołgów, skierowałem się bardziej na zachód. Przeszliśmy jakieś krzewy i napotkaliśmy niemiecki patrol. Otworzyłem ogień. Szkopy zeskoczyły z transportera. Każdy z nas schował się za jakąś przeszkodą. Próbowaliśmy utworzyć ogień zaporowy, jednak szkopy miały większą siłę ognia, z której na początku nie korzystali. Potem jeden z nich się skapnął i wskoczył na transporter, chwytając za pokładowy karabin maszynowy mg42. To skutecznie przybiło nas do ziemi. Szwaby próbowały obejść nasze pozycje i po części udawało im sie to. Ktoś rzucił granatem w stronę transportera, mając nadzieje, że wpadnie do środka. Niestety ten sie odbił i nie spowodował żadnych szkód. Najgorzej mieli się ci, którzy byli pochowani za krzakami. Ja byłem za małym pagórkiem. Raz na jakiś czas wystawiałem się by oddać strzał, który był tak naprawdę strzelany na ślepo. Po dość długiej patowej sytuacji, na bocznej drodze pojawił się Sherman Firefly. Dobrze, że Brytyjczycy nacierają z nami. Mieliśmy szczęście, że właśnie tędy przeprawiały sie ich jednostki. Czołg zniszczył transporter, co wprowadziło szkopów w dezorientację. To była dla nas szansa. Zaczęli się powoli wycofywać, my zaś atakować. Wstałem i otworzyłem ogień, reszta zaczęła biec w ich stronę. Zabiłem może z dwóch, resztę dopadła moja ekipa. Brytyjski czołg ruszył dalej drogą. Parę metrów przed nami skręcił na skrzyżowaniu. Postanowiłem, że odwdzięczymy się mu za uratowanie życia i będziemy go osłaniać. Tyle co o tym pomyślałem, czołg dostał z pancerfausta. Pocisk wyleciał z małej stodoły. Było w niej może kilkunastu szwabów. Podbiegliśmy pod nią i wrzuciliśmy do środka kilka granatów. Paru Niemcom udało się wybiec, a reszta zginęła w środku. Ci którzy wyszli na zewnątrz, padli ofiarą Janka i Pawła. Wszedłem na zniszczony czołg, by sprawdzić czy ktoś przeżył. Podniosłem właz i zobaczyłem dwie, całe pokryte krwią sylwetki. Wiedziałem, że nikomu nie udało się przetrwać. Zeskoczyłem i dołączyłem do swoich. Jakiś czas później,wśród gęstych zarośli zauważyłem dach, postanowiłem że zbadamy to miejsce. Doszliśmy do kamiennego murku, który był ogrodzeniem tej normandzkiej posiadłości. Był to wspaniały, bardzo okazały dworek, zapewne kiedyś był domem jakiegoś normandzkiego księcia, albo kogoś podobnego. Byłem zdumiony faktem, że stał całkiem nie naruszony, w centrum działań wojennych. Szkopy lubią takie chaty, wiec zapewne są i w tej. Miałem rację, gdy tylko przeskoczyliśmy przez płot, z okien otworzono do nas ogień. Dworek miał dwa pietra. Z Obydwu do nas strzelano. Nie miałem wyboru, trzeba było oczyścić go ze szwabów, aby móc przeć dalej. Wejście znajdowało sie po drugiej stronie, jakoś musieliśmy do niego dojść. Korzystaliśmy z krzaków i drzew, oraz mniejszych zabudowań, które stały w ogrodzie, aby dostać sie na front budynku. Znaleźliśmy się przy szopie, w środku znajdowało sie kilku Niemców. Z początku nie zauważyliśmy ich, dopiero wtedy, gdy przed moimi oczami wyleciał granat z okna. Momentalnie mnie cofnęło, Adi podbiegł i chwycił go, odrzucając z powrotem przez okno. Wybuchł, nikogo nie raniąc, bowiem nieprzyjaciel zdołał uciec ze środka tuż przed wybuchem. Nieszczęśnicy wybiegli wprost pod lufy naszych karabinów. Jeden z nich dostał ode mnie centralnie między oczy i padł mi do stóp. Jakoś udało nam się przejść ogród, obejść dom i znaleźliśmy sie kilka metrów od głównych drzwi. Z tej strony okna były zabite dechami, nie wiem czy to Niemcy zrobili czy właściciele ale mniejsza o to. W każdym bądź razie drzwi również były zabarykadowane. Zawołałem kogoś, by przyleciał do mnie z ładunkiem wybuchowym. Podbiegł Łuki, założył go i odsunęliśmy się na bezpieczną odległość. Drzwi wyleciały w powietrze z ogromnym hukiem, pełno połamanych części drewna walało sie teraz przed wejściem, drzwi były wykonane z twardego dębu. Podbiegliśmy do niego, wychyliłem się. Na przeciw mnie były schody, na których stał mg42. Jego załoga od razu otworzyła ogień, na szczęście dla mnie na czas schowałem swój łeb. Jedynym wyjściem było rzucenie do środka granatów, które przy odrobinie szczęścia wylądują tuż pod karabinem, zabijając żołnierzy. Wyjąłem zawleczkę i wykonałem obrót o 180 stopni, rzucając go do środka. Niestety ten wpadł co prawda na schody, jednakże sturlał się z nich nie czyniąc szkody znajdującej sie na schodach załodze mg42. Trzeba było coś by go unicestwić, tak aby nikt z mojej kompanii nie ucierpiał. Przez chwile szukałem najlepszego wyjścia. Wybrałem to, które łączyło się z dość dużym ryzykiem. Postanowiłem, że uderzymy bezpośrednio pod osłoną granatu dymnego. Plan był prosty rzucamy granat dymny, czekamy do czasu aż dym pokryje hol, rzucamy granaty odłamkowe, które przy pomocy szczęścia zlikwidują Niemców na schodach, po czym ruszamy do akcji my. Było to dość ryzykowne, ponieważ przez dym możemy nie widzieć siebie i sami się pozbijać, albo pogubić się i paść ofiarą Niemców. Cóż nie było innego wyjścia na chwilę obecną. No i zaczęliśmy, granat dymny eksplodował i zaczął pokrywać całe pomieszczenie, po czym wrzuciliśmy kilka odłamkowych. Po serii wybuchów wkroczyliśmy do środka. Biegliśmy od drzwi do kątów holu, tak by wzajemnie sie ubezpieczać. Przystanąłem na chwile, tuż przy schodach po ich lewej stronie za poręczą. Rozejrzałem sie wokoło i przez unoszący się dym mogłem dojrzeć pełno pięknych obrazów i rzeźb. Nie był to byle jaki dom, był tu widoczny przepych i bogactwo. Aż dziw, że Niemcy jeszcze wszystkiego nie wywieźli. Udało nam się bez ciężkiej walki opanować hol i schody na górę. Na parterze było jeszcze kilka pokoi, logicznym jest, że musimy je sprawdzić. Podzieliliśmy się na dwie równe grupy. Ja poprowadziłem jedna po pokojach. Druga pozostała przy schodach, na wypadek jakby zaczęli z góry Niemcy zbiegać. Wszedłem do kuchni, po drugiej jej stronie za dużym blatem było kilku szwabów. Z początku nas nie widzieli, co też dało nam możliwość wejścia do niej. Gdy już nas dostrzegli, zaczęli z nami prowadzić ostrą wymianę ognia. Tonduś, powiedział mi, że sam sobie z nimi poradzi, po czym wstał i ruszył w ich kierunku. Było to maksymalnie głupie posunięcie z jego strony, ponieważ dostał i upadł niedaleko mnie. Nie wiem co nim w tym momencie pokierowało. Może chciał się przed nami popisać... cóż nie mam co gdybać. Teraz musiałem znaleźć sposób aby wyciągnąć go i oddać w ręce sanitariuszek, które cały czas szły za nami i teraz są w holu wraz z resztą kompanii. Ktoś z grupy rzucił granat w kierunku nieprzyjaciela. Dało mi to czas, by zwinąć Tondusia, za szafkę. Łuki pomógł mi załadować go na plecy, po czym wyszedłem z kuchni. Gdy doszedłem do schodów w holu, sanitariuszek nie było. Ktoś powiedział mi, że weszły do piwnicy i wskazał mi drzwi. Zeszedłem po schodach, położyłem Tondusia na ziemi. Nie zdołałem nawet spokojnie się odsunąć i prawie bym upadł, kiedy wszystkie się zleciały. Przez chwilę pobyłem z nimi i wsłuchiwałem się w ich teksty, które wychwalały jego dzielność i odwagę. Wyglądało to tak, jakby tylko on brał udział w tej bitwie, a reszty nie było. Wydaje mi się, że wynikało to z faktu, iż tylko może trzy osoby miały dobry kontakt z nimi, był to Szewieczek, Tonduś i Adi, chociaż on nie tak bardzo jak pozostała dwójka. Ja zaś i reszta kompanii uważaliśmy, że są... jakby to lekko ująć... rypnięte? Tak to będzie dobre. Kontynuując więc swoja myśl, nie mieliśmy z nimi dobrych relacji, ponieważ one same były dla nas po prostu chamskie. Nie wiem od czego to zależało. Ten fakt był dla mnie dość niepokojący, ponieważ byłem ciągle przekonany, że jeżeli będzie to ktoś inny to one nie udzielą mu pomocy. Jeśli tak by się stało to nie zaryzykuje stwierdzenia, iż cała kompania by się z nimi rozliczyła, coś ala sąd polowy z ekspresowym wyrokiem. Wróciłem na górę, z wyższych kondygnacji zaczęły zbiegać Niemcy. Jak na razie chłopaki dawali sobie rade z nimi. W kuchni zaś sytuacja była całkowicie opanowana. Dołączyłem do reszty, która po jej zajęciu przegrupowała sie do salonu i jadalni. Tutaj stawiła opór mała grupka Niemców, którzy widząc, że przegrywają, uciekli przez okno. Pozwoliliśmy im uciec i był to nasz błąd. Ponieważ ta garstka wezwała później wsparcie, które stanowiło dla nas nie lada wyzwanie. Po salonie sprawdziliśmy jeszcze pozostałe pokoje na parterze, dla stu procentowej pewności. Wróciliśmy do holu, na którym panował spokój. Zebrałem wszystkich do siebie. Ci, którzy bronili schodów, opowiedzieli mi o przebiegu walki. Sądząc po widoku ofiar, szkopów dość dużo kosztowała próba pokonania ich. Więc miałem podstawy by myśleć, iż nie pozostało ich dużo na pozostałych pietrach. Nie zwlekając dłużej ruszyliśmy na górę. Na klatce schodowej był spokój, na korytarzach również. Uderzyłem jedne drzwi za pomocą kolby, otwierając je. Przede mną siedział Niemiec na... sraczu, na dodatek czytał sobie coś. Spojrzeliśmy na siebie, upuścił książkę i dźwignął ręce do góry. Patrzałem przez chwile jeszcze na niego i strzeliłem dwa razy. Wygięło fryca i został siedzieć na kiblu. Do środka zajrzał Adi, który wybuchł śmiechem gdy go zobaczył. Wtedy z pokoi zaczęli wybiegać całymi garściami. Pokryliśmy się za meblami i strzelaliśmy ile się da. Nakazałem prowadzenie ognia zaporowego, sam zaś wszedłem z powrotem do ubikacji i rozejrzałem się po niej. W jednym miejscu ściana była zwężona i było to bardzo widoczne. Możliwe że były tu kiedyś drzwi, podszedłem do niej i stuknąłem dwa razy ręką. Cegła – więc nie obejdzie się bez ukochanych ładunków wybuchowych. Chciałem zrobić dziurę, która być może nam pomoże w walce. Adi podał mi ładunek, założyłem go i oboje wybiegliśmy z niej. Po chwili nastąpiła eksplozja. Na korytarz przedostał się pył i kurz wzniesiony przez wybuch. Przez jakiś czas mieliśmy zasłonę, wiec wszyscy wbiegliśmy do ubikacji i przeszliśmy przez dziurę w ścianie. Znaleźliśmy się w dość dużej sypialni. Przez otwarte drzwi, dojrzałem kilku przebiegających Niemców. Zdałem sobie sprawę iż jesteśmy w niewygodnym położeniu, ponieważ korytarz biegł na około budynku i szkopy mogły nas zachodzić od ubikacji i od strony sypialnych drzwi. Nie miałem zamiaru czekać na rozwój niekorzystnych wydarzeń, podbiegłem do drzwi, Łukiemu, Pełce i Kafli kazałem pilnować wejścia od strony ubikacji. Potknąłem sie o coś i połową ciała wyleciałem na korytarz, opierając się o framugę drzwi. Przede mną stali ci Niemcy, których wcześniej widziałem. Zetknęliśmy się wzrokiem, ujrzałem jak jeden z nich podnosi karabin do góry. Nie zdążyłem sie schować na czas. Szkop wystrzelił ze swojej broni, którą był Kar 98K. Dostałem kilka centymetrów nad wątrobą. Jedyne co zdołałem zrobić przed upadkiem to przechylić się w stronę pokoju, by nie upaść przed frycami. Kiedy upadłem, podbiegł do mnie Leszek z Krzysiem i przeciągli na koniec pokoju. Janek natychmiastowo przejął dowodzenie i wyszedł z chłopakami na korytarz by go oczyścić. Zaś mnie na dół pod osłoną reszty zniósł Łuki z Przemkiem. Po drodze zacząłem majaczyć i wołać o pomstę do nieba. W pewnym…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych