LAS
Raczej mroczna opowieść...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
"Las" Tego zimowego wieczora młody mężczyzna, który zostawił całe swe dotychczasowe życie w tyle jechał zaśnieżoną drogą szukając czegoś nowego, jakichś nowych, nieznanych mu do tej pory wrażeń. Tylko właściwie jakich wrażeń szukał, pospolity umysł mógłby sądzić, że facet w jego wieku szuka pewnie kolejnej erotycznej przygody. John nie był świętoszkiem i wiele już w życiu, jak na swój młody wiek, przeżył, wiele kobiet poznał a one równie dużo mu dały co zabrały. To był fakt. Ale teraz kiedy jechał swoim czarnym jaguarem nie myślał wcale o tym by poderwać jakąś fajną babkę, wynająć pokój gdzieś w zacisznym, małym moteliku i pozwolić na zapisanie kolejnego rozdziału w jego księdze podbojów. Dawny John by tego właśnie pragnął, lecz jego już nie było i tak jest dobrze. Ten John, który teraz prowadził samochód pędzący przez zaśnieżony krajobraz jakiejś małej miejscowości (nawet nie wiedział jakiej bo przegapił szyld z nazwą) wcale nie myślał o podboju na kolejną noc. W jego głowie kłębiło się mnóstwo myśli, ale akurat tej o rozładowaniu pierwotnego popędu nie było. Wszystko się zmieniło, miał już dość swojego obecnego życia i wiedział że musi coś zmienić. Będąc już trzeci rok wiceszefem bardzo dobrze prosperującej firmy reklamowej mógł liczyć na to że wkrótce z jego tytułu zniknie przedrostek "wice" i osiągnie to czego tak bardzo chciał. Poprawka, to czego oni chcieli. Oni czyli matka, ojciec i Meggy jego siostra. Zawsze, już od momentu przyjścia na świat, miał przypiętą łatkę człowieka skazanego na sukces. I przez długi czas a konkretniej aż do wczoraj mu to nie przeszkadzało. Miał wszystkie cechy kogoś komu sukces jest pisany. Był bardzo przystojny (nawet z tym dwudniowym zarostem prezentował się niezgorzej), miał nienaganną prezencję i takież maniery. Poza tym od dziecka odznaczał się inteligencją o wiele przewyższającą tą jaka cechowała jego rówieśników. A trzeba dodać, że praktycznie od maleńkości obracał się w elitarnym gronie. Prywatna szkoła podstawowa, prywatne i najlepsze w mieście liceum i tak dalej aż do zdobycia dyplomu z prawa a w roku kolejnym dyplomu ukończenia Prywatnej Wyższej Szkoły Reklamy w Aschton, która wydała na świat tuzy nowoczesnej branży reklamowej. Tak, jedno jest pewne od początku jego rodzice robili wszystko aby ułatwić mu karierę. Do wczoraj był tak zaślepiony swoim pięknym, luksusowym i pełnym niezapomnianych wrażeń życiem, że nie zdawał sobie sprawy z faktu, który już dawno powinien mu dać do myślenia. Nie potrafił pojąć, że jego rodzice ulokowali w nim swoje własne niespełnione aspiracje i traktowali go jak marionetkę będącą narzędziem w rękach wprawnego aktora. Był tak naiwny, że sądził, iż wszystko osiągnął swoją własną pracą i inteligencją dającą mu ogromną przewagę nad innymi. Tak sądził i było to zupełnie naturalne. Wszystkie te wyobrażenia runęły kiedy chcąc wczoraj odwiedzić rodziców podsłuchał ich rozmowę. Nie usłyszeli jak wszedł a John zatrzymał się w drzwiach do salonu słysząc podniecony głos ojca. - Teraz już tylko krok do tego by wysiudał ze stołka tego matoła Grega -rzekł rozbawionym tonem ojciec. - Nie mów tak o Gregu ona wcale nie jest matołem. Jednak nasz syn na pewno bardziej nadaje się na szefa niż on -wtrąciła matka. - Taaak co do tego nie ma żadnych wątpliwości moja droga- kontynuował ojciec- Warto było uruchomić kilka lat temu kontakty z ludźmi, którzy byli mi coś dłużni, żeby John trafił do Vertonu. Teraz to wszystko zacznie procentować - Ale pamiętaj, że on nigdy by nam nie wybaczył, jeśli by się o tym dowiedział. Jest bardzo ambitny i fakt, że pomogłeś mu zdobyć miejsce w tej firmie na pewno nie byłby dla niego miły -rzekła matka. - Mam gdzieś co by sobie pomyślał, ciężko harowałem by mógł być tym kim teraz jest i nie wydaje mi się żeby fakt, że tak szybko zdobył miejsce w jednej z najlepszych firm reklamowych w kraju miał tutaj jakieś znaczenie. Najważniejsze że teraz będzie szefem i będzie się mógł nam odwdzięczyć za lata wspierania jego kariery. - Jak możesz tak mówić-wtrąciła zdenerwowana matka- myślisz, że jest nam coś winien, w końcu jesteśmy jego rodzicami, a do rodziców należy zapewnienie dziecku wszystkiego co najlepsze i wspieranie w jego planach. - Jak zwykle prezentujesz podejście z rodzaju "kochany tatuś-kochana mamusia". Proszę cię przestań bo mnie od tego mdli - ojciec dalej obstawał przy swoim. - Kocham Johna ale uważam że najwyższy czas żeby spłacił dług wdzięczności jaki ma u nas. Najwyższy czas żeby pojął, że jest nam coś winien za lata inwestowania w niego grubych pieniędzy, lata głaskania po główce i lata podstawiania pod mordkę wszystkiego co najlepsze. Teraz czas żeby wykorzystał swoją pozycję w firmie do tego, by zapewnić nam i Maggie bezpieczną przyszłość. Maggie jest jego przeciwieństwem i nie poradzi sobie sama w życiu, ciągle trafia na jakichś kretynów którym zależy tylko na tym co ma pod sukienką. Ona jest życiowym nieudacznikiem... - Jak możesz -wtrąciła matka. - Nie przerywaj mi!!! Taka jest prawda, John zawsze ją wspierał ale to za mało. Musi sobie uświadomić, że matka, ojciec i jego siostra zasługują na to by podzielił się z nimi swoim majątkiem, jaki na pewno niebawem zgromadzi. Im wcześniej to pojmie tym lepiej dla niego. Dość już mam tego ciągłego odgrywania tatusia, który wypruł sobie żyły dla niego i nic w zamian nie chce. Rozumiesz? Dość, dość...- zakończył ojciec. - Jednak uważam, że nie...- zaczęła matka ale John już jej nie słuchał. Wyszedł po cichu z domu rodzinnego, który do momentu usłyszenia słów ojca uważał za bezpieczną twierdzę do której zawsze mógł powrócić i skryć się kiedy potrzebował ciepła i pocieszenia. Właściwie nie wiedział, czy to co usłyszał było koszmarnym snem, czy najprawdziwszą jawą. Chłodny powiew zimowego powietrza otrzeźwił go jednak i zrozumiał, że nie może liczyć na przebudzenie z tego koszmaru. Jego dotychczasowy świat runął to było pewne. Fakt, że zdobył miejsce w Vertonie za sprawą wstawiennictwa ojca nie bolał tak bardzo jak to, iż jego rodzony ojciec, jego autorytet i przyjaciel potrafił okazać się tak zakłamaną i interesowną gnidą. Na usta cisnęły mu się gorsze określenia, ale wolał żeby nie zostały wypowiedziane. Po tym jak wreszcie znalazł swojego jaguara, a nie było to łatwe bo w stanie jakim był wydawało się to ciężkim zadaniem, zapuścił silnik i odjechał z piskiem opon aby jak najszybciej oddalić się od domu rodziców, do którego wiedział że nigdy już nie wróci. Po kilku kilometrach zatrzymał się na jakimś odludziu, wyłączył światła, sprawdził, czy nikt go nie mija i wtedy wybuchnął płaczem. Płakał a właściwie wydawał z siebie jęk podobny do tego jaki może wydawać wilk złapany w sidła. Płakał i walił rękami w kierownicę, płakał i uderzał...i tak do momentu kiedy zobaczył, że ma całe dłonie we krwi. Ostatni raz płakał, jak mu się wydawało, pięć lat temu gdy zmarła jego babcia. Pierwszą osobą, która go wtedy pocieszyła był ojciec. Pokochał go wtedy jeszcze bardziej za te ciepłe i niezwykle czułe słowa otuchy. A teraz łzy na jego twarzy były wywołane właśnie przez "kochanego tatusia" i przez to jakim okazał się naprawdę. Nie sądził, że rodzony ojciec może być tak fałszywy i skrywać przez tyle lat prawdziwy cel swej miłości do syna. Celem tym było zrobienie z Johna maszynki do robienia pieniędzy, za które on, matka i Maggie mogliby do końca swoich dni prowadzić dostatnie życie. Ojciec od dawna był na emeryturze, był niespełnionym pisarzem, który pisał ckliwe romansidła dające mu całkiem pokaźne wynagrodzenia, ale nie dające satysfakcji. Zawsze chciał, jak opowiadał Johnowi, napisać książkę, która nie byłaby czytana tylko przez zabiegane kury domowe (jak określał swoje czytelniczki) ale trafiła też do ambitniejszych odbiorców. Parę razy próbował ale wszystkie rękopisy trafiły do pieca. John obserwował frustrację ojca i jego pisarską niemoc i wtedy mu współczuł a teraz zrozumiał, że od chwili kiedy ojciec porzucił pisanie dla niego samego oznaczało to początek "czasu kreacji", jak można nazwać proces manipulacji jakim poddawał go ojciec. Najgorsze, że do chwili usłyszenia rozmowy ojca z matką nie był tego świadom i nawet przez myśl by mu to nie przeszło. Bo czyż można podejrzewać, że ojciec, którego tak kochałeś okaże się tak przebiegłym manipulatorem. Do matki nie miał może aż tak strasznego żalu. Ona nigdy nie potrafiła się przeciwstawić ojcu i była w tym całym przedstawieniu cichą obserwatorką. Ale z drugiej strony właśnie fakt, że przyglądała się poczynaniom ojca bez słowa sprzeciwu, nawet wiedząc, że to i tak nic nie da, mógł boleć. A Maggie? Kochana Maggie, starsza od niego o trzy lata, mająca dla niego zawsze ciepłe słowo, ale w głębi duszy będąca zagubioną i nie radzącą sobie z niczym kobietą. Był przekonany, że ona nie brała udziału w tej całej farsie pod tytułem "robimy z Johna człowieka sukcesu". Podejrzewał, iż ojciec chciał ją wkrótce wtajemniczyć, ale nie wątpił, że Maggie napluła by mu za to w twarz. Nigdy się z ojcem nie zgładzała i nigdy nie chciała jego pomocy. Wolała zadawać się z podejrzanymi typkami i mieszkać w nędznych spelunkach niż być skazaną na ciągłe docinki i uwagi ojca. Wyprowadziła się z domu cztery lata temu a właściwie uciekła, bo ciężko nazwać wyprowadzką fakt, że zabrała większość swoich rzeczy o drugiej w nocy i wyjechała do Climington z kolesiem poznanym tego samego wieczora w barze. John nigdy jej nie oceniał, kochał ją taką jaka była i wiedział, że ona zrozumie jego obecne postępowanie. Dzwonili do siebie regularnie a on od czasu do czasu wysyłał jej pieniądze, które ona przyjmowała z niechęcią lub czasem nawet odsyłała z powrotem. Dlatego był przekonany, że gdyby dowiedziała się o planach ojca zrobiłaby mu karczemną awanturę i powiedziała, iż nie chce go więcej oglądać. Choć teraz i tak widywali się rzadko, praktycznie tylko na święta, a ona bardziej przyjeżdżała do matki niż do niego. Teraz kiedy tak jechał i przypominał sobie to wszystko utwierdził się w przekonaniu, że dobrze zrobił wyjeżdżając z Aschton i zostawiając w tyle całe swoje dotychczasowe życie. Wiedział, że nie mógłby dalej pracować w firmie, w której miejsce zdobył nie dzięki swoim umiejętnościom, a może nie tylko dzięki nim, ale przede wszystkim za sprawą ojca. Przez lata był karmiony przez niego mrzonkami, że jest najlepszy i że wszystko zawdzięcza tylko sobie, dlatego fakt, iż jego kariera nabrała rozpędu dzięki ojcu, czego nigdy by nie chciał gdyby ten mu to zaproponował, zniszczył mu wszystko. Pozbawił marzeń jakie miał odnośnie zmian jakie zajdą w firmie jak zostanie szefem i ochoty na ustatkowanie się i założenie rodziny. Wiedział, że nigdy nie będzie mieć dzieci po tym co usłyszał. Nie chciałby skrzywdzić swojego dziecka tak jak zrobił to jego ojciec. Geny ojca stały się dla niego przekleństwem. Na dobre skończy z przygodnymi znajomościami, to też wiedział. Może kiedyś kogoś pokocha ale nie nastąpi to prędko a ona będzie musiała zaakceptować jego decyzję o tym, iż nie chce mieć dzieci. I układając sobie to wszystko w głowie nagle zerknął na elektroniczny zegar na tablicy rozdzielczej uświadamiając sobie jak cholernie późno się zrobiło. Jechał nieprzerwanie od 4godzin. Rano wypił tylko kawę, spakował trochę rzeczy i zadzwonił do firmy mówiąc zdumionej sekretarce, że odchodzi i prosząc by gdy załatwi wszystkie formalności skontaktowała się z jego adwokatem. Potem poszedł na bardzo długi spacer odwiedzając miejsca, które kochał tak bardzo będąc małym chłopcem. Błąkał się tak do wieczora. Zrobił to ponieważ wiedział, że jeśli teraz wyjedzie to jego noga już nigdy nie postanie w Aschton. Było to nieodwołalne. Postanowił, że ojcu wygarnie wszystko trochę później kiedy już poukłada sobie wszystkie myśli. Teraz to by nie miało sensu, bo skończyłoby się na trzaśnięciu słuchawką, gdyż nie byłby pewnie w stanie wydusić słowa z bólu jaki w nim tkwił. Do Maggie też zadzwoni później a matka sama pewnie będzie taśmowo nagrywać się na pocztę w komórce. Z nią też nie potrafiłby teraz rozmawiać, gdyż mimo wszystko miał do niej trochę żalu, że nie zdobyła się na to żeby mu powiedzieć jakie plany ma ojciec wobec niego. Ale o tym nie chciał na razie myśleć. Zatrzymał samochód, wyłączył silnik i wysiadł żeby rozprostować obolałe nogi. Rozejrzał się i zdał sobie sprawę, że nie ma zielonego pojęcia gdzie się znajduje. Stał na jakimś zaśnieżonym pustkowiu, w oddali widział las a jedyne światło jakie padało na drogę to oświetlenie z latarni przydrożnej obok której zatrzymał wóz. Nie dostrzegł żadnego znaku informacyjnego mogącego pozwolić mu się rozeznać gdzie jest. Spojrzał na zegarek na ręku i zobaczył, że do północy brakuje już tylko kwadransa. Postanowił szybko znaleźć jakiś motel i przespać się trochę żeby dać odpocząć głowie, która pracowała od dwóch dni na najwyższych obrotach. Zrobił kilka przysiadów dla rozluźnienia mięśni i wsiadł do jaguara. Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił i... zamiast tego rasowego pomruku dla którego zdecydował się kupić ten samochód nie usłyszał kompletnie nic. Samochód nie zapalił a do tej pory nigdy jeszcze nie miał z nim problemów. Zaklął pod nosem i spróbował jeszcze kilka razy przekręcając kluczyk z coraz większą złością ale bezskutecznie. Wysiadł i otworzył maskę oświetlając wnętrze światłem latarki wyjętej ze schowka. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało w porządku. Podłubał trochę, sprawdził czy przewody akumulatora są dobrze przypięte i jeszcze raz wszystko dokładnie obejrzał. Nie był raczej dobrym mechanikiem, ale potrafił sobie poradzić z drobnymi usterkami. Poza tym nie spodziewał się, że samochód tak dobrej marki, który kupił dwa miesiące temu tak szybko wypróbuje jego podstawowe umiejętności mechanika. Zamknął maskę i spróbował jeszcze raz uruchomić silnik ale ten milczał jak zaklęty. Zaczął uderzać dłońmi w kierownice, ale zabandażowane palce po poprzednim takim wybuchu szybko zaprotestowały. Musiał się teraz zastanowić jak przeczekać tę noc, bo nie miał złudzeń, że uda mu się teraz ściągnąć pomoc drogową. Wyjął telefon żeby sprawdzić koło jakiej większej miejscowości się teraz znajduje, ale wyświetlacz był ciemny. Przez ten cały poranny pośpiech zapomniał oczywiście naładować baterię a potem już o tym zupełnie nie myślał, bo nie planował dziś do nikogo więcej dzwonić. Zaklął ponownie, tym razem o wiele dosadniej i obiecał sobie, że od tej pory zawsze będzie czytał nazwy mijanych miejscowości. Niby znał te okolice, ale przecież w nocy przy tak słabym świetle jednej latarni nie mógł dokładnie określić swojego położenie. Postanowił zjeść kanapkę i napić się trochę kawy z termosu bo burczenie brzucha zagłuszało już jego myśli. Kiedy pił kawę postanowił, że poczeka na jakiś przejeżdżający samochód bo przecież musi się trafić jakaś zbłąkana ciężarówka czy autokar wiozący pogrążonych we śnie turystów. Przypomniał sobie jednak, że przez całe cztery godziny nieprzerwanej jazdy nie spotkał żądnego innego uczestnika ruchu. Chociaż był tak pogrążony we własnych myślach, że jeśli przegapił szyldy z nazwami miejscowości to równie dobrze mógł nie zobaczyć innych samochodów. Dobrze że przynajmniej instynkt doświadczonego kierowcy nie pozwolił mu się rozbić a mogło się tak stać bo zupełnie nie myślał o tym gdzie i jak jedzie. Pochwalił w myślach swoją niewiarygodną głupotę poruszania się po zimowej drodze z wyłączonym rozumem. Ale po tym co się wczoraj zdarzyło jakoś się tym wszystkim nie przejął, Może nawet dobrze by się stało gdyby wpadł do jakiegoś rowu. Wtedy przynajmniej nie musiałby się zadręczać tym całym natłokiem myśli. Jak pokazał zegarek czekał tak oparty o samochód, opatulony kocem i z termosem z kawą w ręku około 40min. Nic nie przejechało, nawet najmniejszy garbus z zabłąkaną drogową duszyczką. Zaklął po raz już niewiadomo który i zaczął się zastanawiać co teraz. I kiedy odwracał się by otworzyć bagażnik zobaczył coś dziwnego co w pierwszym momencie mógł uznać za majaki zmęczonego umysłu.
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Marlowe
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…