Królewska para - cz.2 Wybrana
ciąg dalszy eksperymentu
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
W Y B R A N A
Deszcz leniwie spływał po szybie. Siedziałam w swoim pokoju wpatrzona w dal. Właśnie minęły dwa tygodnie od dnia, w którym stałam się dorosła; od dnia, w którym dowiedziałam się nie tylko kim jestem, ale także, że czeka mnie zadanie w życiu – i wcale nie było nim założenie rodziny i rodzenie dzieci. I co ważniejsze: dnia, kiedy otrzymałam w prezencie dwa obłe kształty, które teraz śmigały beztrosko po ścianach i suficie. Obok mnie jest ciotka Rozamunda i patrzy na te moje nieszczęścia z zachwytem. Musiała biedaczka jeszcze raz odbyć swą długą podróż do naszego domu, ale była to konieczność. Od chwili kiedy z jaj wykluły się Yasmina i Abelaard, przeczytałam dołączoną księgę parę razy. A wszystko po to, aby się dowiedzieć jak najwięcej o tych stworzeniach. I dowiedziałam się, a jakże! Już teraz wiem, że jesteśmy złączeni aż po kres. Że łączy nas więź głębsza niż kiedykolwiek miałam ze swoimi rodzicami; większa niż miałam dotąd z kimkolwiek – choć to akurat nie była żadna wykładnia, bo ani z rodzicami, ani nikim innym nie łączyło mnie za wiele uczucia. Niemniej od pierwszej chwili narodzin moją głowę wypełnił nieustanny jazgot smoczych osesków. To było zaskakujące, fascynujące i takie nieznane. Ale tylko przez parę dni. Później myślałam, że oszaleję! Nie mogłam spać, jeść, czytać. Nie mogłam się uczyć. Były ze mną wszędzie – nawet jeśli zostawiałam je w pokoju same. Wciąż słyszałam je w umyśle. Poczułam się jak ktoś kto słyszy głosy – tylko, że ja wiedziałam iż to jest aż nadto realne… Drugą kwestią było, jak wychować te diabelskie stworzenia. Czego ich nauczyć? Jak panować nad nimi? Dotychczas tylko komunikowaliśmy się nawzajem – każda moja próba zapanowania nad chaosem, jakiego były przyczyną, kończyła się bolesną porażką. Im więcej się wściekałam, tym bardziej one szalały. A jakikolwiek sposób karania kończył się odwetem z ich strony. To było niczym wzajemne mocowanie – kto kogo. W końcu, kiedy znalazłam swe ulubione ciuchy doszczętnie zdarte w strzępy, poddałam się. Ale to nie mogło przecież tak trwać bez końca… Na ostatek został problem żywienia. Z książki wiedziałam, że smoki żywią się mięsem. Głównie. I do tego musiało to być mięso samodzielnie przez nie zdobyte. Czyli krótko mówiąc, musiały same sobie żarcie upolować. Nie wystarczyło im podrzucić jakąś sztukę mięcha – to mięcho musiało być żywe, krwiste i najlepiej niczego się niespodziewające. Koneserzy, cholera jasna! Że nie wspomnę o bałaganie w pokoju. Sam zapach potrafił uśmiercić nawet muchy, choć akurat jeśli chodzi o insekty, to podejrzewałam, że wszystkie skończyły jako przekąski… A poza tym one nieustannie rosły i to w zastraszającym tempie! Mój pokój nie mógł nam wystarczyć zbyt długo na kryjówkę. Zresztą, smoki musiały gdzieś się uczyć latania. Już kiedy osiągnęły wielkość średnich wiewiórek, rozpoczęły radosne testy z powietrzem i grawitacją. Po dwóch dniach żaden przedmiot się nie ostał na meblach. Po tygodniu tapeta i sufit były upstrzone śladami smoczych łap, skrzydeł i diabli wiedzą czego jeszcze. Na domiar złego zaczęły mnie traktować jak ćwiczebną ofiarę, z lubością markując rytuał polowania. Doszło do tego, że musiałam wciąż chodzić w jakimś nakryciu głowy, bo potrafiły lądować na niej w najbardziej zaskakującym momencie. Ciągle miałam podrapaną szyję i ramiona. A kiedy spadł żyrandol, podjęłam decyzję o wezwaniu posiłków… I dlatego dziś Rozamunda ponownie przybyła do naszego domu. - Są śliczne… - To może je ciocia weźmie do siebie, co? – Pytam nie kryjąc złośliwości. - Przecież wiesz, że nie mogę – odpowiedziała jakby nie słyszała kpiny. – A poza tym, co ja bym z nimi robiła? - Ratowała Ress? – Dalej nie mogę się pozbyć szyderstwa. - Niby jak?! – Wciąż Róża udaje, że bierze te moje pytania za dobrą monetę. Kurczę, jak ktoś taki może być tak niesamowicie naiwny i prostolinijny? - Przecież to ty jesteś ich Strażniczką i opiekunką… Czy już panujesz nad nimi? - Panujesz?! Ciocia chyba żartuje! Kikut przewodów zwisa smętnie u sufitu, w miejscu, gdzie jeszcze niedawno królowała lampa. Spoglądam wymownie na ten dowód samowoli i rozpasania moich podopiecznych. Ciotka także rzuca przelotnym wzrokiem po pokoju i delikatnie się uśmiecha. - Tak. To rzeczywiście kłopot musi być dla was. No, ale smoki powinny się rozwijać w nieco większych przestrzeniach… W naturalnym środowisku mają więcej miejsca. Słucham tego wszystkiego tylko jednym uchem. Patrzę na jaszczury, ale te złośliwe bestie teraz akurat leżą spokojnie na posłaniu, jakie im wymyśliłam, kiedy już były zbyt małe, aby przebywać w skrzyni, gdzie przyszły na świat. Leżą i śpią snem sprawiedliwie umęczonych urwisów. - Ale nie martw się Kasiu! – Ciotka uspokaja mnie klepiąc po dłoniach. – Musisz wracać z nimi do domu. Wiem o czym mówi. Nadchodzi czas, kiedy będę musiała przekroczyć barierę oddzielającą nasze światy. Powrót do Ress… Do domu, jak powiada Róża. Domu, którego nigdy nie widziałam. Moje przeznaczenie. - To konieczne? - Oczywiście. Nie tylko ze wzglądu na królewską parę… Ma na myśli te diabelstwa pochrapujące w psim koszyku. - Nie? A co jeszcze? Szczerze mówiąc miałam dość kłopotów ze smokami, dodatkowe obciążenia nie były mi potrzebne. - Widzisz Kasiu, kiedy wróciłam do siebie po twojej osiemnastce, na której zobaczyłam, że w skrzynce były dwa jaja, przekopałam wszystkie swoje materiały i już dziś wiem, że jesteś nie tylko Strażniczką… - Nie, proszę ciociu, żadnych więcej niespodzianek! – Przerywam jej w pół zdania. - Tak mi przykro… Szlag! Już miałam dosyć tego wersalu. - Nie chcę! Nie chcę smoków! Nie chcę przeznaczenia! Nie chcę niczego! – Wrzeszczę na cały głos, aż obłe kształty odemknęły na sekundę swe oczy. Ciągle je kątem obserwuję. Nauczona doświadczeniem nie spuszczam z nich wzroku niemal ani na chwilę. - Chyba czas, abym ci opowiedziała wszystko. Od początku do końca. - A wtedy ciotka tego nie zrobiła? - Ależ skąd! Tylko przedstawiłam tobie w zarysie tę historię. W dużym zarysie… A powinnaś znać każdy aspekt, bo już wkrótce wrócisz do domu. Z rezygnacją rozsiadłam się wygodniej. Ale wciąż miałam w zasięgu wzroku Yasminę i Abelaarda. - Ciociu? A dlaczego one mają takie imiona? - Jakie? - Takie tutejsze… Abelard był przecież mnichem w średniowiecznej Europie. A Yasmin to chyba imię nadawane dziewczętom na Bliskim Wschodzie… - Nie mam pojęcia. Chwilę milczałyśmy. - Jesteś gotowa na opowieść? - Na bajki zawsze… - To nie bajka, choć przyznaję, że pewnie tak brzmi. Zbudź smoki… - Po co?! – Byłam szczęśliwa, że choć przez chwilę mam od nich spokój. - Bo też powinny to usłyszeć. - Przecież one nie rozumieją! - Mylisz się, Kasiu. Rozumieją więcej niż ci się zdaje. Z rezygnacją wstałam i rozbudziłam Yasminę i Abelaarda. Kiedy na powrót usiadłam przed ciotką, one zgrabnie mi się wdrapały na ramiona i rozsiadły wpijając delikatnie pazurkami w skórę. Zupełnie jakby wiedziały co je czeka! - Zdumiewające! Zawsze zaraz po przebudzeniu szaleją. - One pojmują znacznie więcej niż myślisz, Kasiu. Spały, a mimo to słyszały naszą rozmowę. Słyszały poprzez twój umysł. - Czy to zawsze tak będzie? Nigdy się nie uwolnię całkiem od nich? - Zobaczymy… Ale już na zawsze zostaniecie złączeni więzami. Czy mocnymi, to już zależy od was, a głównie od ciebie… - Nie rozumiem? - Musisz przejść niezbędny trening, aby panować nad nimi. - Świetnie! To kiedy zaczynamy? - To nie takie proste – Róża studzi mój entuzjazm. - Nie? Dlaczego? - Bo tego nauczyć cię musi Wielebny… - Jaki znowu wielebny?! - Wielebni to nauczyciele Strażników. - Acha, rozumiem… - Zaczynało do mnie docierać, co Rozamunda ma na myśli. – A oni są po tamtej stronie, tak? - Tak. Tylko jest mały problem? - Problem? Jaki problem? - Nie wiem gdzie ich szukać… Po wojnie ukryli się, a nie było czasu, by się tego dowiedzieć. Twoim pierwszym zadaniem będzie to ustalić i się tam udać. - A w jaki sposób dostałaś tę skrzynkę dla mnie? - Nie wiedziałam, że jest dla ciebie. Dopiero po twoich narodzinach, kiedy ujrzałam twoje znamię, wiedziałam, że to ty jesteś Strażniczką. A raczej, że będziesz nią w przyszłości… A skrzynkę nasza rodzina dostała od Wielebnego Gammara. W dniu Ucieczki. Takich skrzyń było kilkanaście, ale nie wiemy dokąd udali się inni. Światów równoległych jest tak wiele! - Czyli jesteśmy jedynymi?! - Możliwe. - A może inni wrócili do Ress? I ja nie muszę tam iść? - Nawet jeśli tak jest w istocie, to nie zmienia sytuacji. - Nie? - Nie, Kasiu. Smoki… - Co z nimi? - To ty musisz je tam zaprowadzić. A poza tym jest jeszcze coś innego, o czym ci dzisiaj opowiem… A tak! Miała mi opowiedzieć kolejną baśń, a ja jej wciąż przerywam. „- Właśnie!” – To Yasmin. „- Daj jej wreszcie skończyć!” – Wtóruje jej Abelaard. Jak dotąd smoki rzadko kontaktowały się ze mną. Dziś po raz pierwszy od wielu dni skorzystały z możliwości kontaktu poprzez umysł. Co zresztą dowodziło tego, że czytają w mojej głowie. Dosłownie słyszą o czym myślę… Nie było to zbyt przyjemne. - Jesteśmy gotowi! – Celowo użyłam liczby mnogiej, aby ciotka zrozumiała, że te pokryte łuskami istoty także chcą bardzo usłyszeć to, co miała nam do opowiedzenia. - Dobrze zatem. Ress to zlepek setek dominium, większych lub mniejszych. Poszczególni władcy oczywiście chcą jak najwięcej władzy, ale Strażnicy pilnowali odwiecznego ładu. Nie było w ich gestii utrzymać pokoju, ale stali na straży Praw, które nie pozwalały żadnemu z tych królików i baronów osiągnąć przewagi na tyle dużej, aby sięgnąć po hegemonię. Lecz kiedyś nastąpiło coś niezwykłego i strasznego zarazem. Jeden ze Strażników sprzeniewierzył się zasadom i sam zechciał stać się największym władcą w Ress. Na imię mu było Rewin. Miał pod swą pieczą smoka, Burana, którego chował tak, aby mu dopomógł dokonać przewrotu. Sprzymierzył się z jednym z pomniejszych królów i poślubiwszy jego córkę, za pomocą smoka zaczął podporządkowywać sobie ościenne państwa, a przez to, że był jednym z nas, miał nad nami przewagę. Rozpętała się wojna, bo Strażnicy chcieli przywrócić ład. Ale smok w ręku jednego z królów, to straszna broń. Rewin był przebiegły. Potrafił nakłonić innych władców do buntu. Uwięził Radę Starszych Strażników. Kilkudziesięciu Smoczych Jeźdźców było mu pomocą. Ci, którzy chcieli starych porządków stanęli do walki. Rozgorzała zacięta wojna! Aż doszło do bitwy na Równinach. Tam ponieśliśmy ostateczną klęskę. Jedynym plusem była śmierć Burana. Ostatni z nas, Karn na smoczycy Vadilli stoczył śmiertelny pojedynek z Buranem i Rewinem. Rewin przeżył. Ale smoka stracił. Niemniej po tej porażce, nastały straszne czasy dla nas. Ginęliśmy w lochach setkami. Zresztą i tak nie było już smoków w Ress. Ostatnia para królewska zginęła jeszcze wcześniej niż w dniu pamiętnej bitwy na Równinach. Kiedy zapadła decyzja o Ucieczce, okazało się, że ocalało kilka jaj, ale trzeba było je schować, bo nie było ani komu, ani gdzie ich wychować. Jedną ze skrzynek otrzymała nasza rodzina, nikt nie wiedział, że to są dwa jaja! Dziś, gdy to wiemy, czas abyś wróciła do Ress i za pomocą smoków przywróciła Ład. - A czemu mam iść tam sama? - Nie sama. Razem ze smokami. - Ale bez was! - Tak, bez nas. My tam już wrócić nie możemy… Ale ty, dla odmiany, musisz! Ech, te moje obowiązki. Ile bym dała, aby się ich zrzec… - Ciociu? – Zwracam się z pytaniem do Róży. - Tak? – Odpowiada mi pytaniem. - Czy nazwa Szewron coś ci mówi? - Szewron? To kraina w Ress. Dlaczego pytasz? I skąd ją znasz?! Wstaję i podchodzę do tej pamiętnej skrzynki, która wciąż stoi na komodzie. Przez moment wydaje mi się, że ci moi podopieczni zerwą się do lotu, ale one tylko dla równowagi rozpostarły skrzydła. Sięgam do wnętrza i wyjmuję kartkę. Bez słowa podaję ją ciotce. Rozamunda czyta przez chwilę w milczeniu. - „Szewron”… „Turbus”… - Powtarza na głos nazwy, która ja znam od jakichś kilkunastu dni. – Wiesz co to znaczy? Kiwam przecząco głową: - Myślałam, że mi ciocia wyjaśni, co oznaczają te słowa… - Szewron to kraina w Ress. A Turbus to twierdza… - Twierdza?! - Tak, dawna siedziba jednego ze starożytnych ludów Ress… Już za czasów Wielkiej Wojny były tam tylko ruiny. Ale Szewron to dolina mokradeł! Nie wiem dlaczego te nazwy znalazły się w skrzyni z jajami. - Doprawdy? Róża uniosła brwi w geście autentycznego zainteresowania. - Ależ ciociu! To proste! To mogą być wskazówki, dokąd się mam udać. - Do Szewronu?! Przecież tam nic nie ma! – Rozamunda gwałtownie protestuje. - Jak to nie ma? – Oponuję, a smoki wiercą mi się na ramionach. – Jest twierdza! - Czy ty mnie słuchasz, Kasiu? „- To ruiny!” – Słyszę głos Yasminy. A Abelaard na potwierdzenie zionie ogniem. Zapach dymu rozszedł się po pokoju. Staram się nie zwracać uwagi na to zachowanie. Przecieram tylko dłonią policzek w geście sprawdzenia czy nie zanadto mi osmalił skórę. „- Zachowuj się Ab!” – Yasmina
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil bartek zalewski
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…