Wróć do katalogu

Ładownia

Czterech mężczyzn uwięzionych w ciemnej ładowni. Nie podglądajcie zakończenia!

LegendaPoranka, opublikowano , 28 min czytania, 4,2 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rotterdam... jak ja nie cierpiałem tego miejsca. Największy port Europy, największa speluna mojego życia, największy koszmar jaki tylko mogłem sobie wyśnić. Za każdym razem, gdy się tam zjawiałem, zaczynałem wszystko od początku. Każda następna parszywa praca na jakimś śmierdzącym wraku oznaczała dla mnie kolejny regres, następną finansową spłuczkę, papierosy z dolnej półki i kilka litrów taniej wódy, żeby nakarmić swój żal. Czegokolwiek w życiu się nie łapałem, zawsze i tak wracałem do portu. Z niczym. Ta praca nie miała być ostatnia. Ale będzie, bo po tym wszystkim już nie zamierzam tam wracać. Już wtedy nie poszedłbym do tego statku, gdybym miał pojęcie co może się wydarzyć, gdybym pomyślał, że mogę tak skończyć. To znaczy ryzyko było zawsze, wiedziałem o tym, ale w jakiś sposób nie wierzyłem, że coś tak naprawdę może mi się przydarzyć, wierzyłem, że jestem nietykalny dla całego tego pechowego gówna. Sześć osób z Ukrainy i Czech szorowało ładownię jednego wielkiego skurczybyka, który przypłynął do Rotterdamu z RPA. Oczywiście wszyscy na czarno. Żadnych umów, ubezpieczenia. Było brudno, jest czysto. Czy ktoś tu posprzątał? Niee, nikogo tu nie było. Ale wszyscy umarli dziewięć dni później. Duszności, bóle głowy, wylewy. Statek przewoził owoce i prawdopodobnie polewali to czymś, żeby się nie zepsuło, więc wiadomo, nie ma się szans z tą całą chemią. Raz znaleźli gościa rozszarpanego w ładowni innego bydlaka z Australii. Szczątki tego Węgra, jeśli dobrze pamiętam walały się pośród drewnianych skrzyni i pudeł z bumerangami a krew rozsmarowana była na odcinku długości piętnastu metrów. Gdy szukali przyczyny zginęła jeszcze jedna osoba z ochrony, ale przynajmniej dowiedzieli się, że w ładowni jakimś dziwnym trafem znajdują się dwa aligatory. Słyszałem wiele podobnych historyjek. Wieloma z nich można podetrzeć babuni nos, ale w niektóre wierzę. Przychodzi mi to łatwiej od czasu tamtych zdarzeń. Choć wciąż chyba sam nie wierzę, że to przydarzyło się mi naprawdę. W końcu niecodziennie jest się zamkniętym w jednej ładowni z kimś... czymś rzucającym się na ciebie z zębami i nie codziennie zostaje się inwalidą. W innych okolicznościach byłbym zafascynowany tą dziką żądzą krwi, tą czystą, zwierzęcą doskonałością i pragnieniem zadawania ran. Ale obecnie cieszę się, że mogę już do tego nie wracać. Poza tym w pewien sposób... cieszę się z mojego inwalidztwa.

*

Robotę załatwiłem we wtorek, tam gdzie zawsze. W czwartek rano byłem w biurze firmy Shipping C.O. a po południu czekałem już w dokach koło mojego statku. Pamiętam paskudną pogodę, przenikliwy ziąb, coś wiszącego w powietrzu i zbliżający się sztorm. Coś mówiło mi, żeby olać tę fuchę i powinienem był posłuchać siebie. A może to teraz tak mówię, choć nic wtedy nie czułem? Pierwszy przyszedł koleś przestraszony już na dzień dobry wszystkiego dookoła. Słowak. Był szczupły, czasem kobiecy w ruchach i nazywaliśmy go Chudy. Był pierwszy raz zagranicą, pierwszy raz w tej robocie i miesiąc wcześniej skończył pierwszy rok studiów. No cóż, niezła historia na początek dorosłego życia. Drugi był gruby, nazywał się Lodówa. Mieszkał w Polsce, pracował w Holandii, robił za trzech i pił za pięciu. Lubiłem gościa, dobrze było go mieć ze sobą, ale... cholera, nie skończyło się to dobrze dla niego. Ja byłem trzeci. Czwarty się nie zjawił. Zapytaliśmy o niego szefa, kiedy przyszedł zabrać nas na statek. Spojrzał na nas, zmarszczył się i z jakimś dziwnym zażenowaniem powiedział po angielsku z mocnym akcentem: - Jest w ładowni. Przypłynął na gapę i musi teraz odpracować podróż, więc odkąd jesteśmy w porcie pilnujemy go, żeby nie zwiał. - He he!- parsknął Lodówa- już lubię gościa. Do ładowni prowadził długi korytarz. Był słabo oświetlony a dudnienie kroków o metalową podłogę rozbiegało się dręczącym echem na całej jego długości. Na końcu znajdowały się elektryczne drzwi do ładowni- naszego miejsca pracy. Szef pociągnął za sznur zwisający przy ścianie i drzwi rozsunęły się z cichym pomrukiem na boki. Wtedy zobaczyliśmy go pierwszy raz. Stał zaraz za drzwiami tak po prostu, chyba cały czas. Stał i dotykał się po brzuchu i klatce, patrzył w bok i w ogóle nie zainteresował się naszym przybyciem. Czwarty. Dziwny. Był chyba z Egiptu, bo tą narodowość nasuwały jego rysy twarzy i czarne, krótkie włosy. Nie przywitaliśmy się. Nawet Lodówa przestał być entuzjastyczny co do niego. Nie był w ogóle komunikatywny, nawet gdy szef wyjaśniał robotę, stał z boku, ale gdy wieczorem zaczęliśmy przestawianie towaru w ładowni, gość robił co do niego należało i okazało się, że pomimo drobnej budowy jest cholernie silny! Do przesuwania palet z towarem używaliśmy specjalnych, ręcznych wózków widłowych. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że Faraon (tak go nazwaliśmy) w ogóle nie unosi palet w górę. Nie załapał tego, tylko przepychał je po ziemi a cholera, te pierdoły ważą czasem po dwieście kilo! W każdym razie wszyscy znali swoją robotę, wszystko szło gładko, na zewnątrz się ściemniało, my zarabialiśmy swoje pieniądze i było pięknie, aż wszystko się zesrało. Lodówa jeszcze przepychał paletę a Chudy już ciął folię takim plastikowym nożem biurowym. To są ostre bestie i kiedy przejechał po dłoni Lodówy, wszystko zalało się krwią. - Tępaku jeden, niedorozwinięty jesteś, patrz co robisz!- ryknął Lodówa- Mało palców mi nie obciąłeś! Chudy w swojej obronie coś mamrotał po swojemu i nawiązała się mała kłótnia między chłopakami. Stałem z boku i śmiałem się, bo obaj wyglądali komicznie, kiedy nagle go zauważyłem. Wcześniej układał pudła z zapalniczkami daleko od nas a tu nagle stoi jak posąg ze spuszczoną głową i węszy coś swoim krzywym nosem. Kiedy ruszył w naszą stronę ustała kłótnia i moja akcja serca. Szedł prawie jak modelka na wybiegu, tylko znacznie wolniej, tak zwiewnie, lekko. Kiedy stanął przed Lodówą i podniósł jego dłoń do swojego nosa, zobaczyłem wielkie zdziwienie na twarzy moich obu współpracowników. Faraon zmrużył oczy i z miną smakosza delektował się zapachem z rany, wdychał spokojnie powietrze i delikatnie przykładał usta do lepkiej mazi. - Odwal się człowieku!- Lodówa pchnął go zdrową ręką po zreflektowaniu się, że coś jest nie tak i zrobił krok w jego stronę ale zatrzymał go gwałtownie dziki syk i paskudna mina z napiętymi wszystkimi mięśniami twarzy Faraona- Widziałeś to człowieku?! Widziałeś jego zęby?!- zapytał mnie blady. - Patrzyłem na oczy- odpowiedziałem przestraszony. Chudy też coś mamrotał pod nosem, spojrzeliśmy w bok i wtedy zorientowaliśmy się, że Faraon już znikł. Bandażowaliśmy rękę Lodówy i mówiliśmy o tym, że idziemy do szefa w tej sprawie, gdy w drugim końcu ładowni usłyszeliśmy szczęk zamykania elektrycznych drzwi. W chwilę później padło całe zasilanie, zgasły światła, ustały wentylatory. Zapanował półmrok i zapadła cisza przerywana od czasu do czasu pomrukiem kadłuba naszego ogromnego statku zacumowanego w porcie Rotterdam. - Co jest? Myślisz, że to on? - Nie wiem, chyba nie zwariował- odpowiedziałem- a może zwiał? Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Szliśmy w ciszy i ciemności przez tą nie wyglądającą przyjemnie ładownię w stronę drzwi, kiedy Faraon skoczył na nas jak jakieś zwierzę niewiadomo skąd, uderzył mnie mocno, jak gdyby ważył dwa razy więcej, rzucił się na Lodówę, oplótł go i próbował pogryźć po szyi. Chyba uratowałem go wtedy odciągając na platformę pod drzwiami. - Otwieraj! Otwieraj!- krzyczał na Chudego. - Nie da rady bo nie ma prądu! Zapadła cisza. Słychać było tylko nasze sapanie. Poczuliśmy grozę, bo każdy zrozumiał, że nie zostaliśmy tu zamknięci przypadkiem. Obserwowaliśmy z podestu przy drzwiach labirynt palet zalany mrokiem w poszukiwaniu najmniejszego ruchu. Zakamarki ładowni po raz pierwszy wydały nam się tak obce, niedostępne, niemal jak dzika dżungla. Gdzieś tam ukrywał się szaleniec i wiedzieliśmy, że nie żartował. - Możemy stąd wyjść przez okno pasa transportowego- powiedział Lodówa. - To daleko, prawie drugi koniec ładowni...- odparłem- myślisz, że chce nas zabić? - Widziałeś co robił, to zwierzę, poluje na nas. Rozpieprzyłbym go zanim on załatwi nas- spojrzał na mnie jak dziecko, które prosi mamę o kupienie batona a ja popatrzyłem mu w oczy i zgodziłem się przerażony tą decyzją i łatwością z jaką ją podjąłem. Próbowałem wyjaśnić to sobie jako naszą defensywę. Plan był prosty, rodem z bajki o Scooby Doo. Chudy był przerażony ale nie daliśmy mu wyjścia. Ja miałem być przynętą w ciemnym i ślepym zakamarku pomiędzy ogromnymi skrzyniami. Lodówa z siekierą z szafy przeciwpożarowej schowany po mojej prawej we wnęce miał być ekipą uderzeniową i wyskoczyć na Faraona i zrobić mu największą krzywdę jego zezwierzęconego życia. Chudy w momencie, kiedy my zajmiemy się dzikusem miał pędzić przez ładownię, otworzyć okno ciągnąc za łańcuch i sprowadzić pomoc. Mieliśmy nadzieję, że będzie w stanie zrobić chociaż tyle, bo był mocno przerażony. Chwilę później stałem już w zakamarku i obserwowałem półmrok rozpościerający się przede mną. Nasłuchiwałem. - Psst. - Pssst.- usłyszałem sygnały, że wszyscy są na miejscach. Wysunąłem lewą rękę i przeciągnąłem powoli ostrzem noża do cięcia kartonu po przedramieniu. Wiedzieliśmy, że świeża krew zwabi to coś. Sekundy zwolniły tempo a cisza stała się nieznośna. Krew popłynęła leniwie w stronę dłoni. Po chwili oczekiwania usłyszałem poruszenie w ciemnej kryjówce Lodówy i zorientowałem się, że bestia bezszelestnie go dopadła. Była strasznie sprytna i szybka, bo w momencie gdy to pomyślałem, poczułem, jak uderza mnie pionowo z góry, z sufitu. Skubaniec był szybszy od jakiegokolwiek znanego mi zwierzęcia. Wywrócił mnie na ziemię, zrobił jakby fikołek w przód, w połowie którego stając na głowie złapał zębami moje przedramię. Spadł na czworaka i zaczął szarpać, jakby chciał zaciągnąć mnie gdzieś. Zrobiło się dla mnie absolutnie ciemno. Nie istniało nic. Widziałem i czułem jedynie jego zęby wbite w moją rękę. Nic innego nie miało znaczenia. I wtedy zmiażdżył szczęką moją kość i wyrwał rękę tuż poniżej łokcia. Ból i żal były dla mnie okropne. Odczołgałem się za siebie ściskając kikuta z którego ciekła krew. Czułem kurcze mięśni, przemieszczenia ścięgien i strasznie, ale to strasznie nie chciałem już tam być. Na moment zemdlałem z bólu. Dosłownie po chwili zerwałem się i poczułem go grzebiącego przy moim kikucie. Wciąż miałem nóż w drugiej ręce i nie zastanawiając się zacząłem ciąć go po głowie i rękach. Wściekł się, rzucił z krzykiem w tył a ja wciąż ciąłem jego nogi. Nieźle go urządziłem i widziałem, jak odczołgiwał się ledwo ciepły za palety. Popamięta mnie za tą rękę. Później jak pijany, odbijając się od wszystkiego wlokłem się do okna. Pod łańcuchami upadłem i zastanawiałem się, czy będę miał siły iść dalej, kiedy zobaczyłem sylwetkę Chudego w mroku. Szedł powoli w moja stronę. Uśmiechnąłem się i pociągnąłem kilka razy za łańcuch, co otworzyło okno nad pasem transportowym. Chudy zniknął w wyjściu. - Idź, sprowadź pomoc Chudy!- krzyknąłem ostatkiem sił- I powiedz, że urządziłem skurwiela tak, że nigdzie się już nie wybierze!

- Czy mogę już wyjść? Muszę zażyć leki przeciwbólowe i się wysikać. Rana mnie boli jak diabli. - Tak, proszę. Na razie to wszystko.

**

To było jakoś w czwartek, jak szef mi powiedział, że wciska mnie na listę zwolnionych. Na ostatnią pozycję, w ostatniej chwili! Cholera, pech. No to wiedziałem już, że będę bezrobotny najdalej za tydzień. Dziewczyna w kraju ma rodzić jakoś za miesiąc a ja tylko chciałem zarobić jak najwięcej i wrócić do niej przynajmniej na chwilę. Złapałbym się wtedy każdej roboty. No... prawie każdej. Raczej nie tej, którą w końcu wziąłem, gdybym wiedział co się będzie działo. Tak czy owak, bezrobotny jak snopowiązałka po żniwach zapijałem mordę w tej spelunie Dark Harbour, kiedy jeden znajomy Niemiec nawalił się jak w Nowy Rok i wybełkotał mi, że ma gdzieś i nie idzie jutro na fuchę. Poszedłem za niego i tak się to zaczęło. Żeby było ciekawiej, miałem strasznego kaca. Trochę się spóźniłem i ci goście już czekali. Jeden spoko, drugi denny jak Mazury zimą. Pierwszy z Polski, drugi pepik. Nie mam nic do pepików, ale tamten był jakiś wątły z charakteru i budowy ciała, że się tak wyrażę. Nazywali się Robal i Chudy. Robal to ten spoko. Cholera, lubiłem gościa a teraz boję się o nim pomyśleć. Za to Chudy... dobrze, że wezwał chociaż pomoc. Kiedy przyszedł szef, to ja powiedziałem, że nie będę się zajeżdżał, bo miało nas być czterech do roboty a widzę jak na dłoni trzech. Gość na to, że już jest czwarty, ale to jest koleś co statkiem na gapę przypłynął i teraz odrabia bilet a, że chciał zwiać, to go w ładowni trzymają trochę na siłę i w ogóle trzeba go będzie trochę do roboty po naszemu nakłonić. Powiedziałem więc, że jak trzeba kogoś harówy nauczyć to mogę się z nim zaprzyjaźnić po swojemu. Nasza ładownia znajdowała się na dziobie i była najbardziej wysuniętym pomieszczeniem na poziomie E. Nie podobało mi się w niej bo przypominała małżeństwo moich starych: chłodne i mroczne. Do tego była całkiem wielka jak na czterech roboli, w tym dwóch zielonych. Ale robota to robota. Uczyłem tego gościa jak układamy towar według katalogu i kategorii. Dość, że był lotny, to jeszcze sprawny i wygimnastykowany. Tylko dziwny i zakręcony jak żuk na parasolce. Ale widziałem, że interesuje się nami cały czas. Obserwował nas bacznie i nie próbował spieprzać odkąd się pojawiliśmy. Czasami nawet był śmieszny. Przybierał takie pozy, jak by był sfinksem, albo mumią i nie ruszał się wcale, tylko nas obserwował. Podszedłem raz do niego i mówię: masz tu bydlaku jeden paletę i jazda, śmigasz z nią tam, gdzie wszystkie z

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych