Wróć do katalogu

Kroniki Białogórskie - rozdział IX.

Czytelnik ma okazję poznać prof. Van Clyde'a, Sigismundę Fryd, Lee, Salvatora, Lilith oraz napisać komentarz.

Ciemnogrodzianin, opublikowano , 35 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział IX

Wykład profesora van Clyde'a nie był tak nudny, jak się zapowiadał. Przynajmniej dla niej, reszta studentów raczej niezbyt chętnie słuchała o technikach wypalania gliny stosowanych w tym rejonie. Już wzmianka o rytych na wazach i glinianych tablickach znakach z Tash-Bettin, uznawanych przez wielu za zwykły ornament pobudziła ciekawość Alicji. Do tego stopnia, że jako jedyna zadała pytanie po wykładzie. - Więc jeśli nie jest to ani ornament, ani stylizowane pismo ariańskie, to co? Profesor był tym mile zaskoczony. Przynajmniej tak jej się zdawało, gdyż uśmiechnął się ustami, a oczy zakrywały ciemne okulary. Wyświetlił ostatni slajd. Była to tabela zestawiająca cztery różne grupy znaków. Pierwsze były krwistoczerwone, lekko tylko zaznaczono pięciokąty, w które były wpisane. Druga grupa obejmowała rząd wycinków okręgu okraszonych kropkami i pogrubieniami. Trzecia wyglądała jak alfabet auriański, z tym że wyjątkowo topornie wykonany, z wieloma wtrąceniami elladzkimi. Czwarta kolumna był to stary, dobry alfabet auriański. - Są to tak zwane ornamenty widlańskie. - wyjaśnił w odpowiedzi na pytanie. - Jak mówiłem, znajdujemy je wyryte kamieniach nagrobnych oraz na ceramice znajdowanej w tym rejonie oraz na wschodzie kontynentu. Mamy tu od lewej „styl” herrem, jezabi, w końcu „styl” Tash-Bettin. Znaki całkowicie z prawej powinni państwo znać od jakiegoś czasu. Tablicę tą sporządziłem we współpracy z naszymi historykami sztuki. Liczba znaków odpowiada niemal dokładnie liczbie dźwięków używanych w języku starowidlańskim. Podniosła się ręka Fabricio Tormeniniego, pochodzącego rodem ze stolicy fascynata historii Imperium. Nie wiedzieć czemu zawsze siedział koło Marka. Może czuł się dobrze wśród możnych południowców. - Najstarsze zachowane przykłady pisma preauriańskiego datowane są na trzeci wiek przed założeniem miasta. Ornament na skale Henem pod Kwartią został przebadany przez ekspertów z Knaufsbergu. Ustalili oni datę wyrycia na około siódme stulecie... Profesor chrząknął, słysząc rozbicie emocjonalne w jego głosie. - Chyba wiem, co pana trapi. - powiedział, opierając się o katedrę. - Do tej pory uczyliście się, że najpierw powstały ideogramy w świątyniach Mahser, potem alfabet preauriański, który w połączeniu z elladzkim dał nam dzisiejszy alfabet. Ale teraz możemy sobie jasno powiedzieć, że nie jest to prawda. Jest to nasza wersja prawdy, która ustaliliśmy na podstawie rzetelnych dowodów i naszych urojeń. Dopóki o tym pamiętamy, urojenia nie zakryją nam dowodów. Auriana nie jest najstarszą na kontynencie mową pisaną... - Zignorował rozpaczliwie wyrzuconą w górę rękę Fabricia i omiótł studentów badawczym wzrokiem. - Nie ma stylu herrem, jezabi czy Tash-Bettin. Jest ALFABET herrem, PISMO jezabi i ALFABET Tash-Bettin. Przemilczał pomruk, jaki pobrzmiewał na sali. Nie wiedział, czy niezadowolenie wynika z jego wypowiedzi i teorii, czy też szoku wywołanego zapoznaniem z nią. Odczekał, uspokoił oddech i kontynuował walenie młotem po fundamencie lingwistyki historycznej. - I nie jest tak, jak podał pan Tormenini, że datowano na siódmy wiek przed założeniem miasta, ale siedemnasty! Ale rozumiem, wyniki badań opublikowała „Archeologica Auriana”, tam już nie takie rzeczy się „poprawiało”. Do sali wszedł właśnie następny wykładowca i van Clyde ogłosił, że podbije karty obecności zniesione przez episkopów grup. W międzyczasie wypatrzył Alicję i podszedł do niej, widać Mercator chciał być pewny, że się spotkają i przekazał zdjęcie dziewczyny profesorowi. Znacznie się różnił od Starobrzeskiego – wysoki, postawny, obdarzony tubalnym głosem. Ubrany był w modny garnitur z delikatnym śladem złotej nici i buty ze skóry aligatora. Rzeczywiście, wyglądał na takiego, który nie musi się bać utraty skromnej, uniwersyteckiej pensji. - Panienka Alicja Canissi? - spytał, kłaniając się. Nadzwyczaj uważnie lustrował jej twarz, jakby chciał mieć pewność, że to osoba ze zdjęcia, a nie tylko ktoś bardzo podobny. Wyciągnął rękę w sposób sugerujący chęć ucałowania w dłoń. Pozwoliła mu na to, gdyż rzadko spotykała się z tą archaiczną może, ale gustowną formą przywitania. - Tak, to ja. - Maniery miał profesor bardzo dobre, nawet nie popluł jej dłoni. - To mój narzeczony, Marco Aureliusz de Marcia. - Dzień dobry... Panie profesorze... - Marek nie bardzo wiedział jak się zachować, właściwie był tu przez przypadek, ale mimo to ukłonił się nisko. Profesor kiwnął głową z aprobatą i zwrócił się do Alicji: - Oj, namieszała pani, namieszała... - przyznał nieco żartobliwe. - Już słyszałem na korytarzu, że profesor Labore musiał walczyć z niewiedzą na temat Drugiej Imperialnej... Tak na poważnie, to się trochę spieszę. Proszę dać mi płytę, a omówię jej zawartość z Mercatorem, jak tylko ją przejrzę. Wyciągnęła płytę z torebki i podała ją van Clyde'owi. Ten szybko włożył ją do teczki i udał się do wyjścia, skracając pożegnanie do zwykłego „Do widzenia”. Marek wzruszył ramionami. To był wykładowca gościnny, dorabiający sobie niezobowiązującymi dla niego a obowiązkowymi dla studentów wykładami letnimi, tacy zawsze się gdzieś spieszyli. W tłumie mignęła mu Olivia Nattale, episkop jego grupy. Wyciągnął z kieszeni złożoną na cztery kartę obecności na letnich wykładach gościnnych i przeprosił na chwilę Alicję. Miał potem za co przepraszać, bo zaraz napatoczyła się Sigismunda Fryd, studentka drugiego roku psychologii i psychiatrii. Jej zielone oczy zwęziły się, umalowane czerwoną szminką usta wykrzywiły, a cała twarz nabrała demonicznego wyrazu. - O, panienka Canissi. Jak zwykle pięknie ubrana - zakpiła, na widok skromnego ubioru Ali. Ona sama wystroiła się w najnowszą kreację Deora, półprzezroczystą w najważniejszych miejscach i uwydatniającą kobiece kształty. Rude włosy upięła w ogromny kok, pachniała najnowszymi i najdroższymi perfumami. Mimo że postarała się o równie wyzywający makijaż, Alicja dojrzała jedną wadę tego stroju. Metki i szyk przegrały z białogórskim, kapryśnym latem i nos naczelnej feministki wydziału pięknie się czerwienił. - Dalej trzymasz się tych swoich patriarchalnych ograniczeń i hamulców? Nadal boisz się zaznać przyjemności z powodu wyimaginowanej duszy? - Witam. - Alicja czuła się na siłach na babskie przekomarzania, zresztą nigdy nie potrafiła wzbudzić w sobie jakiejś większej sympatii do Sigismundy. Najwyżej litość, gdyż nie wyobrażała sobie jak można znaleźć szczęście, negując tak oczywistą rzecz, jak miłość między osobami różnych płci. - Dalej się trzymam moich patriarchalnych ograniczeń. A hamulce są cenne, bo bez nich można uderzyć w ścianę. A wtedy, jak mawia wuj Honoriusz: „Syf, kiła i mogiła”. Same przyjemności, nieprawdaż? Miała nadzieję, że dyskusję urwie powiedzenie zawierające dwie z „przyjemności”, jakie Fryd już poznała. Myliła się, tyrada dopiero się zaczęła: - Nowoczesne społeczeństwo nie powinno kierować się przestarzałymi ideałami starców i eunuchów... - Sigismunda rzuciła najwyraźniej jakiś wyuczony tekst, bo Alicja miała pewność, że gdzieś to już słyszała. - Ograniczasz swoją seksualność, co niechybnie prowadzi do nerwic, rozstroju całego organizmu... Ale do psychoterapeuty nie pójdziesz, bo masz swojego, śliniącego się na widok twoich cycków kapłana, który powie ci, ile masz dać na tacę, by twój bożek zesłał ci spokój. No, powiedz, czy nie czułaś czasem ochoty na dziki, zwierzęcy seks z przypadkowo poznanym facetem? Albo z tym twoim Mareczkiem... Poczuj, że masz cipę, ty mała, pieprzona, chora dewotko... Miała pecha, nie trzeba było wrzeszczeć jak na wiecu Partii Gender. Profesor van Clyde zapomniał swojego ulubionego pióra i wracając do katedry, usłyszał końcówkę rozmowy. Podszedł czerwony na twarzy i spoliczkował Sigismundę, aż echo odbiło się od ścian. Wywołał tym salwę braw – studenci historii raczej byli tradycjonalistami. Profesor Tibaldo natychmiast podszedł i zażądał wyjaśnień. Fryd chciała coś powiedzieć, ale została uciszona przez studentów, którzy z radością fotografowali jej biało-czerwoną twarz. Van Clyde spokojnie wytłumaczył w czym rzecz: - To coś właśnie obraziło w mojej obecności miłą i szlachetną damę. Poczułem się w obowiązku interweniować, gdyż gdybym tego nie zrobił, znajomy tej pani mógłby być dużo mniej delikatny. Możliwe, że policzkując to coś, ocaliłem temu życie. - W jaki sposób została ta pani obrażona? - spytał profesor Tibaldo, troszkę otyły, łysawy mężczyzna w sile wieku. - Została nazwana małą, niezdrową osobą o zbytnim entuzjazmie religijnym, w dodatku wysunięto insynuację, iż odbywa ona stosunek płciowy. Mam nadzieję, że to pani potwierdzi, gdyż nie chciałbym wyjść na damskiego boksera. - To prawda... - Alicja była zawstydzona tą sytuacją. Nie lubiła stosowania nawet tak wręcz tradycyjnej i symbolicznej przemocy. - I co? - warknęła Fryd, nieco prowokacyjnie. - Wyrzucicie mnie za to ze studiów czy każecie dać na tacę? - Dostała pani, to, co się należało - rzucił Tibaldo, wracając do katedry. - Dzisiaj nie zostanie pani męczennicą. - Dziękuję... To była czysta przyjemność. - Van Clyde ukłonił się Alicji i ruszył za nim. Fryd niemal wybiegła, a Alicja spokojnie opuściła salę. Z pozoru spokojnie, bo kolejna rozmowa z osobą pokroju Sigismundy mogła się skończyć źle. Alicja miała dość plotek, pomówień i bycia nazywaną „wieczną dziewicą”. Była wolna – mogła ubierać się tak, by mężczyźni się za nią oglądali, mogła pójść na imprezę i napić się piwa, mogła pójść z Markiem do łóżka. Ale nie chciała. I tyle. Trochę ją to kusiło, ale odparcie jednej pokusy dawało jej siłę do kolejnych wyzwań. Czuła się nieco lepsza od innych, starała się być przykładem dla swoich młodszych kuzynek i przede wszystkim: nie wyobrażała sobie, jak Marek miałby ją szanować, skoro ona sama traktowałaby swoje ciało jak towar na pokaz i sprzedaż. Sam Marek czekał na zewnątrz. Nie musząc już tak dbać o wygląd, spokojnie założył przyozdobioną odciskami dłoni kurtkę. - Coś się stało? - spytał, chowając do torby kartę. - Podbijał asystent, udało mi się wcisnąć do kolejki więc w miarę szybko poszło. - Nie, nic takiego... - mruknęła wymijająco Alicja. - Fryd znowu chciała się popisać i dostała w twarz... Marek wyobraził sobie, jak Alicja wykonuje zamach, a potem głowa Sigidmundy przelatuje przez całą salę, ciągnąc za sobą fontannę krwi. - Żyje? - spytał, pamiętając, jak Alicja omal nie połamała mu żeber po pewnym zdanym egzaminie. - Żyje. Ale ja się paskudnie czuję. Chodźmy już do „Beatrycze”. Wyszli tylnym wyjściem, by ominąć gotowy do wyruszenia w trasę Nangobus i ruszyli na spotkanie z tajemniczą nieznajomą. Alicja zastanawiała się, kim ona może być. Podzieliła się Markiem swoimi teoriami o operatorce monitoringu, łowczyni nagród bądź fance fantastyki. Marek odrzucił drugą tezę. - Sprawdzałem listy zleceń wszystkich sześciu kompanii Łowców Głów - wyjaśnił, omijając psie odchody. Przynajmniej miał taką nadzieję. Że ominął i że były one psie. - Aktualnie nie działa nikt poza jednym, zatrudnionym przez ród Teratosso do schwytania złodziei. - Akurat. - Alicja znała te bajeczki. Wariat, który zabił na jej oczach ochroniarza, też oficjalnie zajmował się tropieniem szantażysty. - Pewnie wymyślił bajeczkę... - No, na mieście krążą plotki, że stary Valentino Teratosso chce pomścić śmierć synów. Tak więc, mamy już drugie dno. - Śmierć synów? - Wieści poruszyły dziewczynę, która pamiętała o Leonie i jego strasznym losie. - Co się stało? - Nie wiem. Ktoś podobno zastrzelił Camillo. - Marek poczuł lekki żal, był raz na imprezie u Dziewięciopalcego. - Pewnie Teratosso myślą, że to ten sam co zabił Leona. - A propos rodu Teratosso; czy mają oni w herbie węża? - spytała Alicja, wskazując na limuzynę zaparkowaną tuż obok restauracji „Dante”. Wsiadała do niej właśnie Sigismunda Fryd. - Tak - odpowiedział Marek. Naprzeciw „Dante” dostrzegł już szyld „Beatrycze”. - Pamiętasz, jak zabito Leona Teratosso? - Tak. - Dziewczyna szybko skojarzyła, o co chodzi. Rozszarpany syn, Łowca mający go pomścić, ktoś zainteresowany wilkołakami skierowany przez Mercatora, spotkanie po drugiej stronie ulicy. - Podejrzewasz, że... - Wejdźmy do ogródka piwnego, siedzi tam kilka osób. - Wszedł na jezdnię tuż za rozklekotaną śmieciarką, za którą kłębiła się czarna chmura much. - Na szczęście Łowcy Bestii lubią podobno wygłaszać tyrady przed strzałem, więc może będziemy mieć czas im to wyjaśnić. - Jak wytłumaczyć fanatykowi, że to nie ja zabiłam Leona Teratosso? - Alicja przebiegła przez jezdnię. Marek szedł powoli, w połowie drogi jednak pomyślał o Nango i jego pojeździe i mocno przyspieszył. - W zależności od tego czy trafisz na milczka czy gadułę... - Marek udał, że przeprowadza w myślach skomplikowane obliczenia. - ...masz tak mniej więcej od godziny do dwóch lat. - A po czym poznam takiego typa? Marek zerknął do ogródka i stanął jak wryty. Miał nadzieję, że ten, kogo zobaczył, nie dostrzegł jego reakcji. Był zajęty pisaniem czegoś na kartce. Podał ją kelnerce, a ta zaniosła ją do środka. Mężczyzna zajął się rozmową z towarzyszką. De Marcia szepnął, starając się zachować spokój. - Poznasz go po tym, że nosi skórzane ciuchy, bandanę z godłem swojej gildii, zawsze ma pod ręką dwururkę i kolta - odpowiedział na jej ostatnie pytanie. - Ponadto maczetę do odrąbywania głów. - Jak ta dwójka pod ścianą? - Dokładnie tak jak ta dwójka pod ścianą.

- Powinniśmy go zastrzelić tu i teraz! - Młoda, szczupła kobieta zacisnęła pięść i spojrzała w oczy towarzyszowi. - Teraz albo nigdy! - Nie - odparł potężnie zbudowany Murzyn. Oparł się o oparcie krzesła, które zatrzeszczało pod jego ciężarem. Wyglądał jak góra, wielki i spokojny. To nie była pierwsza taka robota i nie ostatnia. Skrzyżował ręce na pierwsi i powtórzył po raz trzeci swój argument. - Zabił dwójkę Dzieci Lilith. Należą mu się dwa miesiące spokoju. - Jest zbyt potężny! - upierała się kobieta. Jej twarz straciła resztki urody, wykrzywiona grymasem złości. Wąskie usta zacisnęły się okrutnie, skośne oczy mogłyby zabić. - Mamy zlecenie! Ma zginąć dziś! - Wojna z Dziećmi Lilith jest ważniejsza niż wszelkie umowy zawarte między Zakonem a śmiertelnikami - przypomniał mężczyzna. - Szczególnie z tymi pokroju rodu Teratosso i Fabiusza Aureliusza. - Starzejesz się, Salvator... - Kobieta wbiła spojrzenie w jego twarz. Nie mrugnął okiem. - Dojrzej, Lee - odparł tylko. - Jesteś akolitką pod moją komendą. Ja decyduję, co jest ważniejsze... Przerwał, gdyż podeszła do nich kobieta siedząca dotąd po drugiej stronie ogródka. Spytała z lekkim wschodnim akcentem o datę, gdyż nie przywykła do kalendarza auriańskiego. Usłyszawszy odpowiedź była lekko zawiedziona. Wyjaśniła, że minął ją jakiś festiwal. Gdy odeszła, Salvator postanowił wykorzystać jej błogosławiony stan do wytłumaczenia Lee kwestii priorytetów Zakonu Łowców Bestii: - Właśnie dla takich jak ona Fundator założył Zakon. Nie dla bogatej szlachty, chcącej zwalczyć niewygodnego zbira. Nie dla głupców szukających sławy i pieniędzy. Dla ludzkości. Edh Vaardh dręczył ród ludzki od pół tysiąca lat. Jego towarzyszka lubiła bawić się ofiarami. Mam też poważne wątpliwości do tego, czy wendigo byłby zdolny używać takiej broni. Jeśli wybiło zęby Dziecku Lilith, łapę wendigo spaliłoby w minutę. Podejrzewam, że pan Teratosso okłamał nas w kilku sprawach. Dlatego postanawiam ustalić dla Eryka Widłowskiego czas łaski długi na dwa miesiące. Od dzisiaj do... dwudziestego listopada. Dwa miesiące czasu laski i dwa dni na wyjaśnienie sprawy jego kwalifikacji. - Źle robisz, wiele osób może zginąć z jego ręki - mruknęła kobieta. - Jak na razie wiem, że na pewno zginęły dwa wampiry - przypomniał Salvator.. - A Leon Teratosso? - spytała Lee, uderzając pięścią w stół. - Camillo Teratosso? Tych trzech? - To, że zabił ich pan Widłowski, wiemy tylko i wyłącznie z relacji pana Teratosso. A jemu od pewnego czasu nie ufam. - Co teraz robimy? - Poinformujemy pana Widłowskiego, że może wyjść spod stołu. - Salvator uśmiechnął się, ukazując szereg stalowych zębów. Normalne wybiło mu skrzydło Hitzilopochtliego na jego inicjacyjnej wyprawie do Ahaiapotlan. - A potem poprosimy pana Teratosso o wyjaśnienia. Zawołał kelnerkę, poprosił o kartkę, długopis, duże piwo i lemoniadę. - Jak wypijesz, rozrabiasz - wyjaśnił w odpowiedzi na burknięcie Lee. Gdy otrzymał kartkę, poprosił kelnerkę o przekazanie wiadomości. Zapisał standardową formułkę i postawił swój podpis. - Proszę dać to temu dżentelmenowi spod stołu pod oknem w środku - poprosił, dodając: - Boję się, czy nie rzuciłby mi się do gardła... I radzę tego nie czytać, bo chyba bym zabił... Kelnerka uśmiechnęła się, nie wiedząc jak bardzo dosłowne były dwa ostatnie zdania. Salvator tymczasem poprawił kurtkę i wstał. - Idę spytać się pana Valentino skąd pomysł, by przyjechać akurat tutaj, kim jest pan Widłowski i dlaczego chce jego śmierci tak szybko. Minął się z dwojgiem młodych ludzi. Lee nazwała ich w myślach „Pedantka” i „Marzycielem”. Pedantka była ubrana skromnie, elegancko i odpowiednio do aury. Marzyciel zaś prezentował się niezwykle okazale w modnie upapranych ciuchach. Usiedli nieco zaniepokojeni w rogu, tak jakby chcieli się jak najbardziej odsunąć od stolika Łowców Nagród. Lee postanowiła się trochę rozerwać i…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych