Królewska para - cz.1 Prezent
mój debiut w fantasy
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
P R E Z E N T
Osiemnastka to jest coś, na co się czeka przez całe dzieciństwo i okres dojrzewania. Mityczna granica, za którą są wszystkie zakazane przyjemności, nieznane doznania i zasłyszane, obrośnięte mitami, możliwości. Ja nie byłam wyjątkiem. Choć rodzice dość swobodnie podchodzili do mojego wychowania, to jednakże nie mogłam spełniać wszelkich zachcianek, jakie tylko mi przyszły do głowy; a zapewniam, że moja inwencja w tym względzie była ponadprzeciętna, a apetyt na życie niezaspokojony. Więc wyczekiwałam tego dnia z niecierpliwością i pełna nadziei na spełnienie każdego marzenia. Miałam zamiar spróbować wszystkiego po kolei. Co prawda, gdzieś w zakamarkach podświadomości tkwiła prawda, że dorosłość to przede wszystkim obowiązki, ale co tam! Dziś można było o tym nie myśleć, dziś można tylko celebrować moment przekroczenia linii, za którą jest wielka przygoda. Zaczęło się już właściwie na imprezie ku czci moich urodzin. Zapaliłam swego pierwszego papierosa ( to znaczy pierwszego legalnego papierosa), popiłam drinkiem z minimalną ilością wody i lodu, i gdyby to tylko było możliwe, kto wie, może nawet zaliczyłabym pierwszego chłopaka. Byłam jednak zbyt podniecona i pijana, aby cokolwiek mogło z tego być, choć chętnych zdaje się nie brakowało. W każdym razie hedonizm uczyniłam tego wieczora hasłem przewodnim. Inną sprawą był dzień następny, nacechowany kacem i totalnym bólem głowy. Ojciec tylko kiwał głową z aprobatą, a matka chodziła po domu bardziej nachmurzona niż zazwyczaj. - Masz nauczkę – wciąż powtarzał tato, jak tylko znalazłam się w zasięgu jego wzroku, a zaiste wyglądałam dość koszmarnie. I o dziwo, przysięgłam sobie, że już nigdy więcej! Impreza imprezą, ale umiar jest wskazany we wszystkim… A dziś czekała mnie kolejna dawka, tylko spokojniejsza, w gronie najbliższej rodziny. Wiecie, dziadkowie i chrzestni, takie tam… Nie bardzo miałam ochotę na rodzinną nasiadówkę, ale trzeba było jakoś uczcić to wydarzenie na forum rodzinnym, więc starałam się doprowadzić do życia, chociażby w minimalnym stopniu. Miałam dość dziwną rodzinę. W zasadzie nie utrzymywaliśmy ze sobą bliższych kontaktów, rozrzuciło nas po Polsce jak podczas tornada, każdy żył w innym zakątku. Opowieści także brakło… Mam na myśli te wszystkie legendy i anegdoty rodzinne, których pełno było wokół mnie, w rodzinach moich znajomych, ale nigdy u nas. Kiedy byłam mała, pytałam rodziców o te wszystkie rzeczy, ale zbywano mnie wymówkami. Zupełnie jakby w naszej rodzinie była jakaś straszna tajemnica, której nie można nikomu wyjawić, nawet dorastającym dzieciom. Tej dziwnej postawy rodziców nie miałam jak skonfrontować z resztą rodziny, bo nie utrzymywaliśmy praktycznie żadnych kontaktów z nikim, i tylko w niewielkim stopniu dało się to usprawiedliwić odległościami, jakie nas dzieliły. A dziś miał nastąpić w tej sprawie przełom. Zwłaszcza wizyta dalszej ciotki, noszącej dziwne imię Rozamundy, wprawiała rodziców w stan lekkiego podenerwowania, może nawet irytacji. Śmieszyło mnie to, bo skoro ich ten fakt tak stresuje, po co w ogóle ją zapraszali, tym bardziej, że dotychczas była u nas tylko raz, i to na moich chrzcinach, więc ja sama jej nie pamiętałam. Na moje pytania otrzymywałam jakieś zdawkowe mruknięcia, dałam sobie zatem spokój, rozumując, że rodzice z jakichś mi nieznanych powodów musieli zaprosić wszystkie te rodzinne indywidua. W jakim celu – tego się właśnie chciałam dowiedzieć na spotkaniu. W sumie miałam swoich kłopotów dość, aby się jeszcze zamartwiać nieporozumieniami starszych. Jak tu się doprowadzić do stanu używalności po wczorajszej popijawie? Spędziłam kilka godzin w łazience, a i tak skutek był mizerny… Kiedy już pierwsi goście zaczęli się schodzić, ja stałam w przedpokoju z podkrążonymi oczami i wyraźnie na siłę się uśmiechając, przyjmowałam gratulację i stosy kwiatów. O dziwo, brakło zwyczajowych podarków, choćby najbardziej zwariowanych czy nietrafionych. Tylko w niewielkim stopniu mnie to smuciło, być może w naszej rodzinie, inaczej niż u innych, nie było zwyczaju obdarowywania się przy takich okazjach. W zasadzie nie było u nas tradycji zlotów rodzinnych, te moje osiemnaste urodziny były zdaje się, jakimś wyjątkiem. Ale jak już ten fakt nastąpił, to chyba wszystkie pociotki wychynęły ze swoich kątów. Skoro nawet ciotka Rozamunda, dla łatwiejszego mówienia zwana Różą, miała zaszczycić nas swą obecnością, co było wypadkiem dość rzadkim, by nie rzec wyjątkowym, to zaprawdę był ten fakt doniosłym we wszystkich aspektach! Tak czy siak – ja w każdym razie nigdy, nigdzie i u nikogo się z nią jeszcze nie spotkałam; tym bardziej czułam ciekawość i, co tu dużo gadać, byłam dumna, że ktoś taki fatygował się do mnie przez pół kraju. Im bliżej wizyty ciotki, tym rodzice stawali się coraz bardziej nerwowi. Matka niemal płakała, ojciec raz po raz spoglądał na mnie z takim wyrazem w oczach, że posądziłabym go o strach. Nawet reszta gości patrzyła na mnie w jakiś taki dziwny sposób. I tylko w niewielkim stopniu tłumaczyłam sobie takie zachowanie tym, że mnie praktycznie nie znają. Wiedziałam iż będzie to stresujące spotkanie – nie spodziewałam się, że aż tak… I w końcu nadszedł ten moment. Ciotka Róża to była kobieta już dobrze po pięćdziesiątce, niczym się niewyróżniająca z tłumu, ot taka sobie zwykła, szara myszka. Piękną także nie można było jej nazwać. Ogólnie rzec biorąc rozczarowałam się trochę. Spodziewałam się czegoś…innego. Sądząc po nerwowym oczekiwaniu na jej przyjazd, myślałam sobie, że spotkam kogoś naprawdę niezwykłego. - To ty jesteś Kasia? Co za durne pytanie! Inteligencją zdaje się także nie grzeszy. - Dzień dobry, ciociu – witam ją grzecznie, nie zwracając zbytniej uwagi na jej powitanie. Stoję przed nią w oczekiwaniu na jakiś cieplejszy gest. Rozwarcie ramion, uścisk, całus w policzki – cokolwiek. Nic takiego nie ma jednak miejsca. Ciotka lustruje mnie uważnie i czuję, że jest w tym coś więcej niż tylko to iż mnie tak dawno nie widziała. Zupełnie jakby mnie oceniała. Ale w jakim celu? Zamierza mnie sprzedać czy jak? Tak się właśnie czułam – jak przedmiot na sprzedaż. W tej jednej chwili już ją znielubiłam. Po chwili mój wzrok padł na pakunek, jaki położyła obok siebie na podłodze. Był dość pokaźnych rozmiarów – ale się szarpnęła na prezent! Za plecami czułam pełną wyczekiwania ciszę, przerywaną tylko nerwowymi pochrząkiwaniami, jakby na coś wszyscy czekali. Tylko na co? Ciotka wreszcie postanowiła zakończyć ten ceremoniał powitania i uścisnęła mi najpierw dłoń, a potem delikatnie przytuliła do siebie. Pachniała nawet całkiem przyzwoicie, ale marki perfum nie potrafiłam odgadnąć. Był jednakże na tyle frapujący, że postanowiłam zapytać ją o nie, jak już się lepiej poznamy przy kawie. Spojrzałam wymownie w kierunku paczki, którą przyniosła Rozamunda ze sobą. - Jeszcze chwila cierpliwości, kochanie – jej protekcjonalny głos nieco mnie zirytował. - Zapraszam do stołu – odpowiedziałam, dzielnie pokrywając irytację grzecznością. Posłusznie dała się prowadzić do pokoju, gdzie już wszyscy się zebrali, a nie było ich wielu. Nasza rodzina nie była zbyt liczna. Przynajmniej ta część, którą znałam. Usiedliśmy i przez moment trwała cisza. Dziwne… Z reguły przy takich zlotach rodzinnych nie dało się zamienić kilku słów w spokoju, gwar rozmów zagłuszał wszystko. A teraz poczułam się niemal jak na stypie. Po wczorajszej balandze, dzisiejszy wieczór był straszny. Spojrzałam po twarzach gości i rodziców. Na każdej z nich malowała się troska, może nawet przestrach. Nie rozumiałam tego ani trochę. Miast się cieszyć moim szczęściem, choćby nawet udawali, oni dawali wyraz swoim frustracjom. Przynajmniej tak mi się zdawało. O dziwo, zgromadzeni przy stole sprawiali wrażenie jakby na coś czekali. Pochwyciłam jakieś ukradkowe spojrzenia w kierunku Rozamundy. Było to o tyle niezwykłe, że dotychczas ciotka nie była jakąś duszą towarzystwa, ba! nawet nie zdawałam sobie sprawy z jej istnienia. Spotkań rodzinnych u nas było niewiele, ale na żadnym z nich nigdy nigdzie ciotki Róży nie uświadczyłeś. Celebracja moich osiemnastych urodzin i jej uczestnictwo w nim to wydarzenie na skalę niespotykaną dotąd w historii rodziny. O ile znałam moją rodzinę, a faktem jest, że znałam słabo, by nie rzec wcale. Więc te moje konkluzje w kontekście tego, co wiedziałam, były słabe i mogły nie mieć żadnych słuszności. Ojciec nalał szampana i wznieśliśmy toast. Wciąż to wszystko odbywało się w ciszy i dość spokojnie. Zaczynałam żałować całego tego wieczoru. Przy takiej atmosferze cieszenie się własnym szczęściem to był sport ekstremalny! Nie żebym oczekiwała jakiegoś wielkiego entuzjazmu, ale odrobina życzliwości by się przydała. - Co chciałabyś robić w życiu? – Zagadnęła znienacka Róża. Standardowe pytanie przy takich okazjach, nieodmiennie wprawiające każdego w irytację. A skąd mam wiedzieć kim chcę być? Za wcześnie na to. A może nie za wcześnie? Tylko nieco zaniedbałam myślenia o tym? - Jeszcze nie wiem, ciociu – odpowiadam zgodnie z prawdą. Mam także szczerą nadzieję, że również grzecznie, bo nie chciałabym jej urazić. Mimo wszystko… - Jeszcze nie wiesz – powtórzyła ciotka, – to nie dobrze. I zwracając się do moich rodziców: - Ktoś z nią już rozmawiał? - Nikt – kręci przecząco ojciec. Matka nerwowo popija kawę i stara się nie wybuchnąć. Ciekawe… Miałam wrażenie, że nie do końca rozumiem o czym mówią. Miałam nawet uczucie, że nie rozumiem także od początku… - O czym? - O rodzinie. - A to taka tajemnicza historia? – Kpię sobie. - Zobaczymy… Powiało grozą. Ale z drugiej strony nareszcie dowiem się prawdy o sobie i mojej familii. Dotąd rodzice zbywali moje pytania w tym względzie milczeniem lub zdawkowymi odpowiedziami, niemającymi zdaje się niczego wspólnego z prawdą. Popatrzyłam na rodziców z wyraźnym triumfem w oczach. Oni mi nic nie odpowiedzieli. Rozsiadłam się zatem wygodniej i dolałam szampana do kieliszka. Ciotka zaczęła się we mnie wpatrywać intensywnie i po kilku sekundach zaczęła snuć swą opowieść. - Co wiesz o wymiarach równoległych? – Rozpoczęła od pytania. A pytanie to wtłoczyło mnie w krzesło. - O czym?! - O wymiarach równoległych… Zaczynałam mieć uczucie jakby ktoś usiłował sobie zadrwić ze mnie. - To żart? - Nie, dlaczego? – Rozamunda autentycznie jest zdziwiona moją reakcją. Zupełnie jakby mówiła poważnie. - Nieważne… A odpowiadając na pytanie: wiem niewiele, to jakieś określenie z obszaru science fiction. A bo co? Ciotka zagląda mi prosto w oczy chcąc się przekonać czy ja z kolei się nie zgrywam. Reszta zgromadzonych przy stole milczała, popijając wino z kieliszków i zupełnie nie wtrącając się do rozmowy. Nie o takiej atmosferze marzyłam na moich urodzinach. - Kasiu – ciotka ponownie zabrała głos. Skupiłam się na niej. Jeśli nawet gada jakby się napiła czegoś lub paliła jakieś ziele, to była paradoksalnie najbardziej interesująca osobą w tym pokoju. – Dziś poznasz prawdę nie tylko o swojej rodzinie, ale także o sobie i swym przeznaczeniu… - Przeznaczeniu?! – Przerywam, choć wiem, że to niegrzeczne. - Tak, Kasiu – potwierdza ciotka, jakby to była najnormalniejsza na świecie rozmowa na przyjęciu urodzinowym. – Widzisz, nasza rodzina jest dość specyficzna… Tego akurat nie musiała mówić. Wiedziałam o tym i bez niej! - Równoległe wymiary istnieją. Choć ludzie stąd tylko podejrzewają ich istnienie, światy obok ich własnego są naprawdę. Nie znaleźli tylko klucza do drzwi, aby pokonać granice je dzielące. My…nasza rodzina pochodzi z jednego z takich światów… Zanim dotarło do mnie co usłyszałam, trwało kilka sekund. A później uznałam, że albo przesadza ze zgrywaniem, albo źle słyszę, albo szampan jest lepszy niż na to wygląda… - Ciociu… Proszę się nie naśmiewać ze mnie. - Nie naśmiewam się, Kasiu. Bardzo bym chciała, ale się nie naśmiewam… To wszystko prawda! Szkoda wielka, że ona w to wierzy. Pomimo swej powierzchowności, poczułam do niej sympatię. Lecz teraz… Szkoda, wielka szkoda. Wariatki raczej nie zaakceptuje moja do szpiku kości racjonalna osobowość. - Ale nie to jest najważniejsze… Nie? A cóż jeszcze może być bardziej ważnego niż delikatny świr jednego z członków rodziny? Mam nadzieję, że to nie jest dziedziczne. - Lecz zanim ci opowiem, co cię czeka w życiu, musisz dowiedzieć się kim jesteś. Kim jesteś naprawdę… Oczy ogromnieją mi coraz bardziej. Bo nagle sobie uświadamiam, że wszyscy zgromadzeni przy stole czekają na tę opowieść z równie wielkim zainteresowaniem co ja, a może nawet większym. Oni w to wierzą! Każde wypowiedziane słowo przez ciotkę jest brane za dobrą monetę. - Słuchaj zatem, Kasiu… - Ciotka zatapia wzrok we mnie, jakby chciała się przekonać czy aby na pewno poświęcam jej wystarczająco wiele uwagi. - Słucham – nie dało się ukryć kpiny w mym głosie, ale akurat to Rozamunda zbyła milczeniem. - Świat, z którego pochodzisz ty i cała nasza rodzina zwie się Ress. Jest to jeden ze światów równoległych temu, gdzie obecnie żyjemy. Nie będę cię teraz zanudzać szczegółami technicznymi, tego się dowiesz w swoim czasie, ale na dziś wieczór uwierz, że tak jest naprawdę… Wierzyłam! Ależ oczywiście, że wierzyłam! Uwierzyłam, że albo jest zwariowana, albo ma niesamowity dar opowiadania. Opowieść, choć kompletnie szalona, zaczynała mnie wciągać. W sumie to od najmłodszej uwielbiałam słuchać baśni, a dziś wieczór ciotka Róża zda się opowie najfajniejszą z nich. I nic tu nie miało do rzeczy, że właśnie stałam się dorosła. Przez tę jedną chwilę uwierzyłam, że ten wieczór nie jest stracony… - …Społeczność Ress dzieli się na kasty. Nasza rodzina należy do Kasty Strażników. Naszym zadaniem jest czuwanie nad smokami… - Słucham?! – Pytam do głębi wstrząśnięta. - Smokami – powtarza ciotka, - dobrze słyszysz. Smoki nam służą, o ile oczywiście je wychowujemy od małego. Oczywiście! Jakie to proste. Znajdujesz sobie smocze jajo i czekasz aż się z nich wykluje mała, fruwająca jaszczurka, a później wyprowadzasz ją na spacer jak pieska… - Ciociu, proszę! Ja mam już osiemnaście lat… - Wiem, Kasiu. I właśnie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil bartek zalewski
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…