Kronika światów. Powrót do ojca. Rozdzial 18
Dwa uczucia...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Podziwiałam budzące się Negay z pałacowego balkonu. Nie mogłam spać. Kiedy zamykałam oczy, miałam przed nimi twarz Perseusza, najpierw pogodną, następnie przyćmioną złością, a potem znowu zwykłą, kamienną. W uszach pobrzękiwał jego melodyjny, niski głos, był jak echo. Nieustannie powracał. Myślami krążyłam wobec jego tragedii i bezustannego ukrywania się przed swymi bliskimi. Był jak szczur, przemieszczał się bocznymi ścieżkami, bezszelestnie, z nadzieją, że nikt go nie dostrzeże. Czy litowałam się nad nim? Nie, wydawał mi się zbyt dumny, abym mogła sobie na to pozwolić. Jego postawa, zachowanie, odwaga też nie wskazywało na to, ze potrzebuj pomocnej dłoni, wyciągniętej w jego kierunku. radził sobie. Widziałam to. Chociaż samotny, na obcym terenie, chociaż wygnany z ziem, które szczerze kochał, to jednak dawał sobie świetnie udawał. A może tylko udawał? Nie... Nie udawał. Jego oczy nie kłamią. Widzę w nich doświadczenie, jakie nabył na wygnaniu, widzę potężną mądrość, widzę radę i męstwo, rozsadzające jego młode serce. Nie mogłam leżeć bezczynnie w łóżku i rozmyślać nad postacią mego nauczyciela. Bałam się tego. On zbyt często powracał, a każdy obraz namalowany przez moją podświadomość, powodował, ze serce ściskała dziwna obręcz. Robiło mi się nagle gorąco, a potem zimno, aż w końcu traciłam rozeznanie jak jest w istocie. I uśmiechałam się. Chociaż sama nie wiem czemu i do kogo. Po prostu, wystarczyło jedno wspomnienie, a złe myśli nagle odchodziły w zapomnienie, a zamiast tego przepełniało mnie szczęście. W końcu wstałam i przyszłam tutaj, na balkon, gdzie dziwnie łatwo się myśli. Widok zielonych połaci, przeplatanych szmaragdowymi kałużami, koi mnie, wyciszał, przenosił w bezpieczne miejsce. Tam wszystko wydawało się łatwiejsze. Nabierałam dystansu. Odetchnęłam głęboko świeżym, rześkim, chłodnym powietrzem. Pociemniało mi w oczach, ale też ulżyło. Czułam się wolna, opadły łańcuchy, jeszcze przed chwilą, nie pozwalające mi nabrać tlenu w płuca. Ranek, pomyślałam. Równie niezwykły jak w Londynie. Wielkie, żółte słońce barwiło ciemne niebo na różowo- pomarańczowy odcień, soczysta zieleń lasów pobladła lekko, a na płachcie traw powstały równoległe pasy. Ptaki wznosiły się do pierwszego dziś lotu, zataczały koło nad chmurami i wracały na ziemie, aby zapewne zająć się młodymi. Gdzieś w oddali słyszałam kumkanie żab i ryk saren. Gałęzie potężnych dębów uginały się, a pomiędzy nimi przeskakiwały wiewiórki, z daleka przypominające czerwone punkty. Wiatr czesał łąki. Przypomniała mi się jałowa pustynia, o której czytał dziś Perseusz. Pustkowie znowu pokryło się warstwami zieleni, na nasze ziemie wróciły zwierzęta, w powietrzu czuć zapach kwiatów i słychać cichy śpiew ptaków. Dziwne... Temu miejscu chyba przeznaczone jest zachwycać przed resztę dziejów. Z ognia i krwi narodziła się przyroda, jakiej w moim świecie brakuje. Wiecznie żywa, potężna, dziewicza. -Aamiso, dziecko, co robisz tutaj tak wcześnie- zawołał tata, podchodząc do mnie. Ledwo co słońce zdążyło wstać, a ty już podziwiasz jego dzieła. -Nie mogę spać- odpowiedziałam cicho, by nie zakłócić melancholii chwili. -Czemu? Coś cię niepokoi? -Nie, raczej nie. Tutaj zmartwienia nie mają szansy bytu... Po prostu nie zmorzył mnie sen. -Cóż...- westchnął ojciec, jakby próbował coś powiedzieć, ale wycofał się nagle.- Spędzamy razem bardzo mało czasu. -Tak, to prawda. Ale nauki i obiady z babcią pochłaniają bardzo dużo czasu, a kiedy jestem wolna, jakoś nigdy nie potrafię cie poszukać i porozmawiać. -Mori wyruszyła do sąsiednich miast- oznajmił chłodno ojciec.- Na jedną pełnię. Musisz poradzić sobie bez niej. Ten dzień jest już blisko. -Mam nadzieję, że dam sobie radę- uśmiechnęłam się.- Muszę... Tato, napijemy się razem źródlanej wody? -Naturalnie. Od chwili, gdy minęła godzina dwunasta z niepokojem spoglądałam na zegar. Czas dziwnie zwolnił, rozleniwił się. Wskazówka bardzo długo obracała się o jeden stopień, by wskazać godzinę o minutę późniejszą. Tkwiłam w pokoju i liczyłam upływające sekundy. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Babcia jak na złość nie wezwała mnie do siebie, by wygłaszać kolejne życiowe mądrości, Serabel zniknęła mi z oczu. Pozostałam sama. Sama z czasem. Minęła kolejna minuta, westchnęłam i przeklęłam moment, gdy tata ze smutkiem oznajmił, ze musi udać się do świątyni Czarnej Gwiazdy. Mnie nie wolno było tam wchodzić. W oczach Elfów byłam dzieckiem, nie dojrzałym do tego stopni, aby stanąć twarzą w twarz z opatrznością. -Wzywała mnie księżniczka?- strażnik, wiernie czuwający pod moją komnatę, wychylił się zza złotej framugi. -Nie, ja tylko... liczę czas. -A nie ma szlachetniejszych zajęć? -Być może są, ale jakoś nie umiem ich znaleźć. Może potowarzyszysz mi chwilę?- poprosiłam, składając ręce w błagalnym geście. -Bardzo chętnie- ucieszył się.- Nie wiem tylko czy mogę... -Ależ oczywiście, że tak- otworzyłam mu drzwi na oścież, aby mógł swobodnie wejść i rozgościć się w mej komnacie. Strażnik wszedł do środka i lekko zmieszany rozejrzał się po pokoju. Na jego twarzy malowało się zdziwienie, a nawet szok. Rzeczywiście komnata robiła wrażenie. Przepych i bogactwa dominujące na każdym elemencie przyprawiały o ból głowy. Wszystko wydawało się jedyne, unikatowe, a przy tym piękne. -Usiądź, proszę. Strażnik przysiadł na brzegu wielkiego łoza i odłożył na bok swój łuk, który nosił na plecach. Był on większy niż ten, który dostrzegałam u innych Elfów. Zrobiony z ciemnego, niemalże czarnego drewna. Wygrawerowano na nim napis, który następnie wypełniono złotym tuszem. Cięciwa chociaż niezwykle cienki, wydawała się o wiele bardziej wytrzymałą od innych. Lśniła blaskiem gwiazd. Przez moment przemknęła mi przez głowę myśl, że to srebrny włos albo włókno z szat, jakie noszą wszyscy w Negay. -Wybacz, ale nie wiem nawet ja masz na imię. -Kano- odparł krótko. -Wybacz moją zuchwałość, ale pragnę znać swój lud- wytłumaczyłam się nieporadnie. -Rozumiem. Królowe powinny tak postępować. -Twój łuk... Wydaje się inni... -Bo jest inny- wziął do ręki instrument.- Drugiego takiego nie zobaczysz. Liczy tyle samo lat, co lud elficki. Wykonany z pierwszego drzewa, jakie wyrosło na naszych ziemiach, długo palony w ciepłym ogniu. Na jego spodzie znajduje się napis. Niewielu umie go przetłumaczyć, gdyż to obcy język, jakim nikt nigdy się nie posługiwał. To mowa Gwiazdy. -A cięciwa? -Srebrzysta jak księżyc. Mocniejsza od żelaza, cienka jak motyle skrzydła. To jej włos. Włos naszej bogini- powiedział z pobrzmiewającą w głosie dumą. -Czemu jest w twych rękach? Czyż nie król powinien go nosić przy sobie? -Nie. Król nie może walczyć. Czarna Gwiazda wybrała ze swego wiernego ludu Jedynego Strażnika, którego obdarowała tym łukiem. Kazała mu, mieć w opiece swego nowego pana, a instrument przekazać dalej swemu następcy, równie dzielnemu i oddanemu. Uczynił tak, przekazał go swemu dziecku, a on dalej, aż... Trafił do mnie. To najpiękniejszy dar dla strażnika. Strzelając z niego nigdy nie spudłujesz, za każdym razem trafisz do celu, bez względu na to, jak daleko by się on mieścił. To boskie narzędzie. -Przekażesz go swemu synowi? -Nie wiem... Mój syn jest zbyt młody i niedoświadczony, aby służyć swej królowej, mając na plecach to bogactwo. Póki co zostanie w mych rękach, aż moja epoka dobiegnie końca. -Nie masz drugiego syna? -Mam- odparł zamyślony.- Miałem- poprawił się szybko. -Zginął? -Nie zupełnie, ale... nie ma go. Muszę wracać... do moich zajęć. Licz dalej czas. Miło było z tobą porozmawiać. -Mnie także- zrekompensowałam się szybko, zanim drzwi za Kano zdążyły się zamknąć.
Widocznie czas znużył mnie. Widocznie miałam go dosyć, a może po prostu poczułam, że sen jest mi potrzebny do życia. Nie ważne. Usnęłam. Uciekłam na te kilka krótkich chwil daleko, tam gdzie nikt nie zdoła mnie odnaleźć. Znalazłam się poza zasięgiem kogokolwiek i czegokolwiek. Myślałam, że tam na moment zapomnę o przyziemnych zmartwieniach, o strachu i nieszczęściu. Ale me szczęście nie trwało długo. Powróciłam do koszmaru, w którym ciągle staję naprzeciwko Devila, próbując z nim walczyć. Za każdym razem wygląda to tak samo. Zmagamy się ze sobą, jednak nigdy nie możemy dokończyć starcia. On znika, a ja budzę się. Tak było i tym razem. Znowu tkwiłam w centrum pustkowia. Otaczała mnie jedynie czerń i przebijające się przez nią drobne, białe kryształki, unoszące się w próżni bezładnie. Był tam i on. Osłonięty cieniem, z maską na twarzy. Zbliżał się do mnie, jednak nie mógł stanąć tuż przy mnie. Nieustannie odległość między nami, chociaż pokonywana, zwiększała się. Krzyczał coś. Jak zawsze jego głos brzmiał złowrogo, choć brzmiała w nich ironia i żal. Dziś nie mogłam go jednak zrozumieć. Mówił w dziwnym języku, jakby wymarłym, a przy tym dziwnie groźnym. -Czego chcesz?- zapytałam w ojczystym języku, zrozumiałym i dla niego. -Nie wiesz?- zaśmiał się, wracając do języka angielskiego.- Chcę wygrać. Tym razem ty przegrasz... -Przecież... przecież nigdy wcześniej nie wygrałam. -Wygrałaś, ale nie pamiętasz już tego. Zbyt dużo lat upłynęło, jednak ja dalej przechowuje to w pamięci. -Powiedz, o co chodzi. Gubię się w tym. -Póki…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil atamon
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…