Wróć do katalogu

Łuna Nad Pieniacką Hutą

28 lutego 1944 roku UPA i SS dokonało masowego mordu na polskiej ludności we wsi Huta Pieniacka. Zginęło 868 osób.

Dzik13, opublikowano , 29 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Huta Pieniacka była dużą wsią położoną we wschodniej Polsce, niedaleko jeziora Pieniackiego. Mieszkańcy żyli dobrze, wojna nie dawała im się we znaki. Było tak, dopóki do wioski nie przybył oddział sowieckich partyzantów. Zatrzymali się we wsi i szybko rozprawili z największymi patriotami. Mieszkańcy starali się, jak mogli, aby wykurzyć ich z wioski, jednak Rosjanie byli uparci. Twierdzili, że są tu aby chronić chłopów przed zagrożeniem od strony Niemców i Ukraińców. Sołtys sprzeczał się z dowódcą partyzantów, twierdząc, że Ukraińcy są do nich przyjaźnie nastawieni, a Niemcy dawno tu nie zaglądali. Dowódca był jednak nieustępliwy i stwierdził, że żołnierze zostaną w Hucie Pieniackiej przez kilka miesięcy, aż nie ucichną pogłoski o pacyfikacjach Polskich wsi przez Ukraińców. Sołtys był bardzo niezadowolony, ale nie miał nic do gadania. Wolał nie zadzierać z Rosjanami, których skrycie nienawidził. Jarek był synem sołtysa, dwudziestotrzyletnim blondynem bez zarostu. Z powodu wojny nie mógł wyjechać na studia, na które zamierzał wysłać go ojciec, więc został w ukochanej wsi i pomagał rodzicom w gospodarstwie. Ojciec, sołtys Knurski, cenił go i nie gardził jego pomocą, wręcz na odwrót. Miał już prawie sześćdziesiąt lat i młodzieńcza sprawność dawno przeminęła, zatem potrzebował dodatkowych rąk do pracy. Nie miał ochoty opłacać dodatkowych parobków, więc sprawił, iż syn ciężko pracował za dwóch. Jednak nie szło mu to na marne, ponieważ w nagrodę dostawał od ojca pieniądze na piwo w pobliskiej gospodzie, gdzie zapraszał kolegów. Gawędzili i grali w karty, które wypożyczyli kiedyś od proboszcza. Proboszcz ten wkrótce zmarł i przekazał im je w testamencie, ponieważ byli dobrymi parafianami, często wrzucającymi skromny datek na tacę. W gospodzie byli też pewnego wieczora, 20 lutego 1944 roku. Okolica była spokojna, rosyjscy partyzanci mieli wkrótce, ku uciesze mieszkańców, opuścić wieś. Chłopów bardzo denerwowała ich obecność i ciągłe problemy, które sprawiali. Często hałasowali nocami, po wypiciu sporej ilości piwa czy wódki, po pijaku potrafili pobić przypadkowego przechodnia. Lubili też wiejskie dziewczyny, do których posyłali szpanerskie uśmiechy i zapraszali do tańca na wieczornych ogniskach. Te bały się odmawiać, ponieważ Rosjanie byli tak drażliwi, że mogliby im zagrozić. Rodzice ostrzegali je, żeby nie denerwowały Sowietów, bo to się może dla nich źle skończyć, więc wszystkie roztropne się zgadzały. Ale niektóre dziewczyny przyjmowały zaproszenia chętnie i widziały w żołnierzach niepodważalny autorytet, dwie trzydziestoletnie wieśniaczki były już narzeczonymi dwóch podoficerów z oddziału, ku zadowoleniu dowódcy, majora Stachurskyego dbającego o morale podkomendnych. Ale wracając do Jarka, to siedział wieczorem 20 lutego 1944 z kolegami w niewielkiej gospodzie, dwa kilometry od Huty Pieniackiej i grali w karty przy dobrym piwie. Było to kolejnym dowodem na to, że wojna nie dosięgła jeszcze Huty, ponieważ w całym kraju ciężko było o dobre piwo. - Mam pomysł na grę! – powiedział nagle Waldek, syn zielarza. – Nauczył mnie niedawno wuj, kiedy byłem u niego w Pieniakach. Polega ona na tym, że każdy po kolei mówi, czego w życiu nie robił, a jeżeli ktoś inny to zrobił, pociąga kolejkę. Ta gra nazywa się „Nigdy w Życiu Nie”! - He, całkiem niezła ta twoja gra! – zaśmiał się Hugon, największy i najsilniejszy młodzieniec we wsi. – Ale niektórzy pewnie zaraz będą leżeli pod stołem! - No chyba ty! – odparł Jarek. – Ale musimy poprosić o jeszcze trochę piwa, bo niektórzy już wypili, zbyt późno wspomniałeś o tej grze. - Panie gospodarzu! – zawołał właściciela Waldek. – Poprosimy jeszcze po kufelku! - Dobrze, zaraz przyszykuję! – skinął głową oberżysta, garbus. – A wy przyszykujecie monety. - Się wie! – odparł Hugon. – Bez mamony piwa nie ma! Kiedy garbus przyniósł wszystkim kufelki, Waldek zaczął grę. - Nigdy w życiu nie ujeżdżałem konia pana Wadery! – powiedział. Wszyscy wypili. - Na poważnie?! – zdziwił się Waldek. - Rzecz jasna! – mruknął Jarek. – Gramy bez oszustw! Pan Wadera chętnie pozwala się przejechać na swojej Siwej. - Dobrze – odparł Waldek. – Teraz Hugon. - Nigdy w życiu nie ukradłem prania Maciejowej! – zaśmiał się osiłek. Wypił Krzysiek, parobek starego Witolda. - Pewnie miałeś niezłą chryję? – spytał Jarek. – Nie wiedziałem, że to byłeś ty! - Eee tam, nie zorientowała się, kto to zrobił! – zaprotestował Krzysiek. – Cała wieś wie o kradzieży, ale prawie nikt nie wie, że to ja ukradłem! I tak wieczorem oddałem… - Dobrze, teraz Czarny Józek! – mruknął Hugon. Czarny Józek był synem grabarza, stąd też wziął swój przydomek. Był też najstarszy ze wszystkich zgromadzonych, miał już dwadzieścia pięć lat. Charakteryzowała go czarna broda i krzaczaste brwi, które tak jakby postarzały go o kilkanaście lat. Spojrzał się ponuro na Hugona, który uśmiechnął się łobuzersko. Nagle drzwi się otworzyły i do zajazdu weszło kilku rosłych chłopów w kożuchach i z wąsami. Zbliżyli się do kontuaru i jeden z nich, grubas, zawołał: - Oberżysto, nalej nam po kuflu, ale szybko, bo pożałujesz! Mówił po polsku, ale słychać było wyraźnie ukraiński akcent. Karczmarz wzruszył tylko ramionami: - Panowie, bez gróźb proszę, bo mogę wam nie nalać ani kieliszka! - Hy, hy! – zaśmiał się głupio gruby Ukrainiec. – My się chyba nie zrozumieliśmy. Mówiąc to, wyjął długi, ostry nóż, którym rzucił tak, że ostrze wbiło się w kontuar. Przerażony oberżysta zaczął nalewać z beczki piwa. Chłopców z Huty jednak wcale nie przejęła ta sytuacja. - Nigdy w życiu nie pocałowałem majora Stachurskyego w rzyć! – warknął Czarny Józek. – Kto to zrobił, pije, kto nie zrobił siedzi i się gapi jak cielę w malowane wrota! - Dobre! – zarechotał Waldek. Józek spiorunował go wzrokiem. Nadeszła kolej Grzesia Pukcapa, najniższego z grupy. - Eee, nigdy w życiu nie popierałem Mościckiego! – powiedział. Wypili Józek, Waldek, Czarny Józek i Tadzio Mucha. - Eee tam, na dzisiaj mam dość tej głupiej gry. – ziewnął Hugon. – Wypijmy do dna i wracajmy do wsi. - Ta gra jest beznadziejna – przyznał Czarny Józek. – To nawet nie jest śmieszne, lecz żałosne. – Karczmarzu! Rachunek prosimy! - Za chwilę przyjdę, teraz obsługuję tych sympatycznych panów – odparł garbus stojący przy stole Ukraińców z kuflami pełnymi gęstego piwa. - Zawrzyj się! – warknął jeden z Ukraińców. – Polacy, naród błaznów. - Coście powiedzieli! – poderwał się z krzesła Hugon. – Odszczekajcie to! Nie widział jak goście grozili wcześniej gospodarzowi nożem i zbliżył się do ich stołu trzymając gardę. - No, odszczekajcie coście powiedzieli, panowie! – warknął. – Wy ukraińskie kozaki, wy aroganckie świnie! Zamachnął się pięściami na najgrubszego Ukraińca, który wstał spokojnie, ale ten błyskawicznym ruchem wbił w jego rękę nóż. Osiłek wrzasnął, a wtedy pozostali Ukraińcy wstali i przewrócili go na podłogę, po czym zaczęli kopać. Nie mogący wytrzymać takiego widoku, koledzy bitego wstali i zaczęli biec w kierunku zbirów głośno krzycząc. … Bójka nie była długa, ponieważ przyłączył się do niej karczmarz i kilku polskich chłopów siedzących wcześniej w kącie i gawędzących o podaniach ludowych. Ukraińcy wylecieli z gospody, wyrzuceni po kolei przez Grzegorza Byczka, olbrzymiej postury właściciela ziemskiego. - I nie wracajcie! – krzyknęli chłopi. – Jeżeli jeszcze tu przyjdziecie, to pożałujecie, mendy! Wściekli opryszkowie wstali i zaczęli powoli iść w stronę Pieniak. Zatrzymali się jednak po chwili najgrubszy krzyknął: - Jeszcze tu wrócimy i to nie sami! Doigracie się! Wiemy już, że właśnie tą wieś powinniśmy doszczętnie spustoszyć! I tak zrobimy, strzeżcie się. - Ha, ha, ha! – zaśmiał się Grzegorz Byczek. – Będziemy na was czekali. Jeżeli jeszcze kiedyś pokażecie tu swoje ukraińskie ryje, to was powiesimy na dębie! Wynocha stąd! - Pokażemy, żebyś wiedział! – odkrzyknął grubas, odwrócił się i odszedł. - Ile płacimy?! – spytał Jarek. - Połowę ceny – odparł uśmiechnięty gospodarz. – Pomogliście pozbyć się tych typów, więc mogę wam raz odpuścić. Jarek podał garbusowi kilkanaście monet, które ten przyjął z chciwym uśmiechem. Wsadził je do kieszeni i wszedł do karczmy. Młodzieńcy ruszyli w kierunku Huty Pieniackiej. - Jak myślisz, Józek, czy oni wrócą? – spytał czarnobrodego Waldek. - Nie wiem – odparł ponuro Czarny Józek. – Ale sądzę, że tylko nas straszą. …

Kiedy doszli do wsi, zobaczyli, że przed chatą sołtysa Knurskiego stało kilku mężczyzn w polskich mundurach partyzanckich. Gawędzili o czymś cicho. Kiedy Jarek próbował wejść do domu, zatrzymał go niski blondyn z kozią bródką. - Nie możesz tam wejść! – powiedział. – Nasz dowódca rozmawia tam z sołtysem. Musisz chwilę poczekać. - A o czym rozmawiają?! – wypalił Jarek, ale szybko zdał sobie sprawę z tego, że popełnił błąd. - A co cię to interesuje?! – parsknął żołnierz. – Kim ty w ogóle jesteś, wieśniaku? - Sołtys jest moim ojcem. - Więc jego się pytaj! - A co wy tu w ogóle robicie? – zdziwił się Jarek. – Przyjechaliście przegonić Rosjan? - Nie! – odparł stanowczo wojskowy. – Nie mamy takich rozkazów, a nasz oddział nie miałby szans przeciwko nim. Jest ich znacznie więcej, ale są pokojowi. Nasz dowódca dogadał się z ich wodzem, więc nie będziemy sobie nawzajem wchodzić w drogę. Bronimy polskich wsi przed ukraińskimi bandami, odnajdujemy takowe i pozbywamy się zbirów. Spacyfikowano już zbyt wiele wsi, z nimi trzeba ostro. Jakby jacyś pojawili się w okolicy, to się nimi zajmiemy. Rosjanie są zbyt leniwi i tchórzliwi. - Pacyfikują wsie? – zdziwił się Jarek. – Ilu ich jest, że dają radę wszystkim mieszkańcom? - Zwykle kilkudziesięciu, uzbrojonych w narzędzia. Mają cepy, sierpy, kosy, grabie czy siekiery. Często towarzyszą im żołnierze UPA bądź Niemcy. Mordują bez litości, bez skrupułów.. Nie chciałbyś, żeby tu przyszli… - W pobliskiej karczmie byli dziś jacyś Ukraińcy! – krzyknął przerażony Jarek. – Sprawiali kłopoty, więc wyrzuciliśmy ich na dwór. Grozili, że tu wrócą i spustoszą wieś! Wojskowy zmarszczył brwi i obrócił się do reszty żołnierzy. Ci spoglądali uważnie na Jarka. - Dobrze, że nam o tym mówisz – powiedział spokojnie Polak. – My już się z nimi rozprawimy! Rosjanie nam w tym pomogą… - Nie będzie ich za dużo? – spytał wciąż przerażony Jarek. - Jeżeli Ruscy nam pomogą, to nie. Będą mieli przewagę liczebną, ale większość to niewyszkoleni chłopi bez broni palnej. Nie mają szans przeciw większej ilości strzelców. Gorzej, jeżeli Rosjanie by nam nie pomogli, wtedy będzie znacznie trudniej i może przyjść do walki wręcz, w której nie mamy szans. - Ilu was jest? - Trzydziestu dwóch ludzi – mruknął żołnierz. – Idę powiadomić dowódcę. I wbiegł do chaty sołtysa. Po chwili wyszedł z niej w towarzystwie chudego oficera w schludnym mundurze, z wąsami i ciemno-brązową bródką. Ten spojrzał na Jarka. Blondyn szepnął mu coś na ucho. - Dziękujemy za informacje – powiedział do Jarka dowódca. – Niech pan wejdzie do domu i postara się nie wychodzić, mamy naradę. Chłop szybko wbiegł do domu. Ojciec czekał na niego w głównej izbie. - Czemuś tak długo tam siedział? – warknął. - Żołnierze nie pozwolili mi wejść do domu, kiedy rozmawiałeś z ich dowódcą – odparł Jarek. – Co od ciebie chciał? - Chciał, żebym sporządził mapę terenu i powiedział wszystko, co wiem o okolicznych Ukraińcach – rzekł sołtys. – Przed chwilą zawołał go kapral, mówił że jacyś Ukraińcy chcą spalić wieś. No, ale nic nam nie grozi. Wreszcie ci Sowieci się na coś przydadzą. … Ale się nie przydali. Major Stachursky powiadomił sołtysa nad ranem, że oddział opuszcza wieś, a ich obowiązki przejmą żołnierze z AK. Knurski trochę się zdenerwował, wypominał majorowi, że kiedy przyjdzie co do czego, to nie chce bronić wsi. Major odparł, że nie może olać rozkazu i wyszedł. Wieczorem wszyscy Sowieci wyszli dwuszeregiem z wioski w kierunku Pieniak. Podporucznik Garbarz, dowódca oddziału AK poinformował mieszkańców, żeby przez tydzień nie opuszczali wsi, bo w okolicy mogą grasować Niemcy i Ukraińcy. Niemcy mogli dowiedzieć się, że Sowieci opuścili wieś i przejąć ją w swoje ręce, nakazując mieszkańcom zapłacić wysoki podatek. Żołnierze rozbili namioty na polu sołtysa. Cały dzień trenowali musztrę i strzelanie do celu, którymi były tarcze strzeleckie przygotowane przez dowódcę i przywieszone do stogu siana. Minęły dwa dni. Nadszedł 23 luty, ponury dzień, który przyniósł duży opad śniegu. Około południa na granicę pól należących do wsi przyszedł niewielki oddział niemieckich żołnierzy. AK-owcy stali w dwuszeregu przed kościołem z karabinami u boku. Dołączył do nich też niewielki pluton polskich żołnierzy liczący kilkunastu słabo wyszkolonych partyzantów AK. Niemcy wkroczyli do wsi przed trzynastą. Wszyscy mieszkańcy weszli do domów, a część żołnierzy wspięła się na dachy, skąd strzelała do zaskoczonych szkopów. Tamci rozdzielili się i przyjęli pozycje ukryci za stogami siana, czy w stodołach. Pruli stamtąd seriami z karabinów maszynowych. Polacy mieli jednak przewagę liczebną i doświadczenia, więc szybko pozbyli się większości hitlerowców, raniąc ich dotkliwie. Podporucznik Garbarz pochylił się nad ciałem jednego i dostrzegając naszywkę z trupią głową stwierdził: - SS- Manni. Jednak wkrótce wyszła na jaw kolejna informacja o napastnikach. Byli to przebrani w mundury SS Ukraińcy…. Nagle do podporucznika Garbarza podbiegł niewielkiego wzrostu zwiadowca „Cichy”. Miał lekko wystraszoną minę i co chwilę pociągał nosem. Garbarz zorientował się, że coś się stało i złapał zwiadowcę za kołnierz: - „Cichy”, jakie masz wieści?! Gadaj szybko, nie ma czasu! Ci SS-Manni cały czas prowadzą ostrzał! - Atak, panie poruczniku! Atak z zaskoczenia! Oddział UPA zaatakował wieś z południa! - Ilu ich jest, do cholery jasnej?! – podporucznikowi po raz pierwszy od dawna puściły nerwy. - Kilkunastu, może dwudziestu kilku… A nasi żołnierze rozproszyli się po całej wsi, ci hitlerowcy, którzy zostali przy życiu, prują do nich z karabinów z okien szop, czy ze schodów do piwniczek. - Mamy kłopoty! – warknął podporucznik i wyjął karabin. – Ale naszym obowiązkiem jest chronić tą wieś! Za mną, do boju! – krzyknął do pięciu żołnierzy stojących kawałek dalej. – Pogonimy Ukraińców! I pobiegli. Upowcy jednak złączyli się w zwartą grupę, Garbarz naliczył dwudziestu trzech ludzi. Szli oni główną ulicą Huty Pieniackiej, strzelając w okna przypadkowych chat. - Niech żyje wolna Ukraina! – krzyknął jeden z nich i strzelił w stronę wiszącej na jakimś maszcie polskiej flagi. – Bez Sowietów i Polaków! - Patrioci, do kroćset – mruknął Garbarz wychylający się zza ściany kościoła. – Nie spodziewałem

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych