Lovecraftowo
wynik mojej fascynacji HPL, oraz pierwsza (mam nadzieję, że nie ostatnia) część pisarskiego hołdu jaki mam zamiar złożyć zarówno jemu, jak i całemu Mythosowi. Jak wiadomo, HPL nie umarł, tylko wyruszył śladem Randolpha Cartera.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
List od mojego przyjaciela przyszedł wczesną wiosną. Powietrze było chłodne i soczyste, żaby głośne, a moja dusza rwała się do czynienia rzeczy – czymkolwiek by one nie miały być. Akurat Consistance, moja siostra, rwała pierwsze żonkile na bukiet dla matki gdy na rowerze przyjechał Trevor, listonosz. Pochodził z rodziny robotników, jednak ponieważ słabego był zdrowia, dano mu lżejszą pracę listonosza i od tej pory przemierzał ościenne wioski rowerem i korzystał ze słońca, pokasłując trochę. Zimą przeważnie siedział za piecem, rwąc pierze na puchowe poduszki. Śniegu było dość, żeby nikt nie próbował nawet dalszych podróży.
– Poczta, proszę pana! – zawołał jeszcze od gościńca, spowity złotymi refleksami słońca w porannych resztkach mgły, najbardziej liryczny listonosz jakiego znała natura. Przyjąłem list w szarawej kopercie z czerpanego papieru (ekstrawagancja jak dla mnie), po czym, udawszy się na hamak do sadu, gdzie złote zawiesiny unosiły się w świeżym powietrzu, zagłębiłem się w lekturze.
{i}Drogi Jonatanie! Long time no see, a chociaż chciałbym to nadrobić w jakiś o wiele przyjemniejszy sposób niż prosząc cię o przysługę – niestety muszę stwierdzić, że nie jestem w stanie. Może w przyszłości uda mi się przezwyciężyć pewne problemy (nie natury finansowej, wiesz przecież, że nie zniżałbym się do proszenia przyjaciół o pożyczkę) i wtedy wreszcie przysiądziemy tak jak należy – w altance ze szklanką brandy i porządnym cygarem i porozmawiamy tak jak przystało na te lata nauki razem i wspomnień. Na razie niestety są pewne... ograniczenia... w moim otoczeniu, które mogą sprawić, że beztroska już nigdy nie wróci do mojego życia. Możesz powiedzieć, że po prostu dojrzewam i widzę pewne sprawy inaczej niż dotąd – ale zapewniam cię, że moje frasunki są nader konkretnej natury. Piszę wprost – mogę sobie nie poradzić bez twojej pomocy. Ostatnio pewne... rzeczy sprawiają, że mój osąd pewnych sytuacji nie jest do końca trzeźwy. Stawia mnie to regularnie w dosyć kłopotliwych towarzysko sytuacjach – dość powiedzieć, że połowa służby odeszła, a druga połowa zdaje się traktować mnie jak wariata. Nie pozwolę oceniać się w ten sposób ludziom nikczemnego stanu, ale liczę na to, że ty, jako przyjaciel, sam będziesz w stanie ocenić moją poczytalność. Ocenić RZETELNIE, podkreślam – a nie uspokoić mój niepokój gładkim słowem. Pisałem w tej sprawie do mojego innego starego przyjaciela, pułkownika Farrela. Poznałeś go kiedyś podczas jednej z ostatnich kolacji z moim ojcem. To był przede wszystkim jego stary druh i przyjaciel rodziny, niestety, nie wiem gdzie udał się teraz, a wiadomo, że wiatry, które kierują jego życiem są dość nieprzewidywalne, żeby mógł teraz znajdować się choćby w yokohamskim porcie albo nawet i na Księżycu. Tak czy inaczej nie zjawił się i nie odpisał więc nie wiem nawet czy moja informacja do niego dotarła. Nie potrafię w tym momencie więcej powiedzieć... widzisz, kiedy mówimy o trudnych sprawach słowa zaczynają nagle więcej ważyć, a kiedy dojdą do tego emocje, stają się nie do udźwignięcia. Dlatego też wolę nie pisać nic, niż zniekształcić i tak jawiącą mi się jak przez pryzmat czy krzywe lustro, rzeczywistość. To trzeba po prostu zobaczyć. Bo jak opisać komuś piękno babiego lata błyszczącego w mocnym, żółtym jesiennym słońcu, albo głębokość obrzydzenia oraz fascynacji na widok padliny z wijącymi się w niej strąkami połyskujących czerwi. Albo metafizyczne dreszcze kiedy patrzy się nocą przez lunetę na niebo i umysł jest wciągany nieskończonymi otchłaniami czerni. Tam mieszkają koszmary i o tym nie ma jak mówić – nie znam słów. I o tym, co się dzieje wokół mnie też nie potrafię. Jeżeli możesz – przez wzgląd na przyjaźń albo choćby przez ciekawość – przyjedź i zobacz bo nie ma abstraktów na określenie tych rzeczy, które tu się dzieją. Nie ma symboli.
Twój Mathew Jame Ackley{/i}
Możecie sobie zapewne bez trudu imaginować moje zaskoczenie na takie dictum. Nie widziałem Mateusza od dobrych pięciu lat, kiedy to wróciliśmy z podróży do Indii i każdy odjechał do swojej rodzinnej posiadłości. Skończyliśmy studia i nieco urwała się nasza znajomość. Chociaż wspomnienia nigdy nie wygasły - aż tyle czasu nie minęło i aż tak odseparowani od siebie nie byliśmy. Nie mówiąc wiele o samej treści listu, poinformowałem matkę, że wybieram się z dawno odkładaną wizytą do Ackleyów (swoją drogą – ciekawe co z jego rodzicami i starszą siostrą – nic o nich nie napisał, ale złożyłem to niedopatrzenie na karb widocznego rozstroju nerwowego młodego Mathew). Następnie osiodłałem konia, ponieważ dzień był naprawdę piękny i nie chciałem pętać się dorożką, i pojechałem na stację kolejową nadać telegram z potwierdzeniem oraz sprawdzić pociągi.
Mathew był synem potomków plantatorów bawełny z Nowego Orleanu. Kiedyś siłą niewolników, teraz już zatrudnionych po ludzku pracowników zbudowali sobie małe bogactwo i ufundowali dwa domy – jeden wśród pól, gdzie w czasie sezonu przebywał przynajmniej ojciec rodziny, pan Dwight Ackley, oraz drugi, nieco bliżej samego miasta, acz na tyle daleko, żeby być bez problemu otoczonym całkiem gęstym lasem, zapewniającym jaką taką prywatność. Jeden dom był absolutną antytezą drugiego – pierwszy otwarty na hektary pól i okolicznych zabudowań, płaski i z jednym tylko piętrem z sypialniami rodziny, zaś drugi wysoki, opleciony bluszczem, trójkondygnacyjny, dwuskrzydłowy, z dużym ogrodem ograniczonym podwójnym szpalerem tuj, wymuskanych i wystrzyżonych, tworzących zwarty żywopłot, za którym niemal od razu zaczynał się las, dalej za domem przechodząc w regularne mokradło. Do utwardzonej drogi biegł podjazd długości może osiemdziesięciu yardów, ocieniony klonami wyrosłymi w dosyć twardej jeszcze w tym miejscu ziemi. Naturalnie, zaraz po przybyciu skierowałem się do tej drugiej posiadłości, w pierwszej było niemożliwym zastanie kogokolwiek o tej porze roku. Na stacji zaraz po wyjściu z pociągu podbiegł do mnie chłopak, by zaopiekować się moim bagażem. Razem poszliśmy do dorożki, ja bacząc przy okazji, by zażyłość nie okazała się przypadkiem zbyt wielka. Nowy orlean uderzył we mnie dziwnością kiedy jeszcze oglądałem go z okien pociągu, wjeżdżając na stację. Domy w jaskrawych kolorach, z balkonami o poręczach z kutej stali, a jednocześnie tak ażurowych i delikatnych, że równie dobrze mogłyby być koronką. Wąskie ulice, wypełnione tak dziwaczną mieszanką kulturowo – narodowościową, że oko gubiło się w rysach europejskich, afrykańskich oraz rdzennie amerykańskich – i tych ostatnich było właśnie najmniej. Nowy orlean był wrotami do Starego Świata dla całego Południa i to było widać na pierwszy rzut oka. Dorożkaż zapytał czy ma nadłożyć drogi, żebym obejrzał sobie miasto. Po chwili zastanowienia stwierdziłem, że byłoby to z pewnością interesujące – zwłaszcza zobaczenie legendarnego French Quarter, ale pomyślałem, że po tym właśnie odróżnić człowieka kulturalnego i wykształconego od motłochu – że potrafi postawić obowiązek nad krótkotrwałą przyjemność i w efekcie cieszyć się wznioślejszymi doznaniami. Pamiętając zatem o rozpaczliwym w gruncie rzeczy liście Mathew Ackleya, odmówiłem i grzecznie poprosiłem o możliwie najszybsze dostarczenie mnie na miejsce. W efekcie udało mi się zobaczyć tylko Mississipi, brązową, mętną i tak wielką, że statki oceaniczne bez problemu mogły pływać po jej wodach. Gdzieś hen, na jej odległych brzegach widać było kawałki lasu oraz zaczątki pól bawełnianych. Poza centrum miasta szarością, krzywością i brudem straszyły dzielnice biedoty, gdzie ponoć dalej trwały ogniska praktyk voodoo, a życie prywatne i społeczne było tak ściśle podporządkowane zachowaniu tajemnicy, że każde złamanie niepisanych zasad głoszonych przez nieznanych kapłanów, czy szamanów kończyło się przyprawieniem delikwentowi purpurowego krawata. Kiedy jechaliśmy przez miasto, zapachy obcej kuchni, obcych ludzi i całkiem swojskiego brudu drażniły moje nozdrza, co chwila przepływałem od zachwytu nad jakąś nową wonią do grymasu obrzydzenia. Nielubiana przeze mnie, wulgarna muzyka pełna jazgotliwych trąbek i pulsujących, rytmicznych zagrywek perkusyjnych drażniła moje uszy. Z pewnością – Nowy Orlean jest miastem wartym poznania i trzeba by być wielkim doprawdy ślepcem i głupcem, żeby z pobytu tutaj nie wynieść niczego. Mieszkać tutaj jednak – nigdy. Miałem naprawdę ogromną nadzieję, że w domu rodziny Ackley będzie można odpocząć od tego bezsensownego, obcego zgiełku. Kiedy wyjechaliśmy z miasta, od razu odetchnąłem raźniej. Co prawda powietrze było ciężkie i wilgotne, do tego niezbyt ciepłe, więc też przenikliwe aż do szpiku kości, jednak mogłem wreszcie wytrząsnąć z siebie choć część tych świdrujących jeszcze niedawno moje oczy, uszy i nozdrza doznań. Przez dwie godziny jechaliśmy drogą wzdłuż brzegu rzeki, mijając klony i dęby porastające miedze między którymi rosła młoda bawełna, potem skręciliśmy w stronę lasu zakrywającego cały horyzont już kilkanaście mil od miasta. Tam ziemia była już zbyt niepewna i rozmiękła, żeby uprawiać na niej bawełnę. Zbyt nisko położona – nieraz wręcz poniżej zwyczajowego poziomu rzeki. W ciągu pół godziny dojechaliśmy do skraju lasu i zagłębiliśmy się w chłodny, wilgotny cień, wypełniony brzęczeniem komarów. Droga biegła po nasypie, więc była znośnie twarda, ale dalej co chwila widać był wielkie stawiki wypełnione zieloną rzęsą, raz nawet mignął mi mały, wygrzewający się na słońcu aligator. Nie jechaliśmy długo, trzeba by być głupcem, żeby stawiać dom gdzieś w głębi tej nieprzebytej, tajemniczej gęstwiny, gdzie tylko dzikie zwierzęta i rozpasane kulty voodoo znajdują dla siebie mieszkanie. Ackleyowie postawili swoją dosyć imponującą w gruncie rzeczy posiadłość na być może ostatnim naprawdę wysoko położonym skrawku ziemi, nie grożącym nagłym obsunięciem się w bagno, czy zalaniem. Podjazd wyglądał inaczej niż zapamiętałem. Konary drzew moczarowych powoli rozpełzały się po ścieżce z obu jej stron, brody hiszpańskiego mchu zwisały jakby niżej i w ogóle wszystko było jakby bardziej zapuszczone i bardziej nieokiełznane niż te parę lat temu kiedy byłem tu po raz ostatni. Żywopłot zaś, który zapamiętałem jako naprawdę imponujące dzieło sztuki ogrodniczej zupełnie zatracił swoje dawne kształty. Już nie był równą ścianą gęstej, ciemnej zieleni opasującą dom i ogród, z jedną jedyną furtką wyciętą w jego ciągłości. Teraz wyglądał raczej jak korona krzaczastych włosów na głowie jakiegoś szalonego, roztargnionego starca. Każde wcześniej płasko przycięte drzewo teraz powypuszczało nowe pędy, strosząc się niemiłosiernie, konary powyginały się jak od jakiejś wichury, ale co za wichura jest w stanie trwale zgiąć drzewo zamiast je złamać? Ciemne wcześniej, soczyście zielone kolco – liście tuj nabrały teraz jakiejś niezdrowej, brunatnej barwy, jakby toczył je jakiś grzyb czy choroba. Spłoszona Murzynka w prostej sukience w pionowe paski i czerwonej chustce na głowie otworzyła bramę, wpuszczając powóz. W środku było jeszcze dziwniej. Pamiętam, że w ogrodzie była ogromna, okrągła rabata pełna kwiatów, którą opasywała droga po to, żeby zapętlić się przed werandą domu. Teraz po kwiatach zostało raptem kilka zeschniętych kikutów. Rosły tam za to dosyć pokaźne już trzy dęby virginia i za nic nie mogłem zrozumieć, czemu są takie wielkie gdy raptem parę lat temu jeszcze ich tu w ogóle nie było. Były o połowę wyższe od człowieka, ale nie mogły tak wysoko urosnąć od nasienia, a sądząc po stanie ogrodu raczej wątpliwym się zdawało, że ktoś się zatroszczył o przesadzenie ich tutaj. Tak samo było zresztą wszędzie – tam, gdzie rosły wcześniej derenie, teraz rosła zwykła trawa, za domem ostał się tylko jeden naprawdę pokaźny klon srebrzysty, górujący solidnie nad całą okolicą. Kapryfolium porastające całe prawe skrzydło domu gęstą pokrywą miało podobny kolor co żywopłot. Nic dziwnego, że służba się denerwowała. Domostwo popadało w ruinę, a ruina domostwa jest przeważnie już tylko ostatnim, najbardziej widocznym objawem materialnej bądź psychicznej ruiny właścicieli. – Massa Mat czeka na pana w salonie – powiedziała służąca ze spuszczoną głową. Dałem jej trochę pieniędzy na zapłatę dla dorożkaża, po czym wkroczyłem w chłodne objęcia domu, czując się jak bohater kolejnej wymyślonej historii, który na włąsną zgubę i dla przyjemności kogoś z zewnątrz wchodzi do nawiedzonego dworu, ponieważ wierzy, że nawiedzone dwory istnieją tylko w książkach. Wewnątrz już było trochę lepiej – to znaczy nie widać było oznak zapuszczenia tak wielkich jak na zewnątrz gdzie chwasty oplatały schody na werandę. W kominku żarzyły się resztki drewna, na stoliku parował imbryk z kawą oraz wietrzyła się butelka brandy. Przy stoliku zaś, w szlafroku i zdradzając wyraźne objawy zmęczenia, siedział Mathew. Widać było, że jest podekscytowany. Nie wiem, czy cieszył się moim przybyciem – jego oblicze było niezdrowe, a oczy zapuchnięte, co deformowało całą eskpresję. – Jon! - wykrzyknął cicho, błyskając okiem, a nie wiedziałem czy to radość, czy choroba – nie wiesz nawet jak się cieszę, że przybyłeś! - Naprawdę nie ma sprawy. Wiosna – doskonała pora na odwiedziny i przygodę – uśmiechnąłem się ściskając mu rękę. - Na odwiedziny tak, ale nie wiem czy przygoda, o której mówisz przypadnie ci do gustu – jego oblicze spoważniało. Ja zaś poczułem się zbity z tropu takim twardym i zgoła niedżentelmeńskim powitaniem. - Wyjaśnij, co się dzieje – poprosiłem, pozwalając posadzić się przy stole. Inny służący nalał mi kawy, przyciął cygaro, ukłonił się i poszedł po kieliszki. - Pozwól chwilę – powiedział Mat – sprawa jest pilna, ale nie aż tak, żebym miał cię witać równie ordynarnie jak przed chwilą. Wybacz, nerwy. - Gdzie pozostali domownicy? Ojciec, matka, siostra? Sam teraz mieszkasz? - Ojciec wyjechał do Europy do dziadka. Leży na łożu śmierci. W zasadzie sam bym pojechał, ale sam widzisz jak wyglądam. Matka jest na górze, nie wychodzi z pokoju – Mathew uciekł na chwilę wzrokiem w bok – nie jest w najlepszej kondycji. – Coś jej się stało? Zachorowała? - To samo co i ja – nerwy. Służący rozlał brandy. Odstawiłem kawę i wziąłem kieliszek, skinąwszy wcześniej na przyjaciela. Liczyłem na to, że alkohol rozwiąże mu trochę język. – Co się stało? - Później. Nastrój robił się powoli coraz bardziej nieprzyjemny. Mathew wyraźnie na coś czekał, a mi nie podobało się, że coś przede mną ukrywa. Nie na takiej glebie zbudowaliśmy kiedyś naszą przyjaźń. – Dlaczego ogród jest taki zaniedbany? Wygląda tak, jakby nikt się nim nie zajmował od lat, - Bo tak jest. Służący się go boją. - Ogrodu?! - niemalże wykrzyknąłem – to jakieś lokalne zabobony, tak? Mat pokręcił przecząco głową. – To nie zabobony. Spojrzał za okno. Złoty blask zmierzchu szybko ustępował granatowi nocy w tym miejscu ocienionym ze wszystkich stron przez drzewa, krzewy i wielkie bagienne mchy. Twarz Mathew wyrażała niemalże zniecierpliwienie. – Chodź, coś ci pokażę. Wyszliśmy, mój przyjaciel cały czas w szlafroku. W zapadających szybko ciemnościach przyświecał nam lampą najodważniejszy z pozostałych czterech służących, tak powolny i flegmatyczny, że jedyna jego aktywność polegała głównie na żuciu dużej ilości tytoniu. Nie wiadomo było tak naprawdę czy jego odwaga nie była po prostu tępotą. Obeszliśmy dom. Służący przyświecał latarnią, zaś Matt skierował się do komórki schowanej przed wzrokiem odwiedzających za skrzydłem domostwa. W środku znajdowała się kolekcja narzędzi ogrodniczych, z których mój przyjaciel wyciągnął tylko jedną rzecz. Dużą i solidnie wyglądającą siekierę. Na moje pytające spojrzenie odpowiedział tylko pustym i zlęknionym wzrokiem, po czym wyminął mnie i ruszył przez zapuszczony ogród, murzyn z lampą podążał jego śladem. - Musisz wiedzieć, że coś bardzo niepokojącego dzieje się już od jakiegoś czasu w tym domu – powiedział Matt, stojąc z tą jednocześne przerażająco i nieskończenie zabawnie wyglądającą siekierą, zestawioną z jego szlafrokiem, trzymaną blisko ostrza, ze styliskiem wiszącym smętnie do ziemi. Wyglądał w tym zupełnie absurdalnie, jak jakiś zakłopotany kochanek zwierzający się swojej miłości, że musi ją opuścić, pełny pokornej przeprośliwości, pełny smutku. - Przepraszam, że proszę cię być może o zbyt wiele, ale nie mam już nikogo innego, niestety. Proszę cię, żebyś zapamiętał dzisiejszą noc i kiedy przyjdzie czas – o ile przyjdzie – i o ile będziesz i będziesz w stanie – o zrobienie czego trzeba. Nie mogłem słowa nawet wyksztusić ze skurczonego gardła. Niebo ciemne, puste nad głową, tępa zgroza we mnie. Staliśmy tam jak totemy szaleństwa – poważny murzyn rytmicznie poruszający szczęką, Mathew Ackley o zapadniętych policzkach i rysach szczególnie ostrych tym bardziej, że oświetlonych tylko migającym światłem lampy i ja – obcy, zaskoczony, oddalający się w duchu coraz bardziej od całego absurdu tej sytuacji. Jest w ludziach chaos, jest szaleństwo – z niego się składamy, zaś człowiekiem jest się tym bardziej, im bardziej jest się w stanie ten chaos okiełznać, nadać mu jakąś formę, kształt. Jest czymś nieskończenie wyuzdanym i perwersyjnym wypuszczanie tego chaosu na zewnątrz, pokazywanie go innym ludziom. Nie powinno się tego robić. Dlatego staliśmy tam, podzieleni wzajemną odrazą, każdy bardziej lub mniej świadomy tego gwałtu jakiego dokonywał na sobie i na nas Mathew, wypuszczając ten potok surowych, nieobrobionych myśli na zewnątrz. Z wysiłkiem uniósł siekierę, podszedł do jednego z dębów virginia rosnących przed domem i uderzył. W tym samym momencie wydarzyło się kilka różnych rzeczy, każda sama z siebie wystarczająco dziwna i przerażająca, żeby można było od niej posiwieć, zestawione razem – zbyt straszne by świadomie się nimi przejąć. Razem z pierwszym silnym uderzeniem Mateusza kora dębu bluznęła błyszczącą, szklistą mazią do złudzenia przypominającą rozgrzaną smołę lub krew. Z otaczającego nas żywopłotu dobył się narastający, świdrujący szum, nieodparcie kojarzący mi się z szarpanym, rwanym rytmem drgawek epileptycznych. Jakby nieskończona ilość owadów zaczęła tam pełzać i ocierać sie o siebie chitynowymi pancerzykami. Najgorszy w tym wszystkim jednak był potworny, świdrujący krzyk jaki dobiegł gdzieś z górnych pięter domu. Krzyk tak potworny, jakby ktoś był tam właśnie krojony na plastry, jakby mu zdzierano skórę z całego ciała, jakby wydzierano mu rozum z czaszki. Zupełnie bez słów, czyste, nieuformowane w żaden sposób cierpienie,wyraz czystego bólu, tak silnego, że nie do wyobrażenia. Matt rąbał bez opamiętania. Pot wystąpił mu na czoło, szlafrok rozchełstał się, rozbiegane źrenice dowodziły, że nie jest teraz w pełni władz umysłowych. Tylko murzyn stał obok, zrezygnowany, opuściwszy lampę, ciągle z tą samą flegmą przeżuwając swój tytoń. Przeszywany świdrującym krzykiem z trudem wyłamałem się z osłupienia wywołanego nietypowością całej sytuacji. Miotając w duchu klątwy na szalonego przyjaciela zrobiłem być może równie szaloną rzecz, choć w tej sytuacji przecież jak najbardziej na miejscu – mianowicie rzuciłem się biegiem w kierunku domu, śladem głosu, zdecydowany poznać i dowiedzieć się co jest jego źródłem. Błyskawicznie pokonałem stopnie na kolejne piętra, w miarę zbliżania się do źródła głosu słysząc coraz bardziej subtelne niuanse jego faktury. Wparowałem przerażony i wściekły do korytarza na drugim piętrze, mogąc już zlokalizować konkretne drzwi, za ktorymi kryło się jądro koszmaru. Chwyciłem klamkę i nacisnąłem, jednak drzwi zamknięte byly na klucz. Sfrustrowany przystanąłem przez chwilę, dysząc wściekle. Usłyszałem wtedy kolejne elementy symfonii grozy, której stałem się częścią – odgłosy uderzania i przemieszczania sie wewnątrz. Wrzask nie ustawał. Odstąpiłem zatem o krok i już szykowałem się, żeby silnym kopnięciem wyważyć drzwi i usunąć przeszkodę, kiedy ktoś unieruchomił mnie silnym usciskiem i wyszeptał do ucha francusko brzmiącym angielskim – massa Matt prosi, aby nie. Szarpnąłem się, rozwścieczony podobnym poufalstwem. Miotając klątwy zacząłem siłować się z murzyńskim służącym, jednak niewiele to dało. Po kilku minutach, obleczonych w ślepą furię, kakofonię wrzasku za drzwiami i niesamowicie kontrastujący z tym wszystkim spokój oplatających mnie ramion, mocnych jak żelazne kleszcze, poddałem się i ległem, oczekując już tylko doskonale czegokolwiek. Nie wiem jak długo trwało to wszystko, ale w pewnym momencie wrzask ucichł jak nożem ścięty, a po chwili pojawił się Matt, idąc tak spokojnie jakby nic już złego nie mogło się dalej wydarzyć, unurzany w połyskującej posoce drzewa. Tak spokojni są ludzie po długim płaczu albo ostatecznej traumie. Umarli w duchu i oczekujący na zmartwychwstanie. Włożył klucz do dziurki, otworzył drzwi i zniknął w ciemnym wnętrzu, którego jedynym jasnym punktem było okno roświetlone przez księżyc. Jakiś czarny, włóknisty gąszcz zdawał się wypełniać pomieszczenie. Jak jakieś pnącze albo bardzo grube zwoje pajęczyny. Matt coś szeptał tam, w środku, tonem przepraszającym, ale i stanowczym, zaś ja gubiłem się w odmętach domysłów na temat tego, czego właśnie stałem się świadkiem. - Teraz – powiedział Matt,wyszedłszy z wnętrza, z twarzą bladą i włosem posiwiałym – możesz wejść do środka. Pomógł mi wstać. Dotyk jego dłoni docierał do mnie z jakimś opóźnieniem. W ogóle wszystkie doznania były jakieś blade, odległe. Świat zamienił się w watę. Meszkowata kora, młode gałązki z zawiązkami liści wyrastające z gruszkowatego organu ponad humanoidalnym korpusem poprzecinanym zmarszkami brunatnej skóry. Chropowate konary zamiast rąk i nóg, kurtyny pajęczyn zamiast oddzienia, pęknięcie w korze zamiast warg, bielmowate, chropowate narośle tam, gdzie kiedyś były oczy. Kłębowisko pnączy wypełniających cały pokój i ginących za oknem w miejsce tego, co było kiedyś włosami matki Mathew, Anny Ackley. Patrzę na jej zdrzewiały, sztywny korpus i jestem czysto obojętny na ten widok, dziecięco naiwny w braku schematów, które mógłbym do niego odnieść. Widzę – nie widzę tego trupa puszczającego właśnie ostatnie soki z pęknięć w korze powstałych podczas bezsensownej szamotaniny w walce o przetrwanie. Istnieje – nie istnieje dla mnie ta szkarada, której nie ma z czym porównać. Doskonale obojętny wymijam równie bezczułego Mathew Acleya i schodzę w dół, wychodzę z domu i staję przed ściętym drzewem, okolonym przez okrwawioną trawę, z pniem leżącym równie martwo jak truchło na piętrze. Podchodzę bliżej i widzę wnętrze kikuta po ściętym drzewie, wysikujące resztki czarno – rudej posoki, pulsujące jeszcze delikatnie skrętami różowego, powykręcanego mięsa. Zastanawiam się, gdzie było więcej starej pani Anny – na górze, gdzie straszyła swoją powykręcaną formą, niezdarnie zmimikowaną przez tkanki drzewa, czy tutaj, gdzie właśnie stygnie jej ludzkie ciało.
Do rana nie zmrużyłem oka, próbując zrozumieć, co się właściwie stało. Wróciłem do salonu i począłem osuszać do końca pozostałą brandy, kazawszy wcześniej służącemu naznosić lamp. Elektryczność nie działała, a ja nie chciałem siedzieć samotnie w ciemności. Matt nie zszedł z góry, ja zaś nie miałem już siły na to, żeby wyciskać z niego wyjaśnienia. Gdzieś przez chwilę podczas tego wieczoru byłem na niego tak wściekły, jak to jest tylko możliwe za wciągnięcie mnie w to wszystko. Jednak im bardziej emocjonalny chaos ze mnie uchodził tym bardziej było to dla mnie zrozumiałe. Szczerze wątpię, by istniał człowiek, który wiedząc to, co wie Mathew, potrafiłby spokojnie spać i czekać na następny dzień. Potrafiłby działać bez przyjacielskiej pary oczu na swoich rękach. Szaleństwo ma to do siebie, że potrzebuje towarzystwa. Jeżeliśmy wariatami, to im nas więcej, tym bardziej nasze szaleństwo prawdziwe i tym mniej szalone. Człowiek zoon politikon ekon – czyż może być większe szaleństwo od samotności? Rano zbudził mnie Mat we własnej osobie. Tym razem nie w szlafroku, a w wysokich butach, bryczesach i korkowym kapeluszu, wyglądając jakby wyszedł prosto z afrykańskiego buszu. – Masz ubranie na mokradła? - zapytał – jeżeli nie, to jakieś się dla ciebie znajdzie. Bez słowa wstałem i przebrałem się we wskazany strój. - Zdaję sobie sprawę, że nie traktuję cię uczciwie – powiedział po chwili - ale są takie wiadomości, które lepiej znosić po kawałku, ich ogrom może być nie do uwierzenia bądź wręcz nie do udźwignięcia. Dzisiaj spróbuję ci wszystko wyjaśnić. Jeżeli zdążymy. Potem będę miał do ciebie jeszcze jedną prośbę. Zaufaj mi po raz ostatni. Było coś takiego w jego głosie... jakaś taka pokorna szczerość, którą tak rzadko spotyka się wśród nas – ludzi wyższego stanu, a która pomimo swej niepozorności od razu nobilituje okazującego ją w oczach kogoś, kto wie, na czym polega kultywowanie tradycji starej szlachty – że nie sprzeciwiłem się. Popatrzyłem mu tylko w oczy, klepnąłem po ramieniu i poszliśmy dalej bez słowa. Wiedziałem, że w tym momencie stało się między nami coś bardzo ważnego. Trudno mi opisywać naszą wspólną drogę przez bagno. Nogi nawet w najtwardszych miejscach zapadały się nam niemalże po kolana, w głębszych nawet po pas. Gdyby nie brezentowe nakładki na buty w krótkim czasie nasze ubrania byłyby pełne cuchnącej wody. Szliśmy dosyć długo, omijając co bardziej niestałe miejsca i wypatrując aligatorów i węży, jednak nie było ich tu zbyt dużo. W pewnym momencie ucichło nawet ciągłe brzęczenie owadów. – Jesteś pewien, że uda nam się wrócić? Że nie... - Tam, gdzie idziemy już nie potrzebuje się dalszych potworów. - A dokąd idziemy? Mathew Ackley zatrzymał się przy szczególnie szerokiej brodzie hiszpańskiego mchu, po czym teatralnym gestem odsunął ją jak kurtynę odsłaniając to, co było za nią. – To chyba jest piekło – powiedział. A ja nie mogłem się z nim nie zgodzić. Obydwaj przypadliśmy cicho do ziemi, obserwując przerażające zjawisko przed nami. Ogromny, kilkudziesięciometrowy klon srebrzysty, sądząc po kształcie, rósł samotnie na małej wysepce pośrodku bagna, obwieszony mchem jak wielkimi, szarymi szmatami. Problem w tym, że drzewo żyło – to znaczy ruszało się. Bez przerwy. I nie jak zwierzę, które zgina i rozprostowuje członki. Bardziej jak jakaś prymitywna forma życia, której ruch polega na przelewaniu płynów wewnątrz siebie, zmianie ciśnienia tkanek. Konary klonu pęczniały co chwila z chrzęstem od którego włos się na głowie jeżył i zwężały się na powrót. Liście odpadały i przelatywały swobodnie na sąsiednie szypułki. Wyglądało to jak burza z żyjącej materii. Kotłowanina szarości. Pośród konarów na szczycie otwierała się wielka, poszarpana szrama, może po uderzeniu pioruna, gdzie pień został rozszczepiony na pół, a konary po obu stronach tworzyły coś na kształt poroża jelenia. Ta szrama jak wielkie usta ciągle otwierała się i zamykała, jakby przeżuwając czarną maź, która nie przestawała z niej wypływać. Z mazi zaś oddzielały się małe fragmenty, które spełzając po korze drzewa nabierały powoli owadzich, zdeformowanych kształtów, wypuszczały skrzydła i odlatywały w noc, tworząc wirujący krąg nietoperzopodobnych koszmarów nad szczytem swojej plugawej kolebki narodzin. – Potworne – rzekłem cicho przez gardło ściśnięte niewypowiedzianą grozą i obrzydzeniem. Popatrzyłem na Mathew – jego głowa kiwała się na barkach jakby wpadł w jakiś trans. - Shub Niggurath... ia... ia... - szeptał ledwo słyszalnie. Raz w życiu słyszałem wzmiankę o tym micie i w tym momencie poczułem jak krew we mnie tężeje. Chwyciłem przyjaciela za twarz i potrząsnąłem nią. Potem jeszcze raz, aż zobaczyłem, że jego wzrok przytomnieje. - Opanuj się – syknąłem. - Przepraszam... to jest... silniejsze niż ci się wydaje... - Musimy stąd odejść zanim to coś nas dojrzy!
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil pieczyl
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…