Wróć do katalogu

lilith

opowiadanko z duchami w tle?:)

goth, opublikowano , 19 min czytania, 3,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Lilith

Jesień. Żałobny wiatr wgryzał się w draperie mego domostwa niczym wygłodniały wilk. Całun ciszy okrywał zamek, którego grube mury, wznosiły się wysoko w stronę ciemnego nieba. Noc wlewała się przez dziurawe okna jak rtęć, jak zimny ołów. Wszechogarniający mrok, niczym szal owijał me komnaty. Skąpany w nicości z krwawiącym sercem snułem się jak zjawa po zakamarkach mego domostwa. Zimne ściany dotykały mnie z obrzydzeniem. Potężne kariatydy płakały wraz ze mną w kamiennym milczeniu a ból jak więzienne kajdany nie pozwalał na spokojny chód. Wpatrzony w pustkę wylewałem słone łzy za ukochaną. Już czwarty dzień mija kiedy mej najsłodszej Katarzyny nie dano mi oglądać w blasku dnia, czy choćby w świetle naftowych lamp. Zrozpaczony, błąkałem się po zamczysku i z tęsknoty ledwo powłóczyłem ciężkimi nogami. Byłem jak ożywiony posąg który jeszcze w pełni nie pojął czym jest prawdziwe chodzenie, jak dziecko, które nie wie czym jest szczęcie. Pamiętałem tylko ból. Wspomnienia przykryła wielka czarna chmura, jakoby nakrycie ogromne, z pod którego ni rąbek nawet nie wyjrzy na dzienne światło. Wchodziłem po starych, zimnych jak lód schodach. Piąłem się ku sypialni znajdującej się na szczycie pałacu. Czarny płaszcz otulał me ramiona, delikatnie falując w przeciągach zamczyska. Za oknami księżyc wsłuchany w wycie wilków nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi. Wysokie mury broniły mego spokoju niczym dzikie, piekielne bestie. Cztery dni miotam się ze smutkiem, ze strachem i łzami. Odczuwałem ciągle ten sam zimny niepokój, napięcie, przygnębienie. Przegrany, słaby, z pochyloną w przód głową, wyglądałem jak trup łkający w przeraźliwych ciemnych komnatach. Otworzyłem drewniane drzwi a odgłos jakie wydawały mogły kojarzyć się tylko ze smutkiem. Trzymając w ręku lampę, podszedłem do wielkich okien i zaciągnąłem ciemne, zakurzone kotary. Czułem się jak mała łódeczka rzucona na ciemne wody Irawadi, jak listek wawrzynu niesiony łzawym, drapieżnym tornadem, czy choćby, wiejącym ku północy afrykańskim sirocco. Na obolałych nogach podszedłem do łoża, niczym marmurowy pomnik wchodzący na cokół pośród ogrodów i miejskich placów. Postawiłem lampę na hebanowym stoliku, którego dekadenckie kształty budziły we mnie mieszane uczucia. Zdobione krawędzie przywodziły na myśl maleńki główki a cienkie nóżki wydawały się być zmęczone ciężarem ciała, stolikowej bestii. Ubrania rzuciłem bezładnie na miękki puszysty dywan, którego, piękne subtelne wzory przypominały rosnący nad stawami, nieopodal zamku ajer. Sypialnia była duża. Przestronne okna zawsze wpuszczały wiele ciepłego radosnego światła. Na ścianach wisiały liczne obrazy i trofea, co czyniło to miejsce trochę zagraconym ale na pewno niepozbawionym duszy i charakteru. W rogu stało potężne, zdobione na styl barokowy lustro. Jego ramy trzymały pozłacane dębowe ramiona a wokoło wiły się rzeźbione pnącza bluszczy. Z boku lustra stały dwie małe szafeczki, w których Katarzyna trzymała swe cudowne korale, złote kolczyki, pierścionki, rubinowe brożki i srebrne bransolety. Kiedy jeszcze tu była… kuchnia, sypialnia a nawet… cały zamek pachniał przepysznym nugatem. Delikatne orzechy, migdały i miód sprawiały, że nawet lochy zamieniały się w balowe sale i wykwintne salony. Szafy i ciemne misterne meble dopełniały to wnętrze aurą tajemniczości i domowego szczęścia… Zdmuchnąłem płomień świecy i położyłem ciężką głowę na miękkiej poduszce. Zasłonięte kotary nie wpuszczały ani jednego księżycowego promyka, więc w sypialni panował nieprzenikniony mrok. Trudno mi nawet było ujrzeć wyciągniętą przed siebie rękę. Czas mijał a ja oddawałem się bolesnym rozmyślaniom. Katarzyna była lekarzem. W żartach mawiała, że jest jako ten eskulap pomocny w kłopotach zdrowotnych i uczynny do granic swej możliwości. Rzeczywiście taka była. Dobra, szlachetna, pomocna. Kochała spacery i dlatego też do miasta nigdy nie raczyła udawać się dorożką jak przystało na panią doktor. Spacer to było to co Katarzyna umiłowała sobie bardzo mocno. Dnia ostatniego gdym ją ujrzał miała na sobie piękną suknie z trykotyny. Odcienie czerwieni i czerni przenikały się jak dobro i zło, niczym kolory na cudownej tęczy. Długi materiał zakrywał zgrabne nogi i skórzane buciki. Czarne włosy spięte były srebrnymi szpilkami. Gdzie niegdzie na delikatną bladą twarz spływały niczym wodospady kosmyki lśniących włosów. Tego dnia jak zwykle umówiona była do niejakiej pani Petrus, która podobno zapadła na anurie. Pamiętam jak kiedyś śmialiśmy się do łez z podobieństwa nazwiska tej starej kobiety do urodzonego w 1572 r. francuskiego uczonego. Wracając miała wstąpić jeszcze do kogoś z pomocą, ale kim miała być ta osoba nie zdołałem zapamiętać. Jutro znowu wyruszę przeszukać las, tak jak wczoraj i przed wczoraj. Muszę ją odnaleźć muszę…powtarzałem cichutko aż zasnąłem głębokim niespokojnym snem. Byłem sam w mrocznym, mglistym lesie. Dookoła z dziwnie powykręcanych gałęzi wielkich drzew zwisały martwe wrony. Ich delikatne nogi przywiązane były do białych cienkich sznurków. Wiatr krążył po miedzy ciałami i śmiał się. Jego głos niszczył mnie. Druzgotał mą duszę i serce. Zimny powiew przyprawiał o ciarki na całym ciele. Czerwone słońce niczym wielki zegar odmierzało czas a pośrodku tego wszystkiego stałem ja. Przygwożdżony niewidzialną siłą do podłogi mogłem tylko patrzeć jak z suchych dziobów ptaków kapią cieniutkie kropelki krwi. Głośny chichot wiatru to jedyne co zapamiętałem zanim się ocknąłem. Obudził mnie dźwięk rozsuwanych kotar. Zdezorientowany otworzyłem przestraszone oczy i podniosłem głowę z poduszki. Do komnaty wpadała ogromna ilość słonecznego światła, zalewając wszystko swym złotym blaskiem. Przetarłem zmęczoną twarz i wzdrygnąłem się. Przed oknem w promieniach nieskazitelnego słońca stała jakaś niewyraźna kobieca postać. Wpatrywałem się w nią w oszołomieniu z szeroko otwartymi oczyma. Nie była to Katarzyna, była zbyt niska i zbyt…tajemnicza. Serce zaczęło bić szybciej a pot powoli spływał po czole szczypiąc i kłując. Nie widziałem twarzy kobiety. Ogromna ilość światła sprawiała, że ów gość przypominał bardziej cień niż żywą osobę. - Kim jesteś?- Spytałem strwożonym głosem.

Cień milczał. Patrzyliśmy na siebie kilka chwil. Mój strach narastał. Grobowe milczenie zapanowało między nami. W końcu kobieta podniosła ciemną rękę i w blasku słońca wskazała na widok za oknem. - Powiedz coś? Kim jesteś?- Spytałem głośniej. Dziwne zimne uczucie przerażenia opanowało mnie. Miałem ochotę wstać i wyrzucić intruza z domu lecz strach i ciekawość sparaliżowały me ciało. Prawdę mówiąc nawet nie byłem pewny swego przebudzenia. Me potargane nerwy zapewne skłonne były wymyślić wszystko na co miały ochotę byle by tylko pogrążyć mnie jeszcze bardziej w rozpaczy. -Pomóż jej- szepnęła cichutko kobieta. Jej zimy głos pokrył szronem nagrzane słońcem szyby… - Co? Kim jesteś? Jak tu weszłaś?- Sypałem pytaniami jak piachem. Mimo iż kobieta była prawie niewidoczna po chwili zaczynałem zauważać pewne szczegóły. Mianowicie włosy jej były to spięte w okrąg dwa warkocze. Oplatały głowę cienia jak aureola czy diadem królowej. Długa suknia opadała do ziemi. Wyglądała jakby wykonana była z satyny lub jedwabiu, barwy zapewne białej. Na prawym ręku zdołałem zauważyć widoczną tylko krótką chwilę bransoletę. Była dość duża i delikatnie opadała na ciemnym nadgarstku. -Jest tam- mówił cicho. Nie wiedziałem co robić. Domyśliłem się, że zapewne chodzi o Katarzynę. Chciałem krzyknąć zadać tyle pytań lecz naraz uświadomiłem sobie, że komnatę wypełnia dziwny zapach. Przedziwna kompozycja róż, orchidei i odrobiny meksykańskiej tuberozy. Piękny, delikatny, wypełniał każdy zakamarek sypialni. - Jestem Lilith… miałam być waszą… pokojówką, pani Katarzyna łaskawa mnie była zatrudnić,… A teraz ona cierpi. – zawodził smutny głos -Co? – Zdziwiłem się ogromnie, gdzie ona jest? - Wracałyśmy przez las- mówiła nieznajoma cały czas stoją w świetle słońca.- Zrobiło się ciemno… coś nas goniło. -Jak to… opowiadaj…szybko…-ponaglałem, moje zdenerwowanie całkowicie zawładnęło ciałem. Kobieta wyszła z kręgu światłą. Teraz kiedy mogłem się jej troszkę lepiej przyjrzeć zauważyłem, że na cienkiej szyi zwisał srebrny łańcuszek. Twarz nadal była ukryta ale smutek z niej bijący był aż nadto wyraźny. - Coś nas goniło…wilki, niedźwiedź…nie wiem może sam diabeł zarzucał na nas swe ogniste sidła. Biegłyśmy lasem i nagle ziemia…ziemia się zapadła. Udało mi się wydostać i obiecałam sprowadzić pomoc pani Katarzynie.- Głos stawał się coraz cichszy Aż w końcu prawie niesłyszalny. -Tak się boję…a jeśli to co nas goniło czai się tu w pobliżu…Muszę uciekać, uratuj ją… Powiedziała i szybkim ruchem zasłoniła kotary. Oślepiony i oszołomiony usłyszałem tylko jak wybiega z komnaty. Wstałem i ruszyłem za nią - Stój- krzyczałem – pokarz mi gdzie to jest. W odpowiedzi usłyszałem tylko echo jej delikatnych kroków i te jedno jedyne słowo -Okno… Wszedłem z powrotem do jaskini-sypialni. Roztrzęsiony odsłoniłem kawowe kotary i wyjrzałem na świat. Słońce roztańczyło się na dobre, w śród wysokich ciemnozielonych drzew. Zamek otaczał ciemny mur, którego bramy zostawiłem otwarte. W nadziei, że Katarzyna wróci którejś nocy do domu. Za murami płynęła spokojnie, cicha ciemna rzeka. Przez którą przejść można było wspaniałym dużym mostem. Cudowne…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych