Kraina rubież
Krótkie opowiadanie o miejscu w, którym kończy się nadzieja
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Słońce wschodziło tam równie niechętnie co poszarzałe, nędzne zboża obsiewane na jałowych polach przez nielicznych ocalałych chłopków, ludzi twardych niczym skały z wszechobecnych kurhanów. Zupełnie tak jakby nadzieja i życie były nierozerwalnie połączone ze światłem. Chmury miały kolor ołowiu, szczelnie zasnuwały całe niebo. Ich gruba warstwa broniła światu dostępu do kojących promieni. Były dla mieszkańców osady jak aniołowie strzegący wejścia do raju. Bóg widocznie nie chciał by do tej krainy powróciło szczęście i odwrócił od niej swój wzrok skazując ją na powolną śmierć. Okolica została zniszczona podczas wielkiej wojny, wielkich panów walczących być może o bogactwo lub wpływy, nie tak jak miejscowi ludzie którzy tu walczyli po prostu o przetrwanie. Wojna pozostawiła po sobie tylko popiół i niedobitki pokaleczonych psychicznie bądź fizycznie ludzi. Prości wieśniacy nie znali powodów dla których giną, widzieli natomiast, że każde nadchodzące oddziały niosą na swych sztandarach śmierć, bez znaczenia czy byli to żołnierze wroga czy „miłościwego” króla. Rycerze w lśniących zbrojach o których snuto piękne, podniosłe pieśni nieraz okazywali się potworami bez sumienia. A gdzie był wtedy osławiony kodeks rycerski? Widocznie on prostych ludzi nie dotyczył, lub też na trudne czasy wymagające ofiary, zostawał zawieszony. Z niegdyś zamożnej krainy, gęsto zaludnionej, pozostała jedna większa osada, która cudem oparła się wichrom anarchii oraz potokom krwi i ognia. Ostatnia tląca się latarenka na wybrzeżu sztormów. Nazywano ją rubieżą. We wsi najwięcej pozostało starych ludzi przeżartych na wskroś przez zgorzknienie, którzy wciąż i bez końca powtarzali, że idzie „wielki koniec”. W ich oczach można było wyczytać jedno słowo: apokalipsa. Po za nimi było jeszcze kilku wspomnianych już chłopów, nie poddających się żadnym przeciwnością i ciągle broniących się przed nadchodzącym kresem. Wszyscy czuli podświadomie, że coś się kończy. Ci którzy mogli już dawno spakowali manatki i wynieśli się daleko stąd. Chłopów trzymała na miejscu ich ojcowizna, przywiązanie jakie czuli do ziemi, ale też wolność uzyskana wraz ze śmiercią właścicieli folwarków –nie chcieli jej utracić co stałoby się po przeniesieniu w inne miejsce. Reszta osadników nie miała żadnego wyboru, lub pogodziła się już ze śmiercią. W posiadłościach rozsianych po za obrębem wioski ludzie zaczęli znikać bez wieści. Śladami po ich obecności bywały czasem tylko plamy krwi zaschnięte na ścianach i podłogach domostw, a niekiedy nawet tego nie było. Osadnicy wiedzieli, że różnego rodzaju plugastwa podchodzą z lasów coraz bliżej do zabudowań. I za spokojniejszych czasów nie brakowało wilkołaków, goblinów a czasem nawet zdarzały się naloty wampirów, więc co dopiero teraz. Chodziły słuchy, że widziano w okolicy strzygę czającą się wieczorami pod osadą. To powodowało zagęszczenie apokaliptycznej atmosfery panującej w wiosce. Każdy czuł napięcie zbierające się w sercu, spoczywające tam jak ciężki głaz. Lasy wydawały się z dnia na dzień zbliżać, ściany i ulice zwężać, a długie cienie przybierać groźne kształty. Mało kto ważył się wyjść po za ostrokół woski, a jeśli już było to konieczne organizowano się w zwarte kupy uzbrojone w widły i kosy. W końcu czasem trzeba było wyjść do młyna, lub udać się do tartaku po ładunek drewna. Cała ta atmosfera zwiększała nerwowość w osadnikach. Ludzie radzili sobie z tym na różne sposoby, jedni pogrążali się w bezustannej modlitwie, szukając ukojenia w Bogu, inni pili na umór w jedynej karczmie „pod lisią łapą” jaka ostała się we wsi. Zachodzili tam głównie wieśniacy spadający na życiowe dno, ale na tyle towarzyscy by spadać w grupie. Pewnego wieczoru udał się tam młody chłopak, jeden z niewielu młodych, którzy jeszcze mieszkali w osadzie. Chciał się upić, po raz pierwszy w życiu. Rankiem, owego dnia zmarła mu matka. Odeszła na nieznaną chorobę, objawiającą się przez uporczywy, niesłabnący kaszel. Chłopak nie spał z powodu budzącej go nocami matki co doprowadziło go na skraj wytrzymałości. Nie mógł nic zrobić i to było najgorsze. Tego roku na tę chorobę zmarło wielu ludzi. Mówiono, że to z powodu wszechobecnego, trującego popiołu pokrywającego wielkie połacie spalonej krainy. Aramel, bo tak chłopak miał na imię, stanął przed wejściem do karczmy „pod lisią łapą”. Jesień trwała w najlepsze, poszarzałe liście opadały z drzew szarpane zimnym zachodnim wiatrem. Było popołudnie, a z chmur padał drobny deszczyk. Oczywiście, jak od bardzo dawna, panował półmrok, choć słońce powinno jeszcze raźno świecić na niebie, albo chociaż delikatnie prześwitywać przez tę ciemną kotarę zawieszoną na nieboskłonie. Aramel nie pamiętał już kiedy ostatnio widział pogodne niebo, zieloną, soczystą trawę, kiedy słyszał świergot wróbli i szum wiatru grającego pomiędzy liśćmi płaczących wierzb. Nawet ciężko mu było sobie te wszystkie rzeczy przypomnieć, zupełnie tak jakby widział je tylko w pięknym, odległym śnie. Czuł z tego powodu smutek i zaczął myśleć, że po nadchodzącej zimnie nie nastąpi nigdy wiosna. Przynajmniej nie tu. Ocierając zasmarkany nos rękawem wymiętolonej, lnianej koszuli oglądał karczmę. Duży, dwupiętrowy budynek z solidnym murowanym parterem i drewnianym pierwszym piętrem chylił się powoli ku ruinie. Dębowe bele z piętra były gnie niegdzie przegniłe, a dach pokryty dachówką świecił kilkoma sporymi dziurami. Aramel pchnął drzwi karczmy i od progu uderzyło go przyjemne ciepło bijące ze środka, oraz mniej już przyjemna, woń piwska zmieszana ze słabszym ale wyczuwalnym smrodem stęchlizny. Gwar panujący w oberży nieco przycichł gdy chłopak przekroczył próg i zamknął za sobą drzwi. Znudzone spojrzenia rozmiękczone alkoholem spoczęły na nim, ale po chwili wszyscy stracili zainteresowanie nowym gościem „lisiej łapy”. W pomieszczeniu siedziało mniej więcej piętnastu chłopków, jak ocenił na pierwszy rzut oka Aramel. Zgromadzili się przy dwóch większych stołach w końcu oberży i każdy przekrzykiwał tam każdego, jakby słuszność racji zależała od natężenia głosu. Chłopak rozejrzał się dokładnie dookoła siebie. W centralnym miejscu oberży stał duży kominek wymurowany z kamienia. Nad nim wisiało przerzedzone, lisie futro, główna ozdoba oberży. Przygarbiony chłopak podszedł do szynkwasu i zastał tam wielkiego, pękatego niczym przepełniony worek zboża i kompletnie łysego mężczyznę. Karczmarz ścierał swoim owłosionym łapskiem okruchy z lady, przy czym przewiercał wzrokiem młodego przybysza. Nie było to przyjacielskie spojrzenie.
- Piwa mi daj –rzucił cichym głosem Aramel starając się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego z olbrzymem.
- Czartak jest? –zapytał łysol opierając się rozpartymi ramionami o szynkwas. Wydał się wtedy chłopakowi jeszcze większy niż wcześniej, przy czym nie wiedział czy to oberżysta się rozrósł czy on skurczył.
- Jest –powiedział i wyjął zza pasa małą, zaśniedziałą monetę. Wielkolud nie odrywając z chłopaka wzroku napełnił kufel cienkim piwem. Aramel miał ochotę schować się pod ziemię i zniknąć. Z pochyloną głową przeszedł do najbliższego pustego stołu i zajął przy nim w miarę najczystsze siedzenie. Zaczął z wolna opróżniać zawartość kufla przy czym jego pierwszy łyk odrzucił go z odrazą. Smakowało ohydnie i było prawie pozbawione alkoholu. Na dnie, za każdym wychyleniem naczynia, coś się przesuwało. Aramel wolał nie wiedzieć cóż to takiego, ale zauważył, że jeden z chłopów siedzących z dala od niego wyciągnął z kufla jakiś kształt… Chyba szczurzy ogon. Chłopak pomyślał, że skoro oni to piją to i on może, a bardzo tego potrzebował. Chciał choć na chwilę o wszystkim zapomnieć. Kiedy z trudem opróżnił całość, (pozostawiając kilka łyków z tajemniczym „dodatkiem” na dnie) poczuł się nieco bardziej odprężony. Widocznie, niewielka ilość alkoholu jaką wypił na niego zadziałała. To albo sfermentowany szczur. Mniejsza z tym. Poszedł ponownie do szynkwasu i nie przejmując się już groźnym spojrzeniem zwalistego oberżysty zamówił kolejne piwo. Wracał z nim na miejsce, gdy zauważył przy swoim stole jakiegoś obskurnego mężczyznę. Był to starzec w poszarpanym mnisim kaftanie o długich ciemnoszarych włosach pozlepianych tu i ówdzie w strąki. Nos miał czerwony i wielki niczym dorodna marchewka. Wizytówka pijaków pomyślał Aramel. Chciał już znaleźć sobie inne miejsce, lecz starzec zaprosił go skinieniem ręki i uśmiechem odsłaniającym rząd przegniłych i nielicznych zębów.
- Siadaj pan! –rzekł donośnym, przyjacielskim tonem, widząc iż chłopak wyraźnie nie wie co zrobić. Głos miał zaskakująco rześki, o przyjemnej ciemnej barwie. Jak dla Aramela był on aż nazbyt szlachetny jak dla tak nikczemnej postaci.
- Widzę, że coś Ci leży na duszy przyjacielu – powiedział rzucając okiem na kufel ściskany w dłoni przez chłopka, co Aramelowi wyjaśniło powód dla którego został obdarzony przyjaźnią starca.
- No siadaj, nie gryzę – powtórzył i zaniósł się lekkim śmiechem. Niezbyt zadowolony z całej sytuacji, z niechęcią usadowił się na twardym, trzeszczącym stołku naprzeciw starca, cuchnącego na odległość piwskiem, potem i wymiocinami.
- Wyżal się, to pomaga. Naprawdę. –zachęcał, o dziwo nie prosząc jeszcze o postawienie kolejki. Póki co.
- A kim, tyś jest? I co cie obchodzą moje sprawy, do diabła?
- To bez znaczenia, ale skoro już chcesz wiedzieć, jestem bajarzem, bardem i kim tylko trzeba w zależności od losu. Teraz jestem po prostu dobrym człowiekiem, służącym pomocą. Słowa czerwononosego świadczyły, według Aramela, o tym że nie jest on jakimś zwykłym pijakiem czy ograniczonym umysłowo chłopem . Znał ten typ prostackich ludzi, aż zbyt dobrze, w tej wsi właśnie oni przeważali; żywił do nich pogardę. Uważał, że tacy potrafią skupiać się jedynie na chlaniu paskudnych alkoholi i uprawianiu ziemi, a rozmowy o tegorocznych zbiorach mogły im zająć nieskończenie wiele czasu. Zupełnie tak jakby rozmawiali o czymś niesamowicie fascynującym, jak na przykład, o powieściach Arionella Van Glaffa. W niedziele chodzili wszyscy bez wyjątku do kościoła, bo tak ich nauczono, ale czy byli w stanie pojąć czym jest wiara? Chłopak sądził, że myślą w kościołach tylko o tym co by tu obsiać w przyszłym
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Arionell
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…