Kot Schrödingera
prawdziwa historia podszyta fikcją
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Miauk dobiegający gdzieś z głębi położonej naprzeciw jego domu, niezagospodarowanej jeszcze posesji był nie do wytrzymania. Erwin uchylił prowizoryczną, zbitą z kilku nieheblowanych desek furtkę i podszedł w kierunku, z którego dobiegały te mrożące krew w żyłach dźwięki. To nie był właściwie miauk, ale spazm zaślepionego przerażeniem zwierzęcia. Chłopiec znał wszystkie koty w okolicy do tego stopnia, że rozróżniał je po głosie – ten nie pasował do żadnego. Była w nim trwoga, skarga, znak przeszywającego ciało bólu. Ale mógł należeć do każdego z nich – na przykład potrąconego przez samochód czy poturbowanego przez któregoś z wałęsających się po dzielnicy bezpańskich kundli. Przedzierał się, potykając raz po raz o jakieś cegły, worki ze skamieniałym cementem i sterczące z gruntu kikuty uwalanych wapnem desek. W szarówce zmierzchającego dnia mignął mu jakiś cień. Kot czy złudzenie? – pomyślał. Przypomniał mu się slogan „w nocy wszystkie koty są czarne”. No dobra, zaoponował, przecież jest szarówka, więc co najwyżej szare. To nie było złudzenie. Teraz zobaczył wyraźnie czarną kulkę znikającą w stercie desek obrośniętych bujną trawą. Spazm nie ustawał, wręcz rósł i pojawiły się w nim tony błagalne, przynajmniej tak Erwinowi podpowiadała wyobraźnia. Zdopingowany, podbiegł do sterty i próbował rozebrać tę chaotyczną konstrukcję, lecz zadanie było ponad jego siły. Oblepione betonem i namoknięte po wczorajszej ulewie deski stawiały skuteczny opór nienawykłym do fizycznego wysiłku rękom nastolatka. Na szczęście za ogrodzeniem pojawił się sąsiad, także zaintrygowany dochodzącymi odgłosami. – Pan pomoże panie Feliksie! – stęknął Erwin, mocując się z deską. Sąsiad przecisnął swój okazały brzuch przez dziurę w siatce i z łatwością uporał się ze stertą. Szybko dotarli do kryjówki kota, który, cały drżący, nie ustawał w szlochach, ale też nie uciekał. – To twój? – spytał sąsiad. – Nie, proszę pana, Ale nie możemy go tak zostawić, prawda? – Mnie tam wszystko jedno, byle tak nie hałasował – sąsiad wrócił do siebie klnąc pod nosem, zaczepiwszy się o wystające z siatki druty. Erwin podniósł kotka. Mała, czarna i drżąca kuleczka z łatwością mieściła się w jego niewielkich przecież dłoniach. Ze swoją nastroszoną sierścią kotek przypominał raczej jeża. Ogromne, emanujące przerażenie i błaganie oczy były zaropiałe, a nosek pokiereszowany i zakrwawiony. „Tata nie będzie zachwycony” – pomyślał Erwin, zamykając furtkę rodzinnego domu. Na szczęście drzwi otworzyła mama. Na widok znajdy otworzyła szeroko oczy i usta. – Biedne stworzenie! – rozczuliła się, przytuliwszy kotka, który już nie skowyczał tylko pomiaukiwał żałośnie. Boże, jaki on zmaltretowany! – Skąd te rany na nosie? – dopytywał się Erwin – ktoś go przejechał?. – Nie wiem, ale na kolizję z samochodem to nie wygląda. Ani na spotkanie z psem. Trzeba z nim jutro do weterynarza. O ile przeżyje do jutra. – Myślisz, że z nim aż tak źle? – zafrasował się Erwin. – Nie wygląda dobrze, prawda? Może ma jakieś urazy wewnętrzne? Nie wiadomo, co mu się stało, ani jak długo błąka się samotny. Przecież to jeszcze dziecko, powinien być pod opieką mamy… – Wiesz, przed kilkoma dniami tato wspominał, że na sąsiedniej ulicy widział przejechanego kota. Może to była jego mama? – Możliwe. Tak czy owak musimy go nakarmić, trochę uładzić, umyć… – Może spać u mnie? – Chyba zwariowałeś! – oburzyła się mama. Nie wiadomo czy i na co może być chory! Trzeba go koniecznie izolować – także przed naszymi kotami. Zrobimy mu legowisko w kotłowni, koło pieca.
***
– Georgino, powinnaś być bardziej ostrożna – powiedział Rudolf, starannie zamykając drzwi od piwnicy. – Mamy dość kłopotów, Erwin to delikatne, chorowite dziecko. Jakoś ścierpiałem te dwa koty i chomika, ale ta znajda, która nie wiadomo skąd się wzięła i jakie zarazki tu przywlokła… – No i co miałam według ciebie zrobić? Kazać mu odnieść tego nieszczęśnika? Nie, nie będę uczyła własnego dziecka okrucieństwa! – oburzyła się Georgina. – Ale mogłaś go dziś uśpić, prawda? Sam weterynarz, jak twierdzisz, nie daje zwierzakowi wielkich szans na przeżycie, prawda? Więc mówiąc Erwinowi, że to było jedyne wyjście, niewiele byś przesadziła. – Nie przeinaczaj moich słów. Weterynarz powiedział, że do jutra kot sam, bez pomocy by nie przeżył. – Na jedno wychodzi. Powiedział ci, jakie są rokowania? – No cóż, był raczej sceptyczny, ale o uśpieniu mowy nie było. – Ależ kobieto, to jego biznes! Sądziłaś, że sam ci zaproponuje uśpienie? Przecież im dłużej potrwa leczenie tym więcej kasy zgarnie. – Wiesz, chwilami mam cię dosyć. Wszystko byś na pieniądze przeliczał! Nie bój się, z twoich nie wezmę! – znów podniosła głos. – Czy ja powiedziałem… – zaczął Rudolf, lecz w tym momencie w drzwiach stanął Erwin. – Zawsze musicie się kłócić? Słychać was na końcu ulicy! – Erwin, nie pozwalaj sobie – nasrożył się Rudolf, lecz dzieciak nie zwróciwszy na to uwagi, zwrócił się do matki: – Mamo, jak ma się moje znalezisko? Co powiedział weterynarz? Mogę zejść go obejrzeć? – strzelał pytaniami nie czekając na odpowiedzi. – Możesz, tylko lepiej go nie dotykaj! – ostrzegła Georgina. – Weterynarz zdiagnozował jakąś infekcję wirusową… – No tak! – oburzył się Rudolf. – Tego nie raczyłaś mi powiedzieć! – Bo nie dałeś mi dojść do słowa – odparowała Georgina wciąż jeszcze wściekła na męża. – Nie martw się, te wirusy są niegroźne dla ludzi. Tylko nasze koty mogą się zarazić, stąd jego separacja jest konieczna. Erwin błyskawicznie zrzucił palto i pognał do piwnicy. Matka pospieszyła za nim. Kotek miał się o wiele lepiej. Wprawdzie włos wciąż jeżył mu się na całym ciele, ale nie wrzeszczał rozpaczliwie, tylko pomiaukiwał radośnie i zdumiewająco głośno mruczał, gdy Georgina, włożywszy ogrodowy fartuch i gumowe rękawiczki, wyjęła go z kojca skleconego naprędce ze starego dziecinnego łóżeczka. Zachwycony Erwin odruchowo chciał go pogłaskać, lecz matka uniosła zwierzątko w górę. – Ani mi się waż! Ostrożności nigdy za wiele. Gdy delikatnie posadziła kotka na wyściółce, ten natychmiast rozpoczął marsz wzdłuż szczebelków kojca. Jego ruchy były sprężyste i dynamiczne. – Wyzdrowiał, mamo, wyzdrowiał! – cieszył się Erwin. – Och, do tego jeszcze daleko – westchnęła matka. – Zobacz, nosek wciąż krwawi, a oczy są mętne i zaropiałe. – Mamo, jak go nazwiemy? Przecież musi mieć jakieś imię? – Ty go znalazłeś, więc masz przywilej wyboru imienia. Erwin myślał przez chwile intensywnie, trąc odruchowo ręce. – Już wiem – wykrzyknął z triumfem. – Smartuś! – Co – zdumiała się matka? – Co to niby ma znaczyć? – Ja to co? Zobacz jaki jest sprytny, zręczny! No, co! – zaperzył się, widząc kwaśną minę matki. – Może być Pikuś, Mruczuś, to w czym gorszy Smartuś? Georgina machnęła z rezygnacją ręką.
***
Potem z kondycją Smartusia było jak z marcową pogodą. Przez pierwsze trzy dni szybko dochodził do zdrowia. Zagoił się nosek, oczy nabrały blasku, a ruchy wigoru. Tylko sierść wciąż stała na baczność, przez co kotek przypominał dużego dmuchawca – tyle, że czarnego. Wracając ze szkoły, Erwin pospiesznie zrzucał tornister i biegł do piwnicy. Pupilek był rzeczywiście „smart”, bo szybko zaczął go rozpoznawać, oznajmiając swą radość zdumiewająco głośnym mruczeniem. Gdy już wydawało się, że finał przygody będzie pomyślny (nawet rokowania weterynarza były optymistyczne), wieczorem dnia trzeciego Smartuś zmarkotniał. Zaszył się osowiały w kąciku klatki-transportera, która służyła mu za domek. Erwin szybko zaalarmował mamę, która wyciągnęła zwierzaka do światła. – O Boże – westchnęła. – Zobacz tylko. Smartuś napęczniał jak dmuchany balon. Następnego dnia weterynarz zdiagnozował wodę w płucach. – Nie wygląda to dobrze – orzekł. – Najczęstszą przyczyną płynu w klatce piersiowej kotów jest wirusowe zapalenie otrzewnej. Choroba ta nazywa się FIP, wywołuje ją…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil tsole
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…