Kroniki Białogórskie rozdział 5.
Poznajemy kilka sekretów mokradeł pod Białogórą, a także następcę tronu Imperium Auriańskiego - Fabiusza. Oraz dowiadujemy się kim była jego matka.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział V.
Naleśniki okazały się całkiem niezłym pomysłem – naleśnikarnia znajdowała się pół rzutu beretem od kafejki internetowej, gdzie Alicja zniknęła na dobre pół godziny. Wróciła akurat, gdy Kelnero-Zamiataczo-Kucharz podawał przyrządzone specjalnie na ich zamówienie dwie porcje. - Nie, ta jest dla pani – wyjaśnił Marek, odsuwając od siebie mierzącą dobre dwadzieścia centymetrów stertę polanych słodkim syropem naleśników i zdejmując z tacy swoją porcję – mniejszą o jakieś dziewięćdziesiąt procent. Widać, zazwyczaj kobiety zamawiały tu nieco bardziej łaskawe dla figury dania, bo KZK patrzył na powracającą z kafejki Alicję jak na trzygłowego, siedmionogiego i jedenastopalcego cyklopa. - Co jest? - spytała, wycierając w serwetkę nóż i widelec. - Nic, nie tylko mnie zaskakujesz. - Marek był mniej wyczulony na higienę i od razu zabrał się do jedzenia. - Co tam w sieci? - Twoi rodzice przyjadą dzisiaj po południu do miasta. Niestety osobno, spotkają się dopiero u nas. - Wpakowała do ust wysoki na pięć centymetrów kawałek naleśnikowego tortu, błyskawicznie go przeżuła i połknęła. - Wpadną koło trzeciej. - Przyjąłbym to ze stoickim spokojem – oznajmił Marek z kwaśną miną. – Gdyby nie to, że gdy to JA próbowałem ich zaprosić na twoje urodziny, to musiałem rozmawiać z sekretarzem ojca. - Ja też nie będę szalała z powodu tej wspaniałej wiktorii, - usprawiedliwiła się Alicja - bo jedynie obecność młodego następcy tronu w okolicy pozwoli twojemu drogiemu panu ojcu oderwać się od spraw państwowych na chwilę wystarczająco długą, by zaszczycić nas swą obecnością. - Kwintus Aureliusz w Białogórze? - Marek mocno się zdziwił, słysząc tą nowinę – Niedawno był w jakimś kurorcie na drugim końcu świata. Nieładnie używać państwowego odrzutowca w prywatnych celach. - Nie... - Alicja znowu pochłonęła porcję, która każdemu innemu starczyłaby na cały posiłek. - Twój ojciec pisał o Fabiuszu, tym starszym. - wyjaśniła dziewczyna, żując nieco gumowatego naleśnika. Marek westchnął, kawałek naleśnika wrócił na talerz – pan Acidum, nauczyciel savoir-vivre'u zlałby go za to kijem po plecach. De Marcia nie lubił tłumaczyć tych wszystkich zawiłości. Na uniwersytecie pomimo tego, iż studenci powinni być choć trochę zorientowani w polityce, musiał co kilka dni wyjaśniać zawiłości dynastyczne. Przynajmniej teraz miał nadzieję, że Alicja to pojmie szybciej niż jego koledzy. - On nie jest następcą tronu - zaczął, po przełknięciu kęsa ciasta. - Oczywiście, tak miało być. Do czasu, aż nie zaczął zadawać się z podejrzanym towarzystwem i zachowywać, jak to później tłumaczono, „niegodnie wieńca cesarskiego”. Wtedy august zaczął przygotowywać syna z drugiego małżeństwa do rządzenia. - Ale twój ojciec... - Alicja odetchnęła z ulgą, gdy udało jej się nie powiedzieć „ojczym”. Marek wiedział, że to zaledwie jego stryj, ale zdawał się być mu o wiele bliższy niż bohater wojenny, będący jego ojcem biologicznym. - napisał: „Fabiusz, następca tronu”. Marek pokręcił spuszczoną głową, by ukryć choć trochę ironiczny uśmiech. - Mój ojciec pisze mowy dla Fabiusza, od kiedy ten skończył lat czternaście. Od kiedy objął urząd konsula w wieku lat siedemnastu, pisze także dla niego uchwały. Teraz Fabiusz ma lat trzydzieści. A dwa lata temu dowiedział się z gazet, że to jego młodszy o dwa lata przyszywany brat ma zgarnąć całą władzę. Zaakceptowały to - a nawet powitały z radością – wszystkie stolice świata: Forum Aurelis, Nowy Knaufsberg i Farr-abbad. Tylko mój ojciec i Fabiusz nie uznają cesarskiego edyktu. - zmełł w ustach przekleństwo - Ach, zmieńmy temat – kiedy przyjadą twoi rodzice? - Jutro. - Alicja ucieszyła się ze zmiany tematu. Przyszywany ojciec Marka, a jej przyszywany wujek był tematem na inną dyskusję. - Najpierw odwiedzą wuja Honoriusza, bo zachorował i prosi o trochę babcinej nalewki. - Na co zachorował? Tym razem? - Honoriusz Canissi chorował średnio co pół roku ciężko, lekko co trzy miesiące, katar i zgaga męczyły go cały czas. A lek znał tylko jeden. - Nie wiem, ale zawsze twierdzi, że nalewka babci Faetoniny pomaga na wszystko. Od kataru po zawał serca. Zaśmiała się perliście. - A z Mercatorem pisałaś? - Spotkanie z tym kimś mamy zaraz po wykładzie. - Po raz kolejny połknęła potężną porcję naleśników. Marek zastanawiał się, co jadły wilkołaki, gdy nie było cywilizowanych metod zaspokojenia wilczego głodu. Może zaspokajały go w czasie, gdy były w swojej zwierzęcej formie. Podejrzewał, że chodziły w stadach po trzy – akurat na jedną krówkę. I jak to możliwe, że tak szybko to wszystko trawiły. Alicja, mimo potężnych posiłków, nadal miała płaski brzuch i nienaganną sylwetkę. - Będzie siedziała w kafejce „Beatrycze” na Elekcyjnej. - Siedziała? Alicja odłożyła sztućce, spojrzała na niego bezsilnie i odpowiedziała: - Przepraszam, pomyliłam się: będzie stała w tej kawiarni na rękach i wywijała hołubce, tańcząc kankana do góry nogami! Przewrócił oczami. Choć pewnie w ten sposób łatwo by ją rozpoznali. - Nie chodziło mi tyle o pozycję, co o ten rodzaj żeński - wyjaśnił - Jak będzie wyglądać? - Podejdzie sama i spyta się o datę. - Głos Alicji wyrażał niezadowolenie, nie wiadomo czy z powodu nieporozumienia, czy dlatego, że tajemnicza nieznajoma będzie wiedzieć, na kogo czeka. - Będzie wyglądać na niedzisiejszą? - zakpił Marek – Pamiętasz tego, takiego menela, co był w ciężkim szoku, jak zaczął padać śnieg, bo był przekonany że jest lipiec? - Mamy odpowiedzieć, że jest : „piętnasty luty”. Zapamiętałeś? - spytała. Miał lepszą od niej pamięć do dat. - Tak. - Powiedział, choć nie wiedział czy w odpowiedniej chwili przypomni sobie, że to rocznica spalenia Małego Mostu na Białce. - Co to za dziwna konspiracja? - żachnął się, zaraz jednak pomyślał to, co w tej samej chwili powiedziała mu Ala. - No, tak! Już lepiej dać ogłoszenie do prasy! - burknęła, lekko plując naleśnikiem - „Wiłkołaczyca Alicja Canissi spotka się z tobą w „Beatrycze” o drugiej trzydzieści. Srebrne kule niemile widziane. - Dobra, mój błąd - przyznał i postanowił zdać się na los. Zresztą dyskusje takie jak ta lepiej prowadzić z dala od wścibskich uszu. A do kafejki właśnie zajrzała jakaś grupka studentów. - Nie irytuj się tak. Coś jeszcze? Poza moją i twoją rodzinką oraz kobietami-szpiegami? - Do parapetówki jutro dojdzie ze trzydzieści osób. Ogłoszenie w szkole dało dobre rezultaty. Aż nazbyt dobre - przyznała, pokazując mu zrolowaną kartkę z zeszytu z długą listą nazwisk. Kilka najchętniej by wyprosił od razu, kilka ubił na miejscu, a części nie pokazywał na oczy. - Gdzie my ich pomieścimy? Firma cateringowa urwie nam głowy lub pół portfela, gdy się dowie o takich skokach w zamówieniach! - A co za problem? Raczej nie będą gotować tego ryżu dwa dni? - Ale muszą go chyba kupić? A jeszcze się szykuje jakieś wydarzenie na mieście i wszystkie lokale będą zarezerwowane albo będą w nich siedzieć i oglądać relację z Igrzysk Laokemedyjskich. Złożył ręce w piramidkę i oparł na jej szczycie podbródek. Według jednego z jego kolegów ze studiów - Huaminiego Gerdeshewaratiego, miało to poprawić utlenienie szarych komórek. Nie wiedział, czy na pewno tak to działa, ale przynajmniej pozwalało mu udawać, że naprawdę ciężko myśli, akurat gdy rozwiązanie już przyszło, a on planował jak ubrać je w słowa grzeczne i rozsądne. - No tak, czyli impreza na dyskotece odpada... - zaczął udawać, że jeszcze się zastanawia. - A gdyby tak... Tam nieco dalej, za bazarem jest takie zarośnięte boisko... - Nie myślisz chyba, żeby je... rekultywować? Mój ty geniuszu. - Uśmiech na jej twarzy znaczył dla niego więcej niż ta pochwała. Choć podejrzewał, że wiedziała ona, że rozmawiał o odnowieniu tamtejszej murawy z kilkoma kolegami. - Rekultywować, odmalować ławki i przenieść parapetówkę na przyszły tydzień albo później – uzupełnił. - Gościom się powie, że wystąpiły trudności... organizacyjne. - Co zresztą będzie zgodne z prawdą. - Jej ósme Słowo Zakonu nie lubiło polityki i politycznej poprawności. - Właśnie... - Gdy ona żuła resztkę naleśników, on wyłożył swój plan. - Będziemy musieli jakoś dogadać się z radą dzielnicy, ale chyba to będzie nasz najmniejszy problem. Bo jeśli potraktujemy to jak otwarcie nowego boiska, to wyszlibyśmy na snobów i burżujów, gdybyśmy wpuszczali tylko tych z zaproszeniami. Ewentualnie moglibyśmy urządzić „test” boiska jako miejsca dla imprez masowych... - Myślisz jak polityk – powiedziała Alicja ledwo utrzymując jakimś cudem naleśnika w ustach. - Wiem, jestem straszny... Wracając do tematu, myślę, że Silvio da nam małą ekipę do tej roboty. Wychował się w tych okolicach, a może nawet grał tam w piłkę. Aha, jeszcze jedno – zgodzimy się przez jeden sezon utrzymywać boisko. To chyba postawi nas w innym świetle niż Donaldo Ducko. - Co to za jeden? - Alicja nie była tak zaznajomiona z politycznymi ciekawostkami jak inni. Może dlatego, że nie czytała plotkarskich gazet. - A tam, jeden taki... – Marek machnął ręką, choć pan Ducko, zwany Słońcem Selva był jednym z polityków o wpadkach których można by opowiadać bardzo długo. - Budował za prowincjonalne pieniądze boiska, a potem nie miał za co je utrzymać - to zwalił to na samorządy wiejskie. Ale chyba się uda. W drodze na wykład przedzwonię do Mauricia, żeby wszystko zorganizował. A, i niech mały Holmes rozlepi nowe plakaty i przedzwoni z nowymi namiarami do wszystkich, którzy zgłosili obecność. Coś jeszcze mamy do zrobienia? - Tak, wytłumaczyć tę zmianę planów twojemu ojcu i moim rodzicom. - Alicja zebrała talerze i podniosła się, by oddać je Kucharzo-Zamiataczo-Kelnerowi. - Oni mogą nie być zadowoleni, że przejechali pół kontynentu, żeby usłyszeć: „wpadnijcie później!”. - Racja - przyznał Marek, zaraz jednak wymyślił w miarę sensowne rozwiązanie. - Zrobi się kameralną imprezkę tylko dla najbliższej rodziny i tyle. Poza tym Pan Starszy Doradca de-es Prestiżu Następcy... przepraszam – Byłego Następcy Tronu, Magister Filozofii, a prywatnie Mój Ojciec może chyba wziąć urlop.
Właz do bunkra był całkiem nieźle ukryty. Już samo jego położenie – pośrodku wysepki dwadzieścia metrów od brzegu stale zalanej deszczówką niecki między drzewami - zniechęcało okolicznych poszukiwaczy rozrywki. A już tabliczka z napisem „Wodociągi Miejskie Miasta Białogóra – Oczyszczalnia nr II.” mówiła wszystko o „tragicznym” losie tego bezcennego zabytku sztuki łamania piątego przykazania. Ale w Miejskich Wodociągach nikt o tym nic nie wiedział. Może skojarzyliby to z kradzieżą podobnej tabliczki z drugiego końca miasta, ale takich przypadków notowali dziesiątki miesięcznie – więc Eryk mógł zabezpieczyć swój składzik bez obawy wykrycia. Widłowski znalazł bez trudu miejsce, gdzie od włazu dzieliło ich ledwie pięć metrów. - Zawsze tak jest, jak popada - wyjaśnił, gdy Maria pokazała mu półtora metrowy kij, który zanurzyła do połowy ledwo pół metra od brzegu kałuży. - Zawsze leżało tu takie powalone przez wiatr drzewko, ale ktoś upierdliwy je sprzątnął. Zresztą i tak było już mocno spróchniałe. Wcale nie musisz tam wchodzić - zaproponował, chcąc uniknąć kombinowania przy przenoszeniu jej przez bagno. Przerzucić jej w sposób niestandardowy (to znaczy sprawić by zniknęła na jednym brzegu a pojawiła na drugim) nie mógł: Franco jeszcze by tego dokonał. Erykowi za takie ryzykowanie cudzego życia groziły surowe kary. Zresztą, nie chciał ryzykować, że myśli Marii zakłócą przekaz energii czy co tam kieruje przerzucaniem i dziewczyna wyląduje np. w Katai-Ippon lub sto metrów nad ziemią. Przerzucanie inteligentnych istot żywych to nie skok w nadprzestrzeń czy jakaś inna młocka. Mógł jeszcze nią po prostu rzucić, ale bał się chwycić przez nieuwagę za coś, za co kobiety chwytane być nie lubią. - Zawsze możesz mnie przenieść na rękach... - zaproponowała Maria, puszczając oko. Miała ładne oczy, ich puszczanie zawsze było jakąś kartą przetargową w kontaktach z mężczyznami. W sekundę później jedna z pobliskich brzóz pękła z trzaskiem, a jej pień stuknął o właz. - Ale tutaj wieje, nieprawdaż? - zagadnął Eryk, wstępując na pieniek. W prawej dłoni utkwiła mu niewielka, dwucentymetrowa drzazga. - Niesamowicie. - Maria zachichotała, łapiąc wyciągniętą rękę. Razem jakoś przegimnastykowali się do włazu. Po drodze zastanawiała się skąd u Eryka taka nieśmiałość w stosunku do kobiet. Wiedziała ,że potrafi pośrodku rautu wyliczyć z mikrofonem w ręce łapówki rozmówcy, w biały dzień zbluzgać i sprać szlacheckich synów, a nawet następcę tronu. A gdy przychodziło do kontaktów z płcią piękną, nagle stawał się oschły i małomówny. Kobieca ciekawość paliła jak piec hutniczy. Właz nie poddał się łatwo. Po odkręceniu zastałego zamka, Eryk musiał sobie przypomnieć, co zostawił tutaj na wypadek, gdyby ktoś jednak zaczął się do bunkra dobierać. Najpierw wyjął oplątany kabelkami balonik. - Wrzuć do wody, jeśli możesz – poprosił, podając Marii przebarwioną w kilku miejscach kulkę - Nie będzie już mi potrzebny, a pewnie już i tak jest mocno przeterminowany. - Co to? - spytała, delikatnie wrzucając ją do wody. Widać, trafiła na jakiś patyk, gdyż powierzchnia zafalowała i zagotowała się od bąbelków drażniącego nozdrza gazu. - Lekki kwas – wyjaśnił. - Tyle, żeby efektownie powiedzieć „Zamknięte”. Nie oślepi, ale skóra będzie parzyć przez rok. Teraz padnij na ziemię - polecił Eryk, podając jej swoją kurtkę. - I tak się ubrudzę. - zaprotestowała jego towarzyszka, zaraz jednak skorzystała z jego karimaty. Jeżeli gaz miał być delikatną metodą odstraszenia intruzów, to głębiej spodziewała się bomby jądrowej. - A wolisz stracić oko? - spytał Eryk. - Jeśli nie, to połóż się bardziej płasko. Kładąc się w błocie, rzucił do wody jakiś woreczek oplątany rzemieniami. Coś w bunkrze zapiszczało, pobzyczało a potem spod wody wystrzeliły małe fontanny wody. W gałęziach dookoła utkwiły zardzewiałe gwoździe i pogięte blaszki. - Rzadko przyjmujesz gości, co? - spytała, otrzepując kurtkę z błota. I tak gdyby strząsnęła cały brud, stan wysłużonego ciucha wcale by się poprawił. A tak przynajmniej kilka plam było zakrytych. - Tutaj są wybitnie niemile widziani. Zaraz dowiesz się dlaczego. - Eryk widać, nie zauważył wielkiej różnicy, gdyż od razu ubrał kurtkę. Wieko włazu podniosło się z potępieńczym jękiem. Eryk przebiegł palcami po dolnej krawędzi sufitu i nacisnął ukryty przycisk. - Żartujesz. Nie wejdę tam - jęknęła Maria, zaglądając do środka. Kilka stuwatowych żarówek oświetlało zardzewiałą drabinkę wiodącą kilkanaście metrów w dół. Do dna studni. Gdzieś na dole przebiegł szczur. - Tam jest... - spojrzała na Widłowskiego i wskazała palcem w głąb szybu. Eryka to nie przerażało ani trochę. - Rudek z rodzinką – przedstawi gosopdarzy. - Ja wchodzę. Ty możesz zostać tutaj. Wpełznął do środka i był pod wrażeniem tego, jak szybko zdecydowała się jednak do niego dołączyć. Na dole utrzymywała się cieniutka warstwa zimnej, śmierdzącej wody. Prosty jak strzelił korytarz rozjaśniały dwie świetlówki i jedna zwykła żarówka. Na końcu znajdowały się obite blachą drzwi z niewielką szybką na wysokości oczu. Zamiast klamki jakiś fanatyk prywatności umieścił pokrętło wyciągnięte z sejfu. Eryk bez żadnych ceregieli pchnął drzwi. - Miałem to kiedyś jakoś wprowadzić w życie, miał być i szyfr i niespodzianka po trzeciej nieudanej próbie... Ale jak zaczęło zalewać, to pomyślałem, że bez sensu jest pakować w to czas i pieniądze. Teraz ostrożnie! - ostrzegł Marię. Stara, przegniła szafa runęła tuż przed nią, wzbijając fontanny brudnej wody. Rozległ się przy tym zgrzyt metalu o beton. W kąt poleciał odłamany kawałek nagryzionego rdzą gwoździa. - Jakieś zabezpieczenie musiałem dać... - bąknął gwoli wyjaśnienia Widłowski, przekraczając mebel. - A plastik drogi nawet u Kaprala. Pomógł jej się przedostać przez barykadę i włączył światło. Pomieszczenie było obszerne – miało pewnie z osiemdziesiąt metrów kwadratowych. Zastawione było metalowymi półkami, sięgającymi aż po wiszący kilka metrów nad podłogą sufit. Każdy, kto tu wchodził, chętnie by skorzystał z tego oddalenia, gdyż nawet najtwardszy konserwator powierzchni płaskich musiał skapitulować w walce z centymetrową pokrywą kurzu, szczurzych odchodów i pleśni. Migotliwe, słabe światło tylko pogarszało doznania optyczne. Rzut oka na metalowe skrzynki rozstawione na półkach wiele mówił o ich zawartości: trupie czaszki…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ciemnogrodzianin
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…