Lustro, wino, i czterech wariatów rozdział 1
cały rozdział 1 (fragmenty 1+2+3)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ziemianie powiadają, że przeciwieństwa się przyciągają. Rorrimi powiadają natomiast, że żywioły, wino i lustro otwierają przejście... Nie wybiegajmy jednak zanadto w przyszłość. Historia ta bowiem rozpoczyna się tutaj, na Ziemi, w mieście Kraków, pewnego grudniowego wieczoru... Oto czterech studentów pierwszego roku psychologii, których los (Rorrimi rzekliby: przeznaczenie) połączył w czasie pod jednym dachem. Zjechali tu z różnych miast kraju w celu zdobywania szlachetnej wiedzy (no... przynajmniej niektórzy z nich, ale nie czepiajmy się szczegółów). Zacznijmy jednak - jak należy: od początku. Poznajmy bohaterów opowieści. Ten elegancko ubrany grubas o ciemnych, krótkich włosach i brązowych oczach to Marcin. Ojciec Marcina jest warszawskim politykiem, dzięki czemu matka i on nie muszą martwić się o pieniądze. Jak zwykł mawiać: "Nie moja wina, że jestem najbardziej wyspecjalizowanym pasożytem siedzącym na szczycie tej piramidy żywieniowej..." Nie można jednak odmówić naszemu grubaskowi jakiejś tam przyzwoitości. Pogardził bowiem dyplomem po znajomości Uniwersytetu Warszawskiego i wybrał się do, jakby to rzec... opozycyjnego? miasta z najstarszą uczelnią w kraju. Inna sprawa, że wcale nie zamierzał się specjalnie przykładać do nauki. Balety z coraz to nowymi przygodnymi panienkami pociągały go bardziej. Od czego miał w końcu pieniądze i umiejętności lawirowania odziedziczone po ojcu? Znalazł trzech nie śmierdzącym groszem studentów, co nie było trudnym zadaniem, i zaproponował im układ: ja opłacam kwaterę - wy w zamian piszecie mi streszczenia skryptów. Nie musiał długo namawiać Alojzego, Piotra i Janusza... Alojzy przyjechał z Łodzi. Szczupły flegmatyczny fajtłapa - tak można by określić go trzema słowami. Niebieskooki blondyn, choć wpadający w oko płci przeciwnej, nie miał jednak dziewczyny. Jak to ciamajda - zawsze coś musiał spieprzyć. Był z tych pechowców, co autobus zamyka im drzwi przed nosem, a w sali wykładowej siadają zawsze na jedynym krześle z obluzowanymi nogami... Jego matka jest fryzjerką, a ojciec budowlańcem. Ojciec nie ma o nim najlepszego zdania: "Gdyby ogłoszono konkurs na największego pierdołę na ziemi - zdobyłbyś drugie miejsce! Dlaczego drugie, a nie pierwsze? Bo taki z ciebie pierdoła!" Alojzy miał dosyć docinków ojca, więc wyrwał się na wolność - na studia. Zaczepił się w firmie roznoszącej ulotki - i tak jakoś ciuła grosze na skrypty i wyżywienie. Dobrze, że o zaopatrzoną lodówkę dba Marcin... Piotr był miejscowym - krakowiakiem, jednak kiedy tylko nadarzyła się sposobność wyprowadził się od zwariowanej rodzinki. Matka była nauczycielką, co na dłuższą metę bywało męczące. To jak mieć w domu dodatkowe lekcje za karę... Ojciec miał małą firmę dostawczą i ciągle był w rozjazdach. Za to dwójka braci, Andrzej i Łukasz, to były demony z piekła rodem. Świrusy i zadymiarze. Ciągle pakowali się w jakieś kłopoty... Piotr był dość wysokim i dobrze zbudowanym brunetem o zielonych oczach. Dorabiał jako barman na pół etatu - może stąd był takim wesołkiem pełnym "życiowych mądrości" zasłyszanych od pijaczków. Optymista, farciarz, dusza towarzystwa - tak można by go określić w skrócie. Miał pozytywnie zwariowaną dziewczynę - Zośkę - i czasem oboje nieźle "dawali po garach". Janusz pochodził z Nowego Sącza. Mizerny, chudy, niebieskooki długowłosy blondyn. Ubierał się w wytarte dżinsy i skórę. Z natury melancholik, a jego wyobcowanie pogłębiła jeszcze dorywcza praca do której się załapał. Dziewczynę okłamuje, że jest ogrodnikiem i kopie... grządki. Poniekąd słusznie obawia się, że fakt bycia grabarzem w wolnych chwilach mógłby ją do niego zniechęcić... Ziemianie powiadają, że przeciwieństwa się przyciągają. Los, lub przeznaczenie sprawiło, iż dzielą z sobą dach nad głową, lodówkę i wykłady na uczelni. A także wspólne imprezy, gdyż, o dziwo, mimo iż tak różni od siebie - szybko się polubili. Oto początek grudnia, południe, przerwa w wykładach. Marcin, Alojzy, Piotr i Janusz siedzą w "Zaćmieniu" - małej knajpce na rogu ulicy Senackiej i Kanoniczej. Piotr wspomina, że kiedyś w tym miejscu była magiczna kawiarenka "Nietoperz", gdzie uwielbiał przychodzić z Zosią. Ale "Zaćmienie" to już nie to samo, zupełnie inny klimat... - OK, panowie - Marcin jak zwykle rzeczowy - opłaciłem czynsz i kupiłem żarcie. Jak tam streszczenia skryptów dla mnie? Przyznam, że nieco obawiam się tego koloquium z biologicznych mechanizmów zachowania i anatomii funkcjonalnej mózgu... - Spoko, jakoś to będzie - Alojzy ostatnio ślęczał nocami nad książkami, podczas gdy inni spali lub pili. - A ten znacie? - Piotr jak zwykle niepoprawnie rzucał kawałami - Na egzaminie końcowym z anatomii w akademii medycznej profesor zadaje studentce pytanie: jaki narząd jest u człowieka symbolem miłości? - U mężczyzny, czy u kobiety? - usiłuje zyskać na czasie laska. - Mój Boże! - wzdycha profesor - za moich czasów było to po prostu serce... Marcin opluł się spożywanym piwem, po czym klepnął w ramię dziwnie posępnego Janusza - A ty coś taki osowiały? Co powiesz? - Wszyscy umrzemy... z flegmą wygłosił przez nos Janusz - To widzę, że nowa praca ci służy! - parsknął Piotr - dalej wciskasz kit Oli - że jesteś ogrodnikiem?
Tymczasem parę ulic dalej w gabinecie odnowy biologicznej "Nowe ciało" trzy dziewczyny owinięte w ręczniki oddawały się zabiegom w saunie. „Napędzały sobie urody” jak to mówi Zośka. Czwarta siedziała pod drzwiami i mówiła coś pod nosem. Widok był zabawny - nie mówiąc -groteskowy. -Te, Baśka, przestań mamrotać - zawołała rozbawiona Kasia. Szalona Zośka otwarła drzwi, rozwinęła ręcznik i na cały głos zaczęła się wydzierać. -Bierz co chceeeeeeeeeeesz! -Pffff - obruszyła się Basia. Tylko Olka spokojnie leżała na deskach i obserwowała co się dzieje. Potem spojrzała na swoje piękne, długie paznokcie i nagle zamarła -Boże...Boże... Dziewczyny uspokoiły się a Baśka zarecytowała: -Nie bierz imienia Pana Boga na daremno Kaśka i Zośka natomiast prawie równocześnie zapytały: -Co jest? -Nowe tipsy cholera wzięła... -Dziewczyna odpowiedziała z takim smutkiem w głosie, jakby co najmniej straciła kogoś bliskiego. Basia nie wytrzymała i wybuchnęła gromkim śmiechem. -Tu nie ma nic do śmiania! - Krzyknęła Olka i wyskoczyła z sauny. Ale chwila, chwila! Poznajmy bliżej owe panie… Baśka i Kaśka to dwie bliźniaczki - tak podobne - że prawie inne. Basia spokojna, poukładana – i trochę dziecinna. Czeka na swojego księcia z bajki, któremu odda się zaraz po ślubie. (Z podkreśleniem zaraz). Kasia - jej siostra „chłopczyca” szybko umie nawiązywać nowe znajomości (i łamać serca chłopakom). Obie wysokie, z długimi ciemnymi włosami. Baśka zawsze uczesana, Kaśka rozczochrana. Przyjechały do Krakowa na studia chcąc wyrwać się ze wsi, z której pochodziły. W wolnym czasie zajmowały się starszą panią z pieskiem, by mieć trochę grosza w kieszeni. Kaśka na jednej z dyskotek zarwała grubaska-Marcina i kręcili obecnie razem. Zośka natomiast – ruda, piegowata, zawsze uśmiechnięta, ze specyficznym poczuciem humoru - pochodziła stąd, z Krakowa. Skończyła zaocznie rehabilitację i była na stażu w pobliskiej przychodni. Piotra poznała właśnie tam - jak chodził na ćwiczenia po tym, gdy złamał nogę. Byli niczym dwie połówki tego samego jabłka - razem już dwa lata. Właściwie to bardzo zabawna historia z tym Piotrkiem. Dwa lata temu odgrywał rolę Świętego Mikołaja w pobliskim domu dziecka. Dostał czerwony strój z wypożyczalni, ale, że gacie tego przesympatycznego dziadunia były bardzo szerokie w pasie, wepchał do środka trzy swetry. W ten sposób „brzuchem” upodobnił się do Mikołaja, utrzymując przy okazji spodnie na sobie. W głównej sali na szczęście nie było kominka, przez który musiałby się przeciskać, miał (miał…) zejść po prostu po schodach. Wszystko szło jak z płatka. Dzieci zauważyły go już na półpiętrze, więc roześmiał się jowialnie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil SzaryCzłowiek
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…