Wróć do katalogu

Las rozpaczy

Zdeprecjonowana nastolatka doznaje impulsu, który rozchwiewa jej psychikę. Zaczyna odczuwać wyłącznie skrajne piękno oraz skrajne cierpienie. Ich konsekwencje, w połączeniu z osobowością unikającą, prowadzą ku pogoni za rozwiązaniem ostatecznym.

Risen911, opublikowano , 1 godz. 20 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

„Promień księżyca dotyka Skażonej strefy oka Spalonych kwasem satelit Lśni błękitna powłoka”

{i}Rozdział I{/i}

Pobliski las jeszcze nigdy nie wydawał się tak szary i ponury jak tej jesieni. Liście opadły już w połowie października, pozostawiając skąpane w deszczu, nagie gałęzie, rozpostarte wysoko nad ziemią. Tworzyły one szarobrązową poświatę, która z trudem przepuszczała i tak blade już światło. Oprócz intensywnych deszczów, które praktycznie codziennie bezlitośnie zalewały okolicę, co jakiś czas zrywał się silny wiatr z północy, który wyginał oraz łamał spore ilości napotkanych przez siebie gałęzi. Te, o ile nie zawisły na jednym z konarów, spadały na ziemię, rozkładając się w kałużach błota i przegniłych liści. Gleba była tak grząska, że przy każdym kroku zagłębić się w nią można było na co najmniej kilka centymetrów, a wędrówki, nie dość że uciążliwe, to jeszcze wyczerpujące i przygnębiające. Bez względu na warunki pogodowe, miejsce to nie cieszyło się zbyt dużą popularnością wśród mieszkańców pobliskich wsi. Okoliczne wyżyny pokryte były bowiem sporą ilością mniejszych lasów, przeplatanych osiedlami domków oraz należącymi do nich niewielkimi polami uprawnymi. Las ten zaś, nie tylko trudno dostępny, duży, z chaotycznie rozrzuconymi ścieżkami, na których bardzo łatwo można się zgubić, przywoływał wiele bolesnych wspomnień. Każdy kto pojawiał się w tamtej okolicy na dłużej, zostawał wielokrotnie ostrzegany przed bezmyślnym wkraczaniem na jego ścieżki. Ostrzegali nawet ci, którzy niegdyś ze względu na swoje niepokorne charaktery postanowili celowo uczynić wbrew otrzymanej przestrodze. Nikt nie potrafił wytłumaczyć jednak fenomenu tego miejsca ani wskazać na czynnik, który sprawia, że posiadało ono tak destrukcyjny i przygnębiający klimat. Czymkolwiek by ten czynnik nie był, działał bardzo skutecznie przypisując temu niesławnemu miejscu miano lasu rozpaczy.

L spojrzała na ścianę, na której wisiał dość nieestetyczny kalendarz z wyrywanymi kartkami. Widniała na nim duża cyfra „31” oraz drobny napis „października”, co oznaczało, że właśnie nadszedł pierwszy listopada, czyli najbardziej przygnębiający dzień w roku. Pomimo zniechęcenia, podeszła do niego i pociągnęła za nieaktualną kartkę targając ją na pół. – Dziękuję – powiedziała sarkastycznie, marszcząc przy tym złowrogo brwi, po czym oderwała resztę nadtarganej kartki ujawniając dużą, czerwoną jedynkę z drobnym napisem „listopada” poniżej. – Niedziela… – pomyślała – mój ulubiony dzień tygodnia – sarkazm nie opuszczał jej ani na sekundę. Pomimo obrzydzenia, jakim przepełniało ją tkwienie w melancholii, spojrzała w stronę okna tylko po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że dzień ten naprawdę będzie najgorszym dniem w całym i tak beznadziejnym już roku. – Śniadanie! – Z parteru dobiegł oziębły głos matki. – Zaraz! – Odpowiedziała nerwowo L, przewalając sterty bielizny w poszukiwaniu czegoś adekwatnie do pogody cieplejszego. Gdyby zależało to tylko i wyłącznie od niej, w wolne dni nie przebierałaby się wcale. Ze względu na samotniczy tryb życia, nie posiadała ona też zbyt wielu ubrań. Na co dzień, było ich wystarczająco dużo, by zawsze móc założyć coś świeżego, ale i nie przemęczać się częstym praniem. Takie też rozwiązanie wydawało się dla niej najkorzystniejsze. – No idziesz?! – Ponaglała matka. – ZARAZ! – Krzyknęła L, przeklinając po cichu pod nosem. Jej nastrój, pomimo iż i tak był tego dnia dość nieznośny, wydawał się z każdą chwilą pogarszać. Przygryzając wargę, zamknęła mocno oczy i wzięła dwa głębokie wdechy. Pretensje i powszechny brak zrozumienia dotykały ją bowiem najbardziej, co też bezpośrednio powodowało, iż preferowała przebywanie w samotności nad socjalizacją z kimkolwiek, wliczając w to także rodzinę. Wspólne posiłki były zazwyczaj jedyną porą w ciągu dnia, w której L udawała duchową przynależność do reszty domowników. Podobnie jak w przypadku ubrań, uznawała to za najwygodniejsze z rozwiązań. Maskowanie nastroju oraz zachowywanie się wbrew własnym odczuciom budziło u niej wewnętrzny wstręt, jednak nie aż tak silny, jak wdawanie się w bliższe relacje z rodzicami, de facto wymuszone ostatnimi namiastkami życia rodzinnego w tym domu. Schodząc po schodach, ujrzała przemykającego korytarzem ojca, któremu wyraźnie gdzieś się spieszyło. Przeważnie, całymi weekendami przesiadywał leniwie przed telewizorem, oglądając kanały informacyjne oraz powtórki wydarzeń sportowych sprzed kilku lat, gdy jego ulubione drużyny odnosiły największe sukcesy. Ów pośpiech wydał się więc dosyć intrygujący, jednak pomimo ciekawości, nie spytała o jego powód. Kontynuowała schodzenie do kuchni. Przy stole siedziała matka, apatycznie skrobiąc zmarznięte masło. L usiadła bez słowa, po czym nałożyła sobie na talerz plasterek sera, który posmarowała serkiem szczypiorkowym. Zjedzenie tego posiłku zajęło jej raptem dwa gryzy. Nie zdążyła nawet pomieszać herbaty, a już przepełniała ją chęć powrotu do błogiej samotności, która czekała na nią w pokoju na piętrze. Wypiwszy dwa łyki, odłożyła kubek, po czym wstała tylko po to, by zostać stanowczo zatrzymaną przez matkę. – Wracaj! – Po co? – Spytała z lekkim wyrzutem L. – Co to miało być? – L milczała, choć wiele odpowiedzi przychodziło jej na myśl. – Pójdziesz jak zjesz – dokończyła matka, a L w akcie rezygnacji klapnęła bez życia przy stole i położyła głowę między ramionami. – Czy wymagamy od ciebie aż tak wiele? – Kontynuowała. – Żebyś choć raz siadła z nami w spokoju, spojrzała w oczy, uśmiechnęła się… jak w każdej normalnej rodzinie... Aż tak się wstydzisz tego domu? Tego co dla ciebie robimy? – Poziom sfrustrowania przekroczył granice milczenia. – Musisz mi to robić akurat dzisiaj? – Spytała L nie wyciągając głowy z ramion. – Kiedyś trzeba… A co takiego jest dzisiaj? Kiedy miałabym to zrobić? – naciskała matka. – Nie wiem, daj mi spokój… po prostu mam zły dzień – odpowiedziała L podnosząc rozczochraną głowę. – Ty zawsze masz zły dzień – bąknęła matka odkładając z trzaskiem nóż do masła. – Powiedz mi, czego ty jeszcze od życia oczekujesz, żeby być szczęśliwą? – Spokoju – odpowiedziała L po raz kolejny wstając od stołu. – Zatrzymasz mnie jeszcze raz? – dodała. – Nic nie zjadłaś, dziecko – odparła ze zrezygnowaniem matka, wyraźnie bardziej zasmucona niż przed chwilą zła. – Nie jestem głodna… – rzekła L po czym udała się w stronę swojego pokoju. – I nie mów do mnie dziecko – skończyła, stawiając pierwszy krok na schodach. Matka milczała. Wiele musiało dziać się w jej głowie, podobnie jak i wiele działo się w głowie L. Zamykając drzwi od pokoju, usiadła przy ścianie. Zakrywając twarz dłońmi, próbowała wyciszyć świeży napływ przygnębienia oraz wyrzutów sumienia. Z jednej strony doceniała starania rodziców oraz zdawała sobie sprawę, że gdzieś tam głęboko kryją się do nich miłość i wdzięczność, jednakże z drugiej nie potrafiła tych uczuć wyciągnąć na pierwszy plan, gdzie dominował smutek, tęsknota za nieokreślonym oraz pragnienie wiecznej samotności. Ostatnie słowa matki, na które odpowiedziała natychmiastowo oraz bez większego zastanowienia, utkwiły w niej najsilniej. – Czego ja jeszcze od życia oczekuję, żeby być szczęśliwą?

Nie będąc w stanie czytać, L odłożyła książkę na swoją fioletową kołdrę. Tego dnia, wyrzuty sumienia wobec własnego zachowania dręczyły ją bardziej niż kiedykolwiek. Nie wiadomo, czy powodem tego zjawiska była wszechobecna, jesienna szarość, czy też kumulujące się z czasem konflikty z otoczeniem, rodziną i samą sobą, dodatkowo przesiąknięte niecierpliwością oraz świadomością przemijania jej kruchego i skromnego życia. Spoglądając w pokryte deszczem okno, które znajdowało się po prawej stronie łóżka, ukazał jej się dobrze komponujący z tonem przemyśleń, lecz równie przygnębiający obraz okolicznych pól, domów i dróżek. Wszystko szare, pusto-szare, a do tego zmoknięte i zziębnięte, pasywnie powiewające na chłodnym wietrze. Uznając ów obraz za nienajlepszy na obecną chwilę, skupiła się na kropelkach, które raz po raz spływały po szybie, tańcząc i ścigając się ze sobą beztrosko. Chwila ich obserwowania przywołała wspomnienia z dzieciństwa. L zamknęła oczy, oddając się projekcji. Jej wyobraźni ukazał się znajdujący się za domem ogród, który niegdyś imponował swoim rozmiarem i kolorystyką, a dla małej dziewczynki był fascynujący niczym bajkowy świat, w którym mogła znaleźć zarówno ekscytację, jak i ukojenie, wyobrażając sobie tysiące scenariuszy, w których odgrywała główne role. Obecnie kilkukrotnie mniejszy, pełni raczej funkcję wypełniacza przestrzeni, a tworzony jest z powinności, a nie jak za dawnych lat, z pasji. Otwierając oczy, L zwróciła uwagę na kropelkę, która z powodu małego ciężaru, z trudem pokonywała tarcie szyby, pomału i delikatnie sunąc po swej drodze. L przyłożyła palec do okna i zaczęła od jego wewnątrz odprowadzać swoją małą kropelkę, obserwując, jak pokonując kolejne milimetry, nabiera ona masy oraz nieznacznie przyspiesza. Na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech. Kawałek szyby poniżej pokryty był jeszcze mniejszymi kropelkami, które stały w bezruchu, co umożliwiało tej odprowadzanej dalsze nabieranie siły oraz coraz pewniejsze kroczenie w dół okna. Pokonując kolejne milimetry, mała kropelka przybierała rozmiar pozwalający jej pokonywać mniej więcej centymetr w ciągu sekundy. Palec L przyspieszał, a razem z nim wzbierały się w niej radość i wzruszenie. Z pozoru zwyczajne i nieistotne, wypełniało ją niewytłumaczalnym szczęściem. Dawno bowiem nie zależało jej na niczym tak bardzo, jak w ciągu tych kilku sekund na losie małej kropelki, która nie zważając na przeciwności, dzielnie pokonywała szklany bezkres, na który została nagle rzucona przez wiatr. – NIE! – krzyknęła błagalnie L, kładąc na oknie całą swoją dłoń, a następnie wpatrując się z niedowierzaniem w jeden punkt na szybie. Jej oczy wypełniły się łzami, a umysł pokrył myślową mgłą. Spuściła wzrok i powstrzymując się od padania bezwładnie na łóżko, wstała, po czym pokierowała się w stronę drzwi. Schodząc po schodach, obawiała się kolejnej konfrontacji z matką, jednakże ku jej uldze, nie spotkała w korytarzu nikogo. Jedyne o czym myślała, to ucieczka jak najdalej stąd. Ucieczka do miejsca, w którym odnalazłaby utraconą radość i pogodę ducha, stając się tym samym osobą, którą chciałaby być przez cały czas. Wyciągając włosy z kurtki uznała, iż może być dostatecznie zimno, by po raz pierwszy tej jesieni założyć szalik. Tak też uczyniła. Idąc po placu, zauważyła że nie ma na nim samochodu, co oznaczało, że rodzice musieli dokądś pojechać. Zazwyczaj powodowało to u niej radość, jako że mogła swobodnie poruszać się po całym domu, lecz tym razem nie miało to znaczenia. Postanowiła uciec od niego jak najdalej, zanurzając się w ponurości i chłodzie tego dnia oraz oddając się w ręce wiatru, który miał ją ponieść przed siebie, w nieznane, byle jak najdalej stąd – miejsca pozbawionego inspiracji oraz nadziei na zmianę. Pierwszy silny powiew nadciągnął z zachodu, co oznaczało, że L uda się na wschód, ścieżką w dół wioski. Tego dnia natura wydawała się tkwić w pakcie przeciwko ludzkiemu szczęściu. Deszcz padał bardzo obficie, przemaczając w szybkim tempie ubrania na zziębniętej dziewczynie, a także przepełniając dziury w asfalcie, co powodowało, iż stawanie w kałużach mogło się zakończyć dość nieprzyjemnie. L stawiała swoje kroki bardzo ostrożnie, raz po raz zanurzając stopy głębiej niż zazwyczaj oraz przemaczając doszczętnie obuwie. Wiatr zaś zdawał się wiać ze wszystkich stron z równą siłą, celując w małą, drobną i słabą dziewczynkę pośrodku. Jednakże nie ulegała ona ani na chwilę owym siłom natury. Wręcz przeciwnie. Po raz pierwszy od dawna wypełniało ją przeczucie, iż właśnie dzieje się coś ważnego, co raz na zawsze odmieni jej los. Coś, co odpowie na pytania kim jest, czego potrzebuje oraz dokąd powinna zmierzać. Czuła, iż właśnie ma miejsce moment, który wbrew kreowanym przez pogodę pozorom, nada jej życiu sensu. Każdy krok stawiany na pokrytej potokami wody ścieżce wydawał się przybliżać ją do czegoś utraconego i wytęsknionego, a im mocniej wiało, tym więcej było w niej determinacji, by kontynuować swój marsz naprzód. Jedyną niespokojną myślą pozostało w niej pytanie o przyczynę tego nagłego impulsu. Nie wydarzyło się przecież nic, co wyróżniałoby ten dzień ponad inne – szare, smutne i puste, niezależnie od pogody. Ta sama samotność, to samo odrzucenie, ten sam brak miejsca, do którego można się udać. – Hej! – Rozległ się męski głos wytrącając L z zamyślenia. – Dokąd to w taką pogodę? – Spoglądając w bok, ujrzała starszego mężczyznę siedzącego na zadaszonym przystanku autobusowym. – A pan? – Spytała nieśmiało i nieprzemyślanie. – A ja siedzę – odparł z uśmiechem mężczyzna. – I patrzę – dodał tonem, jakby opowiadał bajkę. L stała w intensywnym deszczu nie wiedząc co odpowiedzieć, ani co zrobić. Staruszek wzbudził w niej wystarczająco sympatii, by nie była w stanie po prostu odejść. – Chodź tutaj – zaproponował mężczyzna ochoczo klepiąc po ławce. Kompletnie przemoczona, posłuchała prośby i wykonała kilka kroków w jego stronę. Siadając, wyrwała się z transu, który przez całą drogę opętywał jej umysł. Dopiero w tym momencie poczuła zimno, które powinno było ją przeszyć krótko po opuszczeniu domu. – Zimno, co? – Spytał staruszek, wpatrując się w dziewczynę. – Tak – odpowiedziała L trzęsąc się i pocierając o siebie rękami. – Czemu nie siedzisz w domu jak wszyscy? – Spytał ponownie. – A pan? – najwidoczniej spodobało jej się odpowiadanie na pytanie pytaniem. – A ja siedzę – powtórzył – i patrzę – dodał, tym razem bez uśmiechu. – Aha – odparła lekko zdezorientowana dziewczyna. Zaległa cisza. Staruszek zapewne zdał sobie sprawę, że nie wyciągnie od L żadnej informacji. Ta jednak, nawet i ku własnemu zdumieniu, poczuła potrzebę, by zainicjować rozmowę. – Na co pan patrzy? – Spytała nieśmiało. – Rzadko się odzywasz, prawda? – wywnioskował mężczyzna. Pytanie to było o tyle niespodziewane, że L zamilkła ponownie, tym samym odpowiadając na ostatnie pytanie twierdząco. – Przypominasz mi kogoś… – zaczął, wpatrując się w szary i mokry płot po drugiej stronie ulicy. – Kogo? – Spytała, tym razem wpatrując się w niego, a poczucie chłodu opuściło ją po raz kolejny. – Była taką śliczną nastolatką… piękne oczy, długie włosy, długie palce… – zachwycał się wspomnieniami. – Kochana, delikatna, czuła… taką ją poznałem. Strasznie krucha i zagubiona. Robiła co do niej należało, bo musiała. Często potrzebowała pomocy – zaśmiał się krótko kręcąc przecząco głową. – Nigdy o tę pomoc nie umiała poprosić. Jeśli nikt nie widział jej w potrzebie, czekała lub odkładała to na później, aż ktoś zauważy jej problem. A była mądra… i dobra też – westchnął. – Tylko zagubiona… Od razu zwróciłem uwagę na to zagubienie. Zrobiło mi się przykro. Postanowiłem ją obserwować i być zawsze wtedy, gdy czegoś potrzebuje. Być jej przewodnikiem… – na jego twarzy pojawił się grymas zgorszenia. Słuchasz w ogóle? – Spytał pogrążonej w myślach L. – Tak, tak, słucham – odpowiedziała pospiesznie. – Wyobrażam to sobie – dodała. – Dobrze – odpowiedział staruszek. – Na czym to ja… – zawahał się przez chwilę. – A właśnie… Byłem jej przewodnikiem. Zawsze wtedy, gdy mnie potrzebowała. Codziennie upewniałem się, czy ma wszystko, czego jej potrzeba. Dzięki mnie stała się znowu szczęśliwa… – westchnął. – Po pewnym czasie… – tu przerwał, zapewne myśląc jak ująć resztę wypowiedzi. – Zdałem sobie sprawę, że się w niej zakochałem. Mieliśmy z kolegami zakład, zabawny. Który z nas jako pierwszy się zakocha, przegrywa – zaśmiał się nostalgicznie. – W każdym razie przegrałem, ale to się nie liczyło. Liczyła się dla mnie tylko ona. Każdy jej uśmiech dawał mi tyle szczęścia… Dbanie o jej nastrój, o każdą najmniejszą zachciankę, każdego dnia, na każde zawołanie, cztery i pół roku młodości… – tu jego głos się załamał. Nie był też w stanie wypowiedzieć kolejnego słowa. Zamiast tego, wpatrywał się w asfalt, ze spojrzeniem wskazującym na przerzucanie w głowie stosów trudnych myśli. – Wszystko w porządku? – Spytała L. – Tak, tak, myślę – odpowiedział pospiesznie. – Chcesz znać koniec tej historii? – Spytał. – Chcę – odpowiedziała bez namysłu L. – Pewnego dnia stanęła w progu mojego domu – kontynuował staruszek. – Zazwyczaj to ja odwiedzałem ją. Ona zjawiała się u mnie tylko wtedy, gdy czegoś pilnie potrzebowała. W każdym razie zdziwiła mnie jej obecność… tym bardziej, że była przeszczęśliwa. Nie wydawało mi się, żeby i tym razem mogła czegoś pilnie potrzebować… „Muszę powiedzieć ci coś, co cię uszczęśliwi!” – zacytował ową dziewczynę. – Byłem bardzo ciekaw – kontynuował. – „Chcę ci tym samym podziękować za wszystko co dla mnie zrobiłeś, jesteś najbliższą mi osobą i wiem, że mogę zawsze na ciebie liczyć…” W tym momencie poczułem największe szczęście w swoim życiu… Na tamten moment, moim jedynym marzeniem było objęcie jej dziewczęcego ciała, pocałowanie jej delikatnych ust… eh… – westchnął po raz kolejny staruszek. W L, zaciekawienie splatało się z dociekaniem, jaki okazał się finał całej tej sceny. Przeczuwała jednak silnie, iż nie był to wspomniany pocałunek, lecz coś bardzo przykrego. – Nie chciała pana, prawda? – Spytała. Staruszek wyrwał się z zamyślenia, po czym spojrzał na dziewczynę. Jego oczy były załzawione, jednak nie uronił ani jednej. Wziąwszy głęboki oddech, wyrecytował – „Jestem w ciąży. Chcę żebyś został chrzestnym”. – L symbolicznie przytaknęła, gdyż potwierdziły się jej przeczucia. Po raz kolejny zapadła cisza. – Starasz się jak możesz, dajesz z siebie wszystko, a i tak zawsze jest ZA MAŁO… – obruszył się mężczyzna. – Tu mało, tam źle, całe pieprzone życie starań na nic… Jak tu się nie czuć beznadziejnym… Staruszek spojrzał w dół, a następnie w dal. L nie kryła smutku. Rozumiała go bowiem lepiej niż ktokolwiek. – Ale co to ma wspólnego ze mną? – spytała. Staruszek westchnął po raz ostatni. – Nie wiem – odparł. – Twoja małomówność przypomniała mi o tym wszystkim, do tego ta okropna pogoda… – tłumaczył, zdając sobie sprawę, jak nieznacznie wpłynie to na ewentualne porównanie nieznajomej do osoby, która poniekąd zrujnowała jego życie. – Przepraszam – dodał, po czym wyciągnął rękę w kierunku L, by sprawdzić jej reakcję. Ta nie odsunęła się, ani nawet nie wzdrygnęła. Staruszek dotknął jej ramienia i popatrzył jej w oczy. – Wiem, że nie jesteś taka jak ona – dodał. – Jesteś taką śliczną nastolatką… piękne oczy, długie włosy… – L spojrzała na swoje w istocie długie palce. – Nie musi pan kończyć. – Staruszek przerwał, zawahał się, po czym wpadł w zmieszanie. – Jestem dokładnie taka sama jak ona – dodała z lekkim smutkiem. Na twarzy mężczyzny wymalowało się przejęcie. – Na szczęście nikogo jeszcze nie skrzywdziłam… – podsumowała. Staruszek uśmiechnął się do niej oraz poklepał ją po plecach, co sugerowało, by były to ostatnie słowa wypowiedziane w trakcie tej rozmowy. L również się uśmiechnęła, po czym wstała, westchnęła na myśl o kolejnej przeprawie, tym razem pod górę, oraz odeszła. W jej myślach odbijały się echem pojedyncze fragmenty opowieści staruszka. Przypadek, który sprawił, że po ujawnieniu zaledwie jednej cechy charakteru, obca osoba wywnioskowała dość trafnie resztę jej osobowości, wprawiał ją w pełne zdumienie. – Nie mogę być aż tak oczywista… – zapewniała się w myślach. Wizja ta, mimo małego prawdopodobieństwa, przerażała ją nieco. – A co jeśli jestem? Co jeśli nie jestem nikim wyjątkowym, tylko kolejną słabą osobą? – Myśli dręczyły ją nieustannie. Z każdą chwilą jej wewnętrzna negacja słabła, przybliżając ją do skonfrontowania się z gorzką prawdą. – Na szczęście nikogo jeszcze nie skrzywdziłam… – próbowała z całej siły uwierzyć w tę myśl. Bezskutecznie. – Krzywdzę rodziców, krzywdzę siebie, krzywdzę każdego kogo spotkam… – wewnętrzny demon dawał o sobie znać coraz głośniej i głośniej. – Nie wiem co robić, nie umiem sobie pomóc, to wszystko dzieje się samo, nie mam na siebie wpływu… – burza wewnątrz niej przybierała postać tej na zewnątrz. Próbując zapomnieć o całej sytuacji, spojrzała w stronę lasu. Od domu dzieliło ją zaledwie kilkanaście metrów. Jej uwagę przykuło stojące samotnie w polu drzewo, które targane przez wiatr wyginało się niemalże do poziomu. Mimo bezustannej presji wichury, która co chwilę wiała z innej strony , żadna z jego gałęzi się jednak nie złamała. Ledwo utrzymująca się na nogach L, by móc jeszcze przez chwilę poobserwować ten inspirujący widok, złapała się płotu. W mgnieniu oka, huk i trzask wytrąciły ją z równowagi. Niesiona przez wiatr gałąź wylądowała tuż obok niej, trzaskając w drewniany płot i łamiąc jedną z jego sztachet na pół. Przestraszona dziewczyna bez namysłu wycofała się szybko na czworaka, po czym wstała i pobiegła w stronę domu.

L zrzuciła z siebie kilkukrotnie cięższy z powodu przemoczenia płaszcz oraz chlupiące buty. Jej dłonie i stopy były skostniałe, a każda czynność w trakcie rozbierania się zajmowała o wiele dłużej niż powinna. – Mój Boże, dziecko… – przejęła się przechodząca korytarzem matka. – Gdzie ty byłaś? – Spytała. – Na spacerze – odpowiedziała L. – W taki deszcz? Bój się Boga! Zdejmij to wszystko, jesteś cała przemoczona, znowu zachorujesz… – kontynuowała w pełnym przejęciu. – Idź do łazienki, weź ciepłą kąpiel. Przeziębisz się… – L bez słowa postępowała zgodnie z zaleceniami. Pomacała się po szyi. – No nie… – rzuciła, rozglądając się po całym korytarzu oraz zaglądając za drzwi wejściowe. – Coś się stało? – Spytała zdezorientowana. – Zgubiłam szalik… – westchnęła L, rezygnując tym samym z poszukiwań. – I tak był żółty i brzydki, kupię Ci ładniejszy. Idź się wykąp – otworzyła szeroko drzwi od łazienki, próbując wyperswadować u córki jak najszybsze działanie. – Mamo… – L zaczęła dość nieśmiało. Matka stanęła jak wryta, a na jej twarzy malowało się zdziwienie jakby patrzyła na ducha. – Mamo? – Spytała z niedowierzaniem. – Pamiętasz że jestem twoją mamą? – Spytała odruchowo, lecz w tej samej chwili zdała sobie sprawę z komicznego wydźwięku tego pytania. Także L, która każdego innego dnia odebrałaby je za pretensję, zaśmiała się skromnie. – Pamiętam – dodała. – Zawsze pamiętam… – Matka z błogim uśmiechem na twarzy podeszła do swej córki oraz przytuliła ją mocno. – Tak bardzo się o ciebie martwię – wypłakała. – Nie wiem tylko jak mogę ci pomóc żebyś zawsze taka była – dodała. – Nie ma o co – odpowiedziała L zaczynając czuć się niekomfortowo. Ta, wyczuwając nieznaczny opór, puściła córkę, wciąż jednak wpatrując się w nią z troską. – Kojarzysz takiego starszego, siwego mężczyznę? Sympatyczny, rozmowny. Siedział na przystanku i mnie zaczepił. – Spytała L przygotowując się do wytęsknionej, ciepłej kąpieli. – Zaczepił? O co pytał? – Spytała matka. – Opowiedział mi swoją historię, jak był młody. Przykra była… Na początku wydawał się wesoły… potem posmutniał. Wydaje mi się że przeze mnie. Przypomniałam mu dziewczynę, która nigdy nie doceniła jego starań. – Matka posmutniała oraz wpadła w zamyślenie. L obserwując ją ukradkiem miała wrażenie, iż chce coś powiedzieć, a obawia się konsekwencji. Postanowiła strzelić w ciemno. – Możesz mówić. – Lekko zakłopotana matka wciąż wahała się co zrobić. – Skoro wiesz, że chcę coś powiedzieć, to może i wiesz co. – Chyba wiem – odpowiedziała L. Nie była jednak co do tego pewna, więc pogrzebała ten tok myślowy. – Zawsze byłaś bystrym dzieckiem… – wspomniała matka. – Nie przeszkadza ci, że mówię do ciebie „dziecko”? – Teraz nie – odpowiedziała spokojnie L, siadając na krawędzi wanny. – Przepraszam – powiedziała do matki, patrząc jednak w podłogę. – Nie chcę być dla nikogo wredna czy niemiła, ale taka już jestem, więc po prostu mi przykro – dodała z żalem i lekką złością. – Nie potrafisz tego kontrolować? – Spytała matka, wyraźnie szukając rozwiązania problemu swojej nastoletniej córki. – Nie – odpowiedziała apatycznie L. – A starasz się chociaż? – na twarzy matki malowało się wyraźne zawiedzenie. – Nie wiem – odpowiedziała L mieszając dłonią taflę wody w wannie. – Niczego już nie wiem – dodała, co dla matki było ostatecznym sygnałem, iż na ten moment jej córka wyczerpała zapas pozytywnych uczuć, jakimi napełnił ją ulewny spacer. Bez słowa zamknęła drzwi od łazienki. Ukojona powrotem do samotności, L ściągnęła bieliznę oraz zanurzyła się w wodzie. Przed jej oczami przelatywały uciekające z nosa bąbelki, które do złudzenia przypominały jej o tańczących na szybie kropelkach. Wynurzyła się instynktownie, wspominając bardzo niecodzienne wydarzenia, które miały miejsce tego z pozoru najgorszego w roku dnia. Jej skóra cierpła pod wpływem ciepłej wody. Podobnie też odczuwała rozmowę ze staruszkiem, wytrwałość samotnego drzewa oraz połamany płot. Trzask łamanej sztachety raz po raz pobrzmiewał w jej głowie. Spojrzała na swoje nagie ciało. Jej sylwetka budziła u niej wstręt, co dobitnie dokumentowały warstwy blizn oraz nacięć, jednakże dawno już nie czuła tak wielkiej ulgi, że tym razem obyło się bez okaleczeń. – Cieszę się że żyję… – pomyślała, uśmiechając się sarkastycznie. Myśl ta jednak nie była przepełniona szczęściem. Jej twarz wyglądała zapewne jak twarz staruszka, podczas gdy opisywał kolejne cechy miłości swojego życia. – Skąd w człowieku nieszczęśliwym tyle woli życia? – Zadała sobie pytanie, które okazało się ją jednak w tym momencie przerosnąć. Wróciła więc do kąpieli, po czym wyszła z wanny i ubrała się z powrotem w piżamę.

{i}Rozdział II{/i}

L siedziała na łóżku, patrząc przez zaparowaną szybę na przegniły, jesienny i skąpany w kałużach ogród za domem. Para na szkle powodowała, iż wydawał się on dodatkowo zamglony, co tylko potęgowało cmentarny i żałobny klimat tego miejsca. Pomimo upływu zaledwie trzech dni od enigmatycznych wydarzeń z pierwszego listopada, resztki chęci zdołały już dawno ją opuścić, pozostawiając za sobą starą pustkę i melancholię. L potarła szybę ręką, jednakże para znajdowała się na zewnątrz. Zniechęcona dalszym upajaniem się krajobrazem rozkładu, wzięła do ręki książkę. Męczyła ją już od dwóch tygodni, czytając średnio kilkanaście stron na dzień. Za każdym razem, od czytania odrzucał ją pewien rodzaj wstrętu. Coś na miarę znużenia, zmęczenia, a nawet wewnętrznego kłucia, które nie pozwalało skupić się jej na analizowaniu treści, a słowa przelatywały przez nią bez układania się w wykreowany obraz. Sama myśl o tym zjawisku spowodowała, iż po rzuceniu okiem na oznaczoną zakładką stronę, L zamknęła książkę z powrotem, po czym odłożyła ją na półkę. Poczucie znużenia i beznadziejności ciążyło na niej niczym głaz. Postanowiła wstać i podejść do lustra. Znajdował się obok niego kubek, w którym trzymała kosmetyki oraz przyrządy do makijażu. Przeważnie stosowała go jedynie w domowym zakresie, zabijając nudę poprzez testowanie różnych jego wariantów. Rzadko zdarzało się bowiem, by wychodziła z nim z domu, a w szczególności wtedy, gdy wiedziała, że znajdzie się pomiędzy ludźmi. Źle znosiła nadmiar chłopięcych spojrzeń, a czucie się atrakcyjną budziło u niej poczucie wstydu. Nie mogąc się zdecydować na intensywność cienia do powiek, nałożyła umiejętnie trupioblady podkład, który dodatkowo wyszczuplił jej twarz. Wziąwszy kredkę, zarysowała intensywny kontur wokół lewego oka, który wyglądał na tyle interesująco, że postanowiła przedłużyć go o lekko zawiniętą kreskę na zewnątrz. Tę samą czynność powtórzyła przy prawym oku, a efekt już wtedy wydał się dla niej na tyle dobry, by kontynuować. Patrzyła na siebie z dumą, tym bardziej, że oczywistym wydało się właśnie dobranie jasnoszarego cienia do powiek. Uzupełniona o bladoczerwoną szminkę, była to najlepsza kreacja, jaką udało jej się kiedykolwiek osiągnąć. Delikatnie oblizała wargi, po czym przygryzła je, rzucając sobie do lustra ponętne spojrzenie. Lekki dreszcz przeszył jej ciało od środka. Wystraszona, stanęła jak wryta z lekko rozchylonymi ustami, wpatrując się w swoje odbicie oraz lekko od niego cofając. – Podnieciłam się… – szepnęła do siebie z niedowierzaniem. Uczucie to było tak dziwne, że przez dłuższą chwilę tkwiła w zakłopotaniu, czy kontynuować, czy raczej się wycofać, póki nie miały miejsca jeszcze dziwniejsze zachowania. Zdała sobie jednak sprawę, iż zapomniała pomalować rzęs, a szkoda jej było porzucać tak doskonały efekt przed zakończeniem. Podeszła z powrotem do lustra, rzucając sobie sceptyczne, kontrolne spojrzenie. Nie mogła się jednak oprzeć wrażeniu, iż coś się w niej bardzo mocno przewraca. Ponownie przygryzła wargę, co tym razem umożliwiło jej cierpliwe dokończenie nakładania makijażu. W momencie zakręcania tubki z tuszem spojrzała w dół, bojąc się weryfikacji końcowego efektu. Jeszcze i bez patrzenia czuła bowiem wielką satysfakcję ze skończenia swojego wielkiego dzieła. Bała się tym bardziej, że niekompletne wywołało w niej samej aż tak silną reakcję. Wziąwszy głęboki wdech, śmiało podniosła głowę do góry, a jej oczom ukazał się zapierający dech w piersiach portret nastoletniej dziewczyny z intensywnym, gotyckim makijażem. L wybuchnęła głośnym śmiechem, niedowierzając, że to co widzi, to jej własna twarz. Wpadając w lekko obłąkańczą euforię, raz po raz spoglądała na swoje odbicie, kręcąc się po pokoju, wirując ze szczęścia i dotykając swoich policzków. Jej śmiech był na tyle głośny, że przez zamknięte okno dobiegł do jej pokoju odgłos szczekania psa sąsiadów. Egzaltowana, padła plecami na łóżko, dotykając się zmysłowo po talii. Jej serce biło z ogromną prędkością, a głowa przepełniła się euforią oraz chęcią do życia. Przerwało je nagłe pukanie. – Chodź na chwilę… – powiedziała zza drzwi matka. Wyrwana z maniakalnej euforii L złapała kurczowo za poduszkę. – Nie mogę! – odpowiedziała. – Przyszedł ten facet o którym mi mówiłaś, chce cię zobaczyć – odparła matka. L zerwała się do okna, otworzyła je szeroko, po czym wychyliła się jak najdalej tylko mogła, by zajrzeć za krawędź domu. Przy furtce, w rzeczy samej, stał starszy mężczyzna, którego spotkała trzy dni wcześniej na przystanku. Wystraszona, podbiegła jak najszybciej do lustra. Jej makijaż wyglądał okropnie, a sama przypominała sobie bardziej szkaradnego potwora, niż nastoletnią dziewczynę. L wpadła w panikę, która pogłębiała się z każdą kolejną chwilą. – NO CHODŹ! – krzyknęła zniecierpliwiona matka, której wyraźnie nie była na rękę ani wizyta starszego mężczyzny, ani zmuszanie go do czekania. – NIE ROZUMIESZ ŻE NIE MOGĘ?! – Wrzasnęła panikująca L. – IDŹ, ZOSTAW MNIE W SPOKOJU, ODEJDŹ! – Jej krzyk przeradzał się w agonalny wrzask. – Nie szkodzi! – Zawołał z zewnątrz mężczyzna. L nieznacznie ochłonęła. Po raz kolejny zrobiło jej się bardzo głupio ze względu na swoje zachowanie. Nie mogła niestety zmienić już tego, co miało przed chwilą miejsce. Jej wargi drżały, a w oczach zbierały się łzy. Na całym ciele czuła ból, a wyrzuty sumienia i poczucie bezradności bombardowały jej myśli. – Czemu ja jestem taka beznadziejna?! – Rzuciła poduszką o ścianę, po czym uderzyła kilkukrotnie pięścią w łóżko. – Poczekam… – Zawołał ponownie mężczyzna. L padła zrezygnowana i bez życia, ściskając kurczowo palcami kołdrę. – Skąd on wie gdzie mieszkam? – Dławiła się powietrzem oraz pociągała nosem, jednak z jej oczu nie potrafiły wypłynąć łzy. Chcąc się uspokoić, położyła się skulona na boku oraz spojrzała w stronę okna. Jedynym, co była w stanie z tej pozycji dostrzec, było zachmurzone niebo w postaci jednolitej, szarej plamy. – Dlaczego wszystko musi być szare? – Powiedziała do siebie po cichu. – Dlaczego choć raz nie może być samych kolorów... – pomyślała, nie szukając jednak odpowiedzi. Spojrzała na ścianę, która pomalowana na pastelowy zielony kolor, miała ją rzekomo uspokajać i rozweselać. L wyciągnęła dłoń, po czym dotknęła ją czule czubkami palców. Chciała, by zieleń przeniknęła przez nią jak najgłębiej, jednakże po chwili i ona przybrała odcień brudnej szarości. L zamknęła oczy. Szybko je jednak otworzyła, gdyż przypomniała sobie o starszym mężczyźnie, czekającym na nią przy furtce. Wychyliła się po raz kolejny przez okno, tylko po to, by utwierdzić się w obawie, że staruszek nieustannie tam na nią czeka. Szybkim ruchem zamknęła okno oraz przeciągnęła zasłonę. W pokoju nastał półmrok, a L siedziała wystraszona i skulona na swoim łóżku, próbując się domyślić czego może od niej chcieć ten zupełnie niespodziewany gość. Nadmiar intensywnych emocji przeplatanych paranoicznymi myślami wyczerpał ją do tego stopnia, że nieświadomie zasnęła. L otworzyła oczy. Jej pokój spowity był ciemnością, a pod twarzą, na pościeli, zebrała się plama ze śliny i makijażu. Ból głowy dawał o sobie dość wyraźnie znać, a całe ciało czuło się drętwe i ociężałe. Dotykając swojego czoła, poczuła jego przeraźliwe zimno. – Może nie żyję… – pomyślała sentymentalnie. Pokonując uczucie odrętwienia, przeciągnęła się, a następnie wstała. Na zewnątrz było już ciemno. L poczuła głód, lecz zanim zdążyła dojść do drzwi, mała myśl przemknęła jej przed oczami. Wróciła powtórzył do okna, po czym otworzyła je, wychyliła się na zewnątrz i spojrzała w stronę bramy. Rozpaczliwie zamachała rękami i gdyby nie zaparła stóp pomiędzy łóżkiem a ścianą, najprawdopodobniej wypadłaby z pierwszego piętra. Odzyskując równowagę, zamknęła szybko okno, po czym ponownie je zasłoniła i usiadła na swym łóżku. – Czego on ode mnie chce… – pomyślała przestraszona, drżąc. Spojrzała w stronę lustra, lecz było zbyt ciemno, by mogła w nim cokolwiek dostrzec. Głód dał o sobie znać po raz kolejny. Postanowiła więc zejść w końcu na dół. Schodząc po schodach usłyszała fragment rozmowy rodziców. – Musimy coś z tym zrobić – rzekł stanowczo ojciec. L miała nieodparte wrażenie, iż chodziło właśnie o nią. Ku jej zawiedzeniu, było to ostatnie zdanie, które padło podczas tej rozmowy. Wystraszona, nie wiedziała czy kontynuować wyprawę po jedzenie, czy też wrócić bezpiecznie do siebie i zmagać się z uczuciem głodu. Cała ta sytuacja sprawiała, iż czuła się jeszcze bardziej osaczona w swoim pokoju niż zazwyczaj. Czuła bowiem bardzo silnie, iż zbliża się dla niej niespokojny czas, gdy resztki spokoju i schronienia, które udało jej się zachować, zostaną bezwzględnie zabrane, kosztem powrotu do stanu nazywanego zdrowiem, tak by mogła powrócić do społeczeństwa, którego zarówno się bała, jak i brzydziła. Szurnięcie krzesłem w kuchni wskazało, iż za moment ktoś przechodzić będzie korytarzem. L jak najszybciej tylko mogła, zachowując się przy tym jak najciszej, schowała się na górze. Gdy drzwi od pokoju rodziców trzasnęły, zeszła ponownie kilka stopni niżej. Korytarz wydawał się pusty. Zeszła więc do końca i udała się w stronę kuchni. Ku jej uldze, nikogo w niej nie było. Szybko otworzyła lodówkę, wyjęła z niej najporęczniejsze z dostępnych składników, złapała małą bułkę, po czym wróciła biegiem do swojego pokoju. Oddychając z ulgą, położyła nieprzyszykowaną kolację na biurku, po czym zaświeciła światło. Przypadek sprawił, iż ujrzała w lustrze swoje odbicie, którego tak bardzo się tego dnia obawiała. – Nienawidzę cię… – powiedziała z obrzydzeniem. – Dlaczego mnie nienawidzisz? – Spytało odbicie. L krzyknęła z przerażenia cofając się o krok do tyłu. – Kochaj mnie – kontynuowało. Dziewczyna chwyciła za pierwszy przedmiot, który leżał w zasięgu jej dłoni, po czym cisnęła nim w lustro. Kawałki małego szkła rozprysnęły się po całym pokoju, a L panicznie zbiegła po schodach na dół, pospiesznie i niechlujnie ubrała kurtkę i buty, a jedyną jej myślą, było uciec jak najdalej od tego koszmaru. Zatrzaskując za sobą drzwi wejściowe, rzuciła się w stronę furtki, lecz po raz kolejny wypełniło ją paraliżujące przerażenie. Patrzył na nią bowiem uważnie starszy mężczyzna, któremu dotrzymała trzy dni wcześniej towarzystwa, a który od kilku godzin czekał na nią cierpliwie przy płocie. L nie była w stanie wykonać żadnego ruchu. Działała instynktownie, a uczucie strachu i bezradności powstrzymywało ją przed wykonaniem jakiegokolwiek ruchu. Mężczyzna wyciągnął do niej rękę ponad płotem. – Nie bój się, chodź – powiedział spokojnie. Zdezorientowana L, po chwili milczenia nieco się rozluźniła, jednak jej stan wciąż był daleki od spokoju. – Czego ode mnie chcesz? – Spytała bardzo nerwowo. – Chcę cię przeprosić – odpowiedział zwięźle. Oboje stali w bezruchu po dwóch stronach płotu. – Przeprosić za co...? – Spytała nieśmiało L. Jej ręce wciąż drżały. – Za to, że przerwałem ci spacer i nie dotarłaś do swojego celu – odparł staruszek. – Ale… ja nie miałam celu… – powiedziała L, lekko się przy tym jąkając. – Wiem że szłaś do lasu rozpaczy – na twarzy staruszka wymalowały się niejasne intencje oraz nadmierna pewność siebie. L stała jak wryta, nie wiedząc jak skomentować owe, nieprawdziwe zarzuty. – Nie szłam tam – skwitowała krótko. – Chodź ze mną w dół wsi, pokażę ci go z daleka – powiedział mężczyzna dość oschłym tonem. Dziewczyna stała w bezruchu, patrząc na tajemniczego i coraz bardziej nieobliczalnego starca z niepokojem. – Boisz się mnie? – Spytał wyraźnie rozbawiony. – To siebie powinnaś się bać najbardziej – dodał bezczelnie. L ponownie opanował strach. – Dlaczego miałabym iść…? – Spytała, marząc, by ktoś w końcu przerwał to piekło. – Pamiętasz moją historię? – Spytał staruszek, być może jeszcze bardziej oschle niż przed chwilą. – Pamiętam – odpowiedziała równie apatycznie L. – Nie chcę, żeby się powtórzyła – odparł, wyciągając ponownie rękę ponad płotem. Na jego twarzy widać było smutek, gorycz i przejęcie. – Skąd pan wie gdzie mieszkam? – Spytała zmieszana. Mężczyzna milczał z wyciągniętą ponad płotem dłonią. Nie wiadomo, czy spowodowała to jego postawa, czy też inny, nieświadomy dla niej czynnik. L podeszła do furtki, a następnie stanęła obok tajemniczego staruszka po zewnętrznej stronie płotu. – No chodź – ponaglił. – Chcesz usłyszeć inną historię? – Spytał perswazyjnie. L nie wiedziała co odpowiedzieć. Nie czuła się wystarczająco pewnie, by zbyć jego zamiary, więc grzeczność wyciągnęła krótszą zapałkę. – Tak – skłamała. – Pamiętasz historię mojej piękności, dla której nikt nigdy nie zrobił tyle co ja… – zaakcentował słowo „ja” – …a która nigdy nie umiała docenić tego, co ma? – Pamiętam – odpowiedziała L bacznie obserwując zachowanie mężczyzny. – Interesuje cię co stało się dalej? – Zapytał po raz kolejny, co zaczynało budzić u jego rozmówczyni spory dyskomfort. – Tak – kłamała dla świętego spokoju. Od przystanku dzieliło ich kilkaset metrów. – Widzisz… odmówiłem jej wtedy. Oczywiście była kompletnie zszokowana – wymawiał te słowa ze szczerym uśmiechem na twarzy. – Gdy spytała dlaczego, miałem ochotę po raz pierwszy po latach wyrzucić jej w twarz wszystko to, co niszczyło mnie w niej najbardziej. Że jest niewdzięczna, egoistyczna, wykorzystuje mnie jak niewolnika… – wyliczał z przejęciem – choć nigdy nikt mnie o to nie prosił. I chyba właśnie dlatego tego nie zrobiłem… – spojrzał z powrotem na L, a ta odruchowo ukryła ze wstydu swoje spojrzenie. Mężczyzna kontynuował. – Wymyśliłem byle jaką wymówkę. Strasznie jej na tym zależało, nalegała żebym to przemyślał, bla bla bla… – L ponownie spojrzała na jego twarz, której mimika wskazywała na irytację. – Bardzo się pan wczuwa… – skomentowała, po czym natychmiast ogarnęły ją wyrzuty sumienia, dające do zrozumienia, iż był to niestosowny i ryzykowny komentarz. Mężczyzna przerwał. Spojrzał na L z pogardą, co tylko umocniło jej i tak silne już poczucie zagrożenia. Po chwili milczenia, kontynuował jednak. – I wiesz co? Nigdy później jej już nie zobaczyłem – starzec spojrzał w stronę nieba. – Choć słyszałem że i tak poroniła. – To straszne… – wtrąciła przejęta L, choć na chwilę pokonując swój lęk. Mężczyzna spojrzał na nią z beztroskim uśmiechem. – Nie umiała sobie beze mnie poradzić. – L wciąż czuła na sobie jego pełne kpiny spojrzenie. – Ani wcześniej, ani później – dodał. – Mam nadzieję, że wylądowała w psychiatryku i tam ją wykończyli – uśmiech na jego twarzy był z tego wszystkiego najbardziej przerażający. – Ostatnie słowa jakie do niej powiedziałem… chcesz wiedzieć jakie? – Spytał po raz trzeci, jednakże tym razem nie otrzymał już żadnej odpowiedzi. – No to nie – odparł z wyrzutem. – To nie moja sprawa, czy…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych