LEGENDA JAKICH MAŁO
Lekko komediowe opowiadanie, pół żartem pół... Zachęcam do czytania
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Środkowe drzwi autobusu ani drgnęły. Otworzyły się tylko przednie i tylne przez które weszło dwóch facetów. Maciek zaklął pod nosem, ale na reakcję było już zdecydowanie za późno. Szczupły, wysoki kontroler biletów wymachiwał identyfikatorem oznajmiając głośno pasażerom komunikacji miejskiej klasyczne „bileciki do kontroli”. Maciek biletu nie miał. To znaczy miał… gdzieś pod kolczugą i płytową zbroją, które miał na sobie. Bilet naturalnie nie był skasowany, bo chłopak nie wyciągnął go z kieszeni spodni przed nałożeniem na siebie zbroi. - Kontrola biletów kolego rycerzu – powiedział kontroler. – Macie jakiś zlot dzisiaj pod Zamościem? Rozsądek nakazywał Maciejowi przytaknąć, ale miast tego nierozsądne myśli wypchnęły nierozsądne słowa z jego ust. - Nie, jadę ratować księżniczkę Gioliannę, więzioną przez księcia Rodgarda. – Po ludziach siedzących najbliżej przeszła fala stłumionych śmiechów i szeptów. Po chwili umilkli czekając na reakcję podstarzałego, szpakowatego już kontrolera. - Bilet! – odrzekł stanowczo mężczyzna, który jednak nie podzielał wesołości reszty.
Wysiedli na najbliższym przystanku. Oczywiście, jak na prawdziwego rycerza przystało, tak i sir Maciej nie posiadał przy sobie żadnego dokumentu tożsamości, jaki mógłby okazać przy wypisywaniu mandatu. Kontroler Bogdan Czyżak (jak napisane było na identyfikatorze) zamierzał wezwać policję, ale pod naciskiem błagań i lamentów chłopaka zmiękł i postanowił uwierzyć mu na słowo. - Maciej, jak? – westchnął. - Lesicki – odpowiedział. Podał również inne dane osobowe o jakie pytał kontroler. - Nie zmyślasz? - Nie, słowo – zapewnił. Mówił prawdę i tak facet poszedł mu na rękę, nie wzywając policji, był mu wdzięczny i nie miał zamiaru już kręcić, przyjmując karę z pokorą. - Dobrze. Jak zapłacisz w ciągu tygodnia, będzie to tylko siedemdziesiąt złotych – oznajmił. – I masz zapłacić. Zapamiętam sobie ciebie i sprawdzę czy zapłaciłeś rycerzyku. - Przysięgam na honor – Maciej z uśmiechem uderzył się metalową pięścią w pierś, aż stal zagrzechotała.
Z tym ratowaniem księżniczki też nie kłamał, ale kto by mu w to uwierzył. Mimo, że misja ratunkowa rozpoczęła się niefartownie, dziarskim krokiem ruszył przed siebie w kierunku starówki. Na miejscu zobaczył, że dookoła trwają prace remontowe i kilka uliczek było zamkniętych dla ruchu samochodowego, jak i dla pieszych. Ucieszył się niezmiernie. I tak wzbudzał duże zainteresowanie wśród ludzi paradując samotnie w zbroi, ale starał się nie zwracać na to uwagi. Zszedł po schodkach w dół i znalazł się w południowej bramie w odrestaurowywanym właśnie ceglanym murze. W pobliżu nie było nikogo. Pomiędzy mieczem, a skórzaną pochwą w której tkwił, wciśnięty był gruby zestrugany już mocno ołówek. Czerwony przyrząd kreślarski zaopatrzony był w białą gumkę na tępym końcu. Maciej jeszcze raz przypomniał sobie wyczytaną legendę i zastanowił się, czy aby nie robi z siebie durnia. Odepchnął tą myśl przypominając sobie minę dziadka, który wręczył mu ołówek, tłumacząc dokładnie na czym polega jego niezwykła moc. A w skrócie mówiąc, dawała ona moc przenoszenia się w świat legend i mitów, a konkretnie w rzeczywistość, taką jaką były nim obrosły w smoki i wiedźmy. Znalezienie wejścia było czystą formalnością. Wystarczył kamień z tamtych czasów, na którym można było wyrysować drzwi. To tak w skrócie brzmiała teoria. Praktycznie Maciej jeszcze ani razu nie użył magicznego ołówka. Teraz stojąc przed ceglanym murem strasznie się bał. Trudno powiedzieć, czy bardziej tego, że za chwile otworzą się drzwi do świata, w którym będzie musiał walczyć ze strasznym księciem Rodgardem, by uwolnić księżniczkę więzioną na zamku, czy tego, że za chwilę zrobi z siebie idiotę. Nie czas na myślenie. Trzeba działać – pomyślał. W okutą dłoń chwycił ołówek (najlepiej jak to możliwe w stalowej rękawicy) i przyłożył do muru. Przeciągnął grafitowy rysik, pozostawiając kreskę i… i nic. Zero magii. Mimo to, Maciej postanowił tak łatwo się nie poddawać i szybkimi ruchami wyrysował prostokąt i znów nic. W akcie desperacji dorysował klamkę i zawiasy, ale i to nie pomogło. Postukał końcem ołówka w mur i postawił na próbę kolejną kreskę, która niczego nie zmieniła, a że nie pasowała do rysunku, starł ją gumką, zamocowaną na ołówku. Nagle w miejscu pociągnięcia gumką pojawiła się dziwna, półprzezroczysta rysa, a za nią jakby łąka, porośnięta kwiatem rozmaitym. Maciej oniemiał i cofnął się ze zdumienia, dopóki nie natrafił na przeciwległą ścianę, o którą zagrzechotała blacha zbroi. Rycerz przestraszył się powstałego hałasu, wzmacnianego akustyką wnętrza i stracił równowagę, po czym runął z jeszcze większym łoskotem na bruk. Natychmiast się pozbierał i podniósł ołówek, który wypadł mu przy upadku. Podszedł do ściany i zrobił druga przezroczystą rysę, a potem następną. Później narysował okrąg, którego ceglane wnętrze rozmyło się w powietrzu, ukazując jak przez mgłę, sielski obrazek łąki na skraju lasu. Zafascynowany kontynuował dzieło. Przytknął gumkę do wcześniej narysowanej ołówkiem linii i obrysował jeszcze raz ten sam prostokąt. Nie wierzył własnym oczom, znajdował się przed drzwiami do legendy, do mitu, który powinien nie istnieć a stał przed nim otworem. Przez ową fascynację zbyt późno usłyszał kroki na bruku. Po chwili stanęła przed nim młoda dziewczyna. W ułamku sekundy wyrył sobie w pamięci wszystkie jej kształty. O rany jakie miała piękne nogi, wystające z pod krótkiej sukienki z falbankami. A jakie miała piękne piersi, które opalały się w nieskromnym dekolcie. A jaki miała piękny głos, gdy zaczęła wzywać pomocy, na jego widok. Ten właśnie moment zakończył, ów ułamek sekundy przeznaczony na delektowanie się pięknem nieznajomej, a rozpoczął panikę. W działaniu Maćka (będącym następstwem paniki), nie można było doszukać się logicznego myślenia. Stał ledwie dwa kroki od dziewczyny i nim ta zdążyła się poruszyć, chłopak dał susa ku niej (w strachu nawet w dwudziesto pięciokilogramowej zbroi można taki skok wykonać), złapał ją w talii i popchnął w zamykające się właśnie przejście wyrysowane w murze. Pchnął ją tak mocno, że ta zgubiła kilka produktów spożywczych z reklamówki, którą taszczyła ze sobą. Maciej wskoczył za nią, ledwo mieszcząc się w niknący otwór, jaki pozostał po wyrysowanym przejściu.
Wylądowali w wysokiej trawie. Jej bujna zieleń kontrapunktowała z przeróżnymi barwami tęczy, jakimi mieniły się kwiaty. Już to wysokie niebieskie chabry, okazale prezentujące się pośród dorównującym im wzrostem rumianom, o śnieżnobiałych płatkach kwiatowych.. Gdzieś tam dalej plama makowej czerwieni, a pomiędzy nimi wszystkimi, zaczynają pokazywać się żółte koraliki wrotyczu i wiechy nawłoci. Ferię barw zwieńczał róż kwitnących ostów, w które niczym pocisk z katapulty spadł Maciej. Gdyby nie metalowa zbroja, lądowanie w strefie różu okazałoby się niezwykle nieprzyjemne. Właściwie w takim „stroju” nigdzie nie lądowałoby się przyjemnie. Czuł się jak ryba w puszce zrzucona ze schodów – przynajmniej takie właśnie porównanie przyszło mu na myśl. Kręciło mu się w głowie. Ściągnął hełm i chwiejnym krokiem podszedł do dziewczyny. Ta zszokowana gramoliła się na równe nogi, które trzęsły się ze strachu. Znów zaczęła krzyczeć, ale słysząc przeprosiny i prośby o wybaczenie napastnika, natychmiast zamilkła. Mało tego. Jej strach przerodził się w złość, która momentalnie wykipiała z dziewczyny, gdy tylko znalazła ujście. Tym ujściem był por, który wypadł z jej reklamówki i którym to zaczęła okładać rycerza raz za razem. Po kilku ciosach zorientowała się, że przecież uderzenia w płytki zbroi nic nie dadzą (poza destrukcją jej narzędzia), więc zamierzyła się na głowę. Tu już natarła z pełnym wściekłości impetem i nie było sensu się bronić i unikać, dopóki narzędzie tortur nie rozpadło się na kawałki. Wtedy to dziewczyna zasadziła się na rycerza z pięściami, ale te natychmiast ją rozbolały po nieprzemyślanym uderzeniu u zbroję jedną i w nos Macieja drugą. Na koniec powalony chłopak dostał kopniaka w stalowy nagolennik, co zakończyło napaść. Spacyfikowani towarzysze długo leżeli masując obolałe członki, słowem się do siebie nie odzywając. Dziewczynę strasznie ciekawiło, gdzie tak naprawdę się znalazła, ale uniesiona honorem postanowiła zaczekać, aż chłopak odezwie się pierwszy. - Przepraszam – powiedział po nie krótkim jednak czasie. Głos mu się zmienił, bo nos miał czerwony i spuchnięty, ale jak się później okazało, było to tylko stłuczenie. Dookoła niego wykwitły liczne sińce i zadrapania. Całość wyglądała koszmarnie. Zrobiło jej się go żal. Mówiąc szczerze, to gdyby siedział w takim stanie i z taką miną na ławce w lubelskim parku Saskim, niechybnie wrzuciłaby mu do hełmu piątaka. Fakt, była wybuchową osobą, ale zarazem bardzo wrażliwą i to teraz o dziwo przeważyło szalę w jej sercu. - Katarzyna – przedstawiła się podchodząc i wyciągając rękę na zgodę. – Kasia – poprawiła. - Maciek. – Chłopak podniósł się z ziemi jęcząc przy tym głośno. Uścisnął jej dłoń, uprzednio zdejmując rękawicę Po wymianie uprzejmości wyjaśnił jej gdzie się znajdują, a właściwie to powiedział prawdę, że sam nie za bardzo wie gdzie jest. Na pytanie „jak się stąd wydostać?” odpowiedział podobnie, iż nie ma pojęcia, na co dziewczyna zrugała go porządnie, ale tym razem powstrzymała się od rękoczynów. Była studentką Uniwersytetu Przyrodniczego. Studiowała biologię i właśnie przyjechała do domu na weekend. On zaś ze swej strony powiedział, że studiuje budownictwo w Zamościu, a historia jest jego pasją. Należał nawet do Zamojskiego Bractwa Rycerskiego, skąd ta zbroja. Wyjaśnił pokrótce pochodzenie ołówka i co tu tak właściwie robi. - Księżniczkę?! – niedowierzała. – Taką zamkniętą w wieży i czekającą na wybawiciela, który pokona smoka i będą żyli długo i szczęśliwie? – zapytała. Zaczekała, aż rozmówca skinie głową w potwierdzeniu, po czym ryknęła ogłuszającym śmiechem. Tarzała się ze śmiechu łamiąc chabry i rumiany. Wreszcie położyła się na wznak, rozkładając ręce. - Po co ci księżniczka z bajki? Mało dziewczyn w Zamościu? – zapytała. Sama nie miała powodzenia u chłopaków, choć była bardzo ładna. Włosy ścinała krótko, zaraz za uszami. Ni to już rude, ni jeszcze ciemny blond, teraz po tym całym zamieszaniu były w kompletnym nie ładzie. Kosmki zachodziły na wysokie czoło, które marszczyła w zdumieniu, oglądając niecodzienne odzienie swego towarzysza. Wielkie, zielone oczy doskonale współgrały z kolorem włosów i z małym, delikatnym noskiem pomiędzy nimi. Figury także mogłaby pozazdrościć Katarzynie nie jedna światowej sławy modelka. Dziewczyna była bardzo szczupła – żeby nie powiedzieć chuda. Lecz żeby było jasne, nie należała do osób liczących każdą nabytą kalorię. Co to, to nie, Jadała normalnie, a figura była genetycznym dziedzictwem po mamie. Nie. Jej problem nie polegał na braku urody, lecz na braku mózgu – i to nie swojego, a raczej chłopaków, jacy się z nią umawiali. Po kilku takich nieudanych randkach szybko dostała etykietkę oziębłego, niedostępnego osobnika sklonowanego z molem książkowym. To za sprawą, tego, że gdy kandydat okazywał się skończonym idiotą, zmieniała temat rozmowy na ekologię, lub respektowanie praw zwierząt i… randka błyskawicznie dobiegała końca. Westchnęła. - Nie zastanawiałem się nad tym. Nie wiem nawet czy chciałem przechodzić przez tą ścianę. To wszystko potoczyło się tak nagle. Najpierw brama… potem Ty tak, tak niespodziewanie… - Gdzie ta twoja księżniczka, chodźmy ją obejrzeć – zaproponowała. - Nie wiem – przyznał. - To jak chcesz ją znaleźć?! – krzyknęła. - Legendy nie mają dołączanych map! – odciął się. - Trzeba było poszukać w biedronce, albo w google. Ciemno się robi – zauważyła już normalnym tonem. - Przenocujmy tu – zawyrokował rycerz, rozglądając się dokoła. - Nie ma sensu wchodzić teraz do lasu. – Nie widząc lepszego wyjścia z sytuacji Kaśka przytaknęła.
Nazbierała chrustu i układała go w kopczyk, podkładając drobne gałązki na sam spód, a wyżej coraz grubsze. W tym czasie Maciek, który już dawno przy jej pomocy pozbył się zbroi usiłował coś strugać przy pomocy tępego noża i jeszcze gorszego miecza. Przedtem wydrążył dwie huby i złożył ich zawartość na brzozowej korze. To była ewidentnie prostsza część działania, mającego doprowadzić do powstania cieplutkiego ognia. Nie zważając na poczynania majsterkowicza, wyjęła z kieszeni zapałki i papierosy. Zapaliła jednego z nich i jeszcze palącą się zapałkę położyła obok kupeczki suchych liści, które następnie na nią nasunęła. Z pod liści zaczęła wydobywać się delikatna smużka dymu, potem większa, a za chwilę pojawił się mały płomyczek. Dorzuciła liści i zaciągnęła się papierosem. Wypuściła dym z ust, rozdmuchując ogień. - Masz zapałki?! – zapytał oniemiały. - Takie dziwne? - Nic nie mówiłaś – powiedział skołowany. - A pytałeś? Coś sobie tam strugałeś, nie moja rzecz. – wzruszyła ramionami i podepchnęła patykiem płonące liście pod stos z gałązek. Po chwili z wnętrza ogniska buchnął płomień rozpraszając zapadające ciemności. Snop iskier uleciał w czerń nieba. - Chciałem zrobić łuk ogniowy – tłumaczył się. Westchnęła i pokręciła głową. - Głodna jestem – oznajmiła i w tym momencie żołądek chłopaka też przypomniał sobie o jedzeniu głośno burcząc na swego właściciela. - Mam pomysł – powiedział. – Pilnuj ognia, zaraz wracam. - Jak dotąd twoje pomysły w najlepszym razie na nic się nie przydają – rzuciła za nim gdy odchodził poza krąg światła. – a w najgorszym wplątują nas w niezłe gówno.
Po chwili wrócił niosąc swój szyszak wypełniony po brzegi wodą. W środek ogniska wetknął cztery kamienie i postawił na nich hełm. Wrzucili do niego produkty z reklamówki dziewczyny, nadające się na zupę. Na szczęście było ich całkiem sporo. Były ziemniaki, sałata, cebula, pietruszka i ogórek szklarniowy. - Szkoda tego pora – powiedziała złośliwie szczerząc zęby w uśmiechu. - Nawet mi go nie przypominaj – odburknął, odruchowo sprawdzając stan swojego nosa. Zjedli i długo rozmawiali nie mogąc zasnąć. Kaśka położyła się na plecach i patrzyła w nocne niebo, pokazując towarzyszowi konstelacje.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil morgon87
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…