Lori
Opowiadanie napisane na konkurs literacki o temacie "Jestem zwierzęciem, czuję, myślę, chcę żyć".
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wczoraj był dobry dzień. Kolejny z kilku pięknych, pogodnych dni, w których wszystko zdaje się świadczyć, krzyczeć nawet, że wiosna zaczęła się już na dobre; kiedy czuć ją we wdychanym z każdym oddechem powietrzu, w nagrzanym słońcem piasku pod stopami, w każdym świeżym źdźble trawy i nowym pączku na gałęziach, nawet w błyszczących radością oczach współmieszkańców. Dolf od rana oprowadzał swoją ukochaną Molly po całym terenie, a ona, mimo swego kalectwa, towarzyszyła mu chętniej i żwawiej niż zwykle. Bert biegał tu i tam, szukając okazji do jakiejś psoty, lecz w końcu żadnej nie znalazł – być może właśnie dlatego, że próbował być wszędzie jednocześnie. Nawet Brutus udzielił jedynie skromnej – jak na jego zwyczaje – nagany Gibby, kiedy ta naruszyła jego tak wysoko cenioną prywatność, zeskakując z dachu stodoły. Opiekunom udało się znaleźć wyjątkowo dużo jajek i około południa odbyłyśmy z siostrami wielką ucztę, pod czujnym okiem naszych mężów i braci. Dziś jednak niebo znów zasnuły chmury i od świtu padał deszcz. I znów odezwał się ból w nogach, przypominający o czasach, kiedy moje stopy nie znały ani piasku, ani trawy, ani wyścielonego słomą gniazda, w którym leżę teraz – a tylko metalowe kraty stanowiące podstawę klatki, w której stłoczono mnie razem z kilkoma siostrami. A także jeszcze gorszy, tępy, pulsujący ból w okaleczonym w pierwszych dniach mojego życia dziobie – mój najdawniejszy towarzysz. Już trzeci rok mieszkam w sanktuarium, lecz nie wyklułam się tutaj. Niewiele pamiętam z czasów, kiedy byłam pisklęciem – właściwie nic, poza dniem, kiedy obcięto mi dziób – byłam wtedy tylko małą, pokrytą puchem kulką, która nic nie wiedziała o świecie, nie zdawała nawet sobie do końca sprawy, że istnieje jakiś świat do poznania – ale takiego bólu nie da się zapomnieć. Potworny, gorący, miażdżący, bezlitosny ucisk. Długo potem szamotałam się w panice, trzepocząc słabymi, pisklęcymi skrzydełkami, otwierając to, co zostało z mojego dzioba w bezgłośnym krzyku, bo nawet tchu nie mogłam złapać, wijąc się i skręcając w rozdzierającym, agonalnym bólu. Wydawało się to wiecznością, lecz ból zelżał z czasem. Nigdy jednak nie odszedł na dobre, a w pochmurne, wilgotne dni jak dzisiejszy, odczuwam go tym dotkliwiej. Niewiele pamiętam również z pierwszych kilku miesięcy dorosłości – po brutalnym załadowaniu na ciężarówkę i pełnej strachu podróży w nieznane, ponownie umieszczono mnie w klatce, wśród innych takich jak ja, tylko że teraz nie byłyśmy już żółtymi pisklętami, a dorosłymi, młodymi kurami. Każda chwila spędzona w ścisku, w klatce zbyt małej, by można było zrobić choć kilka kroków, czy chociażby rozprostować skrzydła, wydawała się trwać bez końca. A jednak niewiele mam konkretnych wspomnień dotyczących tego okresu mojego życia, chociaż spędziłam w takich warunkach ponad pół roku. Każdy dzień podobny był do poprzedniego, nic tylko wymuszony bezruch, zawsze takie samo, niesmaczne jedzenie w karmidłach, rzędy identycznych, zatłoczonych klatek, ustawionych po przeciwnych stronach wąskiego korytarza, spiętrzonych jedne na drugich – w tych dolnych wiele z sióstr z jakiegoś powodu potraciło pióra – potworny smród, oczy piekące od oparów bijących z pokładów zalegających na podłodze odchodów, sztuczne światło palące się niemal nieustannie i ogłuszający głos wydobywający się z tysięcy ptasich gardeł. Raz dziennie pojawiały się dziwne, budzące grozę istoty – dziś wiem, że nazywają się ludźmi – i zabierały ciała sióstr, które nie dały rady wytrzymać tego piekła przez kolejną dobę. Czasami zabierali też żywe siostry, zwłaszcza takie, które już od dawna przebywały w tym miejscu; bezlitośnie wyszarpywali szamoczące się w przerażeniu ptaki, nieuważnie wrzucali do kolejnych klatek i gdzieś wywozili. W ich miejsce przynosili nowe, zawsze bardzo młode – tak przecież i ja tu trafiłam. I żadnego, absolutnie żadnego zajęcia, którym można by zabić czas. Nic do roboty poza jedzeniem, piciem, spaniem – kiedy na krótki, zbyt krótki czas światło jednak gasło – i składaniem jajek. Ten jedyny moment otrząśnięcia się z otępiającego marazmu przynosił ze sobą inne męczarnie. Każda z nas, ogarnięta przemożną potrzebą znalezienia odosobnionego i bezpiecznego miejsca, dreptała nerwowo w miejscu, rozpaczliwie próbując znaleźć dla siebie jakiś zaciszny kącik, wiedząc doskonale, że nie ma żadnego. Nowe jajka tworzyły się w nas bardzo szybko; tak szybko, że byłyśmy tym zupełnie wyczerpane, zupełnie jakby wraz z nimi uchodziło z nas powoli życie, a przynajmniej coś bardzo istotnego dla naszego zdrowia. Po jakimś czasie nachodził, przynajmniej niektóre z nas, ogromny apetyt na nasze własne jaja, nieprzeparta ochota, by wypić półpłynną zawartość i schrupać skorupkę; choć w części odzyskać to, co w nich od nas uciekło. Ale były poza naszym zasięgiem, bo przeważnie zaraz po złożeniu staczały się po lekko pochyłej podłodze do tyłu, w miejsce, do którego dostępu broniły pręty klatki. Niedługo po tym, jak umieszczono mnie w tym miejscu, jedna ze starszych sióstr z mojej klatki podjęła próbę dosięgnięcia jajka, lecz jej głowa utknęła między prętami. Stała tak, a potem leżała, przez kilka dni, aż w końcu, nie mogąc jeść ani pić, umarła. Po śmierci przeleżała tak kolejne kilka dni, nim ludzie w końcu zabrali jej zwłoki. Zapamiętałam to dobrze i zawsze trzymałam się od ścian klatki jak tylko mogłam najdalej, ale potem wielokrotnie widziałam inne siostry, których nogi lub głowy uwięzły w podobny sposób. Z czasem przestałam na to zwracać uwagę. Stało się to częścią tej jednostajnej, ogłupiającej gehenny, która była wówczas moim życiem. Tutaj, w sanktuarium, wszystko wygląda zupełnie inaczej. Czas wydaje się płynąć szybko, lecz tak wiele dzieje się każdego dnia! Tyle jest miejsc do odwiedzenia, tyle wrażeń, których można doświadczyć, tyle zdarzeń, które można zaobserwować lub w nich uczestniczyć! Jak wczorajsza uczta, lub jeszcze bardziej niecodzienne, na przykład kiedy knur Bert sforsował drzwi do domu opiekunów, kiedy żadnego z nich nie było w środku, i po powrocie zastali ponad pół setki spośród nas – kur, indyków, kóz, świń, nawet stary Thor nie oparł się ciekawości – buszujących po pokojach, wylegujących się na meblach i częstujących się smakołykami w kuchni. Chyba jednak nawet wyczyn Berta nie może się równać z najbardziej ekscytującym zdarzeniem – przybyciem nowych rezydentów. Mieszkam tu już długo i wiele razy witałam przyszłych towarzyszy, ale każda wiadomość o planowanym przyjeździe nowych wzbudza we mnie takie same emocje. I nic w tym właściwie dziwnego, bo przecież nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać! Opiekunowie mówią zawsze co prawda (od dawna przysłuchuję się im uważnie i bardzo wiele już rozumiem): „Jutro przywieziemy sześć nowych kóz” albo: „W przyszłym tygodniu zamieszkają u nas dwa młode byczki”, ale jedyne co można z tego wywnioskować – a i to niezbyt precyzyjnie – to wygląd nowych towarzyszy, bo przecież każdy z nas jest inny! Jasne, można się spodziewać, że owce będą się raczej trzymać z innymi owcami, tak jak my, kury, przeważnie trzymamy się razem, ale nawet w tak ogólnych sprawach nic nie wiadomo na pewno. Weźmy na przykład takie indyki: jest Brutus, który uroił sobie, że skrawek podwórka między szopą na narzędzia a stodołą należy wyłącznie do niego, i całe dnie spędza na pilnowaniu go. Poza nowymi, którym wydaje się, że musi tam być coś ciekawego, skoro Brutus tak tego broni, nikt już tam nawet nie chodzi, chyba że przypadkiem, przez roztargnienie. Brutus wpada wtedy w szał – cały czerwienieje na podgardlu i koralach, zaczyna drzeć się wniebogłosy i przystępuje do morderczej szarży z rozpostartymi skrzydłami – trzeba przyznać, że wygląda wtedy naprawdę imponująco! Nawet stary, wielki koń Thor, który całe życie ciężko przepracował przy wyrębie drzew i którego nic nie jest w stanie wytrącić z równowagi, czmychnął gniewnie parskając, zaatakowany pewnego razu przez Brutusa. I jest Primo, też indyk, przyjechali tu zresztą z Brutusem razem. Spokojny i delikatny, przeważnie spaceruje samotnie tam, gdzie panuje najmniejszy ruch i
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ridareta
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…