Krwawy Księżyc
Opowiadanie opowiada o losach pewnego Kainity (wampira) z fikcyjnego klanu Dracon, który angażuje wszystko do walki z Lupinami (Wilkołakami).
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział 1
Był bezchmurny sierpniowy poranek. Jedliśmy z rodzicami śniadanie, gdy posiłek zakłócił dzwonek telefonu. Mama odebrała i powiedziała mi: - Maks, to do ciebie. - Już lecę mamo! - Krzyknąłem z pełnymi ustami, po czym wziąłem telefon od mamy. - Tak? - Zapytałem. - Siema Maks. - Usłyszałem znajomy głos Jarka. - Witaj. - Odpowiedziałem i zaczęliśmy rozmawiać o swoich sprawach. Kończąc, Jarek zapytał: - Słuchaj, organizuje imprezę w piątek wieczorem. Może byś przyszedł? - A Twoi rodzice? - Mój tata wyjeżdża na szkolenie do Krakowa, a mama ma zamiar jechać do mojej cioci w Kielcach. Błagam cię, przyjdź. Będzie ostra jazda z wybojami! - Odpowiedział podnieconym tonem. - Świetnie. - Ucieszyłem się. Dawno nie byłem na jakiejś fajnej imprezce. - No to jazda będzie w piątek wieczorem? - Zapytałem. - Dokładnie, bądź u mnie około dwudziestej pierwszej, OK ? - Dobra, postaram się. - Powiedziałem. - A więc wspaniale, do zobaczenia jutro wieczorem. - Powiedział, po czym odłożył słuchawkę, a ja zrobiłem to samo i zasiadłem do niedokończonego śniadania. - Mamo, dostałem zaproszenie na jutrzejszy wieczór. - zagadnąłem do mamy. - Jarek organizuje imprezę. - No, nie tylko ty musisz organizować te wszystkie imprezy na tym Bożym świecie. - Powiedziała mama z uśmiechem na twarzy. - A jego rodzice o tym wiedzą? - Zapytała zaciekawiona. - Oczywiście. - Odpowiedziałem. - Dobrze, tylko nie wracaj wczesnym ranem, ja i twój ojciec też mamy prawo do długiego snu. - Powiedziała po czym usmiechnęła się do mnie.
*
W piątkowe popołudnie pojechałem do miasta razem z tatą po jakiś fajny ciuch. Do domu wróciłem po dziewiętnastej, po czym wziąłem porządny prysznic i zrobiłem się na bóstwo. Była za kwadrans dwudziesta pierwsza, gdy wyszedłem z domu. Idąc ulicami Nowego Sącza, ostatnie promienie zachodzącego słońca padały mi na twarz. Gdy byłem na miejscu, zapadła noc. Ujrzałem Jarka stojącego na progu swoich drzwi i witającego różne znane i nie znane mi dotąd osobistości. Wchodząc w krąg światła padający z drzwi domu Jarka, jego właściciel krzyknął do mnie: - Nareszcie jesteś Maks! Już myślałem, że nie przyjdziesz! - Wyszczerzył do mnie zęby, po czym powiedział: - Wszyscy już przyszli, czekaliśmy tylko na ciebie. - Wiem, trochę za późno zacząłem się zbierać. - Powiedziałem i przeszedłem przez próg drzwi. W środku było bardzo tłoczno. Przywitałem się z wszystkimi osobami i zasiadłem do stołu. Jarek miał rację - była ostra jazda i chyba obudziliśmy całe sąsiedztwo, gdy nadeszła chwila rozstania. Pożegnałem się z Jarkiem i miałem już wychodzić, gdy dostrzegłem dziewczynę o brzoskwiniowej cerze, dużymi, jadowicie zielonymi oczyma, niczym u węża, kształtną sylwetką i srebrnymi włosami spiętymi w kucyk, które lśniły w świetle księżyca. Jej piękno sprawiło, iż wpatrywałem się w nią z otwartą szczęką. Po chwili podszedłem do Jarka i zapytałem go półgłosem: - Jak ma na imię to bóstwo? - Eee... Nie znam jej, przyszła z resztą. - Powiedział zmieszany Jarek, najwyraźniej chcąc jak najszybciej zakończyć ten teamt. - Co? - Zapytałem. - Zapraszasz osoby, których nie znasz? - Aaa... Jakoś tak wyszło. Wyluzuj stary. - powiedział luzackim tonem. - Więc patrz i ucz się. - Rzekłem do niego. - Dobra, teraz albo nigdy. - Powiedziałem sobie w duchu. Ostrożnym krokiem podszedłem do owej piękności i zagadnąłem: - Cześć, jestem Maksymilian. A ty? - Witaj. - Odpowiedziała tajemniczym, a zarazem aksamitnym głosem. - Luna, miło mi. Do głowy przyszła mi śmiała myśl, którą wbrew własnej woli wypowiedziałem: - Czy mógłbym cię odprowadzić? - Bardzo chętnie. - Rzekła Luna. Udało się! Poszliśmy w tym samym kierunku gdzie znajduje się mój dom. Od czasu przywitania się, nie odezwaliśmy się do siebie słowem, aż w końcu nie wytrzymałem tego napięcia i wypaliłem: - Luna to bardzo ładne imię. - Dziękuję. - Powiedziała uśmiechając się. - To po łacińsku, nie mylę się - Zapytałem. - To prawda. - Odpowiedziała. - Znasz łacińę? - Zapytała zaciekawiona. - Mniej więcej. - Odpowiedziałem. - Mój ojciec męczy mnie przynajmniej cztery razy dziennie lekcją Martwego Języka. - Twój ojciec zna łacinę? - Ponownie zapytała. - Owszem, wykłada ją na uczelni archeologicznej w Krakowie. - Powiedziałem. Luna nic nie odpowiedziała, lecz po chwili przemówiła: - Twoi przyjaciele powiedzieli mi, że interesujesz się wampirami i istotami żyjącymi w mroku. Czy to prawda? - Owszem, lubię te stworzenia, choć wiem, że nie istnieją. - Powiedziałem. - Skąd ta pewność? - Zapytała. - Nie wiem. - Rzekłem obojętnym tonem. - Ale to nie możliwe, Kainici i istoty osadzone w mroku zostały wymyślone dla potrzeby filmów, albo żeby postraszyć dzieci. Luna znów nic nie odpowiedziała. Byliśmy niedaleko mojego domu, gdy przemówiła swym aksamitnym głosikiem: - Ja muszę iść tamtędy, wielkie dzięki za towarzystwo. - I wskazała głową uliczkę totalnie pogrążoną w ciemności. Luna powoli się oddalała, gdy nagle tknęła mnie myśl, by odprowadzić ją pod jej dom: - Luna, zaczekaj! - Krzyknąłem. - Czy mógłbym cię odprowadzić jeszcze kawałek? - Zapytałem. - Och, z przyjemnością. - Powiedziała Luna. - Ale mój dom znajduję się na drugim końcu miasta. - Z tobą poszedłbym nawet do wrót piekieł, jeżeli byś tego chciała. - Powiedziałem z nutą podrywu w głosie. - Nie wątpie. - Rzekła z uśmiechem na ustach. - Dobra, więc chodźmy, bo zastanie nas dzień. - Powiedziałem po czym podszedłem do niej. Po tych słowach, Luna spoważniała i zaniepokoiła się, po czym ruszyła żwawym krokiem. Przechodziliśmy przez uliczki rozprawiając o łacinie, gdy zdałem sobie sprawę, iż bardzo oddaliłem się od mojego domu. Tym razem ja zaniepokojony zapytałem się Luny: - Daleko jeszcze? - Już niedaleko, cierpliwości. - Odpowiedziała aksamitnym, uspakającym głosem. - Ale jeśli chcesz, to możesz już wrócić, poradzę sobie sama. - Nie, odprowadzę cię pod twój dom. - Oświadczyłem. - Różne nieciekawe osoby kręcą się o tej porze po mieście. - Dodałem, uśmiechając się łobuzersko. Chciałem zabić czas rozbawiając ją. - Luna w naszym ojczystym języku oznacza księżyc, prawda? - Zagadnąłem po chwili ciszy. - Owszem. - Odpowiedziała. - Bystry z ciebie facet. - Dzięki. - Powiedziałem, spoglądając w głębie jej zielonych oczu. Po chwili weszliśmy na teren Parku Miejskiego ,, Planty ", w którym nie było żadnej żywej duszy nie licząc nas. Luna zatrzymała się. Ja zrobiłem to samo i zaniepokojony zapytałem: - Czy coś się stało? Luna nie odpowiedziała mi na pytanie, tylko lekko się uśmiechnęła i zaczęła się do mnie przybliżać. Byliśmy oddaleni od siebie o zaledwie kilka centymetrów. Jej srebrne włosy lśniły w świetle księżyca dwa razy mocniej, niż wcześniej, a w zielonych oczach jarzyły się małe ogniki. Po chwili ciszy usłyszałem jej aksamitny, przesadnie słodki szept w uszach: - Teraz będziesz jednym z nas, to nie potrwa długo. Nie zrozumiałem ani jednego słowa wypowiedzianego z jej ust. Kompletnie wytrącony z równowagi, zapytałem drżącym głosem: - O co ci b-bie... Ale Luna przerwała mi i rzekła: - Tylko nie krzycz, nie znoszę tego. Byłem na granicy obłędu, lecz postanowiłem nie zrobić z siebie idioty. - Nie mam ochoty na żarty, spieszy mi się do dom... Ale Luna znów nie dała mi dokończyć zdania, tylko przyłożyła swój palec wskazujący do moich ust, po czym wykonała gwałtowny ruch i poczułem lekkie ukłucie na szyji. Dopiero teraz zrozumiałem znaczenie słów, niedawno wypowiedzianych przez Lunę. Luna jest W A M P I R Z Y C Ą i właśnie się mną ,, pożywia. " W błyskawicznym tempie traciłem krew, ciepło ciała i wszelkie siły. Luna wyssała całą moją krew, nie pozostawiając ani jednej kropli. Zanim zdałem sobie z tego sprawę, leżałem na zimnej, zakurzonej ścieżce. Nic już nie czułem. Nie wiem, ile tak leżałem, ale dla mnie to była wieczność. Po chwili wpatrywania się w błękitne, bezchmurne niebo, usłyszałem odgłos rozcinania ciała i usłyszałem głos Luny, jakby dochodzący z głębokiej otchłani: - Pij, jeśli ci życie miłe. - I ujrzałem nad głową przedramie Luny, na którym widniała głęboko rana i z której obficie sączyła się krew. Ostatkami sił uniosłem się na łokciach i począłem wielkimi haustami pić ową, diabelsko ciepłą krew. Gdy wpadała mi do żołądka, czułem niezwykły przypływ sił. Po chwili ręka została mi odebrana i usłyszałem: - Już starczy, nim zasśiesz się na dobre. Nagle, niczym grom z jasnego nieba, uderzył mnie przeraźliwy ból w okolicach serca. Ból był tak okropny, iż nie dało się wyrazić go słowami. Przycisnąłem obie ręce do mej lewej piersi z nadzieją, iż ból minie. Miałem rację - po chwili ból minął, a oczy zasłoniły mi płatki krwi, w których dostrzegłem Lunę pochylającą się nademną i krwisto-czerwony księżyc w pełni swej okazałości. Ostatnie słowa, które usłyszałem, brzmiały: - Witaj w świecie Panów Nocy. Nagłe uderzenie przez natarczywy ból z tyłu głowy i powracający ból w okolicach serca, plus napływająca mi biel na oczy zlewająca się z płatkami krwi, dodając do tego nagły zawrót głowy, sprawiły, iż zapadłem w głęboki sen.
C.D.N.
Rozdział 2
Ocknąłem się. Nie ujrzałem nic prócz rozmazanych i niewyraźnych kształtów. Nadal kręciło mi się w głowie i czułem silny ból z tyłu głowy. Pierwsze pytanie, które nasunęło mi się na myśl, brzmiało: - Gdzie ja jestem? - Nie jest istotne gdzie jesteś, zaś istotne jest, kim jesteś. - Odpowiedział dziwnie znajomy, aksamitny głos. Wzrok mi się rozjaśniał, a ból stopniowo ustępował. Leżałem w małym pokoju na staroświeckim łożu, z czterema małymi kolumnami. Przymknąłem oczy, ponieważ ściany w tym pomieszczeniu ,,biły" mnie po nich swą bielą. Nade mną pochylała się Luna. Zanim zdążyłem dobrze się rozglądnąć, poczułem niesamowicie silny głód, pomieszany z równie silnym pragnieniem. Po chwili ujrzałem torebkę z czerwonym płynem, spoczywającą na stoliku nocnym na drugim końcu pokoju. Uświadomiłem sobie, iż owym czerwonym płynem jest krew! Owa torebka odświeżyła moją pamięć, przypominając mi niemiły, kilko minutowy okres z mojego ,,dotychczasowego" życia. Z wspomnienia mego pierwszego i ostatniego pobytu w kostnicy, po śmierci mojego dziadka, torebka przywiodła mi na myśl obrzydliwy widok, gdy ludzie pracujący w kostnicy ,,wyciskali" krew z nieboszczyków, aby sprawdzić przyczyny ich śmierci. Lecz poczułem coś jakby... Zmuszenie przez mój własny umysł, do wypicia tej krwi. I właśnie teraz świadomość uderzyła mnie z niespotykaną mi dotąd siłą. Jestem wampirem! Wydarzenia z nocy po imprezie przemykały mi przed oczyma z ogromną szybkością. Lecz nie to teraz zaprzątało mój umysł. Myślałem jedynie o wypiciu krwi, znajdującej się w torebce. Luna podeszła do stolika i podała mi ową torebkę. Przez kilka minut wpatrywałem się w torebkę z krwią i zapewne wpatrywałbym się w nią przez następne kilka, gdyby Luna nie przerwała mi, mówiąc: - Doskonale wiem, jaki głód teraz ci doskwiera. Wiedz, iż doświadczyłam go nieraz. Lecz teraz rozkoszuj i delektuj się jej wspaniałym smakiem. - Wypowiadając ostatnie zdanie, skinęła głową na torebkę. Zrobiłem jak kazała i wbiłem swój nowy ,,nabytek" w specjalne dwa otworki umiesczone na owej torebce. Wlewając krew do mego ciała, czułem uczucie, które nie sposób jest wyrazić słowami. Czułem ogromny przypływ sił, czułem, jak energia we mnie wzbiera, oczekując na jej wykorzystanie. Moje całe ciało wypełniało się życiem. Lecz jedna mała torebka nie wystarczyła, aby zaspokoić me pragnienie. Oderwałem moje nowe kły od pustej torebki i chciałem krzyczeć. Chciałem krzyczeć, lecz nie mogłem tego zrobić. Po chwili mój niepojęty gniew minął, po czym bezwładnie opadłem na łóżko. - Teraz lepiej. - Powiedziała Luna. - Musisz panować nad bestią czychającą w tobie, jeżeli chcesz przetrwać w tym skomplikowanym świecie. - Rzekła. - A teraz dowiesz się, jakiego klanu jeteś prawowitym członkiem. - Dodała po chwili. Usiadła na skraju łoża, na którym spoczywałem. - Nasz klan zwie się Dracon. Założycielem naszego klanu był Salazar Dracon, który został zdradzony przez swgo syna i zgładzony przez istoty, którymi są lupini. - Tu Luna zrobiła chwilę przerwy, aby zaczerpnąć powietrza. - Lecz Zdrajcy nie było pisane długie sprawowanie władzy nad klanem. Kilka dni później, odbyła się uroczystość przekazania władzy nad klanem synowi Salazara. On także został zgładzony przez lupinów, którzy nie zdążyli uciec przed Starszyzną i w męczarniach tortur powiedzieli całą prawdę o Zdrajcy. - Znów zrobiła chwilę przerwy. - I właśnie od tego incydentu, znienawidziliśmy lupinów tak mocno, iż od zarania dziejów prowadzimy ze sobą nieustanną walkę. - Rzekła. - To nasza historia, którą streściłam, jak tylko mogłam. A to na razie tyle, co powinieneś wiedzieć o naszym klanie. Teraz możesz zadać kilka pytań, na które postaram się udzielić ci odpowiedzi. - Dodała po chiwli. Zacząłem gorączkowo myśleć. Miałem tak wiele pytań, lecz nawet nie wiedziałem, od którego mam zacząć. Po jakimś czasie, zadałem podstawowe pytanie, na które pragnąłbym, aby udzielono mi odpowiedzi: - Więc... Ile trwało moje Przeistoczenie? - Dokładnie pięć dni, dziesięć godzin i trzydzieśći dwie minuty. - Odpowiedziała Luna. - O nie... Moi rodzice z pewnością postawili całe miasto na nogi, aby mnie odnaleźć. - Rzekłem zmartwiony. Luna nie przemówiła ani jednym słowem, lecz wielce się zaniepokoiła i wbiła swój bystry wzrok we mnie. Nie rozumiałem, skąd u niej taki stan. Również zaniepokojony, zapytałem: - O co chodzi? Luna ponownie nic nie odpowiedziała. - Coś się stało? - Ponownie zapytałem. Znów nie dostałem odpowiedzi. Miałem tego dość. - MÓW! - Krzyknąłem. Luna zamarła, widząc mój gniew. Znów zapadła cisza. Miałem zamiar krzyknąć ponownie, lecz Luna była szybsza i przerwała mi, mówiąc: - Dobrze, jeśli chesz znać prawde, usłyszysz ją teraz. - Te słowa miały na celu mnie uspokoić, lecz wywołały u mnie jeszcze większy gniew. Luna widząc mój stan, głośno zaczerpnęła powietrza i wyrzuciła z siebie jednym tchem: - Jeszcze tej samej nocy, kiedy to zostałeś poddany przemianie, zadzwoniłam do twoich rodziców. Nikt nie podnosił słuchawki, więc postanowiłam złożyć im wizytę. Gdy znalazłam się w okolicach twojego domu, ujrzałam sylwetki dwóch mężczyzn, wybiegającyh z twego mieszkania. Wchodząc do niego, zamarłam w jego progu. Ujrzałam wnętrze domu, zajmujące się płomieniami i twoich rodziców, martwych. Słowa wypowiedziane przez Lune dźwięczały mi w uszach. Rodzice... Moi rodzice nie żyją... Mój dom pochłonięty przez płomienie, razem z moimi ukochanymi rodzicami... Nie, to nie może być prawdą. - KŁAMIESZ! - Wywrzeszczałem do Luny. - Niestety, nie kłamię. - Powiedziała przerażona Luna. Uświadomiłem sobie, iż straciłem wszystko. Nie wiedziałem co począć, ani co powiedzieć. Zasłoniłem twarz rękoma, gorzko płacząc. Luna tym razem wbiła swój bystry wzrok w podłogę. Szlochałem jeszcze przez kilka chwil, lecz te oto myśli nawiedziły mój umysł: - Cholera jasna, muszę wziąść się w garść, przecież jestem wampirem. Otarłem wierzchem dłoni moje zaczerwienione od płaczu oczy, po czym zapytałem się Luny: - Ale dlaczego oni? Czym oni sobie na to zasłużyli? Nie uzyskałem odpowiedzi na pytanie przezemnie zadane. - A może chociaż powiesz mi, kto to zrobił? - Ponownie zapytałem zrezygnowanym tonem, lecz teraz Luna podniosła wzrok. - Niestety, dom spłonął razem z wszystkimi dowodami, lecz wiedz, iż zrobimy wszystko, aby dowiedzieć się, kto to uczynił. - Odpowiedziała Luna. - Ale życie toczy się dalej. Lecz i tak musiałbyś zerwać kontakty z rodzicami. - Dodała po chwili ciszy. W mojej głowie panowała totalna pustka. - Więc co teraz? - Zapytałem. - Dziś w nocy, umrzesz dla świata śmiertelnych, zaś narodzisz się dla świata nieśmiertelnych. - Odpowiedziała Luna. - Podczas twej przemiany kupiłam ci niezbędną odzież i rzeczy, które z pewnością przydadzą ci się w podróży. - Powiedziała. - W jakiej podróży? - Zapytałem lekko zdziwiony. Luna uśmiechnęła się, a w jej oczach znów zagościły ogniki. - Gdy słońce dwa razy wzejdzie i zajdzie, wyjedziemy do Paryża, na ogromne spotkanie, które organizowane jest co 3 lata, w komnacie ukrytej głęboko pod ziemią, pod willą samego Salazara, którą nazywamy Draco* hole. - Oświadczyła.
C.D.N.
* - Z łac. Draco znaczy "wąż", lub "smok".
Rozdział 3
- A teraz chodź za…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil BlooDWolF
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…