Krasnolud Gebber
Zajawka większej całości, do poczytania dla lubiących fantasy
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Srebrzysta poświata księżyca zalegała niewielką polanę. Na środku, żarzące drewienka, z których szybkie czerwone iskry ulatywały we wszystkie strony z prądem powietrza niczym robaczki świętojańskie, a raczej odmiana ich ognista, otaczane były przez kilka owiniętych w grube pledy postaci. Odgłosy snu rozchodziły się przytłumionym echem po lesie i zanikały w ciemnościach między starymi, potężnymi drzewami. Przenikliwie zimny wiatr smagał ogorzałe twarze podróżników, zatopionych w niespokojnym odpoczynku... - Gebber! – szept istoty schowanej za połami ciepłego materiału zdał się zlewać w jedno z szumem mroźnego podmuchu – Psia mać! Gebber, chodź tu! Krępy krasnolud przycupnięty w pewnej odległości od obozowiska niczym plama cienia pokonał dystans dzielący go od reszty załogi. Skulił się nieco nad wołającą go osobą , ale ciemne oczy ani na moment nie oderwały się od czarnego lasu, straszącego raz po raz nieprzyjaznymi dźwiękami. Rudawa broda sięgała mu aż do szerokiego, skórzanego pasa mocno przytrzymującego okrągły brzuch. Szerokie nozdrza tworzyły kłęby pary rozwiewane przez wiatr, a przeorana bruzdami twarz zdawała się mówić, że jej właściciel był świadkiem wielu niebezpiecznych eskapad. - Czego! Jeszcze przecież moja kolej! – w gardłowym, niskim głosie można było wyczuć znudzenie i obojętność. - Nie myśl, że to strach, ale nie ufam temu człowiekowi – w świetle księżyca rozmówca krasnoluda zdawał się straszną zmorą z najgłębszych czeluści piekielnych. Był kuzynem Gebbera, ale czerwony, ogromnych rozmiarów nos w połączeniu z wyłupiastymi jak jaszczur oczami i krzaczastymi brwiami znacznie odróżniały go od reszty krasnoludzkiej braci. Zamiast bujnej czupryny lśniła ogolona na zero glaca, a zamiast brody, będącej dumą tych istot, szklił się zaledwie kilkudniowy zarost – Nic o nim nie wiemy, a Tiser zachowuje się jakby znał go od lat, choć sam mówił, że pierwszy raz widzi go na oczy. - Turok idioto, nie masz co robić w środku nocy tylko rozmyślać o jakimś człeku? - Nie wiem jak ty, ale ja mu nie wierzę – oczy krasnoluda roziskrzyły się nagle, a grube wargi zacisnęły w złowrogim grymasie. - Prześpij się jeszcze trochę póki możesz, a jutro o tym pogadamy – mruknął krasnolud – i nie bój się niczego, Gebber czuwa! – ten pojednawczy ton uspokoił Turoka, który zasypiając marzył o spokojnych dniach swego istnienia.
Nazajutrz, wczesnym rankiem, Turok kilkoma kopniakami obudził grupę. Na brunatno zielonej trawie rozciągniętych było pięć posłań, ale tylko cztery osoby zaczęły kulbaczyć konie. Chociaż słabe promienie słońca przebijały się przez szare chmury i nikły w koronach drzew, dzień zapowiadał się chłodny. Wylot polany na której obozowali skierowany był ku północy, od pozostałych stron odcinały ją zmarznięte krzewy i wysokie drzewostany. Znajdowali się na terenie, w którym klimat górski zaczyna brać górę nad umiarkowanym powietrzem, zaś przyroda nie może zdecydować o swojej wegetacji. Grupę, obok dwóch krasnoludów, stanowili smukły elf, którego niebieskie oczy zachwycały dziwną głębią oraz człowiek z szerokim, bardzo muskularnym torsem, silnie opiętym skórzanym kaftanem. - Gdzie podział się Tiser? – rzucił w stronę krasnoludów elf sprawdzając stan swego łuku i strzał. - Wspomniał o jakimś żarciu, chociaż nie wierzę żeby coś nam przyniósł – Turok widocznie zaspany przysiadł na ziemi spoglądając w martwą przestrzeń – Psiakrew, ja nie mogę czuwać w nocy. Jestem krasnoludem, a nie zasraną sową. - Nie marudź, bo spałeś przez dłuższy czas, a umawialiśmy się na połówki – ironicznie mruknął Gebber. - Poza tym powtarzasz się ciągle i twoja paplanina jest już nie do zniesienia – dopowiedział elf. Był wysokim, szczupłym młodzieńcem o typowo elfickej sylwetce. Ubrany w zieloną, zwiewną koszulę, takie same spodnie i lekkie, skórzane buty zdawał się być leśnym duchem, który bez trudu może mknąć bezszelestnie pomiędzy pniami drzew. Gładkość twarzy, błękit oczu i bijąca naokoło pewność siebie niejednokrotnie wpędzały w zakłopotanie, kompleksy i nerwowość męską część towarzystwa. Natomiast przytłaczająca większość płci pięknej z zachwytem spoglądała w stronę tej młodej istoty. Za brązowy pas zatknięty był wąski, długi sztylet z bogato zdobioną rękojeścią, a z pleców zwisał kołczan ze znaczną liczbą strzał. Łuk Malkiego, główny jego oręż, nosił znamiona wprawnej ręki elfickego zbrojmistrza. Miał znakomity zasięg, wymagał ogromnej siły od łucznika, a do tego był bardzo lekki, co przy dobrym oku i niezłej kondycji wystarczyło, aby stał się bronią śmiertelnie niebezpieczną. - I tak odpoczywaliśmy za długo. Musimy się stąd wynosić – skwitował ciemnowłosy mężczyzna podpinając pod siodło swego wierzchowca niewielki tobołek – Cholera, krasnalu poszukaj Tisera! Twarz człowieka wyrażała w tej chwili złość i gniew, a czarne oczy spoglądające przez ramię w stronę bezwłosej istoty mroziły krew w żyłach. Turok momentalnie wyczuł zimny pot zraszający jego kark, ale zdobywając się na pogardliwy ton wyszeptał: - Psi synu, absolutnie nikt nie będzie mnie nazywał krasnalem i absolutnie nikt nie będzie mną rządził, zapamiętałeś ? – sen natychmiast opuścił ciało krasnoluda, a jego ręka błyskawicznie powędrowała do trzonu wielkiego topora spoczywającego nieopodal. Mężczyzna znieruchomiał. Był za bardzo zdenerwowany i zbyt dumny, by tę uwagę małego ludzika puścić mimo uszu. Czarne brwi powędrowały w górę, usta zacisnęły w ignoranckim grymasie. - Coś sobie wytłumaczmy, mały dupku. To wy potrzebujecie mnie, a nie na odwrót. Rashdi przegrywa wojnę na całej linii i kwestią czasu jest upadek Irstoru. Jak myślisz, kogo będą sądzić, zwycięzców czy przegranych? Równo ze słowami postawnego mężczyzny u wylotu polany pojawił się niewielki oddział konny. Jeźdźcy zobaczywszy grupę nieznajomych momentalnie ustawili się w bojowym szyku i z obnażonymi mieczami zbliżali się do obozujących. - Koniec tego dobrego – głos Gebbera przerwał martwą ciszę – zakończcie zmagania herosi, bo kroi się robota. Malki z łukiem w rękach przesunął się z wolna w stronę wierzchowców przywiązanych do drzew, Turok mocniej ścisnął trzon swego topora zapominając o wcześniejszej kłótni, a mężczyzna – Argile, stał wspierając się o juki. Gebber postąpił kilka kroków wprzód i łapiąc się pod boki z przekrzywioną głową przyglądał się przybyłym. Teraz dopiero zauważył, że grupę stanowi ośmiu zbrojnych, przyodzianych w lekkie kolczugi i duże półtoraki wykonane z połyskującej stali. Głowy ochraniały metalowe hełmy w kształcie kapeluszy, a z ramion zwisały brązowe płaszcze. Wyglądają na regularną armię – przemknęło mu przez głowę. - Co tutaj robicie !? – złowieszczy ton przerwał ciszę – Ktoście i do kogo należycie? Zwracający się do nich mężczyzna świdrował małymi świńskimi oczami postać krasnoluda. Pod rondem hełmu kryła się obrzydliwa twarz zarośnięta tygodniowym wąsem. Zarost nie przykrył ogromnych wągrów, które za mieszkanie objęły sobie czoło, policzki i szyję żołdaka. Wydawało się, że zaraz, za moment, te wielkie wulkany eksplodują z niewyobrażalną siłą zalewając wszystko dookoła śmierdzącą i kleistą ropą. Gebber spojrzał na pozostałych. Konie raczej nie parskały raźno, a twarze kompanów opryszczonego przywódcy wyrażały zmęczenie i wyczerpanie. Iskrzące się spod ciemnych brwi źrenice były jedynym faktem przemawiającym za tym, że przyjezdni nie są zgrają zbirów napadającą na podróżnych. Poprzecinane szramami policzki i brody należały na pewno do płatnego oddziału. - Właśnie się stąd zbieramy. Jesteśmy ciągle żyjącymi istotami. Co do ostatniego pytania, w większości tutaj to ateiści należący wyłącznie do siebie – metaliczny, cichy głos dobiegł zza pleców jeźdźców. Wszyscy spojrzeli w stronę człowieka stojącego na niewysokim granitowym kamieniu pod rozłożystym dębem. Lekko rozstawione nogi opięte obcisłymi skórzanymi spodniami nie poruszyły się ani trochę. Mimo, że poranek nie był ciepły, człowiek ten świecił nagim torsem. Mięśnie delikatnie kreśliły fałdy pod skórą, która nie wydawała się wiekowa. Ciemnobrązowe, długie włosy kładły się na ramionach, a rozwiewane przez wiatr roztaczały aurę poważania, szacunku i doświadczenia. Mężczyzna wsparty o rękojeść prostego miecza zielonymi, prawie kocimi oczami, wpatrywał się w przywódcę. Patrzył głęboko, dobitnie i długo. Za długo. Opryszczona twarz nabiegła krwią. Suche usta rozchyliły się ukazując krzywe zęby. Lewa powieka zaczęła drgać, a ręce pocić. Może to był odpowiedni moment na pęknięcie tysięcy syfów... - Tiser Morserth – jeździec nie krył zdumienia – kto by się spodziewał ciebie w tych zimnych stronach. Opryszczony zawrócił swego wierzchowca i powoli zbliżał się do człowieka. Ten nadal stał niczym kamienny posąg wykuty w granitowej skale. Źrenice wciąż wpatrywały się w okropne oblicze. – Nie było dnia, bym nie prosił bogów o spotkanie z tobą. To błąd, że jesteś niewierzącym bracie – koń wolno stąpał zmniejszając dystans do półnagiej rzeźby, milczącej, zaklętej – Mówiłem, że Rashdi przegra. I przegrał. I ty przegrasz także! Spięte żołnierskim butem zwierzę skoczyło niczym błyskawica w stronę Tisera. Ciężki półtorak świsnął przecinając powietrze. Wyłącznie powietrze. Posąg ożył w jednej chwili zmieniając się w niewiarygodnie szybkiego przeciwnika.
Unik, zeskok. Pozycja. Spokojnie, powoli, kontroluj oddech. Uważaj. Zastanawiaj się, szybciej. Kto to? Strock? Czy to możliwe by ktoś tak zeszpetniał w ciągu dwóch lat. Przecież odszedł, zginął, widziano mogiłę. Kurhan w Ruthor to jego grób. Strock był z nami w Sali Przepowiedni. Poszedł z czterema setkami ludzi bronić Ruthor. I nie wrócił. Nie wrócił do Królestwa Irstoru. Kto wie, może uciekł do Loghen. Zdrajca, zdrajca. Po trzykroć zdrajca!
Wszyscy wpatrywali się w osłupieniu na pierwszy atak. Trwał nie dłużej niż trzy mrugnięcia oka. Tiser stał na ugiętych nogach, z mieczem przygotowanym do pchnięć i parowań. Opryszczony krzyczał głośno. Szarpnięciem zmusił konia do nawrotu. Wykonał młynek i pogonił śniadego rumaka wprost na wroga. Gebbera zadziwiła lekkość z jaką jeździec wykonał tę sztukę. Oręż świstnął i zwalił się prosto na głowę. Szczęk stali, przeciągłe sapanie, rżenie wierzchowca. - Wybić sukinsynów! – wrzask obudził resztę postaci z dziwnego letargu. Jeźdźcy rozpierzchli się. Malki wypuścił trzy strzały. Trzech wojowników spadło z siodeł charcząc nieartykułowane dźwięki. Wszystkie groty utknęły w odkrytych tchawicach siejąc spustoszenie, a konie zniknęły w cieniu boru. Turok powodowany bitewnym szałem cisnął swym księżycowym toporem w najbliższego przeciwnika. Żołnierz zawył, gdy ostrze zatopiło się w trzewiach raniąc śmiertelnie – A masz wieprzu strawę! Gebber zdążył dobiec do swego młota w momencie, gdy zimna stal gruchnęła go w udo. Okręcił się na nodze i upadł z łoskotem na ziemię. Odruchowo przyłożył rękę do rany. Krwawi jak cholera – pomyślał. Ciepłe strużki pociekły przez palce. Słyszał przekleństwa kuzyna, skowyt zwierząt, hałas potyczki. Słyszał zmagania Tisera, dostrzegł Argila skaczącego na przeciwnika. Poczuł okropny ból. Prawie identyczny jak podczas wypraw na smoki w Górach Wiecznych. Pomyślał, że są właśnie na drodze do tych szczytów. Co jest przeszłością, a co dzieje się teraz? Może oni nigdy nie zabili Sonii, a dzieciak ukrył się w pustelni jakiegoś druida? Jak teraz strasznie boli. Całe moje życie to jeden wielki ból. Chyba jestem cierniem w dupie jakiegoś bóstwa. Ale dlaczego ja, dlaczego... Argile siłą swych mięśni zdołał zrzucić z końskiego grzbietu jednego natręta. Mocnym szarpnięciem pozbawił go statecznego kręgosłupa. Usłyszał cichy trzask i głowa w stalowym kapeluszu zwisła swobodnie. Rozluźnił uścisk. Zwłoki spłynęły na trawę. Śpij spokojnie – szepnął człowiek. Malki raz jeszcze uniósł łuk, by zadać śmierć. Napiął cięciwę i puścił pocisk wprost w ramię żołnierza nachylającego się nad Gebberem. Mężczyzna miał dobić leżącą ofiarę, gdy metal przebił ochraniający naramiennik. Jęknął z bólu. Stracił równowagę, jednak zdołał utrzymać się w siodle. Szarpnął wodzami i pogonił kasztana w las. W ślad za kompanem pomknął drugi. Zniknęli w popłochu łapiąc wiatr w brązowe płaszcze.
* * *
Z początku czuł pustkę. Słyszał ciszę i cisza wypełniała każdą cząstkę jego obolałego ciała, rozpływała się w ciężkiej głowie, nie natrafiając na przeszkody rozchodziła po korpusie, osiągała ręce i nogi. Wtedy, gdy zdawało mu się, że upragniony spokój zaległ nad światem usłyszał szmer. Szmer dochodzący z dużej odległości natężał się stopniowo, przeradzał w rwący potok, niebezpieczny, górski, zimny jak diabli. Potem usłyszał huk spadającej wody, rozbijającej się o wielkie głazy, niszczącego żywiołu tratującego wszystko i wszystkich. Poczuł chłód na twarzy i otworzył oczy. - ...i wszystko trafił szlag! – Turok próbował objąć wzrokiem ciągnącą się w nieskończoność rzekę – Gdybyśmy wtedy z Lettem umieli pływać, już dawno siedzielibyśmy w cieplutkiej krainie otoczeni tabunami spragnionych kobietek, a tak... – przymknął powieki, odsapnął cicho, uśmiechnął się szeroko wspominając stare dzieje – Ja stoję nad Mestre, a Lett dynda przy Wschodniej Bramie w Asith. Życie to jeden wielki pieprzony dowcip. Argile siedział na zimnej ziemi pokrytej niewielką trawą, dłubał w zębach patykiem – Dowcip życia polega na tym, że Lettowi po kija umiejętność pływania, ale tobie bracie teraz powinna się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil kolbi23
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…