Kroniki Białogórskie cz.2
Druga część opowiadania o Eryku i spółce z nieograniczoną nieodpowiedzialnością. Nikt jeszcze nie umarł po wpisaniu komentarza. Chyba.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział II
Mieszkanie po przeniesieniu ze strychu mebli zyskało wiele uroku – widać było, że profesor był wielkim estetą. Po ustawieniu wszystko komponowało się w harmonijną całość, ślady na ścianach sugerowały wieloletnie, sprawdzone ustawienie mebli. Dodatkowo sąsiedzi pomogli ustalić dawny porządek, przynosząc zdjęcia. Okazało się bowiem, że osiedlowy zespół ludowy, którego dwie wokalistki mieszkały nad nimi, miał specyficzną umowę ze Starobrzeskim: w zamian za udostępnienie lokalu i pianina do prób, muzycy pomagali mu odtworzyć zapomniane i nigdy nie nagrane utwory lokalnej kultury. Przy okazji robiono sobie wiele zdjęć w strojach po prapraprababci. Znaleźli nawet zdjęcie profesora – niskiego, chudego człowieczka z czupryną gotową do ogłoszenia się niezależną republiką. Pianino zaraz wpadło w oko Alicji, która grać lubiła, choć musiała się pogodzić z tym, że (zdaniem większości słuchaczy) – nie umiała. Już dwa dni po zakupie mieszkania, postanowili wydać tradycyjną parapetówkę. Oczywiście tradycyjną w sensie zaproszenia gości, przyjęcia nieproszonych sąsiadów z otwartymi rękami i wypicia kieliszka szampana za nowy lokal – czyli była to dość snobistyczna impreza. Tradycyjna parapetówka z Łęgów co do oblewanego lokalu, to jedynie się tam zaczynała, potem się przenosiła w różnych, nieprzewidzianych przez żadną ustawę o imprezach masowych kierunkach. I NIGDY, ŻADEN szanujący się gospodarz przyjęcia nie zafundowałby gościom marnego kieliszka szampana. A przynajmniej nie jednego. Marek nalegał, by wydać dwie parapetówki: dla sąsiadów i dla znajomych z Doma Aura. Jako najpoważniejszy powód podawał konieczność zaproszenia Luciano Palicotto. - Dlaczego mamy go zapraszać? - zdziwiła się Alicja, ślęcząca nad kartką z listą zaproszonych. Całe mieszkanie zawalone było kartonami z talerzami, zasłonami, lampami, lustrami i sprzętem elektronicznym, które po wyeliminowaniu zbędnych gratów wciąż wymagały solidnych czystek. Kuchenny stół jako jedyny nadawał się do położenia na nim kartki. - Wyszukał nam tę kawalerkę. - Marek też nie był zachwycony, jednak Luciano był nieco nadpobudliwy i gdy tylko usłyszał o ich chęci przeprowadzki, nawet nie spytał się, czy jego pomoc będzie potrzebna. - Poza tym pomógł nam podnająć apartament... Nie krzyw się. Też nie lubię dupka. - Wyrażaj się! - Alicja żartobliwie pogroziła mu palcem. - Bo każę ci szorować język mydłem. Dobra, niech będzie. Ale: jeśli tym razem będzie się uganiał za dziewczynami z gumowym... - Osobiście wybiję mu to z głowy tłuczkiem do mięsa - obiecał Marek, przeciągając się. Tłuc tego oszołoma mógłby bez żadnego poważnego powodu. - A co z Ewą i Lidią? - Już je wpisałam. Pewnie przyjadą limuzyną, nie? - Alicja skrzywiła się na myśl o tym, jak piekielnie drogi wóz będzie obijał się o piekielnie wysokie krawężniki na podjeździe. Ugryzła ekologiczną bułkę posmarowaną ekologicznym masłem przykrytym ekologiczną szynką. Wszystko inne cuchnęło jej na kilometr konserwantami i słodzikami. – Podobno mają nowych narzeczonych? - Coś mi się obiło o uszy. - Mężczyzna wyjrzał przez zakratowane okno na trzepak obwieszony dziećmi i dywanami. - Ostatnio nie zajmowałem się sprawami towarzyskimi... Zresztą to narzeczeństwo może być już mocno nieaktualne. Ostatnio Ewa zrugała mnie, że nie wiedziałem o tym że zerwała z młodszym Pisci całe pięć minut wcześniej. - Racja. Czyli mamy już chyba... - Alicja ponumerowała listę gości nie mieszkających w pobliżu, stawiając przy ostatnim nazwisku cyfrę XV. - Piętnaście osób. W sumie zrobimy dwie imprezy dla trzydziestu osób. Pan Juliusz pozwolił nam urządzić grilla koło placu zabaw, więc mogą dojść przypadkowi świadkowie. Ale raczej nie znajdziemy się w „Plotce” pod „Największe imprezy tygodnia”. - I dobrze - oznajmił z uśmiechem Marek, wiedząc, że sama obecność Luciano spowoduje, że w okolicy będzie się kręcić więcej paparazzi niż stałych mieszkańców. - Pamiętaj, że wraz ze wzrostem ilości gości bałagan rośnie a portfel maleje. Chociaż jeśli sprzedamy te książki... Myślałaś o tym? - Ja tu nie jestem od bezsensownego myślenia, tylko od działania - oburzyła się dziewczyna – W akademiku już wisi odpowiednie ogłoszenie. Zaraz idę do rektoratu poinformować o zmianie adresu, to zajrzę do Mercatora i spytam, kto się zapisał na listę. Marek obrzucił wzrokiem zagracające przedpokój pudła z głośnikami. - Ja w tym czasie pozbędę się jakoś części nagłośnienia, rozdam po sąsiadach trochę staroci i może rzucę okiem na tę książkę. - Skinął głową w kierunku ich prywatnego egzemplarza „Wilków z Białogóry”. - Ciekawe to chociaż? - Całkiem-całkiem... - przyznała Alicja. - Nie mam głowy do dat, a tam ich było w chole... Dużo ich było. A skąd wiesz, że czytałam? - Bo całą noc nie spałaś i nie wychodziłaś z domu. A twoja ulubiona zakładka jest już za tylną okładką. - A ty żałujesz, że nie pomogłeś mi inaczej spędzić tej nocy? - Alicja uśmiechnęła się i spojrzała mu w oczy – Pamiętaj: najpierw ślub, potem... To było dla niego najciekawsze w ich związku. To wyzwanie rzucone samemu sobie. Mieszkali razem, od kiedy skończyli liceum, zaręczyli się rok temu, a spali w osobnych pokojach. Owszem, nieraz słyszeli plotki, o tym z kim się to niby zdradzają, ktoś oberwał po głowie za rozpowiadanie o tym, jak Alicja pracuje w nocnym klubie. Wielu nie rozumiało, że to Alicja ma miłować swoich nieprzyjaciół, a Marek, jako niezbyt religijny osobnik nie miał żadnego moralnego zakazu bicia ludzi, którzy obrażają jego narzeczoną. - Przyjemności... Wiem, wilczku. Ale nie wyglądasz na kogoś, kto nie spał całą noc - zauważył Marek, gdy nie dostrzegł u niej śladów niewyspania, najwyżej objawy zmęczenia oczu lekturą. - Jutro wychodzę na noc. Rano zrobię ci śniadanie do łóżka. - Powinna powiedzieć raczej „do fotela”, bo Marek zawsze upierał się poczekać, aż wróci. I zawsze przysypiał. - Tylko nie zamykaj okna od środka. Kiedy mają nam ściągnąć te kraty? - Za dwie godziny przyjdzie znajomy pana Juliusza. Mówił, że normalnie zajmuje to godzinę, ale dla nas wyrobi się w pół. - Marek był lekko zaskoczony ilością znajomości, jakie zawarli za pośrednictwem starego woźnego. - A nawet jakby się trochę przeciągnęło, to tak policzy. Od której otwierają rektorat? - Od dziesiątej. - Dziewczyna rzuciła okiem na zegarek - Rany, już dziewiąta? Lecę, bo zaraz będzie tam stało pół akademiku... W chwilę później z wieszaka zniknęło niebieskie palto, a drzwi wyjściowe trzasnęły. Marek postanowił dokończyć za nią bułkę. Może i nie było w niej nic sztucznego, ale smakowała paskudnie.
Seweryn Turski nie był nazbyt dumny ze swego wyglądu. Wielu mówiło, że ma twarz oprycha, oczy szulera, sylwetkę piwosza i gust upodabniający go do detektywów ze starych filmów, otoczonych chmurą tytoniowego dymu i okutanych w wyświechtane prochowce. Był za to dumny z kilku rzeczy: nienagannej, dwudziestoletniej służby w Straży Pretoriańskiej Białogóry, nieco tylko starszego wozu zwanego przez wszystkich „Pradziadem wszystkich aut” oraz rozbicia bandy dilerów ze Zgorzeli, zaopatrującej niemal połowę miasta w prochy, strzykawki i tabletki. Mimo, iż ukręcił wtedy łeb sporej organizacji przestępczej, to nie dostał awansu, a śmierć dwóch pretorian poszła na marne za sprawą łaskawego prokuratora Augusta Maximusa Gladi, solidarnie sabotującego wszelkie akcje przeciw prawdziwym szefom szajek. Bandami mogli zawiadywać może dorobkiewicze z Łęg czy Zgorzeli, ale jak mają to robić, instruowali ich mieszkańcy elitarnych dzielnic, gdzie na zakup byle kawałka chodnika trzeba było mieć papiery szlacheckie. Członkowie Starych Rodów uważali się za pępek świata od dnia, gdy dwieście siedemdziesiąt pokoleń temu Aureliusz z dziesięciorgiem rodzeństwa założył Jedenaście Złotych Miast. Mimo wszystko należał do tych miłych władców – zamiast pozbyć się reszty rodzinki za pomocą fachowców w czerwonych kapturach, postarał się, by każde miało odpowiednio dużą prowincję pod panowaniem. Stare Rody uważały się za bezpośrednich potomków i spadkobierców tej radosnej gromadki, a do tego właścicieli wszystkiego, co kiedykolwiek weszło w ich posiadanie. A że jedenaście gąb do wyżywienia to nie mało, Aureliusz podbił połowę znanego podówczas świata, nim zmarł w jakimś pojedynku (archeolodzy, którzy zbadali mumię Wielkiego Założyciela, wspominali coś o zawale serca lub innej chorobie, ale wersja z zapaleniem ślepej kiszki nie pasowała do romantycznej legendy, więc została zakazana ustawą dwieście lat temu). I jak na nadętych bufonów przystało, kryli swoich gdzie się dało: w polityce, w nauce, w mediach, a nawet w pretorii. Jakimś cudem zgodzili się całe trzydzieści lat temu dopuścić do służby osoby spoza Listy Starych i Wielkich Rodów. Gdyby Turski urodził się dwadzieścia lat wcześniej ,zostałby najwyżej hyclem – bo czymże więcej jest praca w Milites? Łapie się pijaczków i psy. I do niedawna jeszcze dziwki, ale teraz to prawo zwala całą winę na alfonsów. A ci zostają zatrzymani, dopiero jak pobiją swoje „dziewczęta”. A niektórzy odpowiedzą przed sądem dopiero jak inny sąd pozbawi ich szlachectwa – ostatni taki wypadek odnotował jakiś historyk bodajże sto lat temu. Jest jeszcze drogówka: ale to by była jeszcze gorsza robota. Zatrzyma się takiego małolata po prochach, ten tylko poświeci sygnetem rodowym i powoła się na immunitet szlachecki. A jak nie puścisz, to możesz szukać nowej pracy. Na innym kontynencie. Teraz Turski wracał z przeglądu wozu i musiał przyznać, że mechanik pretorii, Dionizy, zrobił wszystko, co obiecał. Pradziad Wszystkich Aut jechał cicho, jakby dopiero co opuścił fabrykę. Nowy, brązowy lakier lśnił jak w dniu zakupu. Ponadto za pewną nieostrożność przy pakowaniu do radiowozu jednego z zaopatrujących syna Dionizego dilerów (nieostrożność drobną - zakończoną zaledwie pobytem delikwenta w szpitalu, gdzie wydarzył się kolejny przykry, losowy wypadek – biedak spadł z łóżka i połamał obie nogi) zamontował on w prywatnym samochodzie Seweryna radio działające na częstotliwości zarezerwowanej dla pretorii. Turski nie musiał już nosić ze sobą olbrzymiego przenośnego telefonu służbowego, a i tak w samochodzie, lub w jego okolicach spędzał większość czasu, gdy był poza domem. A jak już był w domu, to zawsze mógł być znaleziony pod numerem stacjonarnym. Radio właśnie odezwało się skrzekliwym głosem pani prokurator o bardzo trafnym nazwisku Brutus: - Turski, gdzie jesteś? Gdzie jesteś, Turski? Komisarz podniósł z niechęcią mikrofon. - Na Cesarza Bucika. Stoję na światłach na skrzyżowaniu z Bohaterów Wojny Wschodniej, więc może pani się nie spieszyć. Mam jakieś pół godziny. A co się dzieje? - Mów, do cholery, że jesteś na Augusta Cezariona... - Ale mówili na niego Bucik... Bo był tępy jak... - Turski w duchu przeklął panią prokurator, której nazwisko wyjątkowo pokrywało się z wszelkimi pasującymi do niej przydomkami(1). - Dobra, nie gadajmy o kimś, kto nie żyje od pół milenium... Mamy świeższe trupy. Na tyłach „Melanżu”, adres Zgorzelska 13. Strzelanina, jakieś pół godziny temu... Hoża już tam jest, macie tę sprawę razem. - Aim on maj wej, mis prokiurejtor! - Turski ze spokojem odłożył mikrofon. Wiedział, że trochę czasu minie nim Brutus znajdzie ten zwrot w „Rozmówkach imperialno-saksońskich” i domyśli się, że to nic obraźliwego. Jest to jedyny język obcy, jakiego jest w stanie nauczyć się przeciętny mieszkaniec Złotych Miast, a ona nadal uważa, że tłumacz dodaje człowiekowi powagi. Ciekawe, u jakiego plemienia w buszu? Może u jakichś kanibali – zawsze to jeden obiad więcej. Zielone światło dla pieszych zamrugało, przez ulicę przebiegła jeszcze jakaś blondynka w niebieskim palcie. Wtedy Turski wyciągnął na dach kogut, włączył syrenę i ruszył, by sprawdzić nowe osiągi wozu.
„Melanż” uchodził za lokal średniej klasy: mimo iż położony był w centrum miasta, to jednak nie był ulubionym miejscem spędzania weekendu przez szanujących się obywateli. Stał przy ruchliwej, hałaśliwej drodze, bez wystarczającej ilości miejsc parkingowych, by obsłużyć większą ilość zamożnych gości. Ponadto, zdarzały się tu burdy z udziałem typów dobrze znanych raczej z działalności w uboższych dzielnicach. Powszechnie uważało się, że jest to zwykła melina, gdzie na zapleczu planuje się przekręty na wielką skalę. A obecność skąpo - acz drogo - ubranych pań, niezbyt oryginalnie, za to bardzo profesjonalnie proponujących co bogatszym bywalcom „zabawę na jedną noc” tylko potwierdzały tę opinię. A już na pewno gwoździem do trumny „Melanżu” jako przykrywki dla mafijnych interesów był widok, jaki zastała nadinspektor Zofia Hoża. Pięć osób z ranami postrzałowymi porozrzucanych dookoła stołu zastawionego gotówką w grubych plikach i jeszcze grubszymi workami z kokainą raczej nie zginęło przy obliczaniu datków dla sierotek. Turski przyjechał na miejsce w pięć minut. Nie był to jego rekord, ale w końcu były godziny szczytu i nie wszyscy mieli ochotę usuwać się z drogi samochodu na sygnale. Sam zawsze ustępował karetkom i straży pożarnej. Co do strażaków, to nigdy nie wiedział czy to nie jego dom się pali. A karetki były dla niego święte, bo sam raz był o włos od śmierci, a wioząca go erka utknęła w korku. Hoża już czekała na niego przed głównym wejściem. Młodsza od niego o dziesięć lat nadal trzymała figurę nastolatki, co zgubiło już wielu zbyt pewnych siebie kryminalistów. Miała na sobie dżinsy i marynarkę munduru, ciężką od pozłacanych detali. Spod służbowej czapki z imperialnym godłem wystawały krótkie, czarne włosy. Nadkomisarz wskazała Turskiemu dobre miejsce do zaparkowania i zaczekała aż Seweryn zamknie wóz. Od razu podała mu niemal pustą teczkę z numerem sprawy. W środku był tylko odpis ze zgłoszenia telefonicznego o strzelaninie w klubie. - Dzień dobry, Młoda. Co to jest? - Wbrew zwyczajowi, zamiast zasalutować, tylko podał jej rękę. - Dzień dobry, panie komisarzu. Akta tej sprawy. Mamy się zająć jeszcze jedną sprawą, bo Brutus pomyślała, że to ten sam sprawca. - Hoża przeszła przez przytrzymane przez komisarza drzwi i wskazała na wejście na zaplecze. - Cała akcja była godzinę temu, nasi nic nie robili, bo nie wiedzą kogo szukać. Lokal zamknęliśmy, zaraz będzie tu brat właściciela. - A co z właścicielem? - Jest na zapleczu. Strzał z czegoś na kształt obrzyna z bardzo bliskiej odległości. W twarz. Ja spróbuję wydobyć od nich nagranie z monitoringu. - Zofia wskazała komisarzowi drzwi, których próg obficie spryskany był czymś mokrym i śmierdzącym jak mocz. Podejrzewał, że ten, kto znalazł właściciela lokalu, nie rozumiał powagi sytuacji i zmył ewentualne dowody na przestrzeni jakiegoś metra kwadratowego. Mimo wszystko nos Turskiego przeżył wkroczenie do śmierdzącego papierosami, prochem i szczynami pokoju. - To skąd wiecie, że to właściciel? - spytał czysto retorycznie dokumentującego miejsce zbrodni fotografa po spojrzeniu na kostno-mięsno-krwistą mieszankę na głowie jednego z trupów. Wszyscy pozostali mieli twarze – komisarz niezbyt się zdziwił, rozpoznając w jednym z nieboszczyków Michaela Calisianusa, zwanego Twardym. Twardy zwiał kilka tygodni temu spod opiekuńczych skrzydeł jednego z bossów z Kwartii, dziwnie zbiegło się to z istną czystką dokonaną przez tamtejszych pretorian w szeregach jego byłych kolegów. Musiał więc zaczepić się u kogoś dość znacznego, aby uchronić siebie i żonę przed gniewem tych, którzy uniknęli łapanki. Tak, jak trzech kolegów leżał na podłodze, kule trafiły go w klatkę piersiową, potem ktoś profilaktycznie wbił im coś ostrego w podbródek. Sejf był otwarty na oścież, ale nie nosił żadnych śladów włamania. Turski podszedł do trupa bez twarzy. Był to olbrzymi - na pewno ponad dwumetrowy - mężczyzna w eleganckiej marynarce i firmowej koszulce klubu. Pozostali nosili uniformy ochrony z kaburami pod lewą pachą. Z uszu właściciela lokalu zwisały złote kółka, mocno kontrastujące z obrzydliwym widokiem sieczki między nimi. Za denatem ścianę i drzwiczki sejfu zbryzgało to, co wylatujące z czaszki odłamki śrutu pociągnęły za sobą. Cud, że facet zachował czerep. Potężne, owłosione ręce zdobiła biżuteria: na obydwu, zwisających swobodnie nadgarstkach spoczywały ciężkie bransolety ze szczerego złota. - Facet ma na sobie ze dwadzieścia moich wypłat – westchnął Turski, postanawiając poszukać czegoś na stole. Na pewno nie był to napad rabunkowy: banknoty na stole pokrywały rdzawe plamy. Nadal były poukładane w zgrabne kupki po około dziesięć tysięcy w każdej. Czyli kasa leżała na stole, gdy zaczęła się jatka, a nawet jakby coś było stąd ubierane, to gospodarze raczej nie protestowali. Może już się dogadali, wymienili towar na kasę i dopiero wtedy tamci otworzyli ogień? Hałas zaalarmował ochronę i nie mieli czasu brać forsy? Spojrzał na jednego z kompanów właściciela. Ci trzej zostali postrzeleni zwykłymi kulami, na ich szefa przygotowano śrut. Porachunki między gangami? Zaraz sięgnął ku prawej dłoni tego na krześle. Nie zastał rodowego sygnetu na serdecznym palcu. Ale Turski od razu rozpoznał nieboszczyka. Młody Camillo Teratosso słynął z odgryzionego przez psa środkowego palca, rodowy sygnet nosił na palcu wskazującym. Ale ten został odcięty niedawno razem ze złotym pierścieniem ozdobionym głową węża z obnażonymi zębami jadowymi. Turski wiedział, że mają jakiś klub w mieście – i że prowadzą interesy niezbyt przystające członkowi Wielkiego Rodu. Co nie przeszkadzało temu staremu szakalowi Valentino uważać ich za godnych nadawanego przez głowę rodziny oficjalnego tytułu „Nadzieja Rodu”. Komisarz zaraz wyłowił z pamięci obraz czwórki młodych Teratosso: urodzeni jednego dnia, z jednej matki. Biedaczka nie przeżyła porodu – lekarze zdziwili się, gdy zdecydowała się rodzić siłami natury. Czwórka niezwykle dużych noworodków przyszła na świat w prywatnej klinice w Emiracie Marcii i wróciła do kraju w wieku bodajże siedemnastu lat – już wtedy Camillo był zwany Dziewięciopalcym. Zaraz stali się stałymi bywalcami aresztów, z których regularnie wychodzili na mocy immunitetu Wielkich Rodów. Ledwo dwa lata temu jeden z czworaków omal nie zginął w wypadku samochodowym koło parku Skrajnego, a kilka miesięcy temu coś rozerwało na strzępy Leona. W pretorii nikogo to specjalnie nie zdziwiło: denat lubił zapolować na bezpańskie psy, zwoził ich łby do domu i wypychał. W końcu musiało się to tak skończyć. A jednego z jego ludzi ktoś pozbawił oczu – to zwalono na konkurencję w ciemnych interesach. Wtedy sprawę szybko wyciszono, a Valentino Teratosso wymusił w ratuszu zagospodarowanie ruin rzeźni, gdzie znaleziono jego syna. Obecnie był tam niewielki cmentarzyk i skwer z niewielką tabliczką upamiętniającą „młodego, ambitnego człowieka, którego przedwczesna śmierć pogrążyła w smutku i żalu całe miasto”. Mimo iż oficjalnie był to „Park Sosnowy”, to wszyscy mówili na niego „Psi Raj”. Chyba na cześć psinek, które tak trafnie rozpoznały złego człowieka. - Mam coś ciekawego. - Hoża wyrwała go z zamyślenia. Z jej twarzy wyczytał podobne myśli, do tych jakie go trapiły: to będzie delikatne śledztwo, Teratosso będą chcieli sprawiedliwości szybko i okrutnie, góra będzie chciała się pochwalić wynikami, a jakby coś nie wyszło, to cała wina spadnie na nich. Kamera ukryta w ścianie zwrócona była na Teratosso, siedzącego na tle sejfu. Perspektywa powiększała już i tak spore wały nadczołowe Camilla, a twarz nabierała jeszcze bardziej małpiego wyglądu. Nie widać było stołu, a co za tym idzie jego niezgodnej z prawem zawartości – taśma nijak nie mogła służyć za dowód rzeczowy. Wyglądało to tak, jakby właściciel lokalu przeliczał miesięczny utarg w towarzystwie co najmniej jednego ochroniarza. Nagle ochroniarz zaczął się szarpać z kaburą. Teratosso śmiał się. Zaraz jednak zrzedła mu mina – widoczny w kadrze goryl upadł na podłogę, mignęła czyjaś ręka, coś ciemnego zachlapało ścianę. Teratosso znowu się śmiał – chyba był naćpany. Zaraz jednak kamera zarejestrowała rękę z wymierzoną w twarz bronią. - Lupara – Turski rzadko widywał taką broń, ale od czasu sławetnej, nagłośnionej przez media wendety dwóch stołecznych rodów mafijnych znał ją chyba każdy obywatel Imperium. Lupara na ekranie wystrzeliła, masakrując twarz Teratosso, której ostatnim wyrazem był przeraźliwy strach. - Dopiero teraz się wystraszył, jakby usłyszał coś nieciekawego... - Nie ma dźwięku? - Seweryn zagadnął ochroniarza, który pokazał pretorianom pokój z monitoringiem, ale ten nadal wychodził z szoku. Pewnie dlatego w ogóle się dowiedzieli, że jest tam coś takiego jak kamera. Młody, łysy jak kolano bramkarz tylko pokręcił głową, odpowiedziała Hoża. - Nie ma dźwięku - potwierdziła Hoża, równie zawiedziona co on. - Monitoring był chyba tylko po to, by nikt nie podbierał kasy z sejfu. Poza tym nagrania z tego pokoiku pomogłyby rozwiązać połowę naszego archiwum. Patrz dalej. Trup Camillo tylko chwilę podrgał. Wtedy w zasięg kamery wszedł sprawca: nie widzieli jego twarzy, za to na pewno wyróżniał się w tłumie: długi, skórzany płaszcz, czarny kapelusz z szerokim rondem. Złapał swoją ofiarę za prawe ramię – nie widzieli, co nim robi, zaraz jednak ręka opadła luźno a morderca znikł z widoku, zasłaniając twarz rondem kapelusza. Zaraz jednak wrócił i uklęknął gdzieś koło jednego z postrzelonych. Po chwili zniknął znad podrygujących zwłok – to jednak on podobijał rannych. Hoża wyłączyła monitor. - Kamera na korytarzu zarejestrowała to samo: płaszcz i kapelusz. I kelnerkę, która wchodzi na zaplecze. Mijała się z nim, ale nie zwróciła na niego uwagi. Ofiary to... - Camillo Teratosso, lat 23, Nadzieja Rodu. Michael Calisianus, lat 30, Przypadek Beznadziejnej Głupoty i trzech, których nie znam. - Seweryn skądś znał ten styl ubierania się: elementy stroju pasterzy krów z Wielkich Równin nie były nigdy modne nawet w czasach gdy Wielkie Rody „zniżały się łaskawie” do poziomu życia zwykłych obywateli. Kojarzył gdzieś lokal, w którym bez takiego stroju człowiek bardzo wyróżnia się z tłumu. Niestety był tam tylko raz, gdy koledze urodził się synek i oblewali to wydarzenie po całym mieście. - Alberto Consiglieri i Xerxes Padarwat, naturalizowany obywatel Emiratów Wschodnich. Chyba sprowadzał stamtąd opium... I jeszcze jeden muslim, ale nie miał przy sobie żadnego dokumentu tożsamości. - Hoża przeszła na miejsce zbrodni i jeszcze raz zaczęła szukać tego czegoś, co naprowadzi ich na właściwy trop. Turski tymczasem zajrzał do kelnerki, która nie miała nic ciekawego do powiedzenia, prócz tego, że koka na pewno była podłożona przez „wrogów pana Teratosso”. Gdy nalał jej coś mocniejszego na uspokojenie i usiadł z nią przy barze, wyżaliła się, że pracuje pierwszy dzień i zauważyła, jaki „miły” jest dla niej Camillo. Turskiemu nie chciało się bawić w uświadamianie, jak wiele takich dziewczyn jak ona pracuje na ulicy i w ilu przypadkach zaczynało się od tego, że ktoś był dla nich miły. Zastanawiał się, co dziewczyna widziała w Teratosso – wielki, małpiasty osiłek z chytrymi oczkami. Chyba kasę albo lubiła taki typ macho-biznesmena. No i oczywiście nazwisko. W tym momencie zauważył, że do pretoriana próbującego coś wydobyć od ochroniarza, który stał przy wejściu, podchodzi jeden z Teratosso. Jako iż szeregi czworaków zostały mocno przerzedzone, mógł być to tylko uważany za przywódcę braci Luciano. Nie wyglądał na zadowolonego, ale gdyby nie to, co widział na zapleczu, Turski pomyślałby, że ktoś założył przez pomyłkę mu blokadę na koło. A nie zabił brata i urządził rzeźnię na tyłach rodzinnego biznesu. Widać, nie bardzo uwierzył w to, co przekazała mu Hoża, bo uszu komisarza dochodziły strzępy nerwowego monologu Nadziei Rodu Teratosso. - ...co nie ty? To kto odpowiada za ten burdel? Jak na złość posterunkowy Marconi wskazał palcem Turskiego. Seweryn nie miał mu tego za złe – nikt nie chciał irytować członków Wielkich Rodów – ale wolałby, żeby wskazał na ten przykład numer drzwi na zaplecze. Albo sufit. Albo gumowego kurczaka. Cokolwiek. Jednak Teratosso sunął prosto na niego z bojowym wyrazem twarzy i zaciśniętymi pięściami. Przez chwilę milczał, czekając aż Turski zgodnie z etykietą wstanie z barowego stołka, przedstawi się i poda przyczynę naruszenia spokoju kogoś ważniejszego od niego. Komisarz wolał jednak nie dawać mu tej satysfakcji – nie chciał prowadzić śledztwa z pozycji niższej niż potencjalny przesłuchiwany. Zresztą występował tutaj jako przedstawiciel organów śledczych Prokuratury Imperium Aureliuszów, więc to Teratosso powinien ukorzyć się przed powagą urzędu. Mylił go cywilny ubiór Turskiego, ale złote epolety zdobiące oficjalny mundur zawsze irytowały Seweryna. Twarz brata denata najpierw skrzywiła się z odrazą, jakby miał dotknąć worka łajna, zaraz jednak uspokoił się i teraz już grzecznie czekał, nie wiedząc, że się nie doczeka. Przez dobrą minutę patrzyli sobie w oczy: siedzący na stołku komisarz w szarym prochowcu i szlachcic w garniturze od najlepszego projektanta. W końcu Teratosso pękł: - Wybaczy pan. Komisarz Pierwszego Stopnia Seweryn Turski? - Tak. - Nie była to wymarzona sytuacja: Teratosso z jednej strony przybrał uległą postawę, z drugiej nie podał swego imienia. W efekcie mogli rozmawiać jak równy z równym, co średnio satysfakcjonowało komisarza, który wolałby mieć przewagę nad tak ważną w śledztwie osobą i móc ją w razie potrzeby przycisnąć bez uszczerbku dla jej honoru. Czyli nie mógł na przykład blefować, mówiąc, że wspólnicy już go wsypali i lepiej powiedzieć prawdę. Turski od dawna serdecznie nienawidził oficjalnej etykiety przesłuchania. - Tak, jednak obecnie używa się stopni komisarza i nadkomisarza, bez podziału na stopnie. - Komisarz był świadom, że niektóre rody nie uznawały reform Traciusa, które zniosły podział na komisarzy pierwszego i drugiego stopnia, a także dopuszczały do służby osoby bez tytułu szlacheckiego (świadomość ta obejmowała też delikatną aluzję do „starych dobrych czasów” sprzed reformy). - Pan wybaczy, ale chyba umknęło mi pańskie imię. - To pan wybaczy, mam dzisiaj ciężki dzień. Mój wspólnik został zabity wczoraj w nocy w Parku Zamkowym. Ledwo co go rozpoznali. Podobno śledztwo prowadzi pan z panią komisarz Hożą? A teraz ta wiadomość... Mam nadzieję, że to pomyłka. Nasz ojciec stracił już w tragiczny sposób jednego syna, drugi jeździ na wózku i nie chciałbym, by przeżył kolejny szok niepotrzebnie. Po obyciu Turski rozpoznał aspirującego do miejsca w Radzie Monteblanco Luciano – czyli raczej obędzie się bez wyzwisk i powoływania się na błękitną krew. - Obawiam się że nie ma mowy o pomyłce: dysponujemy nagraniem, na którym widać moment zabójstwa, poza tym personel zidentyfikował zwłoki. Jedną z ofiar na pewno jest pański brat Camillo. Jeszcze jedna formalność – czy mógłbym prosić pana dowód tożsamości? Turski jechał na krawędzi: nie wiedział czy Teratosso nie uzna tego za niegrzeczność ze strony niżej urodzonego i nie odmówi. Ale zbyt usilnie starał się zmienić temat i pominąć podanie danych osobowych – a w przypadku bliźniaków zawsze było ryzyko, że rozmawia się z kimś innym, niż się uważa. Na szczęście po chwili w ręce Turskiego znalazł się zadbany paszport Emiratu Marcii. Komisarz przypomniał sobie, że właśnie tam urodzili się Teratosso i z tej racji bez trudu mogli opuścić w każdej chwili Imperium lub powołać się na stosowne umowy międzynarodowe. - Tak więc kilka podstawowych pytań. - Turski raczej nie spodziewał się usłyszeć prawdy, ale każdy przypadkowy urywek najlichszego słówka mógł go do niej doprowadzić. - Mogę usiąść? - Teratosso nie czekając na odpowiedź, rozsiadł się na stołku obok i uprzedził komisarza: - Proszę pana, mamy wrogów. I to potężnych. Nie jesteśmy hutnikami, czy dozorcami po cichu odwalającymi ciężką, acz konieczną robotę. Ród Teratosso od sześciu pokoleń handluje między innymi militariami: karabinami, strzelbami i bronią białą. Narobiliśmy sobie, jakże niesłusznej, opinii gangsterów i przemytników. Mówi się, że z naszych karabinów rozstrzelano uczestników Marszu Białych Koszul. Ale to kalumnie bez pokrycia. Nie odpowiadam za to, co się dzieje po zakupie z moim towarem! Czy można oskarżać sprzedawcę noży o to, że ludzie kroją nimi nie chleb a ludzi?! - Turski miał ochotę zauważyć, że karabinem chleba się nie pokroi i jest on zasadniczo przeznaczony do robienia krzywdy innym, ale nie chciał prowadzić dysputy a przesłuchanie - A od blisko roku trwa istna nagonka na moją branżę. Niedawno uczepił się nas jeden imigrant z Wielkich Równin... Podobno! Podobno jego syn przedawkował narkotyki, które sprzedał mu Camillo! Wyobraża pan sobie?! Dwadzieścia lat temu by go wsadzono na kilka lat za szkalowanie dobrego imienia... Podczas gdy Luciano głosił pochwałę przeszłości i ganił czasy obecne, Turski dodał dwa do dwóch: Kowboj miał motyw, miał zapewne broń, pasował do tego, co zarejestrowała kamera. Postanowił wydobyć to z Luciano na komendzie. Najpierw musiał jednak wyjaśnić inną, ważniejszą sprawę. Uniósł rękę, by przerwać wywód przesłuchiwanego i palnął prosto z mostu: - Przy pańskim bracie znaleziono hurtowe ilości kokainy – podejrzewamy, że lokal był przykrywką dla szeroko zakrojonej dystrybucji narkotyków... - A jednak! - Luciano chyba był lepszym aktorem, niż Turski podejrzewał: szok był może i bardzo szczerze udany, ale nie dość naturalnie - Razem z ojcem coś podejrzewaliśmy: baliśmy się, że się odurza... Ale żeby od razu handel? Na taką skalę? „Melanżem” zajmował się tylko i wyłącznie on, choć wszyscy byliśmy jego właścicielami. Rzadko tu zaglądaliśmy i nie widzieliśmy nic podejrzanego... Tak jak spodziewał się Turski, wina spadnie na tego z braci, który ma najmniej do gadania – czyli Camillo. Czyli nici z tak radującego pretoriańskie oczy widoku szlachcica w kajdankach na komendzie. Zostało tylko spytać o imię tego imigranta z Wielkich Równin. Tu Teratosso zawiódł go na całej linii – nie wiedział o tym człowieku nic, poza tym że miał syna, który przedawkował środek zwany „Bramami Olimpu”. W pewnym momencie jakiś pisk przerwał Teratosso w pół zdania. Luciano wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki niewielki, ledwo dwa razy większy od dłoni telefon i odszedł na chwilę na bok. Po chwili wrócił i poinformował, że ojciec wzywa go na Radę Rodzinną. Obiecał, że odpis prześle na komendę i prosił o wybaczenie. Turski wybaczył i poszedł na zaplecze. Tam Hoża spojrzała na niego, jak na kogoś, kto właśnie wrócił z katorgi. - Dobra, ta druga sprawa to jakiś kumpel Teratosso? - zagadnął Turski. - Aleksy Bartnik, wiceszef koncernu zbrojeniowego „Terrabella” należącego do Teratosso. - Pani komisarz miała wyborną pamięć i zwykle…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ciemnogrodzianin
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…