Krew i kość
Krotkie opowiadanie heroic fantasy w autorskim świecie. Napisane na konkurs Nowej Fantastyki.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Srebro, po brzegi wypełnione piwem i winem, lśniło kusząco światłem dziesiątek świec. Mroźny gwizd przeszywał salę, gdy wicher wciskał się do środka przez wybite witraże i spływał po kolumnadzie między stoły biesiadne. Księżycowy blask odbijał się w miriadzie śniegowych wstęg, wirujących z wiatrem w tanecznych podrygach. Barwne szczątki szkła zadzwoniły o ołów, gdy nagły poryw wpadł do sali. Zmiótł szron z posadzki i pociągnął przez komnatę w grubych bałwanach, wyciągając na wierzch wciąż świeże, zmaltretowane ciała. Ludzkie ciała.
Kolor nadal nie spełzł z ich skóry, a kończyny pozostawały wiotkie. Zwłoki walały się po stołach, ławach i po gołej ziemi, pozginane w straszliwe, bluźniercze pozy, których nawet najbardziej wynaturzona wyobraźnia nie byłaby zdolna przywołać. Kilka trupów legło pod drzwiami. Ich ręce wyciągnięte ku wyjściu, pozbawione oczu twarze zamarłe w wyrazie paniki, skrytej pod nienazwanym bólem. Już po kres czasów odgrywać będą scenę swej ostatniej próżnej ucieczki przed nieznaną człowiekowi grozą.
Zgęstła, lecz wciąż wilgła krew mieszała się w kałużach rozlanego wina. Zbrukała biel ścian i snuła się po ziemi w długich smugach. Jedna ciągnęła się wyjątkowo daleko, od najwyższego stołu po kolumnę przy bocznej nawie. Zwieńczona krwawą plamą, rozlaną tuż pod rozszarpanym kikutem lewej nogi. Kończynę wyrwano bestialską mocą w połowie uda razem z kością, po której pozostała jedynie ziejąca w krwistym mięsie próżnia. Ręka opadła wzdłuż tułowia, jakby jeszcze niedawno wyciągnięta w błagalnym geście przed siebie, a naiwna, niepokryta choćby cieniem zarostu chłopięca twarz zamarła w posągu niewysłowionej trwogi. Głowa chłopca spoczęła obrócona w kierunku tronu, a w oczodołach, teraz ziejących upiorną pustką, chwilę temu musiało kryć się nigdy niezadane pytanie.
Pod tronem, śród stert zakrwawionych ścięgien, kości i oderwanych od ciała kończyn, klęczała nieruchoma sylwetka trupa. Spod barwnych i szlachetnych szat jaśniała biała, zbrukana posoką broda. Człowiek nie był stary, lecz zmarszczki zdążyły już poorać jego twarz bardziej niż korę sędziwego drzewa. Blada, zwiotczała skóra zwisała z ciała, drgając nieznacznie pod ruchem powietrza, a śmiertelna choroba poznaczyła ją ciemnymi plamami. Tuż przed kolanami mężczyzny leżała srebrna, zdobiona na czole niebieskim kamieniem korona. Łzy spłynęły po policzkach mężczyzny, grzęznąc w głębokich bruzdach skóry.
Wicher ucichł momentalnie, a salę wypełniła cisza jeszcze bardziej przenikliwa niż trzaskający wkoło mróz. Mężczyzna spojrzał w smolisty mrok za tronem.
– Twoje życzenie – usłyszał król – zostało spełnione.
Dźwięk zdawał się złożony z trzech głosów – kobiety, mężczyzny i dziecka, a każdy z nich drgał nieznacznie, jakby u kozy. Rozbijał się echem od zamkowych murów, a z każdą chwilą miast gasnąć, nabierał na mocy. Szczątki witraży rozedrgały się w swych ramach, a stary mężczyzna skulił się w sobie strwożony, gdy donośność demonicznego skowytu sięgnęła zenitu. I wszystko ucichło. Człowiek obrócił głowę i spojrzał na zmasakrowane zwłoki chłopca w bocznej nawie. Westchnął ciężko i otarł łzy.
– Wy ludzie nigdy nie przestajecie mnie ciekawić. – Głos stworzenia, choć nadal potrojony, utracił na donośności. – Nie ma drugiej istoty tak przewrotnej, tak plastycznej w swojej moralności, jak wy. Powiedz mi, jakie to uczucie? Jak to jest zdobyć i stracić wszystko w jednej chwili?
– Nie miałem wyboru, diable! – syknął człowiek. – Co innego mi pozostało?
Jego głos, nieskończenie potężniejszy niż wskazywałaby ciało, zadudnił szkłem w oknach. Zaszyte w basowej, szorstkiej barwie jego dźwięku, tkwiły paląca nienawiść i żal.
– Miałeś. Ty, jako jeden z niewielu ludzi na świecie, miałeś wybór. I wybrałeś słusznie.
– Doprawdy?
Mężczyzna zadrżał, dźgnięty przeżyciem, które niespodzianie wdarło się w głąb jego duszy. Demon miał rację. Łzy zalały szkliste, blade oczy, a ciało naprężyło się w niemym okrzyku udręki.
– To nazywasz słusznym, demonie?!
– Czy pozostało ci cokolwiek innego, niż w to uwierzyć? Słuszne czy niesłuszne, ostatecznie wybór nadal należy do ciebie.
~✵~✵~✵~✵~✵~
– Masz ze sobą cokolwiek oprócz miecza? Gdzie twój pancerz?
– Nie noszę zbroi – odparł przybysz.
Wąsaty mężczyzna nachylił się nad blatem stołu i zmarszczył brwi.
– Takiś na złoto łasy? Nie, bratku, nie wezmę cię. Nie potrzeba mi kolejnego bohatera, co się zaraz właduje pod strzałę albo zwieje przy pierwszej okazji. Nie masz ani doświadczenia, ani wyposażenia, na nic mi się zdasz.
– Nie potrzebuję złota. Wystarczy wyżywienie.
– Jasne, jasne. Z ręki to mi ni monety nie weźmiesz, ale nieboszczyków to ze skóry obedrzesz, żeby jakieś łupy zgarnąć.
– Nie interesuje mnie złoto ani łupy. – Mężczyzna przymknął oczy i westchnął ciężko. – Już to mówiłem.
– Gadałeś czy nie, jedna rzecz. I tak cię nie biorę, siwy. Zmiataj stąd lepiej, marnujesz mój czas.
Wąsacz odgonił go ręką jak natrętnego owada, i zawołał następnego. Przybysz pokręcił głową i wyszedł spod płóciennej wiaty, mijając kolumnę kilkudziesięciu innych śmiałków. Przyjrzał im się uważnie. Wielu było zwykłymi obdartusami, takimi samymi, za jakiego musiał wziąć go kapitan. Stali w strugach deszczu i patrzyli pustymi oczami, jak kolejny z nich zostaje odprawiony, jak gaśnie w nich ostatnia nadzieja, by odmienić własny los. Kilku z ochotników nosiło jakikolwiek pancerz, a twarz każdego z nich nosiła ten sam spokojny i opanowany wyraz. W oczach tych mężczyzn tlił się żar. Zimny, przerażający żar, zupełnie różny od iskry podniecenia i brawury, jakie rozjaśniały spojrzenia młodzików. Jego natura była zbyt ulotna, by zdołał pochwycić ją ktokolwiek, kogo oczy nigdy nie płonęły tym samym ogniem. Lodowaty strumień spłynął po plecach przybysza, a włosy na karku stanęły dęba. Na moment zatracił się we własnych myślach i kroczył naprzód nieprzytomnie, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w dali. Powrócił duszą do ciała dopiero, gdy wyjątkowo stary najemnik złapał go za ramię.
– Hej, przyjacielu – powiedział starzec. – Słuchaj no, słyszałem, jak gadałeś z Varlokiem.
Przybysz przystanął i spojrzał na nieznajomego. Dopiero teraz spostrzegł, jak ciężkie piętno odcisnął na jego ciele wiek. Skóra, ciemna i skurczona jak rzemień, marszczyła się cienkimi fałdami na wątłych mięśniach i zwisała, jakby jedynie wspomnienie dawnych czasów powstrzymywało ją przed spłynięciem na ziemię. Starzec przyjrzał mu się przyjaźnie wyblakłymi oczyma i zastukał kilka razy językiem o podniebienie.
– Słucham – odparł przybysz.
– Widać, że ci bardzo zależy, przyjacielu. Każdy z tych żebraków, co stali z tobą w kolejce, cofnąłby się z podkulonym ogonem, jakby tylko zoczył minę Varloka. No, poza tymi wiarusami. Ale nie ty, nie. Wyglądasz jak łachmaniarz, ale oczy… oczy masz jak weteran. I te włosy… białe jak u starca, lecz twarz wciąż krzepka. Kim ty jesteś, przyjacielu?
Przybysz westchnął ciężko.
– Wybacz mi, ale jeśli jedynym, co masz do powiedzenia, są pytania, to nie uzyskasz na nie odpowiedzi.
Mężczyzna zarzucił na głowę kaptur i ruszył przed siebie, lecz najemnik przytrzymał go za ramię. Wrył kościste palce głęboko w ciało.
– Stój! Zaczekaj! Tak, oczywiście – wymamrotał, błądząc wzrokiem po twarzy mężczyzny. – Zapomnij to staremu żołnierzowi. Oczywiście, że nie po to cię tu zatrzymuję w tej ulewie. Wiem coś, co może ci pomóc, przyjacielu. Co chciałem powiedzieć, to że nie lada z ciebie śmiałek, ale nikt cię tu nigdy nie przyjmie, nie.
Starzec pokręcił głową i znów zaklekotał językiem.
– Co masz na myśli?
– Ci tutaj – wskazał na kapitana i jego towarzyszy – to kiepy. Niczego w nich z prawdziwego wojaka. Bandy i szubrawcy, tyle ci powiem, przyjacielu. Tacy to żołnierze!
Zmarszczył nos i pokręcił wąsem, po czym splunął na ziemię.
– Nie ma tam miejsca dla ciebie. To ślepcy! Nie zobaczą, jakiś chwat, choćbyś im miecz pod gardło podetknął.
– Ale są tu inni.
Oczy starca zalśniły, a głowa zakołysała się na suchej szyi.
– Tak, tak! Znam takich, o tak.
– Możesz mi o nich powiedzieć? Gdzie ich szukać?
– Wielu widziałem, do których byś się nadał, przyjacielu, oj wielu. Ale tylko jeden się tu stawił. Nie jest stary, ani on, ani jego drużyna, ale to nie byle chłystki. Walczyłem w Wielkiej Wojnie, jeszcze zanim ją tak nazwano, biłem dzikusów na północnych stepach, na piaskach Sokatry, gromiłem wrogów na lądzie i na wodzie. Wiele rzeczy zobaczyłem, wiele strasznych rzeczy, lecz niewiele naprawdę mnie przeraziło. Ale oni tak.
Przybysz wyprostował się i poprawił połę płaszcza.
– Ich kapitan. Gdzie go znajdę?
– Och – starzec zaśmiał się rozbawiony – z łatwością go poznasz. Zapewniam cię. Nie siedzą tutaj w sercu obozu. Zawsze wolą rozbijać się z dala od zgiełku.
– Czy znasz jego imię?
– Tacy ludzie jak on mają wiele imion. Nigdy nie słyszałem jego prawdziwego miana, ale nazywają go Czarnym Kolosem.
Przybysz pokiwał głową i utkwił nieobecne spojrzenie gdzieś ponad ramieniem najemnika. Po chwili spojrzał z powrotem na starca.
– Dziękuję ci. Jak się zwiesz?
– Och! Naprawdę ciekawi cię moje imię? Cóż ciekawego w takim starym pierniku?
Przybysz uśmiechnął się łagodnie.
– Nie żartuj, przyjacielu. Twoje oczy cię nie mylą, nie jestem taki jak oni. – Wskazał głową na kolumnę ochotników. – Ale nie tylko ciebie bogowie obdarzyli bystrym spojrzeniem. Nie zmylisz mnie swoją wymową. Jak się zwiesz?
Starzec zaśmiał się chrapliwie.
– Zaprawdę nie jesteś zwykłym wojownikiem – odparł, a jego zniszczona, obwisła twarz stężała.
Ciało najemnika spięło się i wyprostowało. Nie był już tym samym wysuszonym wrakiem, jaki jeszcze przed chwilą skrywały przemoczone łachmany. Przed przybyszem stanął szczupły i sędziwy, ale krzepki wojownik, a w jego oczach krył się znajomy żar.
– Nie myliłem się co do ciebie, przyjacielu. Nazywam się Raghnall. Czy teraz mogę poznać twoje imię?
Mężczyzna wyciągnął przed siebie rękę. Przybysz uścisnął ją i uśmiechnął się przyjacielsko.
– Artair.
~✵~✵~✵~✵~✵~
Wiatr chłostał twarz wędrowca zmrożonym deszczem, orząc skórę piekącymi pręgami. Namioty i ogniska już dawno zostały w tyle, zastąpione płaskim, porosłym trawą pustkowiem Pogranicza. Gęste od wilgoci powietrze dusiło mężczyznę, z oporem tłocząc się do jego płuc, lecz nadal parł naprzód, wyprostowany, z odsłoniętą głową. W uszach Artaira spośród nieustannego szumu i lepkich, błotnistych tąpnięć butów wychynął trzask. Odległy jak dawne wspomnienie zapach dymu i pieczeni wyciągnął do niego swą rękę z samotnej brzeziny. Mężczyzna podążył za nim, a z czasem jego zmysły zaczęły wychwytywać kolejne, wytęsknione bodźce. Zaciągnął się rześkim powietrzem i poprawił poły płaszcza.
– Kto idzie?! Gadaj zaraz, bo ustrzelę!
– Przyjaciel.
– Przyjaciel? – Mężczyzna prychnął. – Poza tym obozem nie mamy tu żadnych przyjaciół.
– W takim razie sojusznik.
– Czego chcesz?
– Spotkać się z waszym dowódcą.
– Ta? Podejdź no bliżej.
Zza gęstych zarośli wyszło dwóch żołnierzy. Ich dłonie zaciskały się ciasno na drzewcach włóczni, gdy mierzyli wzrokiem Artaira. Wędrowiec podszedł kilka kroków w ich stronę.
– Tyle wystarczy! – krzyknął jeden z najemników. – Więc chcesz się spotkać z szefem, ta? A czego ty możesz od niego chcieć?
– Chcę się zaciągnąć.
Mężczyzna prychnął i zaśmiał się gromko, a zaraz dołączył do niego jego towarzysz.
– Taki obwieś jak ty? Ech, dobra. Właź!
Zeszli z drogi. Artair przyjrzał im się podejrzliwie.
– Tak po prostu?
– Co tak po prostu?
– Tak po prostu mnie przepuścicie?
– Tak – rzucił krótko. – Co się tak dziwisz?
– Słuchaj – zaczął drugi z najemników. – Nasz szef to nie byle trep. Czego cię mamy nie wpuszczać? Jeśli zaczniesz rozrabiać, to szybko się z tobą uwinie. My tu jesteśmy tylko, żeby się nam tu nikt podejrzany nie kręcił.
– To jak będzie? Włazisz czy nie?
Artair przytaknął i minął strażników. Wkroczył w rudą gęstwę i po chwili spostrzegł, jak blade kolumny brzóz zaczynają nachylać się ku sobie, spięte pajęczą siecią lin i troków. Jasne plamy rozciągnięte na tym rusztowaniu, z początku rozmyte wśród kory i poszycia, wyostrzyły swe kontury, i jak wyrosłe z mgły mury rodzinnego domu witają tułacza po długiej wędrówce, tak płótna namiotów zaprosiły go do siebie. Przybysz ukrył uśmiech pod kołnierzem. Artair rozglądał się po obozie, krocząc w stronę największego z namiotów, i choć nie dał tego po sobie poznać, nie potrafił wyjść ze zdziwienia. Najemnicy krzątali się przy swoich sprawach, naprawiali i czyścili rynsztunek, jedli razem i śmiali się przy długich stołach. Niewielka grupa zabawiała raz po raz rzucając kości i pieniądze na pokrywę beczki. Nigdzie nie spostrzegł choćby cienia opilstwa czy chichotów ladacznic. Ochotnicy, zwykle tłumnie walący do werbunkowych, nawet nie próbowali się tu dostać, czy to dlatego, że ich uszu nie dobiegło słowo o tej drużynie, czy może usłyszeli o niej zbyt wiele. Wszelkie plugastwo, smród, jaki ciągnął się za wojskowymi obozami, zdawały się omijać to miejsce z najwyższą trwogą. Kojące ciepło rozpłynęło się w piersi mężczyzny. Westchnął z ulgą. Starzec mówił prawdę.
Włos zjeżył się na karku Artaira, a barki mężczyzny przycisnął ciężar wzroku dziesiątek wojowników. Artair ściągnął z głowy kaptur. Odpowiedział spojrzeniem obserwującym go żołnierzom, lecz żaden z nich nie odwrócił wzroku. Wędrowiec kroczył śmielej niż dotychczas. Zatrzymał się dopiero, gdy dwóch strażników zagrodziło mu drogę przed samym namiotem dowództwa.
– Hola! Wiesz, dokąd leziesz?
– Do waszego dowódcy.
– Tak, bratku? – warknął drugi z żołdaków. – Nie wiem, kto cię tu wpuścił, lecz tutaj kończy się twoja droga.
– Nie zamierzam narzucać się waszemu przywódcy, jeśli to was dręczy. Zaczekam, jeśli trzeba, lecz proszę, byście przekazali mu wiadomość, że pragnę się z nim widzieć.
– A po co to taka łachudra chciałaby się widzieć z kapitanem, hę?
– Chcę się do was zaciągnąć.
Najemnik zmierzył go wzrokiem i prychnął.
– Ty? Szukasz darmowego żarcia, przybłędo? Jużżeś rozwścieczył wszystkie wioski dookoła swoim skomleniem? Zaciągnąć się, phi!
– To nie przytułek, bracie. Chcesz do nas dołączyć, musisz się nam na coś przydać. A nie wyglądasz na takiego, coś umiał.
– Nie wam to oceniać – odparł chłodno. – Poinformujcie kapitana o moim przybyciu.
Żołnierz nachylił się do twarzy Artaira tak blisko, że niemal stykali się czubkami nosów.
– Nie – szepnął.
Ciężki odór cebuli wionął w nozdrza przybysza. Lepki dreszcz obrzydzenia przebiegł po ciele mężczyzny, gdy z ledwością opanował się, by nie zmarszczyć nosa.
– Wynoś się stąd, łachmyto! – warknął strażnik, wracając na swój posterunek. – Nie ma tu miejsca dla takich jak ty. Nie szukamy nowych.
Artair przyjrzał się obu żołnierzom i kątem oka dostrzegł, jak najemnicy w pobliżu zaprzestali swej pracy i przyglądali się im z zainteresowaniem. Westchnął ciężko i spuścił wzrok, ale nie cofnął się.
– Co jest, dziadzie? Nie słyszałeś, com powiedział? Zjeżdżaj!
– Czym ci zawiniłem, że tak mnie obrażasz?
Artair wyprostował się i wbił spojrzenie w oczy najemnika. Jego wzrok, błyskający zielenią tak jaskrawą, jakby promieniowała własnym światłem, zdawał się przewiercać ciało żołnierza głęboko, sięgając aż po trzewia. Strażnik zesztywniał, a jego powieki uniosły się w zdumieniu.
– Czy podarte szaty to dość, byś mógł łajać mnie do woli? Nie wstyd ci, kpić ze mnie tuż pod nosem dowódcy? Milcz, swołocz – syknął. – Donieś o mnie twemu panu!
Twarz najemnika sflaczała, a miękkie podgardle zadrżało jak galareta. Wzrok mężczyzny, choć trząsł się panicznie, szukając ucieczki, nie był zdolny uniknąć spojrzenia Artaira. Żołnierz opanował się i zmarszczył brwi.
– Nie – powiedział, ale w jego głosie tkwiła wyraźna nuta słabości.
Z wnętrza namiotu dobiegły ich stłumione szepty i tupot, a po chwili ze środka wyszedł nadzwyczaj postawny mężczyzna.
Olbrzym, błyszczący i czarny jak świeżo naoliwiony heban, stanął kilka kroków przed Artairem. Jego tors, zupełnie nagi, rozpychały zdające się rozrywać skórę od środka zwały muskułów. Mięśnie zagrały na barkach olbrzyma, gdy wsparł ręce na biodrach, a jego spojrzenie spotkało się ze wzrokiem Artaira. Zimny dreszcz zbiegł po plecach przybysza. Ciemnoskóry mężczyzna zmarszczył brwi.
– Czarny Kolos – wyszeptał Artair.
– Jak się zwiesz, przybyszu?
Głos Kolosa zagrzmiał ogłuszająco, jakby to nie on, a bogowie wypowiadali te słowa, przyglądając się im z niebios. Artair uśmiechnął się uprzejmie.
– Artair. – Skłonił głowę.
– Gorn – rzucił oschle, a gęsty wąs zatrząsł się nad jego ustami. – Chcesz do nas dołączyć… Jak możesz się nam przydać?
– Potrafię walczyć.
– Och! – zaśmiał się. – Zaiste. Ale tutaj każdy to potrafi. Pytałem, do czego możesz nam się przydać.
Artair zmrużył oczy i zamyślił się. Westchnął ciężko, jakby usiłował przekonać się do zrobienia bardzo trudnego kroku.
– Ruszacie na wojnę z Khyrgitami – powiedział w końcu. – Znam ten lud. Bardzo dobrze go znam.
– Jak dobrze?
– Przez kilka lat żyłem wśród tych ludzi. Jadłem z nimi, spałem obok nich, uprawiałem ich ziemię i pielęgnowałem ich trzody. Można powiedzieć, że byłem jednym z nich.
Gorn zlustrował go spojrzeniem, a w jego oczach odbijała się nieufność.
– Trudno mi uwierzyć, by ci barbarzyńcy byli skłonni przyjąć jakiegokolwiek obcego w swoje sicze. Prędzej w jasyr. Potrafisz potwierdzić swoje słowa?
Twarz przybysza przebiegł ledwie dostrzegalny skurcz, jakby mięśnie drgnęły bezwiednie, poruszone którymś ze słów olbrzyma. Artair opanował się błyskawicznie i skarcił w duszy. Nie mógł pozwolić sobie na okazanie słabości.
– Mogę je potwierdzić wiedzą, jaką posiadam o tym ludzie. Nie wiem, czy mam cokolwiek, co świadczyłoby o ich prawdziwości. Może…
Sięgnął pod połę płaszcza i odpiął coś od pasa. Spod okrycia wychynął długi sztylet. Mężczyzna złapał za pożółkłą kość rękojeści i wyszarpnął broń z pochwy. Ostrze, niezwykle cienkie jak na sztylet tej długości – dość cienkie, by wślizgnąć się między oczy kolczugi – lśniło blaskiem innym niż jakakolwiek stal, jaką można było spotkać na południe od Pogranicza. Mleczną klingę obiegały nieregularne zawijasy, przypominające bardziej żywą materię niż dzieło kowalskiego rzemiosła. Wykonano ją z kości. Gorn nachylił się nieco w przód, by lepiej przyjrzeć się broni.
– To tesz?
– Tak.
– Rozumiem. – Gorn pokiwał głową i namyślał się przez dłuższą chwilę, po czym jego spojrzenie padło na oczy Artaira. – Mimo to nie chcę cię przyjąć.
Artair zmarszczył brwi..
– Nie rozumiem. Dlaczego?
– Spójrz na siebie – powiedział i obszedł Artaira dokoła. – Nie masz nawet dość pieniędzy, by załatać te łachmany, a co dopiero, by kupić pancerz. Masz w ogóle hełm albo chociaż tarczę?
– Mam miecz.
– I co ci po nim, jak ci ktoś rozpłata łeb? – Westchnął. – Nie! Nie zamierzam kopać grobu dla kolejnego desperata. Nie wiem, co pchnęło cię, by wybrać tę drogę, ale dobrze ci radzę – odpuść. Albo przynajmniej najpierw się wyposaż.
– Nie potrzebuję zbroi. Walczę bez niej.
Gorn uśmiechnął się kpiąco.
– Jeśli jej nie potrzebujesz, to szukaj szczęścia w królewskiej armii. Tam chętnie cię wezmą za mięso armatnie.
Olbrzym westchnął i obrócił się, odchodząc do namiotu. Twarz Artaira pozostała bez wyrazu. Przymknął oczy, znużony, i wyszarpnął miecz spod podartych szat. Ostrze świsnęło zbyt szybko, by ktokolwiek z obecnych zdołał je dostrzec. Deszcz zrosił długą i wąską klingę, która zamarła wygięta w finezyjnym łuku, ze sztychem wycelowanym między łopatki dowódcy. Gorn obrócił się powoli. Wszelkie emocje spełzły z jego twarzy, która teraz bardziej przypominała bazaltowe popiersie starożytnego bohatera niż żywe ciało.
– Wyzywam cię, Gornie – powiedział Artair.
– Tak cię uraziłem? – Uśmiechnął się ponuro. – Nie, nie przyjmuję wyzwania.
– Uraziłeś? Nie, słyszałem dużo gorsze wyzwiska. Chciałbym tylko poznać prawdę o zdolnościach Czarnego Kolosa. Wiele o nich słyszałem.
– Doprawdy? W takim razie będziesz musiał zadowolić się plotkami. Żegnaj.
Gorn wierzchem dłoni odsunął miecz przybysza, lecz w jednej chwili uśmiech zniknął z jego twarzy, a oczy olbrzyma rozwarły się szeroko i błysnęły na tle hebanowej skóry jak dwa księżyce. Obrócił klingę płazem do góry i odsłonił drobny grawerunek tuż pod jelcem.
– Czteroskrzydły orzeł… Nie jesteś zwykłym żebrakiem.
Gorn westchnął i uśmiechnął się.
– Dobrze. Przyjmuję twoje wyzwanie. – Rozejrzał się. – Tutaj? Na tym placu?
Artair przytaknął.
– Zatem pozostaje tylko określić, co postawimy na szali.
– Jeśli wygram – powiedział Artair – przyjmiesz mnie do swojego oddziału.
– Tak, to żadna niespodzianka. A jeśli przegrasz?
– Ty zdecyduj – odparł, odchodząc na drugi koniec błotnistego placu.
– Hmm… – Mężczyzna zaczął bezwiednie kręcić wąsa. – Tak… Twój miecz. Co powiesz?
Artair przyjrzał się swojej broni i zamyślił się. Jego twarz stężała. Przytaknął.
– Zgoda.
Oczy Gorna zalśniły.
– Hoho! No, tego się nie spodziewałem. Nie bój się, będzie mu dobrze u mojego pasa.
– Nie sądzę – odparł chłodno – by kiedykolwiek na nim zawisł.
Mężczyźni stali naprzeciw siebie na brzegach okrągłego placyku. Dzieliło ich może dziesięć łokci – dość mało, by z łatwością mogli dostrzec rosnące napięcie w oczach przeciwnika. Wokół zebrał się kordon najemników, którzy mimo ulewy wyszli spod dachów, by być świadkami pojedynku swego kapitana. Artair pogrzebał butem w błocie. Ślisko. Bardzo ślisko. Poprawił miecz w dłoni i przyjrzał się czarnoskóremu mężczyźnie. Gorn, który na dłuższą chwilę zniknął w swoim namiocie, zdążył założyć już pancerz z ciemnej, nieoszlifowanej stali. Gruby metal rozchodził się na mostku na czworo i oplatał tors na kształt wielkiego owada. Niższe płyty kryły pod sobą żebra i zgrabnie przechodziły w segmentowe pasy na brzuchu. Tylko jedno, prawe ramię wojownika chroniły matowe blachy, spięte razem ruchomym nitem, a najwyższą z nich zadarto w górę przy obojczyku, gdzie stawała się tarczą dla odsłoniętej szyi. U grubego skórzanego pasa olbrzym zwiesił trzy miecze. Zgrabnym ruchem wysunął jeden z nich z pochwy i wskazał sztychem na oręż Artaira.
– Jak widzisz, doskonale dopełni moją kolekcję. Cztery to boska liczba, nie mylę się?
Artair nie odpowiedział. Przyjrzał się broni rywala ze skrytym w duszy zachwytem. Srebrzysta klinga mieniła się głęboką zielenią, jakby pod cienką warstwą przeźroczystej stali błyszczało drugie ostrze. Miecz, gdyby nie jego nadzwyczajna szerokość, zdawałby się śmiesznie mały w rękach takiego giganta.
Gorn zaatakował pierwszy. Wystrzelił w stronę przybysza z gibkością, jakiej próżno byłoby szukać u najzręczniejszych wojowników, nawet tych znacznie drobniejszej postury. Skakał jak kot, stale zmieniając kierunek natarcia, aż wreszcie potężnym zamachem ciął z góry. Artair zręcznie uskoczył w tył i uniósł klingę, by się zasłonić. Serce podskoczyło mu do gardła, gdy nie poczuł uderzenia. Jego przeciwnik w ostatniej chwili zwinął się w piruecie i siekł z boku, celując w odsłonięte udo. Ostrze pruło powietrze jak gnany sztormem galeon. Artair utknął w niestabilnym wykroku, niezdolny wykonać na czas kolejnego uniku. Pozostało mu tylko czekać, aż dosięgnie go cios przeciwnika. Nigdy nie spodziewałby się takiej prędkości po kimś tak słusznych rozmiarów. Choć strach przeszył go na moment swą lodowatą igłą, rutyna i zawarta w ciele pamięć przywróciły spokój myśli. Przybysz runął na ziemię i przeturlał się pod świszczącym ostrzem, jak worek łachmanów. Artair poderwał się z ziemi i strząsnął chłodne błoto z czoła. Nie powtórzy drugi raz tego samego błędu.
– Niewiele finezji w tym uniku. – Gorn uśmiechnął się kpiąco. – Dalej jesteś taki pewny swego?
Oczy Artaira rozwarły się szeroko, gdy wpił wzrok w przeciwnika. Nie odpowiedział, a jego twarz pozostała obojętna. Wiedział, że Gorn próbuje go zdenerwować.
– Cóż, tym lepiej. Twój miecz naprawdę przypadł mi do…
Biała czupryna śmignęła w powietrzu ponad rozsmużoną szatą, a potok zawziętych jak ukłucia owada cięć posypał się na Gorna. Kapitan cofał się krok za krokiem, niezdolny znaleźć okazji na kontratak. Zaskoczenie, które z początku wyjrzało na jego twarzy, teraz spływało z wolna, zastąpione znacznie groźniejszym, palącym jak ogień uczuciem. Nagle Artair spostrzegł lukę w defensywie przeciwnika. Maleńkie okno, przez które mógł wślizgnąć się kolejny cios. Zawahał się na krótką chwilę. Chwilę temu niemal nie przypłacił życiem podobnej lekkomyślności. Nie. Tym razem było inaczej. Wiedział, że zdoła dosięgnąć celu. Zresztą, czy miał lepszy wybór? Pchnął w szyję, tuż poniżej szczęki. Patrzył z uwagą, jak ostrze pnie się w górę, jak mija odległą wrażą klingę, jak niemal muska skórę przeciwnika. Lecz sztych nigdy nie dotarł celu. Gorn wykręcił ramię i pozwolił, by broń minęła krtań o mniej niż cal i rozbiła się na pancernym ramieniu. Artair runął naprzód. Jego oczy rozwarły się szeroko, po czym zacisnęły z bólu, gdy Gorn rąbnął go barem z niedźwiedzią siłą i posłał daleko w tył. Przybysz poturlał się po gęstym szlamie. Ból eksplodował w lewym ramieniu, gdy tylko spróbował nim poruszyć. Musiał je wybić. Podniósł się z trudem, wsparty o miecz, ślizgając się po grząskiej ziemi. Spojrzał na Gorna ze zdumieniem. Artair nigdy nie walczył z kimś, kto uciekałby się do brudnych sztuczek. Ryzykować przebitym gardłem tylko po to, by zaskoczyć przeciwnika?
– Jesteś szalony! – warknął, plując błotem. – Mogłeś zginąć, głupcze!
– Mogłem? – spytał z uśmiechem.
Gorn zaszarżował, tym razem tnąc od dołu. Artair zawahał się. Czy to kolejny zwód? Nie, jego przeciwnik nie zaryzykowałby dwa razy tej samej sztuczki. A jednak… Co jeśli przewidział, że tak właśnie pomyśli? Artair zacisnął zęby, gotując się na sparowanie ciosu. Miał rację, to nie była finta. Olbrzym ciął prosto w bok, lecz jego przeciwnik wyskoczył naprzód i obrócił się w błyskawicznym piruecie. To był ten moment! Mokry od deszczu i potu kark wojownika błyszczał jasno, jakby wskazywał punkt, w który Artair powinien zadać cios. Przybysz wycelował i sieknął w potylicę. Ostrze rozcięło skórę i zazgrzytało o kość. Nagle jakaś siła szarpnęła Artairem w dół, jak szmacianą lalką. Wybałuszył oczy, nie rozumiejąc, co się stało, lecz po chwili, ku swemu wielkiemu zawodowi, umysł wykrystalizował odpowiedź. Prawa noga, którą zaparł się o ziemię, zapadła się w błocie i ześlizgnęła z impetem. Ścięgna w pachwinach zapiekły boleśnie, gdy mężczyzna utknął w niezgrabnym szpagacie. Artair mógł tylko patrzeć, jak kark przeciwnika oddala się z każdą chwilą, jak Gorn obraca się i bierze zamach, celując w czoło. Wędrowiec zamknął oczy. Tępy, dudniący pod czaszką ból wybił swoje pierwsze uderzenie na sklepieniu czaszki, a potem, jak zegar powtarza swą wiadomość, tak dręczące uczucie rozlało się po reszcie ciała. Artair zesztywniał i runął w kałużę mułu. Dopiero po chwili, gdy jego umysł przestał wreszcie pulsować, łapczywie połknął pierwszy haust powietrza. Spojrzał na tytaniczną, cienistą sylwetkę, która zawisła nad nim jak śmiertelny omen.
– To koniec – rzekł Gorn.
Artair nie odpowiedział. Zamknął oczy.
– Ostatni cios byłby śmiertelny, gdybym uderzył ostrzem – powiedział Gorn, podając mu rękę. – Wstaniesz?
Wędrowiec pokręcił głową. Z trudem, podpierając się rękami i ślizgając się w błocie zdrętwiałymi nogami, wstał. Gorn cofnął rękę i zlustrował go wzrokiem.
– Jesteś całkiem niezły, muszę przyznać – stwierdził, ocierając krew z karku. – Może… może warto dać ci szansę.
Ręka Gorna znów wyciągnęła się do przybysza, lecz Artair znów jej nie uścisnął.
– Nie, nie. – Gorn pokręcił głową. – Twój miecz.
Artair zacisnął dłoń na rękojeści, aż rzemień zaskrzypiał pod jej naciskiem. Mężczyzna westchnął ciężko i po krótkim wahaniu wręczył broń zwycięzcy.
– Zgodnie z umową – powiedział.
– Zgodnie z umową – zgodził się Gorn. – A poza nią, umyj się i wypierz te łachmany. Moi żołnierze nie mogą wyglądać jak łachudry. Od dziś służysz pod Fey. Znajdź ją. Nie musisz się martwić, czy da ci wiarę. Patrząc na to, ilu ludzi zebrało się na widowisko, z pewnością już o wszystkim wie.
Artair przytaknął nieznacznie i strzepnął błoto z szat. Odszedł. Gorn odprowadził go wzrokiem, po czym wrócił do swojego namiotu. Otarł z brudu miecz Artaira i przywiesił do pasa obok pozostałych. Usiadł za niewielkim biurkiem i wpatrzył się w migający za szkłem lampy płomień. Nie potrafił pozbyć się wrażenia, że wszystko, co przed chwilą się wydarzyło, od samego początku zostało zaplanowane przez Artaira. Nawet jego przegrana. Szczególnie ona. W końcu osiągnął to, czego chciał.
– To niebezpieczny człowiek – wyszeptał Gorn.
~✵~✵~✵~✵~✵~
Fey przebywała razem ze swymi ludźmi w kantynie. Siedzieli przy długich stołach i jedli coś z parujących garnczków. Artair od razu ją rozpoznał. Była jedyną kobietą w całej bandzie.
– To ty przegrałeś dzisiaj z Gornem, prawda? – spytała, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.
– Tak.
– I jak? Zadowolony z wymiany? – Nie patrzyła na przybysza. Skupiała się tylko na posiłku. – Twój miecz za możliwość rozpłatanego brzucha albo zarobienia noża pod żebro. Nie brzmi, jakby się to opłacało.
– Inaczej bym na nią nie przystał.
Fey uśmiechnęła się i wstała od stolika. Jej towarzysze odprowadzili ją wzrokiem, lecz zaraz spojrzeli na przybysza.
– Mam ci to wytłumaczyć szybko czy dokładnie?
– Szybko.
Prychnęła.
– No tak, nie wydajesz się zbyt rozgadany. Słuchaj, w moim oddziale są tylko trzy zasady. Pierwsza: nie daj się zabić, a już na pewno nie daj z siebie ściągnąć zbroi. Sporo kosztują, lepiej żeby zostały w rodzinie. Druga: słuchasz się we wszystkim mnie. Żadnych samodzielnych akcji, żadnego zgrywania bohatera. Jesteś pode mną, kapujesz?
– Oczywiście.
– A trzecia: nawet nie próbuj być chłopem.
– Być chłopem?
– Śmierdzieć chłopem, chlać jak chłop, żartować jak chłop. Zobaczę coś takiego, to spiorę cię tak, że łomot od Gorna wspomnisz ciepło jak noc u kochanicy.
– Spokojnie – odparł Artair z uprzejmym uśmiechem – ja tylko tak wyglądam.
– Zrozumiano?
– Rozumiem.
– Więc już wiesz, jak brzmi twój pierwszy rozkaz. – Spojrzała wymownie na jego ubłocony strój. – I znajdź sobie jakąś broń. Andre powinien mieć coś dla ciebie. Margdhal!
Od stołu odskoczył młody chłopak i popędził do Fey. Miał najwyżej szesnaście lat.
– Pokażesz mu drogę? Chyba też miałeś do niego iść, prawda?
– Tak, oczywiście! – Chłopak zawołał z entuzjazmem, po czym od razu…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil metarth
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…