Kopalnia
Przygoda Strażnika, który został wysłany na lodową planetę przez Agencję Ochrony w celu odbicia punktu wydobywczego z rąk piratów kosmicznych.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Położyłem swój pistolet na stole. Wokół grobowa cisza. Pusta sala zdawała się opowiadać o debatach, jakie tu się odbywały. O tak… Lubiłem to miejsce, gdy były tu narady w sytuacjach kryzysowych. A teraz? Dziś nie ma w niej krzty uroku. Nic się poważnego w imperium nie dzieje, to i sala pusta. Ekrany na ścianach wciąż wyświetlały herb agencji – galaktyka objęta rękoma jakiegoś kosmity. Byłem dumny, że mogłem ja nosić na piersi. Jeszcze kilka dni temu to pomieszczenie tętniło życiem. Afera na skalę międzygatunkową wstrząsnęła i postawiła wszystkich na nogi. Jak najszybciej poczyniono odpowiednie działania, aby zażegnać ten problem. Gdzie ja wtedy byłem? Cóż… Osoby obecne w czasie obrad są graczami, a tacy jak ja – pionkami w ich dłoniach. Tak, jestem Strażnikiem. Może nie należę do parszywych brutali, bandytów i płatnych zabójców, choć stoję z nimi ramię w ramię w szeregu. Różni mnie od nich jedna cecha: mam sumienie.
Cała ta popaprana sprawa wyglądała tak: Pewna garstka niezidentyfikowanych i bliżej nieznanych piratów kosmicznych zaatakowała niewielki punkt wydobywczy na Barbados – lodowej planecie w celu wzbogacenia się. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie to, że owa garstka na dwóch transportowcach bojowych typu StarCat przetrzebiła oddziały robotów ochronnych i przejęła kopalnię, pomimo miażdżącej przewagi załogi punktu wydobywczego. Mięli w swych rękach jeńców; górników z kopalni. Było ich co najmniej trzydziestu. Nie otrzymaliśmy od nich żadnych transmisji tudzież przekazów po bitwie; wszystkie sygnały zamilkły. Do dziś nie wiem, jakim cudem dokonali tak heroicznego zwycięstwa. W każdym bądź razie na pierwszy front poszedłem wraz z moim przyjacielem z dawnych lat – Aaronem Xardaxinem – oraz dwudziestoma doświadczonymi androidami nazywanymi w naszych kręgach „puszkami”.
I tak, siedzę obok swego kompana w pełnej zbroi taktycznej koloru białego, w kabinie pasażerskiej transportowca bojowego. Mam pulsator plazmowy na kolanach. Sześć lat temu ta łajba została ochrzczona imieniem „Goliat”. Od tamtego czasu maszyna ta zdążyła przejść osiemnaście napraw po uszkodzeniach w walce, co było widoczne wewnątrz pojazdu; w wielu miejscach znajdowały się zaspawane dziury i pęknięcia kadłuba. Aaron zabijał nudę ostrząc swoje dwa noże naraz – był istotą czwororęką.
- I co, Dawidzie, jakieś plany dotyczące wytępienia gnojków? – zapytał mnie nagle. Spojrzałem na niego. Wpatrywał się we mnie swoimi czerwonymi, kocimi ślepiami.
- Cóż… To co zwykle. Wpaść pomiędzy wrogów, trochę postrzelać i wrócić na zasłużonego drinka do mojego ulubionego baru po wykonaniu misji – odparłem.
- Popadasz w rutynę, ziemianinie. Wszystkie zlecenia przyjmujesz z coraz mniejszym entuzjazmem. Nie bawisz się robotą, tylko czekasz na jej jak najszybsze zakończenie…
- Mnie nie bawi bezlitosne mordowanie pobratymców.
- To piraci, nie pobratymcy! – warknął – Należy im się to, co oni nam robią. Pierdoleni dezerterzy którzy tylko chcą zdobywać pieniądze, nawet za wszelką cenę!
- A teraz ja ci coś powiem: Ci pierdoleni dezerterzy odegrali kluczową rolę w Bitwie o Ziemię z Braoxidami. Należy im się choć odrobinę szacunku, pomimo że są bandą popaprańców.
- Ty już ich nie porównuj do Braoxidów!! – wrzasnął Aaron wbijając oba noże w oparcia swojego fotela w przypływie wściekłości – Braoxidzi to lud – pomyłka; robaki, które przejęły podstępem technologię swoich stwórców. Na początku oni mięli być sługami, ale role się odwróciły. Teraz ową wiedzę wykorzystują do swoich chorych celów! Zniewolili dziesiątki gatunków tylko po to, by wyciskać z nich jak największe zyski. Torturują, zabijają i niszczą tylko dla zabawy i korzyści!
- Dobra, nie spieram się, masz rację. – odpowiedziałem na jego wybuch – I Braoxidzi, i piraci są źli. Należy tępić obie społeczności. Jednakże dlaczego nie można by piratów traktować trochę łagodniej? Często okazują się naszymi braćmi, i przyjaciółmi.
- Przestań pieprzyć, Dawidzie. – burknął kosmita wyrywając z swojego siedzenia wbite przed chwilą noże – Aktualny sposób najlepiej się sprawdza. Gdy jednemu zbrodniarzowi odstrzeli się głowę, następny dwa razy się zastanowi, zanim popełni ten sam czyn.
Na tych słowach zakończyła się owa rozmowa. Planeta, na którą zmierzaliśmy, obiegała czerwone słońce. Podobno w takich układach istnieje duża szansa na powstanie życia. W przypadku tego układu planetarnego organizmy żywe nie mogły wyewoluować; wokół gwiazdy krążyły cztery planety: dwa gazowe olbrzymy, jedna planeta blisko słońca – gorąca jak w piecu – oraz jedna planeta wielkości Ziemi, posiadająca dwa księżyce, z trującą atmosferą i wodą w stanie stałym. Była dość daleko od słońca. Człowiek bez odpowiedniego stroju – takiego jaki ja mam na sobie – nie miałby na niej szans przeżyć nawet dwóch minut. Ciągłe burze śnieżne, temperatury poniżej minus sześćdziesięciu stopni Celsjusza i wielkie bezkresne pustkowia lodowe czyniły z planety niegościnne miejsce. Dlaczego więc tam istniała kopalnia? Otóż pod lodem znajdowały się cenne złoża platyny, złota, diamentów i innych szlachetnych minerałów. Dlatego też stała się celem ataku piratów.
Zacząłem się już powoli nudzić tym lotem w przestrzeni kosmicznej. Podczas dwóch dni na statku zdążyłem zrobić przegląd wszystkich urządzeń i broni. W końcu dotarliśmy na miejsce; przebiliśmy pole grawitacyjne czerwonego słońca.
- Przygotować się do desantu! – dobiegło wołanie z głośników. Włączyły się puszki, po czym zeszły ze stojaków. Były dobrze wyszkolone i zaprogramowane, więc od razu ustawiły się do zrzutu, uzbroiwszy się uprzednio w karabiny plazmowe. Aaron założył pancerz ochronny z filtrem powietrza, po czym wyciągnął ze swej obszernej walizy z bronią cztery karabinki plazmowe i osiem magazynków, kilka granatów elektrostatycznych i kinetycznych, cztery noże i tarczę rozkładaną na lewą górną rękę. Ja chwyciłem za pulsator plazmowy, dwie bomby kinetyczne, niewielki nóż laserowy i parę magazynków.
- Dawidzie, słuchaj mnie uważnie. – rzekł Aaron stając obok mnie przygotowany do zrzutu – Na Barbados panują ekstremalne warunki. Temperatury sięgają w porywach minus stu stopni Celsjusza, ciągłe burze śnieżne uniemożliwiają orientację w terenie, a będące tam powietrze wypełnione jest trującymi gazami wydobywającymi się z gejzerów kwasowych rozsianych po całej planecie. Zrzut będzie trudny; statek może ulec uszkodzeniu po wejściu w tą nieprzyjazną atmosferę. Najgorsze, co grozi naszej maszynie, to zapchanie turbin pompujących powietrze do silników lądowniczych; w takim wypadku cały układ napędowy mógłby rozsadzić maszynę od środka. Musimy szybko zeskoczyć z pokładu, zanim ta łajba rozsypie się nam pod nogami. Następnie będziemy zmuszeni użyć nadajników, aby odnaleźć siebie w tej zamieci. Będziemy w stałym radiowym kontakcie, ale radzę być ostrożny – planeta ta nie jest do końca zbadana.
- To po co ktoś założył tam kopalnię, skoro warunki są tak złe? – zapytałem.
- A mało jest w galaktyce takich świrów jak my? – odpowiedział kosmita z głupawym uśmiechem. Słowa Aarona były dla mnie wystarczające, by zrozumieć powód założenia owego punktu wydobywczego na takiej planecie.
Założyliśmy na siebie plecaki rakietowe, by bezpiecznie wylądować na powierzchni planety. Spadochrony w takich zamieciach zabiłyby samych skoczków.
- W co my się wplątaliśmy? – zapytał jeden z droidów patrząc przez okienko z przerażeniem na białą planetę w którą za chwilę się wbijemy.
- W to, co zawsze. – odpowiedziałem poprawiając śluzy mocujące hełm do korpusu mojego pancerza.
- W niezłe gówno. – dokończył za mnie czwororęki kompan.
Chwyciliśmy się uchwytów w ścianach. Nieważkość zaczęła być wypierana przez siłę grawitacji planety. Zaczęło też trząść naszą łajbą. Wchodziliśmy w atmosferę. Nogi zaczęły dociskać do podłogi statku.
- Przygotować się do desantu! – dobiegło ponownie z głośników – Za czterdzieści sekund śluza się otworzy na krótką chwilę. Następnie wylecę na orbitę, i będę czekał na wasz sygnał przez dwie doby. Jeżeli nie odpowiecie, odlecę z tego układu uznając was za martwych.
- Zrozumieliśmy przekaz, autopilocie. – odpowiedziałem – Dwie doby, i ani minuty więcej?
- Ani minuty.
Śluza ze świstem dostającego się powietrza zaczęła się otwierać. Chwyciłem stery plecaka rakietowego. Bałem się, tego co nastąpi. Akcja miała trwać mniej więcej trzy godziny, ale równie dobrze z różnych powodów mogliśmy zostać uziemieni na tej planecie. Nie wiadomo tak naprawdę, co mogło nas tam spotkać.
Śluza, trzeszcząc i wibrując pod wpływem silnych podmuchów powietrza, w końcu się otwarła.
- Strzeżcie się skubańcy, bo my już lecimy!! – wrzasnął Aaron wyskakując z łajby z rozpędem. Zniknął w zamieci.
Nie czekałem. Ruszyłem w stronę rampy, po czym dużym susem zeskoczyłem z śluzy. Zrobiłem koziołka w powietrzu i zanurkowałem głową w dół w zamieć. Było zimno. Ale gdy tylko zderzyłem się z białą, wirującą masą bliżej ziemi, przeszedł mnie niemal od razu lodowaty dreszcz. Mój pancerz co prawda cały czas mnie grzał, ale to było za mało jak na takie warunki. Poczułem, że zaczęły mi drętwieć ręce i nogi z zimna. Na wbudowanym do hełmu ekranie widniała wysokość trzech tysięcy metrów.
- Byleby tylko jak najszybciej dolecieć do pięciuset metrów, a potem będzie dobrze! – pomyślałem opierając się przenikliwemu zimnu. Pejzaż się nie zmieniał – wokół tylko biała ruchoma masa powietrza wymieszana z wirującym śniegiem i lodem. Był to jeden z najtrudniejszych etapów tej misji dla mojej tężyzny fizycznej.
W końcu, gdy zacząłem całkiem zamarzać, na ekranie pojawiła się upragniona liczba „500”.
W tym momencie natychmiast odwróciłem się nogami do dołu, po czym włączyłem ciąg silników rakietowych na plecach na pełne obroty. Poczułem ciepło wychodzące z dysz. Szybko zacząłem zwalniać. Nim się obejrzałem dwa razy, moje nogi upadły na grunt.
Od razu zrobiło mi się cieplej.
Dopiero po chwili spostrzegłem, że utknąłem w białej, granulowej masie po klatkę piersiową. Co prawda ów śnieg złagodził znacznie moje lądowanie, jednakże to mi utrudniło wstanie z ziemi. Zrzuciłem plecak. Szybko wygrzebałem nogi spod śniegu, a następnie podpierając się zbędnym już bagażem wydostałem się z zaspy i spojrzałem na otoczenie. Dalej ten sam widok – biała, kłębiąca się chmura zakrywająca ponury, lodowaty świat.
- Dawid! – zawołał Aaron przez radio wbudowane do komputera pokładowego w moim pancerzu – bierz swoje manele i rusz się w moją stronę, zanim do reszty tu zamarzniemy!
Włączyłem nadajnik w swoim hełmie. Bez trudu w promieniu sześciuset metrów wykryłem wszystkich swoich kompanów. Ruszyłem w stronę czwororękiego stwora opierając się silnemu wiatru. Niecałe dwie minuty później ujrzałem sylwetkę kosmity niewyraźnie widoczną z powodu tej całej zawieruchy.
Gdy dotarłem na miejsce, siedziała tam już połowa zrzuconego oddziału.
- Jaki mamy teraz plan? – zapytałem załadowując swój pulsator.
- Dziesięć minut drogi stąd znajdują się trzy szyby połączone ze sobą tunelami. Przy każdym z szybów jest część mieszkalna. Do tego wokół jest postawiony mur obronny, jeden z nowocześniejszych na świecie, z pewnością jednak aktualnie podziurawiony jak szwajcarski ser. Naszą misją jest się dostać do owego kompleksu, po czym przeszukać wszystkie budynki.
- A nie tak czasem odbić kopalnię z rąk wroga? – zapytałem.
- Myślałem, że to jest tak oczywiste, że nie trzeba o tym nawet wspominać. – odpowiedział Aaron załadowując swoje karabinki. – W każdym bądź razie nie ma tu miejsca na błędy, a tym bardziej na porażkę. Jeżeli przekroczymy mur obronny kopalni, to już nie będzie odwrotu.
- Jeżeli spróbujemy się stąd ewakuować po nieudanej próbie przejęcia pozycji piratów, z pewnością wróg zestrzeli naszego transportowca z dział przeciwlotniczych. – dodałem.
- Atak musi być z zaskoczenia. Po stronie piratów znajduje się cała przewaga. Jeżeli spróbowalibyśmy odbić kopalnię szturmem, doświadczeni wojownicy złamią nas bez żadnych trudności.
Usiedliśmy na chwilę w grupie na ziemi. Wiatr ze śniegiem smagał nasze hełmy i zbroje. Puszki zaczynały się wiercić z niecierpliwością oczekując pozostałych swoich kumpli. Nie minęło na szczęście pięć minut, a cały oddział już był w komplecie.
- Nie będziemy się dalej tu opierdalać. – warknął Aaron przeliczywszy naszą grupkę – Czas wygarbować skórę piratom, którzy mieli czelność zaatakować!
Ruszyliśmy z miejsca dość zbitą drużyną. Szliśmy przez śnieg i lód kilka minut, po czym Aaron zaczął nas przygotowywać do ataku. Kazał nam się rozproszyć w promieniu czterdziestu metrów od niego, aby trudniej nas było dostrzec w zamieci. Kolejnym rozkazem było przygotowanie broni automatycznej, by zwiększyć wydajność oddziału podczas ataku. Gdy ujrzeliśmy już zarys murów obronnych przed nami, nakazał nam się zatrzymać, i przekazał ostatnie instrukcje przez radio.
- Podejdziemy powoli do murów obronnych. Jak długo jest to możliwe, starajcie się kryć przed wrogiem. Wypatrujcie strażników. Jeżeli ich dojrzycie, dajcie znać reszcie przez radio. Poza murami obronnymi nie otwierajcie ognia przeciw piratom, chyba że zostaniemy dostrzeżeni. Wejdziemy w grupkach przez wyrwy. Jeżeli nie będzie szczelin, co jest możliwe, będziemy zmuszeni użyć lin z harpunami, które są na standardowym wyposażeniu puszek, i zdobyć mur siłą. Gdy już się przedrzemy przez pierwszą linię obrony, natychmiast szukamy wejścia do któregoś z szybów. Nadal starajmy się nie zwracać na siebie uwagi. Dopiero, gdy znajdziemy się w środku, otwieramy ogień do każdego napotkanego pajaca z pukawką. Jeżeli się wszystko uda po mojej myśli, zdezorientowani piraci będą stawiać chaotyczną i niezorganizowaną obronę, co znacznie ułatwi przejęcie punktów strategicznych wroga. Ostatnia sprawa – zwycięstwo w kieszeni będziemy mieć dopiero wtedy, gdy uwolnimy górników i uzbroimy ich. Czy wszystko jest jasne?
- Tak. – odpowiedzieliśmy wszyscy bez zbędnego namysłu.
Aaron był świetnym strategiem. Co prawda jego niewybredne słownictwo i złe przyzwyczajenia odpychały wiele osób, lecz jego doświadczenie i niezwykła odwaga była doceniana w Agencji. Był moim przyjacielem i mentorem od początku moich przygód z kosmitami.
Tak więc ruszyliśmy powoli do przodu. Ujrzeliśmy po chwili czołgania się wysoki mur segmentowy, z dużą ilością okienek i balkonów na urządzenia artyleryjskie, jednakże w tej chwili będący w opłakanym stanie. Niemalże wszystkie działka były zniszczone, a dziury w konstrukcji uniemożliwiały skuteczną obronę przed atakiem. Na samym szczycie spacerowało sześciu strażników z karabinami obrotowymi.
- Nie ważcie się ani drgnąć – burknął Aaron przez radio.
Najwolniej i najciszej jak tylko się dało przeczołgaliśmy się przez groźną strefę ochrony. Gdyby którykolwiek ze strażników na murze nas zauważył, z pewnością skończylibyśmy jako krwiste, nadpalone i podziurawione placki na śniegu. Na szczęście nikt z tych pachołków nie przeczuwał, że ktoś chce sabotować ich obronę. Dotarliśmy w końcu pod sam mur. Dowódca akcji przekazał nam przez radio, aby znaleźć dziurę w bastionie, przez którą zdołamy się przecisnąć. Nie było to trudne; mur ewidentnie został zniszczony przez dziesiątki działek kinetycznych, co by tłumaczyło setki dziur do półtora metra średnicy, przez które wiatr ze świstem wpadał do odgrodzonej części. W końcu, znaleźliśmy się wewnątrz fortyfikacji.
- Idzie nam nieźle. – rzekł kosmita przez radio – Uważajcie na skanery zamontowane na dachach szybów. Jeżeli którykolwiek dostrzeże kogokolwiek z oddziału, będziemy mięli przerąbane.
Istotnie, cały teren był rozcinany przez światła skanerów. Oprócz tej przeszkody nie było na zewnątrz żywej duszy. Strażników na murach nie musieliśmy się obawiać, ponieważ cały czas wytężali wzrok w stronę zamieci śnieżnej poza murami. Jednakże do zupełnego bezpieczeństwa musiał być spełniony jeden warunek: cisza.
Zdecydowaliśmy się pojedynczo podbiegać pod szyby przejęte przez wroga. Gdyby to było jednak takie proste! Na terenie pomiędzy murem a kopalnią było rozsypane tysiące różnorakich odłamków budowli, zniszczonych robotów obronnych i zużytych magazynków. Najpierw przeszedł Aaron. Następnie przebiegły wszystkie puszki jedna za drugą, nie natrafiając na żaden odłamek ani światło reflektora. Przyszła kolej na mnie.
- Dawidzie, zachowaj zimną krew i rozglądaj się. – rzekł dowódca przez radio – Jeżeli zaliczysz wpadkę, nie zatrzymuj się, tylko idź dalej. Póki będziesz się przemieszczał, masz szanse przeżyć.
Nie czekałem. Zacząłem biec skulony, z pulsatorem plazmowym przyciśniętym do klatki piersiowej pomiędzy odłamkami uważając na światło. Przez połowę drogi szło gładko. Do czasu. Nagle nastąpiłem na kawałek obiektywu z rozwalonego działka przeciwlotniczego. Wywołałem głośny trzask, który odbił się po całym kompleksie wydobywczym. Zmroziło mi krew w żyłach. Pomimo przeciwności zmusiłem siebie do wysiłku i biegłem dalej. Nim skaner wypatrzył miejsce, z którego dobiegł ów dźwięk, ja już byłem na miejscu.
- Nieźle Dawid, nieźle… - burknął Aaron przez radio – Nic się nie stało, i tylko to jest teraz ważne.
- Dzięki. – odpowiedziałem łapiąc oddech z przerażenia.
Nie sterczeliśmy bezcelowo w miejscu. Chwyciliśmy pewniej oręż, po czym podbiegliśmy do najbliższych drzwi do środka. Były one mocno uszkodzone przez broń plazmową piratów, zapewne zostały wyważone w czasie ataku. Ująwszy w dłoń mój nóż laserowy, rozciąłem zamek w drzwiach, po czym uchyliłem je ostrożnie lufą mojego pulsatora. Światło było zapalone, ale nikogo w środku nie było.
Najszybciej jak tylko się dało, wpadliśmy do środka i zamknęliśmy za sobą drzwi.
- Najgorsze za nami. – rzekł Aaron nadal przez radio, by nie robić zbędnego hałasu – Teraz radzę przygotować się na ostrą strzelaninę. Piraci nigdy po dobroci nie oddawali swoich zdobyczy.
- Czyli można już otworzyć ogień do każdego, kogo tylko napotkamy? – zapytała się puszka spoglądająca w głąb korytarza.
- Tak. – odpowiedział Aaron przyzwyczajony do nieco głupich i bezsensownych pytań ze strony androidów.
- Czyli strzelać do tych trzech pachołków, którzy tam sterczą i patrzą się na nas jak na idiotów?
Wszyscy podskoczyliśmy na równe nogi i spojrzeliśmy w stronę, w którą patrzył nasz blaszak.
Ujrzeliśmy w głębi korytarza trójkę piratów z browarkami w ręku patrzących się na nas z niedowierzaniem. Byli już trochę nadpici, więc nie zareagowali tak, jak powinni. Za pasem mieli tylko pistolety laserowe.
- Ataaak! – Wrzasnął przeciągle Aaron pakując w przeciwnika amunicję z czterech karabinków. Cały nasz oddział składający się łącznie z dwudziestu dwóch osób wypuścił w przeciwnika setki pocisków, które podziurawiły ściany, zniszczyły świetlówki w suficie, wywołały pożar instalacji elektrycznej i zamieniły ową trójkę kosmitów w kilka czarnych podziurawionych jak sita kotletów.
- Dosyć ciaćkania się z przeciwnikiem! – wrzeszczał w szale dowódca sypiąc najróżniejszymi obelgami – Napierdalać ile wlezie, żołnierze!
Pobiegliśmy przez korytarz. Piraci, zaalarmowani wielkim hukiem wystrzałów karabinowych w chaosie wyskakiwali z różnych stron próbując stawić nam czoła. Nie mieli jednak żadnych szans. Każdy, który tylko się wychylił pod lufę zamieniał się w płonący, wielki stek bądź w czarnego jeźdźca bez głowy. Biegaliśmy jak głupki na chybił trafił wybierając drogę. Chwilę później dotarliśmy całkiem przypadkiem do szybu, który przypominał bardziej wielką dziurę w ziemi, niż profesjonalny szyb. Był tak głęboki, że ledwie można było dostrzec dno. Zamontowano tam dość prymitywne windy. Przebiegliśmy po wiszących chodnikach nad dziurą, po czym wpadliśmy przez inne drzwi. Dalej masakrowaliśmy zbliżających się bandytów, którzy w panice uciekali do drugiego szybu. W ślad za nimi, dotarliśmy do przejścia między budynkami. Tam, za drzwiami, już kotłował wróg próbując przygotować się do obrony. Zamilkliśmy.
- Zaczekajcie! – zawołał Aaron przez radio, by nikt nie powołany nas nie usłyszał – Po co otwierać drzwi? Ustawcie się szybko po pięciu w czterech rzędach, dwóch niech pilnuje korytarzy w przypadku pojawienia się wroga.
Szybko się przegrupowaliśmy i wymierzyliśmy broń w zamknięte drzwi wedle polecenia kosmity. Nim się obejrzałem, już byliśmy gotowi.
- Cel… - rzekł dowódca mierząc w przejście – Pal!!
Drzwi po kilku sekundach wraz z framugami spadły na podłogę. Teraz przypominały wielki ruszt z kuchni polowej. Piraci kryli się za podziurawionymi skrzyniami przed piekielnym ostrzałem moich kompanów. Kilku z nich z paniką uciekli w głąb kompleksu rzucając broń na ziemię.
- Dawid!! – wrzasnął Aaron spostrzegając, że kończy się nam amunicja – biorę granat!
Wszyscy przygotowaliśmy się do uskoku pod ścianę. Nim wróg spostrzegł, co robimy, ładunek wybuchowy wpadł do ich skrytki. Zaczęli w popłochu uciekać porzucając całe swoje uzbrojenie.
- Kryć się! – zawołał dowódca uskakując w bok za drzwiami.
Wszyscy, łącznie ze mną, w zorganizowany sposób, pouciekało na boki. Prawie natychmiast po ukryciu dał się słyszeć ogłuszający wybuch, który zatrząsł całym budynkiem. Wielkie kawałki skrzyń, amunicja, połamane karabiny i odłamki wleciały z ogromnym impetem i uderzyły w przeciwległy mur, który pod takim działaniem cały popękał. Po chwili wszystko ucichło.
- Za mną! – zawołał Aaron prowadząc nas przez spory lej w korytarzu wychodzący miejscami aż poza budynek. I ten nieprzemyślany ruch był naszym pierwszym poważnym błędem w ataku.
W miejscu wybuchu ściana była pełna niewielkich otworów i wygięć, które prześwitywały na zewnątrz. Niemalże wszystkie lampy w tym miejscu były roztrzaskane, toteż nic nie widzieliśmy. Nie czekając niepotrzebnie, pobiegliśmy przez tunel do drugiego szybu. Właśnie wtedy, gdy znaleźliśmy się obok miejsca wybuchu, jeden z szperaczy na murze, dotychczas wyłączonych, rozświetlił nas przez otwory w ścianie, a trzej strażnicy tam stojący otworzyli do nas ogień z karabinów obrotowych.
- Cholera! Tego nie przewidziałem! – zawołał dowódca każąc nam jak najszybciej ukryć się za nieuszkodzonymi ścianami. Pociski plazmowe wpadały przez otwory do środka robiąc wiele huku.
- Musimy stąd uciec do drugiego budynku. – rzekłem do Aarona przez radio.
Kosmita zawahał się przez chwilę, co robić. W końcu wpadł na pomysł, który dałby nam szansę bez strat przedrzeć się przez tę zawieruchę.
- Puszki, rozłożyć tarcze!! – zawołał z pasją w oczach – Kryjcie otwory w ścianach!!
Androidy, według polecenia, na prawym ramieniu rozwinęły tarcze z specjalnej plecionki drucianej, która natychmiast się usztywniła. Była niezwykle wytrzymała; gdy pewnego razu ukryłem się przed strzałem z działa kinetycznego za takową osłoną, nie dość że przetrwałem, to i materiał który mnie osłonił wyszedł bez szwanku, podczas gdy wszystko wokoło zostało zrównane z ziemią. Zaczęliśmy biec ponownie przez korytarz opierając się o pancerz naszych blaszaków. Bez trudu przedarliśmy się przez falę ognia. Spowodowała ona nieznaczne straty w postaci dziur w kadłubach wśród puszek. Dostaliśmy się w końcu do przeciwległych drzwi.
- Nie czekajmy! – zawołał Aaron uzupełniając amunicję – Przeładować broń, i do ataku, póki czubki nie zebrały się do kupy!
Posłusznie przeładowałem magazynek w pulsatorze. Jednak zamiast wyrzucić go gdzieś na podłogę, przyczepiłem ową resztkę amunicji do pancerza. Było w nim jeszcze szesnaście pocisków. Ale ile to jest szesnaście sztuk naboi w porównaniu z czterystoma dostępnymi w nowym magazynku? Niewiele. Ale dzięki takiemu przyzwyczajeniu niejednokrotnie uchroniłem się od pojmania, a nawet śmierci z rąk wroga.
Gdy wszyscy przygotowali się do ataku, dowódca jednym solidnym uderzeniem głową wywarzył podniszczone drzwi od eksplozji granatu i zagubionych pocisków z naszej salwy. Natychmiast natrafiliśmy na dobrze zorganizowaną już ścianę ognia.
Przeciwko nam stało około piętnastu świetnie uzbrojonych wojowników, którzy bez przerwy ładowali w nas tony plazmowych pocisków. Utrzymywali nas w szachu.
- Dawidzie, wyjmij wszystkie granaty! – warknął Aaron biorąc za cztery swoje pozostałe ładunki – Zorganizujmy im solidne piekło!
Bez żadnego szemrania wykonałem rozkaz, pomimo że nie spodobał mi się on nazbyt po ostatnich doświadczeniach. Chwyciłem za oba moje…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil KurczakPapaja
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…