Mamo, tato, nienawidzę ludzi
Kiedy strach jest silniejszy niż błagania umysłu...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Spoglądam z przerażeniem w bezdenną otchłań białej kartki papieru, która spoczywa przede mną i żąda natychmiastowego obcowania z błękitnym atramentem wypełniającym jak na razie jedynie wieczne pióro, zerkające niepewnie ze stołowego blatu. Nie potrafię wziąć go do ręki i zrobić tego, co od dobrych kilku godzin tkwi w mojej zmęczonej głowie — nie potrafię napisać tego jednego jedynego listu. Podciągam więc kolana pod siebie i opieram na nich zmarnowaną twarz, chociaż umysł wciąż bezlitośnie naciska na moje ciało. Ono nie chce jednak słuchać, broni się jak tylko może najmężniej, bo dobrze wie, że gdy odniesie porażkę, będzie ona ostateczna. I nastąpi tak długo wyczekiwany koniec. Moje ręce drżą lekko, kiedy pod naporem natrętnych myśli biorę do ręki pióro i nieśmiało przybliżam się do wzywającej głośno białej kartki. Odgarniam niedbale czarne kosmyki włosów, które jak na złość opadły mi przed chwilą na czoło i kiedy nic prócz drgania dłoni nie stoi na przeszkodzie, dotykam śnieżnej płachty — powstaje błękitny kleks. Kręcę niespokojnie głową, bo znowu zrujnowałam coś tak idealnego, tak niesamowicie pięknego, jednym swoim ruchem. Ale powinnam być do tego przyzwyczajona, właśnie tak rujnowałam każdego dnia swoje życie. Ignoruję więc niebieską plamkę i znów przybliżam pióro do mojej kartki przeznaczenia, tym razem robię to ostrożniej, a chociaż ręka drży bez przerwy, to miejsce na razie pozostaje nieskazitelnie czyste. Szukam więc w nieprzerwanym tłoku myśli tych kilku, które zasługują na uwagę, jednak one wszystkie chcą być tymi jedynymi, tymi zapisanymi na wieczność. Nie wiedzą, że to ja mam nad nimi władzę i do mnie należy ostateczny wybór — biorę głęboki oddech, który nijak nie spełnia swojej roli, nie uspokaja mnie ani trochę, a już po chwili na białej kartce widnieją cztery słowa, przerażające mnie jeszcze bardziej, gdy nie kryją się na samym dnie mojej czarnej duszy.
Mamo, tato, nienawidzę ludzi
Palce zaciskają się mocniej na kruchej posturze pióra, walcząc z niemocą jaka po raz kolejny dopada mój umysł i moje ciało. Stanowią teraz jedność, która skazana jest na sromotną porażkę. Kiedy pojedyncze łzy uwalniają się z moich oczu i bezgłośnie lądują na zapisanych słowach, rozmazują je delikatnie, tworząc jeszcze większy bałagan niż dotychczas. Czym prędzej odkładam maltretowane pióro i skrywam twarz w dłoniach, łkając cicho z bezradności. A tym razem miało być przecież inaczej. Nie wiem jak długo sterczę w tej żałosnej pozycji, litując się nad swoją beznadziejnością i dziękuję w duchu, że dom świeci przez ten cały czas pustkami. Nikogo w nim nie ma oprócz mnie i mojej tchórzliwej natury, która co rusz daje o sobie znać. I właśnie wtedy, gdy podnoszę niepewnie głowę ku górze, mój wzrok pada na dwa pierwsze, starannie zapisane słowa, potęgując zżerające mnie od środka uczucie rozpaczy.
Mamo, tato
Od tak dawna nie potrafię z wami rozmawiać, nie umiem odnaleźć drogi, którą przed laty zgubiłam. Jej szlak zatarł się na dobre, a ja wciąż tkwię w jednym miejscu z bezgłośnym przepraszam na ustach i nijak nie potrafię zrobić tego pierwszego kroku. A tylko on mógłby mnie teraz uratować. Czuję jak kilka nowych łez spływa bezwładnie po policzkach, tworząc swoje własne, nieregularne wzory, ale po chwili przestaję już zwracać na nie uwagę. Niech robią na co tylko mają ochotę, nikt przecież nie ogląda teraz mojej zrozpaczonej twarzy i zapewne nikt już nie ujrzy jej w tym wydaniu. Przynajmniej taka nadzieja tli się gdzieś głęboko w mojej duszy, wierząc w swoją sprawczą moc. Spoglądam bez ruchu w nędzną imitację listu, który kolejny raz zwiastuje moją porażkę — nie umiem pożegnać się tak jak należy. Dopiero palące uczucie wewnątrz ciała wyrywa mnie z zamyślenia, a moje oczy wodzą bezwładnie po zawilgniętych literach, które jako jedyne udało mi się sklecić dzisiaj w żenującą treść listu.
nienawidzę ludzi
I ogarnia mnie to doznanie doszczętnie, jakby wypełniało każdy najmniejszy element mojego ciała, nie szczędząc przy tym błagającej o litość duszy. Tylko że jej wołanie już dawno zostało zduszone, a czysta nienawiść przejęła nad nią całkowitą kontrolę, pozwalając jedynie na te daremne prośby, by drażnić się z moim ciałem. Nie ukrywa, że sprawia jej to ogromną przyjemność. Obrazy w głowie robią się coraz cięższe i czuję jak oddziałują nawet na
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil AutorAnonimowy
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…