Koniczyna Leprekauna
Opowiadanie fantasy, w którym ze zwykłego życia 13-letniego zagubionego chłopca, który ma problemy w domu przenosimy się do świata w którym panuję król Gerard a teże jego poddany - łucznik Mephal...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Koniczyna Leprekauna”
Marcina obudziły pierwsze promienie, wschodzącego nad Wilczkowicami, czerwcowego słońca. Ten dzień wydawał się inny od poprzednich. Przepełniony wonią maciejek i wilgotnym zapachem pobliskiego lasu. Błogiej ciszy akompaniowały wszelkiego rodzaju owady i ptaki. Gdzieś daleko poszczekiwał jeden z miejscowych burków. Wilczkowice powoli otwierały swe powieki ze snu... W domu Marcina także panowała cisza. Chłopiec jak zawsze rano wpatrywał się w obraz św. Panienki, wiszący nad drzwiami. Codzienni budził się pierwszy z całej rodziny. Dzisiaj jednak nie wstał od razu. Czekał aż ojciec wyjedzie do mleczarni. Nie chciał go bowiem spotkać, w obawie, że dostanie pasem za wczorajsze świadectwo ukończenia pierwszej klasy gimnazjum. Nagle usłyszał skrzypnięcie drzwi, a po chwili głosy obojga rodziców. Ojciec najwyraźniej był zdenerwowany. Warczał cos pod nosem i krzątał się głośno po kuchni, co oznaczało, że zaraz wybuchnie. Marcin usłyszał kroki zbliżające się do jego pokoju. Zamarł w bezruchu. Wstrzymał oddech, a jego ręce całe drżały. Z czoła spływały kropelki gorącego potu. Tysiące myśli przemykało mu przez głowę. Bał się. Skuliwszy się w kłębek, przykrył się cały kołdrą i złożył ręce do modlitwy, bez ustanku patrząc w stronę świętego obrazka i drzwi, które lada moment najwyraźniej otworzą się z hukiem. Zaczął się cichutko modlić, drżącym głosem wymawiał sylabicznie pierwsze słowa „Zdrowaś Maryjo”. Kroki były coraz bliżej. Trzeszcząca podłoga dawała znak, że ojciec jest już coraz bliżej. Skrzypienie ustało. Mężczyzna stał za drzwiami. Mimo, ze nie wszedł do pokoju, chłopiec czuł na sobie jego gniewny, zimny oddech i żelazną rękę. Skulił się jeszcze bardziej i zamknął oczy. Pragnął znaleźć się gdzieś daleko, w krainie tęczowych jednorożców i elfów. Żył w tym książkowym świecie cały. Dniami i nocami mógł czytać niesamowite opowieści. Jednak znajdował się tu i teraz. Sam, bezbronny w chłodnym pokoju, czekając na bolesny wyrok ojca. Tak bardzo chciał wypowiedzieć jakieś zaklęcie aby móc zniknąć jak Mephal w jego ulubionej książce. Ojciec już naciskał klamkę, kiedy zatrzymała go kobieca ręka, należąca do matki chłopca.
- Nie budź go teraz – powiedziała spokojnie i dźwięcznie, wiedząc, że jej nerwy wywierają na mężu jeszcze większą złość – porozmawiasz z nim po południu, uspokoisz się do tego czasu. Wierz mi, jemu też nie jest łatwo. Te słowa powstrzymały ojca. Oboje wrócili w ciszy do kuchni. Marcin nadal leżał nieruchomie i drżał. Odczuwał jednak ulgę i powoli uspokoił się. Z okna widział, jak ojciec wyjeżdża do mleczarni. Ubrał się i poszedł do kuchni, zastając w niej smutna matkę, siedzącą na krześle.
- Cześć mamo – powiedział niepewnie. - Dzień dobry kochanie – wyszeptała matka ze smutkiem jak i nutką radości na widok jej ukochanego syna. – Słyszałeś wszystko prawda? - Tak mamo... - Ojciec wróci za kilka godzin, pojechał do mleczarni i chciał załatwić kilka spraw na mieście. Pójdź do sklepu i zrób zakupy. I weź od Kalisiaków dwa słoiki miodu, ja już za nie zapłaciłam wczoraj. – mówiła jak gdyby nic się nie stało. Może nie chciała do tego wracać albo myślała, że uspokoi tym syna. – Masz tu kartkę z zakupami i pamiętaj, że o 13.00 jest obiad. Chłopiec wziął kartkę i wyszedł. Droga do sklepu ciągnęła się trzy kilometry, mijając gospodarstwa i łąki. Nie zaszedł daleko, kiedy przystanął i skręcił w wąziutką ścieżkę, prowadzącą na leśna polanę z niewielką rzeczną zatoczką i niesamowicie wielkim kamieniem, na którym uwielbiał leżeć i wpatrywać się w niebo. Przyglądać się białym chmurom i wyobrażać sobie, co przypominają. Tutaj topił wszystkie swoje smutki i radości. Ułożył się na chłodnym z rana kamieniu i spojrzał w niebo. Było czyste. Nie widać było ani jednej puszystej chmurki. Jego błękit dawał chłopcu spokój i opanowanie. Marcin zamknął oczy. Słuchał nad sobą śpiewu ptaków i szelestu ogromnych sosnowych gałęzi. Szmer chlupocącej wody, rozbijającej się łagodnie o wystające kamienie, uspokajał go powoli. Czuł się bezpiecznie. Wiedział, że tutaj nic mu się nie stanie. Pragnął tu zostać już na zawsze. Codziennie słuchać i oglądać przyrodę, nie czuć strachu przed ojcem... chciał zmienić się w beztroskiego ptaka, który szybuje po niebie i ogląda wszystko z góry. Być wolnym tak jak on i śpiewać poranną melodię na powitanie dnia, z dala od ludzi. Podziwiać naturę, bawić się z gałązkami świerka i chować za drobnymi listkami brzozy, która cichutka śpiewa na wietrze piosenkę. Być jej przyjacielem i zachwycać się jej czystym i dźwięcznym głosem. Bawić się w berka razem z wiatrem i tańczyć z promieniami zachodzącego słońca. Albo być wiewiórką i skakać z gałęzi na gałąź. Przewracać bystro swoimi mądrymi oczkami i szczycić się pięknym ogonem. Zjadać orzechy i zabawiać się, podrzucając do góry maleńkie szyszki... Albo też żyć na dworze Króla Gerarda i wyjeżdżać na polowania z Mephalem, uczyć się magii i posługiwania mieczem... Marzenia pochłonęły go całkowicie. Rysy twarzy stały się bardziej delikatne, rozluźniły się. Leżał na kamieniu swobodnie, bez najmniejszego zdenerwowania. Chłonął czyste powietrze oddychając głęboko, pełną piersią. Był spokojny i wyciszony. Na ustach wyraźnie zaznaczył się błogi uśmiech, który tworzył mu na policzkach maleńkie dołeczki. Skóra nabrała koloru. Ciemna cera i delikatne rumieńce harmonizowały z kruczoczarnymi, rozwichrzonymi włosami, które beztrosko opadały mu na czoło. Nagle usłyszał jakieś glosy. Zerwał się na równe nogi. Jego oczy ujrzały cos niezwykłego. Polana zamieniła się w jaskrawo zielona połać z setkami kolorowych kwiatów, mieniących się najprawdziwszym złotem. Rzeczka przyspieszyła swój prąd, szumiała chłopcu w uszach, a sosny zamieniły się w drzewa liściaste. Soczysta zieleń niemalże wypływała z liści. Korony drzew mieniły się srebrem i drogocennymi kamieniami. Zwierząt, jakie tam były, nie widział nigdy na oczy. Pomalowane jakby akwarelami lsniły wszystkimi kolorami tęczy. Jego…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil patinka246
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…