Kroniki Białogóskie cz. 4
W tym odcinku: wizyta pani prokurator, wandale parkowi i atrakcja wieczoru - Wybuchowy Kapral.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział IV.
Turski ziewnął, spojrzał na ścienny zegar i spadł z krzesła. Właściwie to krzesło uciekło spod niego, dowodząc, iż kółka u nóg to wynalazek wybitnie utrudniający zarywanie nocek nad wybitnie trudnymi śledztwami. Oraz kolejna różnica między fotelem biurowym, a miękkim łóżkiem z pachnącą pościelą. Odgłos upadającego komisarza zbudził jednego z dwóch stażystów, którzy postanowili zabłysnąć przed nim, towarzysząc mu w papierkowej robocie. Z początku przyjął ich ofertę ozięble, czując, że będą tylko pałętać się i przekładać mu dokumenty z miejsca na miejsce. Ale gdy zadzwoniła Hoża z informacją, że generalissimus pretorianum pro Norde Provinciles Brzdęk życzy sobie codziennego raportu ze śledztwa, natychmiast zagonił ich do wyszukiwania w archiwum akt spraw, które uznał za „spowinowacone”. Zaliczył do nich wypadek samochodowy Guliano Teratosso, śmierć Leona, zgon Billy'ego Hanksona i ogólnie wszystko, co łączyło się z tym rodem. Zaraz po powrocie z Parku rozstał się z Hożą, którą wezwano do uczestnictwa w sekcjach zwłok. Było południe, trup Camilla dobrze nie wystygł, a już go mieli kroić. Turski nie lubił patologów – bo zazwyczaj byli wesołymi ludźmi z poczuciem humoru. Jeśli ktoś pracuje z trupami i jeszcze jest skory do żartów, to pewnie ma coś nie tak z głową. Wolał zająć się prostą, biurową robotą, nadzorując przy okazji poszukiwania Williama Hanksona Seniora. Po godzinie jeden ze stażystów – wysoki mięśniak z krzywym nosem i wybitymi przednimi zębami - przywiózł mu wózek pełen akt. Drugi – okularnik w pulowerze i przetartych dżinsach – przeglądał zawartość dysków pretorii. Komputery przegrzewały się po trzydziestu dwóch minutach pracy i godzinie luzu, więc mimo wszystko więcej nadziei pokładał Turski w starym, dobrym papierze z jeszcze starszych szaf. Choć te w każdej chwili mogły eksplodować. - Szafa się rozpadła? - spytał wtedy komisarz, wskazując na zapchany chaotycznie upchanymi teczkami wózek, pamiętając podobny wypadek: półki nie wytrzymały ciężaru akt, które oparły się o równie wytrzymałe drzwi. W efekcie przechodzący obok prokurator został dosłownie zasypany papierami i zaczął postulować o wprowadzenie komputerowej bazy danych. Tym razem jednak krzywonosy stażysta zaprzeczył. - To z teczek Teratossoooo... - Było to tak interesujące zajęcie, że przerwał sobie solidnym ziewnięciem. - A właściwie z ich szafy. Jest jeszcze druga. - Tyle tego? - Komisarz gwizdnął z podziwem – Wiedziałem, że prawa to oni nie kochają... Ale nie doceniałem ich. Szok wywołany ogromem dokumentów stanowiących historię licznych i bolesnych kontaktów ojca i czworaków z pretorią, minął szybko – po jakichś trzech godzinach. Okazało się że przynajmniej jedna szafa w całości była wypełniona listami od jednego autora. Pan Życzliwy (ewentualnie „Obywatel”, choć może to po prostu nazwisko Życzliwego, bo kilka donosów podpisano „Życzliwy Obywatel”) bardzo uważnie obserwował poczynania Teratosso zarówno w życiu prywatnym, jak i w pracy. Wiedział co, kiedy i z kim łykali poszczególni bracia, kto dał w łapę Ministrowi Obrony i komu z konkurentów koncernu Terabella zdarzył się wypadek zmuszający do wycofania się z przetargu. Przekopywali się przez to do drugiej w nocy, wspomagając się jedynie lurowatą kawą i co ciekawszymi szczególikami z życia Teratosso (Camillo pobił kiedyś kogoś za insynuacje, jakoby dziki pies odgryzł mu też część przyrodzenia). Koło dwudziestej zadzwoniła Hoża, z informacją, że goniec zaraz podrzuci mu biżuterię Camilla, a ona sama jedzie do jego mieszkania. Przypomniał jej o rozmowie z Piscim i zdjęciu faceta, o którym im opowiedział. Biżuteria Teratosso była nieco nudnawa. Na każdym jej elemencie przewijał się motyw wina. Kolczyki z winnym gronem, bransolety stylizowane na winne pnącza, naszyjnik z wisiorkiem w kształcie amfory. Pierwszy padł stażysta z krzywym nosem. Turski jak przez mgłę pamiętał, że gdy kładł głowę na blat biurka, ten w okularach mruknął coś jakby: „Bingo”, czy coś w ten deseń i grzmotnął czołem w klawiaturę. Teraz Turski wołałby pójść do domu i się porządnie kimnąć, ale gdy pomyślał, że po ulicach biega wariat zdolny strzelić komuś w twarz, albo rozerwać na dwoje... Cóż, wolał nie ryzykować, że ten ktoś zaatakuje ponownie, tym razem kogoś lepszego niż Teratosso i spółka. Wstał z podłogi, powiedział „dzień dobry” krzywonosemu i szturchnął okularnika. - Zbierajcie się chłopaki. - Turski starał się nadać swojemu głosowi ton miły, acz stanowczy. Jak zawsze nie wyszło. - Dziś macie wolne, w pełni płatne. Ale na drugi raz nie będzie tak dobrze - dodał, mając nadzieję, że oddali to od nich widmo pracoholizmu. Gdy wyszli, przyjrzał się rozwalonym papierom na biurkach, należących do innych pretorianów. Komputer nadal szumiał. Turski podszedł do maszyny i ruszył myszką. Nic. Zawiesił się drań. Ale to, co zobaczył komisarz na monitorze, bardzo poprawiło mu humor. Sprawa o przemyt dzieł sztuki sprzed pięciu lat. Osiemnastoletniego Camillo zatrzymano przy wjeździe do kraju z wielką wazą, która według Hugo Teodotta – historyka sztuki z Białogórskiego Uniwersytetu – była urną pogrzebową jednego z królów miasta Kitera na Półwyspie Elladzkim, niejakiego Dionizjusza. Tu kończył się wyświetlany tekst. Turski spisał lokalizację pliku na małą karteczkę. Skojarzył to z winem „Kiteron” - tym, które pił z kumplami Camillo. Jeśli dobrze pamiętał, jedynym bogiem, jakiego kiedykolwiek czcili Teratosso, był Mars. Jedno z plotkarskich pism pewnego razu szumnie ogłosiło rozłam w rodzie, gdy Valentino nazwał jednego ze swych synów „czcicielem wielkiego pijaczka”. Sądząc z błyskotek denata, był on najwyraźniej wyznawcą Dionizosa. To było wybitnie kłótliwe bractwo – szczególnie agresywni byli, gdy ktoś nie dołączał się do ściepy na wino. Wątpił, by Hankson działał pod ich wpływem, ale mogli oni maczać w tym palce – choćby mówiąc imigrantowi gdzie znaleźć ofiarę. I dostarczając srebrny, ceremonialny śrut. Rozważania Turskiego na temat postępu technologicznego w dziedzinie ceremoniału przerwało stukanie do drzwi. Gdy zajrzał w szkiełko judasza, dojrzał lekko zniecierpliwioną Zofię. Otworzył i odsunął się lekko, przepuszczając zasapanego pretorianina z wielkim naręczem akt. Komisarz nie miał siły nawet pytać, co to jest. - Znaleźliśmy to w rezydencji Teratosso - rzuciła Hoża, stawiając na krześle kolejny stos. Była ubrana w górę munduru i dżinsy, aż dziw że wpuszczono ją na rewizję w niepełnym mundurze - W pokoju Camilla. Oczywiście oni nic nie wiedzą, poza tym, że mam obowiązek im wierzyć. - A czego to wszystko dotyczy? - Seweryn miał dość papieru na następne ćwierć wieku. - Jakaś kradzież z magazynu służby celnej, jakieś zabytkowe wino przemycane z Ellady. Aha, znalazłam te zdjęcie. - dodała z krzywym uśmieszkiem pani nadkomisarz. - Pokaż mi je. Wyciągnęła z kieszeni obśliniony kawałek papieru fotograficznego. Właściwie było to pół fotografii paszportowej, bo ktoś odgryzł większą połowę. - Wygląda jak krowie z gardła wyciągnięte - powiedział Turski, wycierając znalezisko w rękaw. - Nie krowie, - zaprzeczyła Hoża z przekąsem - tylko ochmistrzyni, która nie zdążyła posprzątać. I nadrabiała stracony czas. - Ach. - Turski przyjrzał się zdjęciu. Było mocno podziurawione, szczególnie w środkowej części – więc to chyba to z tarczy do rzutek. - Mamy prawą połowę twarzy podejrzanego. Wypada podejrzewać, że to nie jest całość. Poślijmy to do techników, niech to zeskanują i dorobią sobie drugie pół. Miejmy nadzieję, że nie miał tam nic szczególnego – żadnej blizny, czy tatuażu. Pretorianin, który wniósł papiery, wziął zdjęcie i wyszedł. W drzwiach minął się z panią prokurator Brutus. Błyszczała epoletami i dwoma medalami przypiętym do piersi. Brakowało ich tylko na chudej, wytapetowanej twarzy. Kilka dałoby się też wpleść w krótkie, farbowane na jaskrawoczerwony kolor włosy. Jak zwykle mówiła po auriańsku. - Ave Imperator Claudius Aurelius Maximus Secundus Aeronauticus! Musiała to powiedzieć. Nie mogła skrócić do zwykłego „ave” ani chociaż do „ave Imperator”. Tłumaczyła to formalnościami zawartymi w Kodeksie Godności Funkcjonariusza: „Witać należy się każdy osobno, tak by głosy nie mieszały się, pozdrawiając Imperatora, wymieniając przy tym wszystkie jego imiona i przydomki. Pozdrowienia należy wygłaszać w kolejności od najstarszego stopniem.” Gdy ktoś się ją zapytał, jakby wyglądałoby powitanie trójki pretorian pod ostrzałem w czasach Augusta Titusa Elladicusa Padarwatusa Metalicusa Maximusa Ferrentiusa Gladiusa Saturiusa Galileicusa Aureliusa Cezariona Tertiusa odpowiedziała ze stoickim spokojem, że dodała by jeszcze „Juwenaliusa”. - Jak się toczą sprawy? - spytała pani prokurator, udając, że ten „potoczny” zwrot wyszedł jej naturalnie. Na pokrytej eleganckim makijażem twarzy rozlał się wyraz zadowolenia z siebie. Turski spojrzał błagalnie na młodszą koleżankę. Auriański, szczerze mówiąc, znał słabo. Nie do końca rozumiał gramatykę, a pisanie raportów do Komendy Głównej zlecał innym, nieraz przekupując ich dodatkowymi dniami urlopu. Pani nadkomisarz wytłumaczyła, że sekcja zwłok Bartnika wykazała ślady środka usypiającego w okolicach ust i nosa. Nie było śladów wleczenia, więc prawdopodobnie został doniesiony pod drzewka. Położono go dość niedelikatnie, gdyż kilka żeber było złamanych. Zresztą z naszych informacji denat za życia ważył jakieś sto kilo. Tragarz musiał być nieco zmęczony, poza tym i tak miał zamiar go zabić, więc raczej go nie oszczędzał. Przed śmiercią nacięto jamą brzuszną ostrym przedmiotem. W najbliższym czasie powinny dojść wyniki analizy materiału genetycznego ze znalezionego włosia. - Rozumiem. - Brutus pokiwała głową – A co z Nadzieją Rodu Teratosso? - Przyczyną zgonu było bezpośrednie trafienie z bliska dwoma standardowymi ładunkami śrutu wykonanego w osiemdziesięciu procentach ze srebra. W jego krwi były trzy promile alkoholu, znaleźliśmy też ślady kokainy i „Bram Olimpu”. Pani prokurator skrzywiła się. Seweryn, mimo iż rozumiał piąte przez dziesiąte, pojął, że martwi się o swoje i innych dobre imię. Brutus chciała o coś spytać, ale Hoża kontynuowała. Turski pomyślał, że i tak musieliby odpowiedzieć, że tego nie da się zatuszować w toku śledztwa. - Ponadto stwierdziliśmy zaskakujące jak na tak młody wiek objawy rozrywkowego trybu życia: zniszczone nerki, wątroba, płuca jak u stuletniego palacza tytoniu. Dzisiaj jadę do domu Bartnika. Mieszkał sam, był raczej odludkiem. Jego brat powiedział nam tyle, co usłyszeliśmy od Teratosso – nie miał wrogów osobistych, raczej takich, którym nie podoba się albo jako konkurencja w zbrojeniówce, albo w ogóle jako przedstawiciel zbrojeniówki. - A informacje od mojego kuzyna? Hoża wyczytała w oczach pani prokurator szczeniacką perfidię, znaną jej z czasów, gdy sama łamała przepisy, tylko po to, by pokazać, że nie jest formalistką. - Szczerze mówiąc, – odparła Hoża ze szczeniackim okrucieństwem - średnio przydatne. Jeśli młody Teratosso... - Nadzieja Rodu Teratosso... - poprawiła Brutus, nie ze złośliwości, a wrodzonego formalizmu. - Tak, NR Teratosso... Został zabity przez osobnika, którego zidentyfikowaliśmy jako Williama Hanksona Seniora. Prawdopodobnie motywem była zemsta za śmierć syna – towarzysza libacji Camillo. Kolejne skrzywienie. Nie mogli tego zatuszować przed sądem, na rozprawie. A wątpliwe by któryś sędzia chciał się narazić pismakom i telewizji utajniając tak sensacyjny proces. - Dobrze, a co z opinią publiczną? Czy nie było żadnych przecieków? Nie możemy pozwolić, by splamiono honor Wielkiego Rodu, nim poznamy prawdę. Hoża była zdania, że honor tego rodu trzeba by już dawno oddać do pralni chemicznej. - Prowadzimy śledztwo jeden dzień. Nie wiemy niemal nic. Nie ma co i kiedy wyciec – skłamała, choć wiedziała, że paparazzo którego widzieli w Parku Zamkowym już pisze krwisty artykuł do jakiejś gazetki. - Poza narkotykami, klubami o wątpliwej reputacji i rozerwanym na dwoje prezesie wielkiego koncernu – powiedziała Brutus, krzywiąc się jakby połknęła cytrynę. Widać ona też uznała, że wyliczenie było nie dość naturalne. - Co z rewizją mieszkania Camilla Teratosso? „Oj, jak się dowie o tych aktach, to zaraz poczuje natchnienie do hydrauliki i zacznie szukać przecieku.” - pomyślała pani nadkomisarz i opowiedziała o zdjęciu, ochmistrzyni, dopiero na sam koniec wskazała teczki. Ku ich zdziwieniu Brutus omal nie podskoczyła z radości, gdy zajrzała na pierwsze strony. Ale choćby to zrobiła, przebijając przy tym sufit i wracając z kawałkiem księżyca, nic nie oddało, by tego jak bardzo radość uderzyła jej do głowy jak fakt, że przeszła przy podwładnych na widlański. - To są akta, których Służba Celna i Ministerstwo Spraw Zagranicznych szukają od dwóch lat! - wykrzyknęła, wertując strony z wypiekami na twarzy. - Spraw Zagranicznych? - Turski włączył się do rozmowy, rad, że nie musi się jedynie przysłuchiwać tym wszystkim usom, iusom i ariom. - Elladzi się upomnieli o kilka flaszek wina? - To tak przy okazji – wyjaśniła Brutus, wertując akta. - Chodzi o to, że gdy złapali przemytników przy następnej partii towaru, to ci zaczęli sypać. No i okazało się, że ten sam zleceniodawca zamówił też urnę z prochami Dionizjusza. To był jakiś król, którego według legendy lud rozszarpał, gdy stwierdził, że nie stać miasta na darmowe wino dla wszystkich. - A ponoć kiedyś ludzie byli bardziej cywilizowani - skomentował Seweryn. – Ale trop prowadzi w takim razie do Teratosso? - Tak! Do tego rodu przemytników i ćpunów! Niech ktoś dostarczy te akta do mojego gabinetu. W myślach Turski leżał na podłodze i pękał ze śmiechu. Z jego twarzy Hoża wyczytała jedynie zaskoczenie, bo pani prokurator była cwańsza niż myślał. Zwietrzyła okazję do zyskania sobie większej sławy niż rola oskarżyciela jakiegoś tam mordercy z Białogóry. Teraz mogła marzyć o międzynarodowej sławie pogromczyni przemytników, która nie waha się wymierzyć sprawiedliwości grubym szychom. Pani prokurator wyszła, a para śledczych odetchnęła z ulgą. - Czyli na razie tej sprawie da spokój. - Seweryn wskazał Hożej miejsce przed ekranem komputera. - O ile góra nie będzie się mieszała i pozwoli nam kalać dobre imię Teratosso, możemy działać swobodnie. - Co ty masz? - Zofia usiadła, poprawiając włosy. - Jedną zarwaną nockę. I biuro zawalone papierami z nazwiskiem naszego Zerotwarzowego alias Dziewięciopalcego. - To niewiele – przyznała Hoża wyciągając z włosów pierze. - Tak, - przyznał Turski, zastanawiając się, z kim tym razem Zofia odreagowywała stres - ale jeśli dowiemy się, gdzie jest Hankson będziemy go mogli zatrzymać. Poszły już jego portrety pamięciowe na granice? Zofia westchnęła. - Dawno, ale jeden ze starszych pograniczników od razu powiedział mi, że wywiesza go tylko dlatego, że to jego obowiązek. I dlatego, że dobre wychowanie nie pozwala mu odmówić damie.- Uśmiechnęła się i zajrzała do kubka po herbacie. – Masz coś do picia? Ochmistrzyni tak była zajęta żuciem tej fotografii, że nie przyszło jej na myśl nas poczęstować. Komisarz podszedł do małej szafki w kąciku socjalnym i przy okazji powyrzucał puste pudełka po kawie i herbacie. Gdy stwierdził, że nic mokrego tam nie ma, wyciągnął z małej, ledwo zipiącej lodówki butelkę wody mineralnej. - Niegazowana? - spytał, raczej z dobrego wychowania, bo miał tylko taką. - Tak, może być. - Pani nadkomisarz delikatnie odkręciła korek i pociągnęła łyk. - A wiesz, dlaczego ten pogranicznik był taki sceptyczny? - spytała, ocierając usta. - Przejdź się na Schody, to znajdziesz takich ze dwa tysiące. - Właśnie – przytaknęła Hoża. - Ponadto większość pograniczników pochodzi z południowych Wielkich Rodów.. Dla nich każdy imigrant wygląda tak samo, mówi tak samo... - ...i nazywa się Pędzący Bełt. - Turski uśmiechnął się lekko. Celnicy zarabiali na tyle dużo, byli na tyle blisko większości lewych (i dochodowych) interesów, że od dawna było to zajęcie dla „szlachetnych i nieprzekupnych przedstawicieli elity społeczeństwa”. A jaka to elita najlepiej świadczył fakt, że niedawno ktoś z tej elity kazał zatrzymać prezydenta Jidjish jako buntownika i separatystę, gdyż nie wiedział, że od pewnego czasu ( konkretnie pięciuset sześćdziesięciu dwóch lat) kraj ten nie jest już prowincją Imperium i ma prawo mieć niezależnego od Forum Aurelianum przywódcę. Jak się okazało, cała wiedza tego urzędnika o Jidjish ograniczała się do tego, że jego praprapraprapraprapradziad zginął, walcząc z rebelią w tym rejonie. - Przynajmniej przesłał mi listę imigrantów z Federacji Seeookeskiej z ostatniego roku. - Hoża wyciągnęła z teczki wydruk ze starej drukarki igłowej. - Szczególną uwagę zwrócił kilka tygodni temu na pewną grupę z klubu aeronautycznego. Wwieźli cały kontener części do samolotów. Opłacili całe cło, wjechali bez przeszkód do kraju. - To chyba nie przestępstwo? Aktualnie? - Pytanie nie było takie zabawne, znając paradoksy prawne rządzące Imperium. - Nie, ale zaprosili go na pokaz lotniczy na polach pod Rykowiskiem. Za dwa miesiące. - O, nie słyszałem o tej imprezie. A lubię posłuchać ryku silników dobiegających z wysokości. - Nikt o niej nie słyszał – zauważyła Hoża. - I dlatego mam zamiar zaprosić cię na stare lotnisko sportowe. - Jasne! - powiedział Turski, sięgając do kieszeni po kluczyki do Pradziada – Zobaczymy, jak im idą przygotowania do pokazu.
Marek stał na brzegu rzeki. W oddali widział kryty jasnożółtą dachówką rodzinny dworek, słyszał znajome brzęczenie – to pszczoły starego Berberiusza zbierały nektar, by stworzyć z niego słynny marcijski miód. W oddali przeleciał klucz dzikich gęsi, wracających z zimowisk za Cieśniną Mikialtarską. Pewnie stryj Alexander już czyści fuzję i pisze zaproszenia na wielkie polowanie. Ruszył w kierunku mostu. Deski cicho zaskrzypiały, tak jak robiły od niepamiętnych czasów. Przeszedł, gładząc zdobione poręcze. Wspiął się na pagórek, by objąć to wszystko wzrokiem. Tam go spotkał. - Wynoś się... - powiedział, rozglądając się w poszukiwaniu innych ludzi w okolicy. Sam nie da rady, jego trzeba masą zgnieść, otoczyć i zatłuc. Raz na zawsze. Tamten jednak tylko spojrzał na niego i pokręcił głową. - Nigdzie nie pójdę – powiedział tym swoim szyderczym głosem. - Chcę to zobaczyć. - Ty przecież nie żyjesz... Znowu uśmiech. Wskazał coś u stóp pagórka i ruszył tam. - Nie wierz plotkom. Chcę to zobaczyć. - Co niby? - Chciał zawołać nowego stróża, Gracjana. Ale nie zrobił tego. Szedł za nim. Intruz zwrócił się kierunku dworku. Byli tam wszyscy – jego rodzina, wszyscy pracownicy i klienci. Byli uzbrojeni, pokazywali palcem szczyt wzgórza. Zaśmiał się i zbiegł do nich. Teraz mieli szansę, mogli zniszczyć tego potwora... Ale gdy tylko go zobaczyli, wpadli w gniew i zaczęli grozić bronią. - Co się stało? Nie poznajecie mnie? Przed tłum wyszedł jego ojciec – wysoki, barczysty z gęstym zarostem i swoim ulubionym sztucerem. - Wynoś się, zhańbiłeś nasze nazwisko. Prędzej zdechnę, niż pozwolę tej kreaturze wejść do naszego domu... Wtedy nie wiadomo skąd pojawiła się Alicja. Ojciec Marka wymierzył i nacisnął spust. Obudziło go pukanie w szybę. Ten fotel w sypialni był stanowczo zbyt wygodny - bardziej niż czuwaniu sprzyjał drzemce. To wino od kuzyna z Ellady też było mocniejsze, niż podejrzewał. Spojrzał na zegarek. Piąta rano, Alicja pewnie już... Podbiegł do okna. Stała tam, po drugiej stronie, w długiej koszulce z miną, jakby miała go zaraz poćwiartować. Otworzył okno i pomógł jej wejść. - Przepraszam, kimnąłem się - usiłował się wytłumaczyć, ona jednak machnęła ręką. - Nieważne... - burknęła. - Miałam klucz w spodniach. Tym razem chciałam schować ubrania, a potem wrócić po nie, ubrać się i iść do domu. Wzięłam nawet foliową torbę, zakopałam je w tej torbie w krzakach w Skrajnym... - I nie wróciłaś po nie... - Marek razem z nią zawsze zastanawiał się nad najlepszą strategią w te dni. To z zakopywaniem ubrań było jego pomysłem, więc miał szczerą nadzieję, że to ona w tym wypadku zawiniła. - I ktoś je ukradł! - ryknęła dziewczyna, tak że na pewno kogoś w budynku obudziła. - Znaczy wykopał, przejrzał, co jest w środku, wziął klucze... - przerwał, widząc minę Alicji. - Nie! Wykopał i porozrywał na strzępy! I jeszcze zostawił tego łacha! - Rozłożyła ręce, by mógł dokładnie obejrzeć sięgający jej do połowy łydek, materiał z logo jakiegoś klubu lotniczego. - Może to głupi żart... - Na siłę szukał logicznego wyjaśnienia. - Wiesz, ktoś widział, jak zakopywałaś... - To musiał też widzieć jak... - Przyłożyła dłonie do ust i ułożyła z nich „szczęki”. - Aha, no tak. - Marek nadal zastanawiał się jednak nad jakimś mniej niepokojącym wytłumaczeniem - A może to jakiś pies. A tej koszulki po prostu nie zauważyłaś... Alicja prychnęła. - To był chyba jakiś cyrkowy pies, skoro użył saperki. A koszulki w firmowym opakowaniu i karteczką z odręcznie napisaną dedykacją „Dla Alicji C” leżą sobie w krzakach co dwa metry. „INTERESUJĄCE I ABSOLUTNIE PEWNE OSOBY” - Markowi aż dreszcze przeszły po plecach. Alicja też widać o tym pomyślała. - Zaraz całe miasto będzie wiedziało, ale wszyscy będą się z tym kryli, chcąc sprzedać tę tajemnicę - zasugerowała jedną z alternatyw, przeglądając komodę z bielizną. - To co robimy? - Marek oparł się o kredens i splótł ręce na piersiach. Zamknął oczy, by jej nie widzieć, jak będzie się przebierać. Przez pierwsze dwa miesiące, gdy testowali tę formę „prywatności” był zaskoczony, że potrafi wytrzymać, aż Alicja się ubierze. - Wiemy, że wiedzą Mercator, my i te „osoby”. Mercator prawdopodobnie wie też o kimś, kto ma podobne jak ty... przypadłości. Poza tym jeśli były to osoby na tyle sprytne, by pytać się o monitoring Mercatora, to raczej nie w ich stylu robić takie psikusy. - Już, możesz otworzyć oczy - rzuciła Alicja, poprawiając tylko odrobinę halkę - -I myślisz pewnie, że powinniśmy pogadać z przynajmniej tymi mniej psotnymi typami? Nie odpowiedział. Nie chciał, żeby potem cała wina spadła na niego. Z jednej strony uważał, że jeśli ten ktoś ograniczył się do takiej dziecinady, to raczej nie jest groźny. Niebezpieczni są ci, którzy się nie śmieją. - Ty zdecyduj - mruknął, wchodząc do kuchni - Ale najpierw się zastanów. Pamiętasz tego starego obłąkańca, który łaził po cmentarzach i profanował zwłoki, twierdząc, że to wampiry? - Travelreacha? I myślisz ,że teraz się przerzucił na wilkołaki? - Pytanie było nieco bez sensu, bo widziała, jak tego człowieka schwytano i wiedziała, że skazano go na dwadzieścia lat więzienia na wyspie El Bello. - Może on, może ktoś inny. To bez znaczenia. Ważne, że ten ktoś, z jakichś chorych powodów, może nie chcieć, byś dalej chodziła po świecie. - Marek wiele razy dochodził do wniosku, że właściwie to gdyby jej nie znał, a wiedział, kim jest, sam by ją zastrzelił Ze strachu, że coś takiego narusza ustalony przez naturę porządek. Ze strachu, że jeśli ona istnieje, to i może te pół tysiąca lat walki rozumu z ciemnotą było stratą czasu, wielkim kłamstwem. - Musimy pogadać z Mercatorem o szczegółach - postanowiła, przeszukując szafę. - O której ma wykład ten spec od lepienia garnków? - W samo południe. Wcześniej, o jedenastej jeszcze mam zajęcia z profesorem Labore. Znalazła sobie parę dżinsów i zieloną koszulkę. Pokazała mu je, jakby chcąc pokazać że uważa jego zdanie w prawie jej ubioru za istotne. - Mogę tak wyjść na miasto? - spytała. - Jak najbardziej – odparł, wiedząc że i tak by się potem ubrała po swojemu. - No to mamy jeszcze trochę czasu – powiedziała, zakładając niebieską bluzkę z długim rękawem i rozejrzała się po pokoju. - Nie wiem, ile nam to czasu zajmie. - Wskazała na leżące w bezładzie oprzyrządowanie do ekologicznego grilla na baterie słoneczne. Otworzyli pudełko wczorajszego wieczora i nim zdołali odcedzić instrukcję obsługi od ulotek z logo partii Zielonych, Alicja poczuła zew swojej drugiej natury. Radziła ona udać się na odludzie, porosnąć futrem i pójść pobiegać. Osamotniony de Marcia wolał nie ryzykować, że coś źle zrozumie i wysadzi kawalerkę w powietrze. - Ty mogłabyś za ten czas skontrolować tego urwisa, którego zatrudniłaś do rozniesienia zaproszeń - zaproponował Marek, zabierając się do sprzątnięcia grilla. - Dobra, pamiętaj, żeby odłożyć dla niego pięć solidów - przypomniała, przeczesując włosy grzebieniem po babci. – Jak mu dasz całe dziesięć, to będzie rozmieniał tak długo, aż zapomnisz. Wtem rozległ się przeciągły jęk dzwonka. Marek poszedł otworzyć i sekundę później do przedpokoju wpadł dziesięcioletni najwyżej chłopiec w przydużej kurtce i równie dopasowanej czapce z daszkiem. Nim zauważył Alicję, już zaczął terkotać piskliwym głosikiem z prędkością karabinu maszynowego: - No, mówiłem, proszę pani, że tych plakatów, to mus być więcej, bo ledwom jeden zawiesił, to pięć minut nie minęło, a już ktoś go zerwał. - Jak zerwał?- spytała Alicja, przegrzebując portmonetkę. Jak na razie znalazła trzy solidy i piętnaście serterców, wolała więc trochę przeciągnąć rozmowę. - Gdzie ją nakleiłeś w takim razie? - No, woźna, taka stara z siwymi lokami przyszła i zerwała, a jak naklejałem nowy, to zaraz mi wyjechała z pretensjami, że mur paskudzę, a poza tym to drugi raz to żaden głupi się nie nawinie. To ja się jej pytam, jaki głupi a ona mi na to, że ona wzięła trzy sesterce, co jej jeden krzyżykowy dał. To ja poszedłem do dyrektora, a on, że was pamięta i wywiesi na gablotce. Tylko musi być nowy plakat, bo ja nie wiem, komu ona to sprzedała. I mam tylko dwa sesterce, a nawet jak go znajdę, to przecież nie odda mi tego plakatu taniej niż kupił, prawda? - Tak, srogie są prawa rynku. - Alicja uśmiechnęła się i dała mu banknot dziesięcosolidowy – Masz na pokrycie kosztów. Zaraz ci przyniosę plakat. Podała mu kilka zrolowanych kartek i poszła do toalety. Gdy chłopak pięć razy sprawdzał czy wszystko się zgadza, Marek zapytał go o imię. - Ebenezer Holmes, proszę pana. - odrzekł chłopiec, dumnie się prostując - Nazwisko może pan kojarzyć, bo pradziadek był wybitnym znawcą win marcijskich i raz nieźle was zbeształ za dolewanie do niego wody w rozlewniach. - Ach... - Musiał to pamiętać, list wisiał na ścianie w rodzinnej rozlewni z adnotacją Victora de Marcii: „Jak ten skurczybyk odgadł, z którego źródła to woda???” - Prawnuk tego Shaerlocka... Niezły był detektyw z tego twojego przodka. - A jak! Do widzenia pani! - rzucił w stronę wychodzącej z łazienki Alicji Ebenezer i, obróciwszy się na pięcie, wyszedł z kawalerki. Marek zamknął za nim drzwi. Osobiście, niechętnie korzystał z usług takich małych obdartusów, ale byli dziesięć razy sprawniejsi od standardowych dostawców zaproszeń, a także sto razy tańsi. - A propos szkoły. - postanowił opowiedzieć Alicji o tym dziwnym śnie, pomijając jedynie to dziwne zgromadzenie i słowa ojca. – Nie zgadniesz, kto mi się przyśnił! - Eryk Widłowski? Odpowiedziała z lekkim uśmieszkiem. On jednak był mocno zszokowany. - Skąd...? - Tak po prostu chodzi mi od kilku dni po głowie. - Była mocno zdziwiona jego reakcją. – Po prostu to był taki... oryginał. Jeśli ktoś miał ci się przyśnić, to na pewno on. Miał o nim nieco gorsze zdanie. - Oryginał? Ten świr wbiegł do płonącego budynku... Alicja wzruszyła ramionami, wspominając tę noc. Był to dla jej sumienia twardy orzech do zgryzienia. Gdyby ktokolwiek z jej znajomych popełnił tak efektowne samobójstwo byłoby jej ciężko się z tym pogodzić. Ale przez kilka miesięcy po tym jak zginął Eryk nie potrafiła w sobie wzbudzić żadnego żalu, jakby nic się nie stało. - Trochę wtedy przeholował, zawsze był w gorącej wodzie kąpany – powiedziała Canissi, sprawdzając czy opaska dobrze leży jej na włosach. - Ale był zdolny. To musisz przyznać. - Jakby nie to, to byśmy z nim mieli spokój. On by gnił gdzieś w zawodówce na Schodach, a paru ludzi miałoby całe kości. - Nie trzeba było iść na niego z kijami. - Sama im to odradzała, co potem wypominała jemu i siedmiu jego kolegom, leżącym w Klinica Beatica z połamanymi rękami i nogami. - Przemoc rodzi przemoc. - Nie pamiętasz może, że to o ciebie poszło? - To był prawie krzyk. Ale zaraz pojął, o co chodzi: Eryk Widłowski był już tylko garścią prochów gdzieś na cmentarzu komunalnym. Cokolwiek by o nim powiedzieć, on ma to gdzieś. Ale przecież – o zmarłych albo dobrze, albo wcale. - Może masz rację... - Alicja wyciągnęła z kieszeni worek z naftaliną. Spodnie dostała kilka miesięcy temu od koleżanek ze studiów i dotąd ich w ogóle nie zakładała. - Jeżeli ktoś prowadzi kartotekę ze stanem czyjegoś uzębienia, to musi być chory. Ale zmieńmy temat. Eryk Widłowski należy już do przeszłości. Jest martwy jak... - Jak tylko może być martwa pieczona kiełbaska. - Marek gdzieś słyszał już takie określenie na świętej pamięci Eryka Widłowskiego i teraz podał pałeczkę dalej. - Co robimy na śniadanie? Alicja kaszlnęła, a Marek przygotował się na fale krytyki i wykład z etyki. Zamiast tego usłyszał jedynie zniesmaczone: - Minutę temu powiedziałabym, że pieczoną kiełbaskę. - Więc jeśli nie kiełbaska... - zagadnął, walcząc z chęcią powiedzenia: „pieczony Eryk”. - Naleśniki – zdecydowała twardo Alicja. - Ta nowa plackarnia na Legionów Północnych powinna być już otwarta.
Franco od rana był piekielnie niezadowolony. Sarkał na wolne tempo pozorowanej przecież pracy, czepiał się o każdą minutę spóźnienia i zrugał…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ciemnogrodzianin
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…