Królobójca
Moje pierwsze opowiadanie. Przestawia jedną z przygód Noela, adepta osławionego zakonu maginów, "łowców magii". Kolejne opowiadanie o maginie właśnie tworzę.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
I Valedhaan. Do niedawna Piąte Królestwo Wielkiego Cesarstwa Fanoru, od 1476 roku jest niezależnym królestwem. Królestwem, które od dawna nie miało jednej i na tyle silnej władzy, aby rządzić wszystkim i wszystkimi, którzy do niego należą. Pojedyncze baronie w dzisiejszych czasach przypominają małe księstewka, rządzone przez baronów-książąt, mających na swoje rozkazy armie o wiele liczebniejsze od armii królewskiej. Gdyby któryś z baronów chciał objąć władzę i zrzucić króla z tronu, w teorii obyłoby się to bez większych problemów. W praktyce jednak przeciw takiemu zbuntowanemu baronowi przeciwstawiliby się wszyscy pozostali. Lepiej mieć pana nieudolnego, który na wszystko pozwala, jednocześnie osłabiając pozycję państwa. Tak przynajmniej sądzi większość baronów. Zresztą nie tylko król, ale i ich własna polityka wewnętrzna, jak i zagraniczna coraz widoczniej dzieli Valedhaan, co może nawet doprowadzić do wojny domowej. Bania leżąca po sąsiedzku z ziemiami królewskimi, które dzieli wyłącznie rzeka Salwadera, od wieków jest we władaniu baronów, z dawnej dynastii panującej w Valedhaanie – Ronoldów. Na chwilę obecną Banią włada baron Marx III Ronold, wróg króla Falkusa z rodu Abervingów. A że Bania leży tak blisko ziem, którymi włada król, nad rzeką Salwaderą kilkukrotnie ścierały się wojska Marxa i króla Falkusa, wspieranego ponadto przez fanorskich rządców. W tych okolicach na Salwaderze, największym trakcie wodnym królestwa i rzece, która dzieli Valedhaan na prawie równe połowy, ostał się tylko jeden most. Most zwany Krwawym Przejściem. Jest chroniony z jednej strony przez wojska barona, a z drugiej przez wojska lojalne królowi. W samym centrum Banii leży miasto Forenot – największe, najbogatsze i najlepiej rozwinięte miasto Valedhaanu. Jest to miasto położone u zbiegu wszystkich najważniejszych traktów północy. Władza potężnych baronów jest tu widoczna. Jest pilnie strzeżone, posiada grube mury i fortecę nie do zdobycia. To miasto jest przyszłością Valedhaanu. Noel podjechał do miasta pod osłoną nocy, a w pałacu znalazł się dopiero o świcie. Baron osobiście powitał magina w swojej rezydencji. - Noel, kopę lat, stary druhu! – wykrzyknął baron na widok przybysza i uścisnął go. Starszy mężczyzna witający o wiele lat młodszego od siebie pozdrowieniem „kopę lat, stary druhu” nie było czymś powszechnym, toteż odźwierny i strażnicy stali dość zdezorientowani. Szczególnie, że Noel był maginem. - Marx, we własnej osobie – powiedział Noel, ściskając rękę baronowi – Nie sądziłem, że zaprosisz mnie po tym ostatnim… wiesz… - Wiem, wiem. – Marx głośno się zaśmiał i pokazał słudze, aby otworzył drzwi prowadzące do jadalni. – Stare dzieje. Nie przejmuj się tym teraz. Na razie jesteś mile widzianym gościem. Weszli do obszernej sali, obwieszonej portretami, flagami, godłami, tarczami i drogocennymi płótnami. Na samym środku stał duży, bogato zastawiony stół. Baron wskazał ręką miejsca dla Noela, a sam usiadł po przeciwnej stronie stołu. Zawołał na sługów, aby wyszli z jadalni i zamknęli za sobą drzwi. - Dobrze. – Noel usiadł wygodnie, odtrącając talerz. – Przejdź do rzeczy. Po co mnie wezwałeś? - Od razu wysuwasz pochopne wnioski. – baron sięgnął po soczysty kawałek mięsa – Nie wpadło ci do głowy, że się stęskniłem? - Wpadło. - A więc? - Po prostu cię znam. Znam cię po prostu bardzo dobrze. Nie bawmy się w gierki i przejdźmy do konkretów. Baron odłożył na talerz niedokończone mięsiwo i odchrząknął. Potem zapytał, wskazując ręką półmiski z jedzeniem: - Na pewno się nie skusisz? - Na pewno Marx. – odpowiedział magin, nawet nie spojrzawszy na jedzenie. Wpatrywał się w barona. - Dobrze więc – baron wstał i wskazał ręką jedne z drzwi. – W takim razie chodźmy do mojego gabinetu. Musisz kogoś poznać. Magin wstał i poszedł za Marxem w stronę wskazanych drzwi.
II Do Arji magin wjechał w okolicach południa. Miał parę problemów przy bramie, ale nie było to większą przeszkodą. Jadąc powoli uliczkami w stronę wzgórza, na którym stał królewski zamek, przyglądał się zmianom jakie nastały w stolicy Valedhaanu od czasu jego ostatniej wizyty. Zauważył więcej dymu, więcej żebraków, więcej żołnierzy, więcej kurtyzan. Niegdyś dumne miasto, teraz powoli poddaje się swej mrocznej stronie. Arja, stolica Valedhaanu, parę lat temu prezentowała się wspaniale. Strzeliste wieże, jasne, kamienne mury, i zamek stojący na samotnym wzgórzu. Oznaka potęgi Valedhaanu. Ogromny, marmurowy monument, na którego widok drżeli najwaleczniejsi dowódcy, próbujący oblężenia. Teraz to marmurowy monument przypominający o dawnej świetności miasta, utraconej najprawdopodobniej na zawsze. Przed bramami twierdzy Noel zatrzymał konia i na piechotę podszedł do strażnicy. Po krótkiej rozmowie ze strażnikiem wjechał do zamku. Dech w piersiach zaparł mu ogrom tego miejsca. Choć wyraźnie podniszczony, zamek robił ogromne wrażenie. Wielki dziedziniec. Ogromne wrota prowadzące do środka budowli. Oraz potężny pomnik w samym jego centrum, ukazujący jeźdźca ze skrzydłami. Po chwili przypatrywania się, zsiadł z konia. Podszedł do niego jeden ze strażników. - Jestem Kharvar Logus, kapitan straży królewskiej Jego Miłości króla Falkusa – przedstawił się podchodząc do magina. – Do środka wejdziesz dopiero kiedy jeden z moich ludzi da ci znak. Nie marnuj czasu króla. Szybka prośba, pytanie, cokolwiek, usłyszysz odpowiedź i spadasz. Żadnych kłótni, sprzeczek, wyzwisk ani lekceważenia poleceń. Zrozumiano? Noel kiwnął głową. Kapitan jeszcze chwilę wpatrywał się w twarz Noela. Widocznie szukał czegoś, może w twarzy magina, a może w swojej, już nie najwyższych lotów pamięci. Po chwili odszedł, pozostawiając Noela na dziedzińcu. Magin miał chwilę, aby się rozejrzeć. Dziedziniec był pełen ludzi. Chłopstwo, mieszczanie, kupcy, rzemieślnicy, a nawet pomniejsi szlachcice czekali na audiencję u władcy. Po paru minutach z jednego z bocznych wejść wyszedł garnizon żołnierzy, kierujący się ku bramom dziedzińca. Na proporcach i tarczach mieli pięcioramienny krzyż – godło Cesarstwa. „Marx miał rację, pomyślał Noel, cesarz też ma chrapkę na valedhaańską pieczeń, najlepiej w taorskim sosie”. Odwrócił się w stronę wielkich drzwi akurat kiedy strażnik zawołał go. Szybkim krokiem wszedł do środka. Noel rozejrzał się po sali tronowej. Było w niej nadzwyczaj jasno, zupełnie inaczej niż w innych zamkach na których bywał. Szybko spostrzegł sprawców tego stanu rzeczy. Okna były wysokie, gęsto rozmieszczone w długiej ścianie sali, a przede wszystkim nie miały żadnych witraży, były puste. Mogło to oznaczać dwie rzeczy: król lubił światło lub w królestwie wystarczająco dużo pieniędzy szło do sakiew najemników, skrytobójców, złodziei i żołnierzy. Wojna z Marxem była dla Arji bardzo kosztowna. W pomieszczeniu nie było wielu kolumn podtrzymujących strop, mimo iż pomieszczenie było wysokie i duże. Było tu pusto, mało ozdób, stojących zbroi czy posągów, tylko flaga z godłem dynastii Abervingów. Posadzka była wyłożona zwykłym brukiem, przez pół jej długości ciągnął się stary, zakurzony, najprawdopodobniej pamiętający jeszcze czasy Ingów, pierwszych władców tej krainy, dywan. Na samym końcu, pod oknem stał duży, kamienny tron. Kharvar długo jeszcze przypatrywał się maginowi. Po chwili twarz mu zbielała, a oczy nabiegły krwią. Przypomniał sobie, skąd zna Noela. Anvelaar, rok 1539. Wielu ludzi uciekało przed barbarzyńskim marszem Wizlungów. Ale były to kobiety, dzieci i starcy. Każdy mężczyzna walczył. Walczyli szlachcice, kupcy, rzemieślnicy, chłopi. Wszyscy. Ale ten nie. Dezerter. Kharvar dał znak swoim ludziom, a sam położył dłoń na rękojeści miecza. Noel zauważył ten dyskretny ruch ręki, ale nie zwrócił na niego uwagi. Zarzucił lewą połę płaszcza na plecy, odsłaniając nagie, wytatuowane ramię. Rękawica zakrywała rękę aż do łokcia. Kharvar dopiero teraz ujrzał rękawicę Noela, obitą czarnymi, stalowymi płytami. Tylko nieliczni wiedzieli skąd pochodzi ta stal. Kharvar wiedział. Szybko puścił miecz i polecił swoim żołnierzom, aby zrobili to samo, kręcąc głową. Noel podszedł do tronu, spojrzał na siedzącego na nim króla, potem na fanorskiego rycerza po jego prawicy i klęknął. - Witam i pozdrawiam, królu Falkusie – rzekł Noel. Król długo nie odzywał się ani nie podnosił głowy. Oddychał ciężko. - Masz coś ważnego do powiedzenia przybyszu? – odpowiedział wreszcie, nie podnosząc głowy. – Czy wpadłeś się tylko przywitać? – spojrzał na magina i uśmiechnął się sztywno. Falkus był stary, a wyglądał jeszcze starzej niż miał lat. Miał krótką, siwą brodę, był łysy. Sucha cera, blada twarz i ogrom zmarszczek – z bliska przypominał jaszczura. - Mam dla ciebie... - Zwracaj się do króla z należnym mu zaszczytem, przybłędo – pogardliwie skarcił Noela rycerz. – Nie jesteś tu mile widziany. Król poświęca swój cenny czas dla takich pokrak jak ty i nawet nie potrafisz zwrócić się do swojego pana jak należy. - On nie jest moim królem, ty fanorska pokrako. – mruknął pod nosem magin. - Co powiedziałeś, psie?! – krzyknął fanorczyk. - Powiedziałem, że mam dla... króla... pewną wiadomość – Noel położył wyraźny, pogardliwy akcent na wyraz „króla”. – O ile zaszczyci mnie możliwością wypowiedzi. – ponownie się skłonił. - Właściwie, to czemu nie? – monarcha znów się uśmiechnął. – Proszę, mów. - Dzięki ci, panie za tak ogromny... hmm... zaszczyt – tym razem to magin uśmiechnął się. – A więc przejdę do konkretów. Baron Marx obiecał mi dwa tysiące baksów za przybycie do tej krainy i dyskretne... pozbycie się rodu panującego. Jako iż mój kodeks zabrania mi zabijania ludzi oczywiście odmówiłem mu. Dlatego teraz przybywam do ciebie, panie, aby ostrzec cię, że Marx nie zaprzestanie na próbie wynajmu mnie, magina, jako zabójcy. – Król dalej tępo wpatrywał się w przestrzeń wokół głowy Noela, ale rycerz zwrócił uwagę na wzmiankę o wymienionym kodeksie. - Jestem wręcz pewien, że przez ten czas nasz miłościwy baron zebrał już niemałą grupkę zabijaków, pewnie nie mniej skutecznych ode mnie, czyhających na znak do zabicia ciebie. Panie – zakończył, kłaniając się. - Wielkie dzięki za twe nowiny! – wykrzyknął z ironią król. – O tym, że Marx ma chrapkę na mój tron wiem od bardzo dawna. Ba! Marx sam tu kiedyś przyszedł i obiecał mi, że niedługo zepchnie mnie stąd każdym możliwym sposobem. Więc twa wizyta tu niczego nie wnosi. Odejdź i nie zawracaj mi głowy tymi bredniami. Noel stał jeszcze przez chwilę patrząc królowi w oczy, które nic nie zdradzały, sztywne i zimne jak oczy nieboszczyka. - Nie słyszałeś, przybłędo?! – tym razem to rycerz krzyknął – Król wydał ci polecenie. Wynoś się stąd albo moi żołnierze... - Już idę, mości rycerzu. Żegnam cię królu Falkusie i proszę, abyś w wolnym czasie zastanowił się nad moimi słowami. Nie jest łatwo znaleźć i sprowadzić magina. I nie każdy ma na tyle odwagi, aby cokolwiek maginowi nakazać… Noel ukłonił się sztywno i odwrócił się w stronę wyjścia. Przez moment wzrok jego i Kharvara spotkały się. Uznał, że kapitan straży ma mu coś do powiedzenia. Szybkim krokiem oddalił się i wyszedł na skąpany w słońcu dziedziniec. Rozejrzał się, było tu tak samo jak przed wejściem do zamku. Masa rozwrzeszczanych ludzi i paru strażników, próbujących uspokoić tłum. Znalazł pustą ławę po lewej stronie dziedzińca, zaraz obok masywnych, żelaznych drzwi i skierował się w jej kierunku. Przysiadł na chwilę i wpatrzył się w kręcące pod jego stopami mrówki. Nagle coś trzasnęło i niewidoczna ręka pociągnęła Noela za ramię w stronę otwartych, żelaznych drzwi. Kiedy tylko wpadł do środka pomieszczenia, drzwi zatrzasnęły się z powrotem. Noel odwrócił się, aby zobaczyć kto go tu wciągnął i poczuł na szyi chłodny dotyk stali. - Pamiętasz Anvelaar, chłopcze? – zapytał Kharvar zapalając pochodnie, które rozwiały panujący tu mrok. W pomieszczeniu, a raczej korytarzu znajdowało się trzech mężczyzn. Kharvara poznał od razu, przy drzwiach stał strażnik, którego widział w sali tronowej, a uwierający go w szyję miecz trzymał stary, brodaty facet w obdartym fartuchu kowalskim. - O co wam chodzi? Jaki Anvelaar? – Noel wyraźnie wymawiał słowa, choć gardło bolało go coraz bardziej. - Jesteś maginem, tak? – wypytywał dalej Kharvar. - Tak, ale co to ma wspólnego z... - Marx obiecał ci tysiąc baksów ? - Tak, ale co... - A co powiesz na półtora tysiąca? – powiedział gwardzista przy drzwiach. Noel spojrzał na niego i zobaczył w jego ręku grubą, wypchaną sakwę. – W Taorze można za to kupić ogromny kawał ziemi... - Kharvar, o co tu do jasnej cholery chodzi?! – Noel skutecznie udawał, że nic nie rozumie. – Chcecie się pozbyć Marxa? Przecież mówiłem, że nie zabijam lu... - Jakiego Marxa, przestań gadać głupoty – Kharvar spojrzał mu prosto w twarz. – Półtora tysiąca za śmierć Falkusa. I premia jeśli temu fanorczykowi też coś się przytrafi. - Niekoniecznie miłego – tym razem odezwał się rzekomy kowal – po prostu zarżnij Falkusa, jego fanorskiego „rycerzyka”, a potem uciekaj, przebijając się przez zastępy lojalnej mu gwardii i reszty fanorskich „rycerzyków”. - Półtora tysiąca – zastanów się dobrze maginie, to może być twoja życiowa okazja – Kharvar uśmiechnął się. – Choć zależy co to znaczy życiowa okazja, prawda? W twoim przypadku może to być pierwsze zabicie człowieka, i to samego króla. - A mam jakieś inne wyjścia? - Taaak, Marx postawił cię przed wyborem: albo zabijesz Falkusa, albo masz się wynosić z jego zamku. My mamy dla ciebie inną propozycję: albo go zabijesz, albo sam zginiesz i to teraz. Wiesz jak teraz funkcjonuje prawo w Valhedaanie? Mogę cię zabić tu i teraz, bo mam poważne zarzuty wobec ciebie. - Niby jakie? - Dezercja to chyba jest poważny powód, nieprawdaż? – kąciki ust Kharvara drgnęły lekko. - Chodzi ci o ten Anvelaar, tak? – zapytał Noel i spojrzał na dowódcę straży, ale nic w niej nie dostrzegł, więc kontynuował – Tamte wydarzenia miały miejsce jedenaście lat temu… - Czas nie ma teraz znaczenia. – przerwał mu Kharvar - Nie dla nas. Nie dla ciebie. Zgodzisz się albo wyprowadzimy cię jako dezertera… Noel uśmiechnął się, a po chwili zaczął się śmiać na głos. Początkowy nieśmiały jego śmiech przeszedł w przerażający śmiech szalonego kata. Kharvar odruchowo położył jedną dłoń na rękojeści miecza, odrzucając od siebie płonącą pochodnię. Drugi strażnik również chwycił uchwyt miecza. Noel spojrzał wyzywająco na dowódcę. - Spróbuj. – Magin przestał się śmiać. Kowal coraz silniej zaciskał dłoń na rękojeści miecza, już teraz przyciśniętego do szyi magina. Krople potu zaczęły pojawiać się na twarzach i dłoniach wszystkich osób w korytarzu. Kharvar starał się uwolnić od przytłaczającego spojrzenia, ale nie potrafił. Magin leżąc na podłodze, wsparty na prawym łokciu, z mieczem coraz głębiej uwierającym go w gardło, hipnotyzował wszystkich wokoło. Stali jak wryci, z coraz większym przerażeniem w oczach, bojąc się choć na chwilę spuścić z oka przerażającego potwora, którego niechybnie rozwścieczyli. Pochodnie rozrzucone po ścianie zaczęły przygasać, w korytarzu, do tej pory pustym i mrocznym, zaczęły pojawiać się nieuchwytne cienie, począł wiać lekki wiatr jakby wydobywający się z wnętrza budynku. Kharvar usilnie chciał spojrzeć za siebie, ale nie potrafił oderwać wzroku od mrocznej plamy spoczywającej na podłodze, która coraz usilniej wpijała się w najodleglejsze zakamarki duszy, wywlekając na zewnątrz wszystkie okropności jakie tylko jego umysł mógł sobie wyobrazić. W końcu wszystko ucichło. Kharvar głęboko odetchnął, nie rozumiejąc o co tu chodzi. Noel odwrócił od niego wzrok i powiedział: - Dobrze, zabiję Falkusa. Przez kilka minut nikt się nie ruszał, wszyscy strażnicy głośno oddychali. W końcu kowal z przyjemnością schował miecz, Kharvar podniósł pochodnię, a strażnik przy drzwiach rzucił koło głowy Noela sakwę pełną brzęczących monet. Magin wstał, otrzepał się i podszedł do Kharvara, który ponownie zacisnął pięść na rękojeści miecza. - Zrobię to, ale potrzebuję pomocy. Spotkajmy się gdzieś, w nocy, aby omówić szczegóły. - Karczma pod Zakutym Łbem. O północy. Pytaj gospodarza o przyjaciela z dawnych lat. Ewentualnie powiedz mu: „krasnoludy mają ogon zamiast trzeciej nogi.” Wtedy będzie wiedział, kto cię przysłał. - „Krasnoludy mają ogon zamiast trzeciej nogi.”? To normalne w Valedhaanie? – zapytał magin. - Osobiście nic do nich nie mam. – Odpowiedział kapitan. – Chodzi tylko o to, żeby karczmarz cię nie zatłukł jak będziesz o mnie rozpytywał. - Zrozumiałem. Do zobaczenia Kharvarze. – Noel ponownie wyszedł na dziedziniec, tym razem trzymając w ręku ciężką sakwę. Zaraz po jego wyjściu drzwi z hukiem zatrzasnęły się. Nie zwrócił na to uwagi, był zbyt zajęty rozkoszowaniem się zdobytymi pieniędzmi. Chociaż kodeks zabrania mu zabaw i rozkoszy to on wciąż jest adeptem. Dzisiejsza noc należy do niego.
III - Mości maginie. Strażnik Logus do pana. – Noel ledwo podniósł ociężałą głowę nad stół przy którym spał. Jak przez mgłę zobaczył stojącego nad sobą karczmarza, a parę metrów od niego Kharvara głośno rozmawiającego z kowalem, który był z nimi w zamku. - Po raz kolejny ci powtarzam, że nie powinniśmy mu ufać – upierał się kowal – sam pamiętasz. Prawie nas zabił. Gdyby nie on to… - Bokur, uspokój się. I skończ z tymi głupotami. Magini nie przywołują duchów ani żadnych upiorów. - Nie byłbym taki pewien… - wtrącił gospodarz, który odszedł na chwilę od stołu – Różne rzeczy ludziska o nich gadają… - Bogowie, jakie wy głupoty opowiadacie – Kharvar załamał ręce. - Jeśli dalej wierzycie w takie zabobony to jak, waszym zdaniem mamy ujarzmić tego magina? Hę? Jest najważniejszą częścią planu. - Mam już w dupie ten plan. – kowal splunął na podłogę – Ten fanorczyk może mi naskoczyć. Nie będę spełniał jego głupich zachcianek. „Chcę magina, chcę magina” Może jeszcze mu smoka przyprowadzimy, co? Na złotym sznurku? - Będziesz spełniał wszystkie jego zachcianki. Będzie chciał, żebyś mu czyścił buty to będziesz mu czyścił buty. Będzie chciał, żebyś kazał maginowi zabić króla, to każesz zrobić to maginowi. - A niby kto mnie do tego zmusi? - Ja cię do tego zmuszę, jeśli będzie trzeba. Plan fanorczyka nie może wyjść na jaw. Kiedy pozbędziemy się Falkusa, będziemy opływać w bogactwa o jakich nam się nie śniło... - Ej, a gdzie magin?! – krzyknął przerażony kowal, odwracając się w stronę stołu, przy którym jeszcze przed chwilą siedział zalany w trupa Noel. Kharvar chwycił miecz i zaczął szybko rozglądać się po sali. - Tu jestem. – Kharvar i jego towarzysze gwałtownie obrócili się w stronę lady, przy której magin, wyglądający na całkowicie trzeźwego, zapinał rzemienie rękawicy. Kapitan straży opuścił miecz, ale kowal i karczmarz dalej stali jak wryci. Kharvar podszedł do lady, uśmiechając się. - Masz plan? – zapytał sięgając po kufel. - To zależy. – odpowiedział krótko magin i zajął się regulacją rzemieni w skórzanej kurtce, którą nosił. - Od czego? – zapytał kowal, który nieco oprzytomniał, w przeciwieństwie do oberżysty. - Od tego na ile zdołacie mi pomóc w realizacji tego planu. - Na tyle, na ile to możliwe. – powiedział Kharvar, odkładając kufel. – Rozumiesz, że jestem tylko kapitanem straży. Nie mogę zrobić nic nadzwyczajnego. - Wiem. - A więc w czym problem? – zapytał mocno już zdezorientowany kowal. - Nie ma problemu. Nie teraz. Problem zacznie się, kiedy mój plan wejdzie w życie. Tak… Wtedy będzie problem… Kharvar uśmiechnął się i zaczął kręcić głową.
IV Następnego dnia o świcie do zamku przyjechał goniec. Wiadomość otrzymał również magin, chwilowo zakwaterowany w karczmie. Wiadomość od barona Marxa. Zgodnie z ustaleniami do Krwawego Przejścia ruszyła forenocka armia, licząca około trzech tysięcy zbrojnych. Noel ubrał się i wyszedł na podwórze gospody. Jako, że stała ona zaraz przy głównej drodze do zamku, magin natknął się na ogromny tłum gapiów. Przepchnął się przez ludzi i zobaczył, o co chodzi. Królewska armia, na czele z generałem Aeyedgenem, kierowała się w stronę bram miasta. Herold obwieszczał ludziom, gdzie i dlaczego kieruje się armia. Cztery tysiące…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil vudar95
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…