MARATON
Nie ma co myśleć, trzeba biec.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
MARATON
- Pamiętasz jeszcze jak to się wszystko zaczęło? Odwrócił głowę w jej stronę nieco zaskoczony pytaniem. - Jak mógłbym zapomnieć. – podniósł delikatnie kąciki ust uśmiechając się przyjaźnie. – To było dokładnie trzydzieści lat temu. Dwa lata po naszym ślubie. - Jakoś wiosną chyba. - Tak, jeszcze za wiceprezydenta Frankiewicza. - Nieodżałowanej pamięci. - Biegał średnio, ale człowiek był naprawdę zacny. - Co racja, to racja. – spojrzeli na siebie jakby podświadomie komunikując, że gubią gdzieś prawdziwy temat rozmowy. - Kłóciliśmy się i nazwałaś mnie ofermą. Powiedziałaś, że przestałem być męski i że mnie zostawisz. - Wcale nie zamierzałam. - Nieważne. Pamiętasz chociaż o co się wtedy kłóciliśmy? - Nie mam pojęcia. – odpowiedziała zastanowiwszy się chwilę. - Ani ja. Muszę lecieć. Zaraz zaczynamy. Do zobaczenia za trzy godziny. - Trzy godziny? Chyba za bardzo dałeś pofolgować pamięci staruszku. Nie masz już dwudziestu lat. – roześmiała się szeroko odsłaniając białe zęby, choć widziała jego srogie, mówiące „Ja ci jeszcze pokażę” spojrzenie. Na koniec klepnęła go - na szczęście, w pośladek, jak miała w zwyczaju corocznie czynić. – Zmykaj, bo się spóźnisz. Poszedł. Parł do przodu, by jak najszybciej ustawić się w pierwszym rzędzie. Pozostali uczestnicy zdziwieni przepychającym się starszym panem nie reagowali. Pozwolili mu przejść choć nie rozumieli dlaczego tak bardzo zależy mu na tym, by stanąć dokładnie na linii startu. On wiedział. Z tego miejsca było najbliżej do mety. To przede wszystkim. Poza tym to właśnie tutaj po raz ostatni na trasie miał okazję podziwiać tych, o których wynikach mógł jedynie pomarzyć w najbardziej fantastycznych snach – gibkich Kenijczyków, umięśnionych Polaków i Ukraińców o skoncentrowanych spojrzeniach oraz jednego Niemca, który kiedyś prawie zdobył olimpijskie złoto – wszystko to nim zaczął pić i kompletnie stracił formę. Roman stanął wreszcie ramię w ramię z faworytami do zwycięstwa i obejrzał się na nich złowrogo. Nie miał szans i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Nie chciał jednak dać po sobie poznać słabości. Nie przed startem. Ruszyli. Natychmiast tłum ludzi zaczął mijać mężczyznę, który swoim własnym tempem ruszył w morderczy wyścig. Podłączył się do grupy biegnącej za balonem z wypisanym rezultatem 4:00 ciągnionym przez jednego z przedstawicieli organizatorów. Jego też prędzej czy później prawdopodobnie zgubi z oczu, ale nie to było teraz ważne. Biegł powoli mając świadomość dystansu, który go czeka, łapiąc powolnie oddech przez nos i wypuszczając go przez usta. Czytał kiedyś w gazecie, że to pomaga utrzymać prawidłowe dotlenienie wszystkich części ciała. Może słyszał to w telewizji. O tej żelaznej zasadzie miał jednak również zapomnieć. Pamiętał przecież jak co roku w ten sam sposób zaczynał wyścig, by później ze zmęczenia, z każdym następnym kilometrem łapać oddech inną częścią ciała. Ustami i nosem. Ustami, nosem, głową, stopami – całym sobą. Gdyby ktoś go o to zapytał, przysiągłby, że nic z siebie nie wydychał. Zużywał wszystko a i to okazywało się za mało. Teraz jeszcze nie było tak źle. To nie był jeszcze ten moment. Przebiegł całą ulicę Warszawską, Kórnicką, spojrzał na Wartę z mostu Świętego Rocha. To zawsze lubił najbardziej. Świadomość traconego za plecami dystansu dodawała mu sił i nadawała celowości pozornie bezsensownemu biegowi. Poza tym był jeszcze on – Poznań – miasto, które kochał, cenił i podziwiał. Ulice, po których teraz biegł przeszedł już w swoim życiu po wielokroć nie zastanawiając się jednak przy tym nigdy ile kroków zrobił od koryta rzeki do zielonego skweru, od ławki, gdzie czytał gazetę do tej, na której popijał w ciepłe popołudnia piwo z kolegami, od góry do dołu wreszcie. Od wzdłuż do wszerz. Nim się obejrzał znalazł się na Starym Rynku, by przed swoimi znajomymi, kolegami z pracy i ich dziećmi wykonać honorową rundę wśród okrzyków nie przygasłych jeszcze od wiwatów na cześć biegnących daleko przed nim liderów wyścigu. Jej
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil komooo
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…