Laura i ogrodnik
Gdy raj staje się piekłem.(Długie, ale mam nadzieję że po zakończeniu czytania, nikt nie poczuje się rozczarowany i nie będzie żałował straconego czasu)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kwaśne deszcze zniszczyły roślinność i tętniący w zamierzchłej przeszłości życiem park, który teraz przypominał czarną, bezkresną dziurę. Tylko gdzieniegdzie upiorne, martwe kikuty drzew drapały niebo zasnute grubą warstwą śmiercionośnego pyłu. Pomniki lepszych czasów i daremna przestroga dla ludzkości, będącej jak ćma lecąca prosto w płomień. Wszystko, co zrobił człowiek, obojętnie pod jakim pretekstem i tak zbliżało go jedynie do zagłady. Już dawno założył sobie sznur na szyję w postaci atmosfery tak gęstej i zanieczyszczonej, że wszystkie gatunki zwierząt wyginęły. Wszystkie oprócz szczurów i karaluchów, wiernych towarzyszy człowieka. Tylko dzięki wielkim wentylatorom działającym przy każdej ulicy, miasto było jeszcze w stanie oddychać. Obracając leniwie upstrzonymi ciałami gryzoni skrzydłami, unosiły ponad poziom betonowych, szarych budynków kożuch gazów wydobywających się ze studzienek ściekowych. Już dawno nikt nie zawracał sobie głowy ratowaniem środowiska. Nie było nic, o co warto byłoby walczyć, nawet nadziei. Przez gęste, zanieczyszczone powietrze nie przedzierało się światło słoneczne. Najstarsi nie pamiętali dnia. Czas przestał mieć znaczenie. Było tylko miasto. Labirynt rozsypujących się budynków ze ślepymi oknami, zaplątanych w sieć przewodów i neonów, zasypane gruzem ulice i czarne niebo połykające dachy wieżowców.
Czasami padał deszcz. To było najpiękniejsze momenty, dzięki którym zdarzało się, że w sercach młodych coś drgało. Spotykali się na dachach, na schodach przeciwpożarowych, pod mostami, szukali odosobnienia, namiastki intymności, szczęścia unosząc szare twarze w stronę wiecznie czarnego nieba i wzdychali. Potem rodziły się dzieci, smutne i często ślepe, dziwnie poskręcane, porzucane przez lekkomyślnych rodziców na ulicy. Czasami ktoś zainteresował się ich losem, ale częściej, były spychane między kraty ochraniające olbrzymie wiatraki, które nieprzerwanie mieliły gęste powietrze.
Czas końca. Nikt już nie zawracał sobie głowy bezowocną próbą zmieniania czegokolwiek, nie było żadnych wartości, tylko ciągła noc pozbawiona gwiazd.
-Lauro, wracaj, czekam na ciebie już tak długo. Ciemnowłosa dziewczyna otarła twarz. Pionowa zmarszczka między brwiami i nerwowe ruchy zdradzały irytację. Mimo że bardzo chciała to ukryć, Fabian wyczuł jej nastrój i zamilkł. Poczuła niepokój. Wiedziała, że jeśli działaby mu się krzywda, usłyszałaby wołanie. Ale nie lubiła gdy milczał. Mieli tylko siebie i to trzymało ich przy życiu. Rodzice nie żyli. Kiedyś byli jednymi z wielu, poruszającymi się na hałaśliwych i drapieżnych podniebnych skuterach. Dopóki była tylko Laura, starali się chociaż udawać, że ją wychowują. Malutka dziewczynka dorastała patrząc na wiecznie odurzonych rodziców i uczestnicząc w ich podniebnych eskapadach. Prawie nigdy nie schodzili na ziemię. Tam nie było nic, prócz ulic zasypanych gruzami.
To był cudny okres, Laura czuła się ważna i bezpieczna. Ufała matce do momentu, gdy na świecie pojawił się braciszek. Śliczny i bezbronny Fabian. Był jednym z tych dzieci, które urodziły się niewidome. Skutek zanieczyszczenia, a może trybu życia jakie prowadzili ich rodzice. Matka coraz bardziej uciekała od rzeczywistości. Czasami patrzyła na swoje dzieci, ale ich nie zauważała. Szkliste oczy, z szerokimi źrenicami budziły lęk. Nie było w nich bezpiecznego ciepła.
Laura była już na tyle duża, że pilnowała się matki, ale o Fabianie rodzice często zapominali. Właśnie podczas jednego z narkotycznych odlotów matki, dziewczynka odkryła coś wyjątkowego. Fabian potrafił przenikać do jej myśli. Słyszała go, nawet jeśli zostawał daleko i gdy ona była z matką w okolicach elektrowni, a on z ojcem, w obozowisku koło wyschniętej rzeki. To było niewiarygodne. Kiedy usłyszała znajome gaworzenie pierwszy raz, nie wierzyła, rozglądała się zdezorientowana wokół siebie. -Słyszałaś to?- zapytała matkę, ale ta jedynie zwymiotowała krwią. Działo się z nią coś niedobrego. Z małym też, bo płakał przeraźliwie, płakał w głowie Laury. -Musimy jechać, natychmiast! Złapała matkę za ramię i starała się ją postawić. Nie miała tyle siły. Kobieta upadła prosto w błoto i odwróciła się w stronę dziewczynki gotowa ją uderzyć. Wyglądała upiornie, twarz miała obklejoną czarną mazią, a na pożółkłych zębach krew. Splunęła na córkę i wycharczała. -Daj mi spokój. -Nie możemy tu zostać, Fabian płacze. Matka przez chwilę patrzyła na nią, jakby nie rozumiała o czym mówi córka. Gdy Laura straciła nadzieję, kobieta podniosła się, otarła twarz i wsiadła na skuter. Dziewczynka wskoczyła w ostatniej chwili. Nie panując nad maszyną, kobieta o mało nie spadła, po chwili jednak udało się jej wyrównać tor i ruszyły prosto, nad dachami bloków uzbrojonych w oślepiającą sieć kolorowych, migających neonów. Z trudem uniknęły zderzenia z innym skuterem, ale w końcu dotarły do obozowiska. Laura zsiadła błyskawicznie i nie oglądając się na matkę, która podeszła do jakiegoś mężczyzny, zaczęła szukać braciszka.
W końcu go odnalazła. Przygnieciony ramieniem śpiącego ojca, cichutko płakał. Był głodny i przykryty jedynie skrawkiem wytartego, brudnego materiału. Odsunęła bezwładną rękę i przytuliła dziecięce ciałko. W tej samej chwili uśmiechnął się ukazując różowe, idealnie gładkie dziąsła. Od tego czasu to Laura zajmowała się chłopcem. Obwinęła się kawałkiem płótna i na piersiach utworzyła coś na kształt kołyski. Jej brat był wyjątkowy i musiała go chronić.
Rodzice coraz bardziej pogrążali się w narkotykowych wizjach. Oszołomieni latali na swoich skuterach bez świadomości, że czasami do ich pleców była przytulona mała dziewczynka z gaworzącym braciszkiem na piersi. Nie bali się śmierci, zbyt otępiali by zdawać sobie z czegokolwiek sprawę. Laura nie miała im tego za złe, bo często widziała, co się dzieje z dziećmi wrzucanymi przez kraty wentylatorów, prosto w objęcia wielkich skrzydeł. Szatkowane mięso stawało się przynęta dla szczurów, które łakomstwo też przypłacały życiem.
A potem zostali tylko oni. Laura i Fabian strąceni z nieba, jak anioły ze złamanymi skrzydłami. Musieli nauczyć się żyć na ziemi. Ich rodzice umarli. Dwa skutery stały oparte o siebie na zardzewiałej platformie wiertniczej, pośrodku miasta, a oni z pustymi oczodołami, z twarzami wykrzywionymi w potwornym grymasie zastygli na skraju metalowego balkonu z panoramą miasta w tle. Chciała im pomóc, ale nie była w stanie skrócić ich cierpienia. Spróbowali nowych pigułek, które dostali od niewiadomo kogo, wraz z obietnicą lotu, który miał przewyższać wszystko to, czego zaznali do tej pory. Mieli też tabletkę dla Laury, ale ona schowała mały krążek do kieszeni, zaraz obok noża, z którym się nie rozstawała. Na wyjątkową okazję, pomyślała ironicznie.
Teraz stała nad zwłokami rodziców i wsłuchiwała się w dźwięki miasta. Postukiwania, wiercenia, brzęki, ryki pojazdów i echo splotły się w jeden szum, oplatający umysł Laury i budzący niepokój Fabiana. Mały zmarszczył nosek i szukał w powietrzu przyczyny nagłego paraliżu myśli siostry. Zniecierpliwiony i rozdrażniony swoją bezradnością zaczął płakać. Laura odwróciła się i odrzuciła właz prowadzący na dół. Zeszli do poziomu szczurów przebiegających chodnikami, które kiedyś przeznaczone były dla ludzi.
-Nie myśl o tym, proszę chodź już do mnie. Głos Fabiana wyrwał ją z odrętwienia. Wspomnienia są złe, pomyślała. Czasami lepiej jest nic nie pamiętać. Ważne jest to co teraz. Ważne jest, że niesie pod kurtką obiad, że czuje jego ciepło na piersi i zaraz ona i jej brat najedzą się do syta. Fabian ostatnio narzekał, że już nie może patrzeć na zupki z proszku. Nic dziwnego, mimo mylących nazw, przywodzących na myśl smakowite warzywa, miały konsystencję oleju i smakowały żelazem. -Czuję się, jakbym lizał tory- powiedział kiedyś do niej nie otwierając ust. Właściwie nie pamiętała już brzmienia jego głosu. Przyznała mu rację, a on odsunął miskę. Wyciągnął rękę w stronę parapetu, na którym w słoiku stała zasuszona róża. Dotknął jej delikatnie strącając przy tym jeden pomarszczony i dziwnie skręcony liść. Z poczuciem winy wstał od stołu. Laura, postanowiła nigdy więcej nie czytać mu książek. Bezsensowne postanowienie, bo musiałaby sama przestać czytać, a na to nigdy by się nie zdecydowała, to była jedna z nielicznych przyjemności, na które mogła sobie pozwolić. O książkę było trudno, ale ona wiedziała, gdzie może je znaleźć. Cenna wiedza. Niektórzy byli gotowi za nią zabić. Nikt już niczego nie tworzył, ale wszyscy pragnęli posmakować przeszłości, dotknąć innych światów i choć na chwilę oderwać się od przygnębiającej rzeczywistości.
Starała się nie dopuszczać do siebie myśli, że jest czasami zmęczona. Jakby Fabian mieszkał w jej głowie. Nie mogła mieć przed nim żadnej tajemnicy. Jego uwadze nie uchodziło nawet najmniejsze wahanie nastroju. Laura nie marzyła, sny nie były przeznaczone tylko dla niej. Fabian za to, potrafił się na nią pogniewać i całkowicie odizolować. Zazdrościła mu tego daru. Mimo to kochała go najbardziej na świecie. Chciała by wiedział, że może istnieć coś takiego jak szczęście, miłość, radość i beztroska. O tym mówiły książki, które dla niego wybierała. Te o ciemnej stronie życia chowała głęboko. Nie były im potrzebne. Była już prawie w domu, kiedy na ścianie porośniętej zielonkawą plamą pleśni, dostrzegła skrawek papieru. „Zaginęło dziecko, chłopiec lat 10, ale wyglądający poważniej, miał na sobie granatowe spodnie i fluorescencyjną kurtkę, miał jasne…” Reszta informacji pod wpływem wilgoci stała się nieczytelna. Laura zerwała kartkę i schowała do kieszeni. Jednak był jeszcze w tym mieście ktoś, kto kochał i szanował swoje dzieci. Laura zbierała wszystkie dowody na to, że ludzie jeszcze nie do końca zamienili się w bezduszne istoty. Obok nich mieszkali tacy, którzy mieli nadzieję. Ulotną i złudną, ale sprawiającą, że żyło się lżej.
Zaczęło padać. Powietrze nie było już takie gęste. Laura z trudem walczyła by nie otworzyć ust i nie pozwolić by woda spłynęła prosto do gardła. Kiedyś tego spróbowała, ale smak wody był tak obrzydliwy, że jeszcze długo po, nie mogła się go pozbyć. Ale i tak lubiła kiedy padało. Myśl, że są jeszcze jakieś siły niezależne od człowieka, coś czego człowiek jeszcze nie zdążył zniszczyć, dodawała jej otuchy.
Deszcz trawił powoli miasto, ale Laura wierzyła w to, że kiedyś wraz z deszczem przyjdzie odrodzenie. Czuła, że jeszcze nie wszystko było stracone. Chcąc nie chcąc przekazywała tę wiarę Fabianowi, a on jeszcze bardziej od niej pogrążał się w marzenia o zielonych dolinach pełnych słonecznego światła, czystego powietrza i szumu drzew. Najbardziej na świecie pragnął usłyszeć śpiew ptaków. Laura obiecała, że pewnego dnia zdobędzie dla niego nagranie dźwięków przyrody, ale to nie było łatwe. Zbiory bibliotek zostały rozkradzione, mniej wartościowe egzemplarze zniszczył pożar, a reszty dokonał deszcz. Inne miejsce, w którym mogłyby być przechowywane nagrania nie przychodziło jej na myśl. Okazji szukała u handlarzy, tych samych u których czasami udawało się jej zdobyć książkę, ale i oni rozkładali bezradnie ręce.
-Fabian, już jestem!- krzyknęła zamykając za sobą drzwi na klucz. Nie wyszedł jej przywitać. Zajrzała do pokoju i zastała go siedzącego na materacu, między kablami, sznurkami, drutami. Udawał, że jest zajęty układaniem swoich rzeczy. Jego kolekcja rozrastała się do niebezpiecznych rozmiarów. Mówił, że zbuduje maszynę, która rozegna raz na zawsze niebezpieczny pył zalegający w powietrzu i odsłoni niebo. Dlatego w całym ich mieszkaniu, wszędzie porozrzucane były śrubki, sprężyny i gotowe wiatraki, najróżniejszych rozmiarów i kształtów. Niektóre z nich wyglądały jak prawdziwe dzieła sztuki. Laura weszła do kuchni i sięgnęła po obtłuczone talerze. Pozwoliła by zapach syntetycznego kurczaka i prawdziwych ziemniaków rozszedł się po mieszkaniu. Nie musiała długo czekać. Fabian wpadł jak burza. Ziemniaki, mimo że hodowane w szklarniach, pod sztucznym oświetleniem, były pyszne w porównaniu z tym, co jedli na co dzień. -Czy dzisiaj jest jakaś okazja? Jego głos był jeszcze dziecięcy i Laura ucieszyła się, że się odezwał. Lubiła z nim rozmawiać, słyszeć, mogła wtedy odpocząć. W gruncie rzeczy jej myśli splatające się z myslami Fabiana w głowie potrafiły zamienić się w uciążliwą kakofonię. Przez lata wypracowali system, który bronił ją przed utratą zmysłów, ale bywało ciężko. -Czy zawsze musi być okazja? Pomyślałam, że może coś należy się najlepszemu bratu pod słońcem. Uśmiechnął się do niej i zamrugał. Zajrzała głęboko w oczy pozbawione źrenic. Szukała oznak choroby, czy czegoś innego, co mogłoby zakłócić ich spokój. Tego bała się najbardziej. Nie zniosłaby straty jedynej osoby na której jej zależało. -Co dzisiaj robiłaś? -Wiele rzeczy, o których nie zawsze musisz wiedzieć. -I tak wiem wszystko. -To po co pytasz? -Żeby cię troszkę podenerwować. -No ładnie, ja przychodzę zmęczona, a ty chcesz mnie doprowadzić do wściekłości. -Tylko troszkę podrażnić.
Zjedli w milczeniu, a potem zagrali w grę, którą sami wymyślili. Co chwilę rozlegał się śmiech Fabiana. Udawał zwierzęta, a ona musiała zgadywać jakie, czasami było to niemożliwe. Miała wrażenie, że niektóre są tylko wytworem jego wyobraźni, ale bronił się, tłumacząc, że sama o nich czytała. Skoro nigdy nie widziała żadnych zwierząt oprócz szczurów i karaluchów, skąd mogła wiedzieć, że nie istniały?
Potem wyszli razem na dach budynku. Laura patrzyła na miasto i opisywała to, co widzi. Tutaj korzystali z własnych myśli, by nie przekrzykiwać dźwięków ulic, którymi rozkoszował się jej brat. Gdzieś w oddali, koło mostu i dawnego obozowiska rodziców rozległy się syreny. To znak, że kolejny budynek rozsypał się, zamieniając się w górę gruzu i grzebiąc ludzi. W powietrzu ruch nie ustawał ani na moment, ale nawet skuterów było coraz mniej. Miasto umierało. Ci którzy jeszcze żyli starali się robić jak najwięcej szumu, by odegnać od siebie myśli niosące ze sobą poczucie beznadziei.
Laura i Fabian skryci za neonem ze święcącą jedną literą, śledzili skutery zmierzające w różnych kierunkach i czekając na okazję. Czasami zdarzało się, że jeden z wielu parkował na dachu i oferował im coś na wymianę. Bywało, że Laura pozbywała się jakiegoś wiatraka swojego brata, w zamian za puszkę mięsa niewiadomego pochodzenia, albo mydło, czy wodę. Wszystko było cenne i wszystkiego brakowało. Lauro, może kiedyś wyjedziemy z miasta? Pytanie zaskoczyło ją. -Przecież nie ma nic poza miastem- odpowiedziała machinalnie. -Skąd wiesz? Nie wiedziała, po prostu znali tylko miasto. Nikt z kim kiedykolwiek się spotkali nie wspominał o tym, że istnieje coś poza miastem. To było jedynie miejsce, w którym można było oddychać, wszystko inne przestało istnieć. To ludzie zatruli atmosferę do tego stopnia, że kiedyś błękitna planeta, teraz zamieniała się w jeden wielki wymarły krater. Tylko, że jak można przekonać o tym małego chłopca, który żyje w świecie marzeń? Jego pytanie nie dawało spokoju Laurze.
Jemu też nie. Pewnego dnia, po powrocie do domu, nie zastała brata jak zwykle skulonego nad kolejną niezwykłą konstrukcją własnego pomysłu mającą zbawić świat. Podenerwowana weszła na dach, ale gdy i tam nie ujrzała znajomej sylwetki, jej serce skuliło się ze strachu i zatrzepotało. Zaczęła biegać chaotycznie zaglądając we wszystkie zakamarki. W końcu, gdy strach zamienił ją w trzęsącą się galaretę, w głowie rozległ się znajomy chichot. Miała ochotę go stłuc, ale ten wyczuł jej zamiar i zamilkł. Najwyraźniej zamierzał się jeszcze podroczyć. -Gdzie jesteś?- zapytała bezgłośnie. Ze wszystkich sił starała się opanować. Oparła czoło o blachę pokrytą rdzą i oddychała głęboko, chłonąc wilgotne powietrze. Jej skóra na ramionach błyszczała. -W drodze. -Dokąd? -Mówiłem ci, że chcę jechać za miasto.- Tym razem to Fabian był poirytowany- Nie chciałaś jechać ze mną. -Przecież wiesz, że nic innego nie istnieje!- krzyknęła uderzając pięścią w ścianę. Kawałek tynku odpadł i roztrzaskał się tuż przy jej stopie. Wyobraziła sobie Fabiana błądzącego z wyciągniętą dłonią między zaułkami, w których czaiło się niebezpieczeństwo. W mieście rzadko dochodziło do zabójstw, ludzie nie byli już zagrożeniem dla siebie, ale co innego sypiące się budynki i wentylatory ze zniszczoną siatką ochronną. -Poradzę sobie, to nie mój pierwszy raz, znam lepiej to miasto niż ci się wydaje. Ostatnim razem dotarłem aż do mostu. Przenigdy nie powinna go zostawiać samego, to wszystko jej wina. Skupiona na tym, co mówił i błagając by nie zerwał kontaktu, zbiegała po schodach. -Proszę cię wróć, obiecuję że jutro razem tam pojedziemy. Znajdę skuter i polecimy, zobaczysz. -Jestem już tak blisko, nie chcę wracać.
I to były jego ostatnie słowa. Laura stanęła na skrzyżowaniu, między szarym blokiem, a bramą do parku, która teraz pod wpływem podmuchu ciepłego, nieświeżego powietrza skrzypiała lekko. Przed sobą Laura miała wyludnioną ulicę tonącą w cieniu wielkich budynków, które lada chwila mogły po prostu się rozpaść. -Gdzie jesteś, proszę powiedz mi, dlaczego się do mnie nie odzywasz? Starała się zapomnieć o strachu. Zepchnęła go na bok świadomości i niemo wołała brata. Potrzebowała pomocy. Miasto było ogromne, ale wyludnione, żadnych świadków. Ci co na skuterach przemierzali powietrzne korytarze, nie zwracali uwagi na to co dzieje się na dole. Gdy Laura o tym pomyślała, wpadła na pewien pomysł.
Nie musi długo szukać. Wystarczyło, że pójdzie w stronę mostu. Być może ktoś tam ją jeszcze pamięta, jeśli nie... co może zaoferować w zamian?
Mała niebieska tabletka, noszona niczym amulet na sercu i jedyna pamiątka po rodzicach, oprócz Fabiana, a także przyczyna ich śmierci, powędrowała do ust niczego nie spodziewającego się chłopaka. Uśmiechał się do Laury, kiedy wsiadała na skuter. Nie czuła żalu, ani wyrzutów sumienia. Niebezpiecznie lawirując uniosła się nad dachami. Po chwili musiała jednak zniżyć lot, do poziomu, z którego mogła dobrze widzieć ulice tonące w mroku. Kiedy z naprzeciwka wystrzelił inny skuter, wraz z falą przekleństw, dotarło do niej, że musi uważnie obserwować również to, co się dzieje na górze.
Pędziła przed siebie, rozglądając się uważnie i zaciskając boleśnie palce na kierownicy. -Dobrze się bawisz, wiedząc że cię szukam? Myślałam, że wyrosłeś z zabawy w chowanego. Nie umiała odmówić sobie odrobiny złośliwości, a może to ogromne rozczarowanie przez nią przemawiało. Myślała, że nie mają przed sobą tajemnic. Był przecież tylko małym chłopcem, żądnym przygód, ale nieświadomym niebezpieczeństw czyhających na każdym kroku. Jak mogła o tym zapomnieć? O ile łatwiej było gdy żyli rodzice, kiedy mogła go mieć zawsze przy sobie, skrytego pod chustą, śpiącego spokojnie na piersi.
Leciała wąskimi uliczkami, wznosiła się nad niebezpiecznie kołyszącymi się platformami, omijała kominy i szkielety wieżowców pozbawionych okien. Gdy zniżała lot w ciemniejszych zaułkach, gromady szczurów rozbiegały się z przeraźliwym piskiem. Raz wystraszyła jakąś parę, strącając im niemal czapki z głów. W końcu kiedy obleciała prawie całe miasto, skuter kaszlnął parę razy, szarpnął i odmówił posłuszeństwa. Wylądowała na moście i klnąc zepchnęła go w dół. Usłyszała brzdęk żelastwa, któremu zawtórował krzyk rozpaczy i bezsilności wyrywający się z jej gardła.
-Lauro! Miałem rację! Błyskawicznie się otrząsnęła i zsunęła po prowizorycznym rusztowaniu na dno wyschniętej rzeki. -Gdzie jesteś? Proszę, powiedz gdzie jesteś!- krzyczała. Jej głos poszybował nad skalistym podłożem i zginął w ciemnej, gęstej mgle. -Musisz koniecznie tu przyjść, musisz to zobaczyć! Wszyscy kłamali! Lauro, tu są ptaki, jest słońce, jest wszystko, woda, czysta woda!- Nieprzerwany potok słów pełen zachwytów, płynął wprost do jej umysłu. Odetchnęła. Żył i był cały. -Obiecuję, że już nigdy cię nie opuszczę, proszę tylko chodź tu do mnie. Już nigdy nie ucieknę. -Musisz po mnie przyjść, nie wiem gdzie jesteś. -Ja już nie wrócę do miasta! Nigdy! Lauro idź prosto korytem rzeki. Po prostu idź i nie zatrzymuj się. Laura z wahaniem spojrzała w dół. Jak mu się to udało? Dno rzeki było nierówne, skaliste i ciemne. Nie wiadomo co kryło się za linią wątłego światła padającego z miasta. Przełknęła ślinę. -Przestań się wygłupiać i chodź do mnie, moja cierpliwość zaraz się wyczerpie. Dlaczego mi to robisz? -To nie jest trudne, nawet nie wiesz jak blisko jest zupełnie inny świat. Nie bój się. Musisz iść, ja tu na ciebie czekam. Tu jest pięknie! Czuła jego entuzjazm. Niemal słyszała jak bije rozemocjonowane serce Fabiana. Jej serce zaczęło bić w podobnym rytmie. Wiedziała, że to nie może być prawda, ale nigdy w życiu, nie czuła tak wyraźnie, że jej brat jest szczęśliwy jak w tym momencie.
I znowu zamilkł. Mimo, że wołała, prosiła, nie odpowiedział. Nie miała wyjścia. Zeszła jeszcze niżej, aż stanęła chwiejnie na nierównej powierzchni. Nie była twarda tak jak się tego spodziewała, gdy spoglądała na nią z góry. Pod jej krokami skała kruszyła się. Laura potykała się, ale szła, nie oglądając się za siebie. Po chwili ciemność otoczyła ją tak ciasno, że nie była pewna czy nadal jest w korycie, czy też może zabłądziła. Im dalej zapuszczała się na obcy teren tym więcej wątpliwości ją dopadało. -Fabian...
Jakby wszystko było snem. Może Fabian jest teraz w domu, wrócił zmęczony i głodny. Wcale nie opuścił miasta, tylko bawił się, fantazjował, a ona wbrew zdrowemu rozsądkowi dała się wciągnąć w dziecięcą zabawę. Jak mogła być taka głupia. -Fabian, gdzie jesteś? Wokół tylko pustka. Czerń wsysająca jej ręce. Cisza obcierana szuraniem stóp. Szła po omacku, pewna, że zaraz odnajdzie szkielety ludzi, którzy kiedyś gonili za marzeniami, tak jak jej brat. Było niesamowicie duszno, ale i chłodno. Zdziwiło ją to. Tutaj nie było wiatraków, a w mieście, mimo że pracowały nieprzerwanie, było o wiele cieplej. Zawsze myślała, że poza miastem jest zbyt gorąco, by mógł tam wytrzymać człowiek. Tutaj powietrze było inne. Pachniało. Szło się jej jakby lżej, chociaż już dawno straciła orientacje i wcale nie zdziwiłaby się, gdyby nagle tuż przed sobą zobaczyła miasto spowite światłem neonów, przytłumionych gęstymi spalinami. Zachciało się jej pić. Zamarzyła o deszczu moczącym ulicę. Zaczęła tracić siły, a ciemność gęstość. Miasto. Spuściła głowę. To nie mogło się udać. Musi znaleźć kolejny skuter i spróbować raz jeszcze. Szła coraz wolniej, wołając co chwilę brata. Nadal nie odpowiadał. Strach, niepewność, rezygnacja, bezsilność, żal, gniew, wszystkie te uczucia gotowały się w niej. Nie mogła zrozumieć, dlaczego Fabian tak się zachowuje. -Proszę cię, bądź w domu- szeptała, kiedy nagle fala światła uderzyła w nią z taką siłą, że padła na ziemię oszołomiona. Różnorodne dźwięki zaatakowały uszy. Wibrujący ból przeszedł przez każdą komórkę ciała. Chwilę trwała w bezruchu, aż orzeźwiający chłód osiadł na twarzy i przyniósł ukojenie. Powoli odzyskiwała zdolność analizowania sytuacji.
Nie wróciła do miasta.
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil A.S.
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…