MARTWY PULS
Nie chce mi się pisać o czym to. Przeczytajcie to zobaczycie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Świat toczy się wieloma prawami. Ścierają się w nim dwa przeciwstawne bieguny -dobro i zło. Jednak nikt, ani ludzie, ani istoty pozaziemskie, nie potrafili wyznaczyć ich granic. Dusza człowieka dryfowała pomiędzy światłem a ciemnością. Nieraz gubiła się w tej bezkresnej podróży, jaką jest życie. Niebo wciąż skrywały utrudniające nawigacje chmury... A człowiek.. Mały i słaby człowiek trwał dalej w tej walce... Brnął na ślepo przed siebie szukając celu.
Był środek lata. Słońce grzało bardzo mocno. Fiona siedziała na schodkach przed wejściem do szpitala. Tuż obok jej nóg siedział mały, czarny ratlerek. Fiona nie była zwykłą siedemnastolatką... Miała jasne rude włosy sięgające do łopatek. Jej twarz była wąska. Miała urodę modelki. Była wysoka, smukła, chuda i bardzo blada. Ubierała się niepozornie. Nosiła krótkie spódniczki i bluzeczki w jasnych kolorach. We włosach często miała kolorowe spinki. Już dawno odkryła, że wyglądem bardzo łatwo jest zmylić ludzi i uśpić ich czujność, tak, aby nie byli w stanie domyślić się, co tak naprawdę czai się na dnie jej umysłu... Od zawsze miała dziwne zainteresowania. Lubiła wszystko co ma związek z okultyzmem i parapsychologią. Jej hobbym było łączenie się z światem pozazmysłowym. Nie raz wywoływała duchy, lub rzucała uroki, choć doskonale wiedziała, że wszelkim jej staraniom daleko do wyjścia ze statusu amatorstwa. Była zimna i okrutna. Przyjaciół nie posiadała. Od kiedy tylko pamiętała źle czuła się w towarzystwie innych ludzi. Wszystko ją nudziło, albo denerwowało. Taka już była. Zawsze martwiło to wszystkich jej opiekunów, zwłaszcza rodziców. Na szczęście tych ostatnich Finoa mogła obawiać się najmniej. Doskonale ich znała. Już wiedziała co musi mówić i robić, żeby ich przekonać, że nie jest z nią tak źle, jak próbują im wmówić wszyscy dookoła. Bała się tylko jednej rzeczy- Że kiedyś jej rodzice złamią daną jej obietnicę i zajrzą do jej pokoju... Miejsca, które stało się już przechowalnią wszelkiego rodzaju dziwactw. Fiona miała dużo książek dotyczących czarnej magii i seansów spirytystycznych. Parę razy udało jej się zamówić przez internet. Między innymi naprawdę dobre narzędzia tortur, lub zestawy typu „mały wodo” ... Okna już dawno zamalowała czarnym sprayem. Jedyne źródło światła stanowiły tam przysmalone żarówki i rozstawione wszędzie świece. Na jej podłodze od ściany do ściany rozciągał się wielki pentagram, bardzo przydatny do kontaktów z zaświatami... Fiona z całą pewnością była dziwną osobą... Zaświadczyć to mógł również siedzący u jej stóp czarny ratlerek. Maleńki i jakby się na pierwszy rzut oka wydawało całkiem niegroźny piesek... W rzeczywistości zwierze to było uosobieniem śmierci. Oczywiście nie ludzkiej. Psiej śmierci. Fiona poznała go mając sześć lat i od tamtej pory Sever niemal nieustannie dotrzymywał jej towarzystwa. Ratlerek pochodził z zaświatów i widział rzeczy, o których zwykłym śmiertelnikom nawet się nie śniło. Jednak to właśnie Fionę uznał za najbardziej fascynującą postać jaką widział, lub o jakiej w ogóle słyszał... Światami zarówno pozagrobowym jak i zwykłym rządziło wiele zasad, a jedna i najważniejsza z nich mówi o ich wzajemnej nie przenikalności. Ludzie umarli nie mogli istnieć w zwykłym życiu. Oczywiście zagubione dusze trafiały się bardzo często... Oni jednak nie potrafili się odnaleźć w świecie żywych. Zwykle nawet nie rozumieli tego co się z nimi stało... Takim osobom pomagały właśnie specjalne demony takie jak Sever... (Z tym, że Sever zajmował się zagubionymi duszami psów). Tak samo jak duchy nie mogły wchodzić w integracje z istotami żywymi (zdarzały się oczywiście wyjątki), tak samo żywi nie mogli dostrzec ani istot umarłych, ani demonów, ani aniołów... Jedynym wyjątkiem od tej reguły jaki Sever kiedykolwiek spotkał była właśnie Fiona. Ona bowiem od kiedy tylko pamiętała widziała duchy... Zazwyczaj miała nawet problem z odróżnieniem ludzi martwych od żywych... Właśnie dlatego Sever cały czas chciał być przy niej, mimo iż trudno ją było nazwać dobrą przyjaciółką... Była jedyną przyjaciółką jaką mógł mieć, bo tylko ona go widziała. Fiona lubiła jego obecność, ale nigdy tego nie okazywała. Nie potrafiła być dla niego mila. Z czasem stwierdziła, że Sever jest po prostu biednym i naiwnym stworzeniem desperacko poszukującym lekarstwa na samotność. Czuła do niego żal i litość. Bądź co bądź, Sever był jednak jedyną istotą na świecie, którą w ostateczności mogłaby nazwać „przyjacielem”. Starała się nie być wobec niego szczególnie okrutna. Tak właśnie okazywała swoją sympatię. Była dla niego mniej okrutna niż dla innych stworzeń. Kiedy miała dobry humor nie wspominała przy nim o pewnych sprawach, które wyraźnie napawały go lękiem... Ratlerek był jednak reprezentantem sił wyższych. Potrafił odgadnąć ludzkie pragnienia, zwłaszcza tak silne jak te Fiony. Teraz, ponieważ oboje wiedzieli, że upragniona przez Fionę chwila już wkrótce miała nadejść, ratlerek musiał poruszyć ten temat. - Myślę, że popełniasz błąd... - powiedział do Fiony. - Twoje zainteresowania zawsze były niebezpieczne. Powinnaś zrozumieć, że zatracasz się z każdym takim pragnieniem. To nie jest normalne, że chcesz go poznać.... - Czy ty go kiedyś spotkałeś? - spytała Fiona w zamyśleniu, jakby w ogóle nie słuchała psa. - Oczywiście, że tak... Kiedyś on i ja byliśmy jednością... - Naprawdę? - Tak... Ale uznał, że włóczenie się za każdym ulatującym życiem jest poniżej jego godności, dlatego wydzielił specjalne cząstki swojej duszy. Każda miała się zajmować innym gatunkiem... - Rozumiem... To całkiem zrozumiałe posunięcie z jego strony... Między Fioną, a Severem zapadła chwila ciszy. - Umieram z ciekawości... - powiedziała Fiona całkiem szczerze. - Naprawdę. Nie mogę się doczekać, kiedy go spotkam. To będzie takie fascynujące doświadczenie... - Nie widzisz, że twoje pragnienia nie są normalne? - Może jeszcze nie zauważyłeś, ale ja nie jestem normalna... - wtrąciła obojętnie Fiona, a jej zielone oczy skierowały się ku błękitowi nieba. - Dlaczego tak bardzo chcesz spotkać śmierć? Ja go spotkałem i mówię ci, nie masz czego żałować.... - Interesuje mnie to, ponieważ podobno, żeby pokonać wroga trzeba go najpierw dobrze poznać..- powiedziała Fiona. Sever aż za dobrze zrozumiał co ma na myśli. - Czy ja dobrze słyszę? - spytał powoli. - Nie zamierzasz umierać? - Tak. - To co zrobisz, jak przyjdzie już twój czas? - Nic nie zrobię. Po prostu mój czas nie przyjdzie... - Jeszcze żadnemu człowiekowi nie udało się wygrać ze śmiercią... - Sam mi to ciągle powtarzasz... Nie jestem zwykłym śmiertelnikiem. - Wiem... Ratlerek spojrzał do góry w niebo i przyjrzał mu się krótko tak, jakby sprawdzał godzinę na ogromnym zawieszonym tam zegarze. - Chyba już czas... - powiedział niepewnie. - Tak... Chodźmy do szpitala - przyznała Fiona wstając. - Głupio byłoby się spóźnić... Pięć minut później Fiona i Sever weszli do sali szpitalnej. Była tam już cała rodzina. Matka siedziała przy łóżku. Ze wszystkich zgromadzonych wydawała się trzymać najgorzej... Obok niej siedział jej mąż obejmujący ją ramieniem w geście wsparcia. Dalej tuż pod szczelnie zasłoniętym oknem siedziała babcia. Koło niej jej syn z żoną. Wszyscy mieli grobowe miny. - Dlaczego tu tak ciemno i ponuro? - spytała Fiona wchodząc do środka. - I tak duszno... Ja tam lubię takie warunki, ale on chyba nie... a jeszcze nie umarł, więc może nie róbmy mu grobowca z sali szpitalnej? Cała rodzina spojrzała niepewnie na Fionę. Tylko matka nie odwróciła wzroku. Wolała zignorować tą wypowiedź. Już od początku, gdy było wiadomo, że młodszy brat Fiony umrze, wszyscy posądzali ją o to, że za mało się tym przejmuje. Oczywiście nie mówili jej tego wprost. Na początku uważali, że cierpi tylko tłumi w sobie emocje, ale szybko zrozumieli, że tak nie jest. Fiona po prostu nic nie czuła. Co prawda byli przyzwyczajeni, że Fiona jest dziwna. Od małego alienowała się od innych dzieci i wykazywała duży poziom agresji. Od szóstego roku życia, kiedy wbiła w rękę swojego kolegi z przedszkola ostrze nożyczek za to, że bez pozwolenia pożyczył od niej kredki, jej rodzice posyłali ją do psychiatry. Z początku Fiona odnosiła się do tego bardzo niechętnie, ale z czasem zauważyła, że im jest milsza dla psychiatry i im jest przy nim „normalniejsza”, tym mniej czepiano się jej w domu i w szkole. Postanowiła więc odcierpieć tą godzinę w tygodniu. W każdy piątek odgrywała tę samą sztukę pod tytułem „chce być dobrą dziewczynką, staram się, ale potrzebuję pomocy”. Miała wątpliwości czy psychiatra jej wierzy, ale w końcu nie miał wyboru... Fiona natomiast wcale nie była dobrą dziewczynką ani nie chciała być. Lubiła przemoc i okrucieństwo w każdej postaci. Oglądając filmy, lub czytając książki o pełnych przemocy wydarzeniach zawsze najchętniej utożsamiała z człowiekiem, który zadawał ból... Wydawał się jej być panem świata... - On zaraz umrze, Fiona... - powiedziała starsza kobieta siedząca przy oknie. W oczach miała łzy, chociaż już nie płakała. W ręku trzymała różaniec. - Zauważyłam... - przyznała Fiona i usiadła obok swojego brata przy łóżku, po przeciwnej stronie niż jej rodzice. Sever wskoczył na łóżko. Oczywiście nikt nie zwrócił na niego uwagi. Prawie nigdy nikt nie zwracał na niego uwagi. Nie był zupełnie niewidzialny. Ludzie widzieli go kiedy mieli na niego wpaść. Czasem nawet go głaskali albo karmili. Te czynności wydawały się im być całkiem naturalne, ale zaraz po chwili zapominali o jakimkolwiek psie. Był on jak część jakiegoś snu. Potrafił naginać ludzką świadomość wedle własnych potrzeb. Podobno potrafiły to wszystkie istoty pozaziemskie. „Długo jeszcze?” -zastanawiała się z niecierpliwością Fiona. Jej sześcioletni braciszek leżał na łóżku tuż obok niej. Już od paru dni prawie nie odzyskiwał przytomności. Teraz również oczy miał zamknięte. Jego twarz i włosy były mokre od potu. „I czemu oni tak rozpaczają?” - zastanawiała się Fiona przyglądając się swojej rodzinie. - „przecież już przed porodem moja matka wiedziała że nie pożyje dłużej niż pięć lat... A on dożył sześciu. Skoro tak kochają życie, to powinni się cieszyć...” Nagle aparat przy łóżku zaczął głośno pipczeć. Fionie zaczęło szybciej bić serce. Czyżby już? Na salę weszła pielęgniarka. Matka zaczęła głośno szlochać... Nagle ciało chłopca naprężyło się lekko i uniosło do góry. Jego pierś rozjaśniła się mocnym blaskiem. To światło oderwało się od niego i uleciało do góry wprost pod sam sufit. Fiona aż wstała z miejsca by odprowadzić wzrokiem to światło. W końcu dotknęło sufitu, wchłonęło się w niego i znikło. Aparat umilkł. Fiona stała jeszcze przez chwilę wpatrując się w sufit. Pielęgniarka wyłączyła aparaturę. - Mogą państwo jeszcze chwilę z nim zostać, żeby się pożegnać - powiedziała wychodząc. Ojciec objął swoją żonę ramieniem. Babcia rozpłakała się na nowo. Ogólnie zalegała jednak cisza napęczniała od smutku, łez i cierpienia.. - To już? - spytała z rozczarowaniem Fiona. - Tak wygląda śmierć? Ojciec oderwał się na chwilę od swojej żony i spojrzał na Fiona oczami pełnymi wściekłości. Fiona nie mogła sobie przypomnieć, żeby ktoś patrzył na nią kiedyś z większą nienawiścią. Podobało jej się to. - Przynajmniej w takiej chwili, przez jeden moment, mogłabyś się powstrzymać od komentarza... - powiedział. Fiona wzruszyła ramionami i wyszła z sali. - Wiedziałeś o tym - powiedziała z wyrzutem do psa. - Wiedziałeś, że śmierć nie przychodzi osobiście po małe dzieci... - Oczywiście, że nie przychodzi. A przynajmniej zdarza się to bardzo rzadko - przyznał Sever. - On przychodzi osobiście tylko po ludzi naprawdę szczególnych. Sam nawet nie wiem co należy rozumieć przez tą „szczególność” - Ach!!! Jestem taka rozczarowana! - powiedziała z wściekłością. - Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? Przecież wiedziałeś jak długo czekałam... - Ja chyba... Miałem nadzieję, że sobie coś uświadomisz... - powiedział Sever bardzo nieśmiało. Wiedział, że Fionie się to nie spodoba. - Ja nigdy nie byłem żywą istotą. Powstałem z nicości... Nie mam prawa kochać ani być kochanym. Ale ty... Zostałaś obdarzona tym niezwykłym darem, jakim jest życie. Zazdroszczę ci tego daru, a ty go tak marnujesz... Ja rozumiem, że to nie twoja wina... Że taka już jesteś, ale może chociaż spróbowałabyś się zmienić, albo czy ja wiem? Po prostu zrozumieć, że twoje zachowanie nie jest dobre... Jednym słowem, Fiona... Ja się po prosu o ciebie martwię. - Martwisz się o mnie? - powtórzyła Fiona. Jej oczy zapłonęły wściekłością, ale głos miała całkiem spokojny. Sever wiedział, że to nie wróży nic dobrego. - Przez całe życie ktoś się o mnie martwił... Moi rodzice posyłają mnie do psychiatrów, zabrali mnie ze szkoły... Nowo poznanych ludzi uprzedzają że jestem „drażliwa”, to wszystko robią z „troski”... Ja mam jej już dość, rozumiesz? Sama nie potrafię kochać, więc nie potrzebuję również cudzej miłości... - Przepraszam... - powiedział pies. I o ile psy mogą płakać, tak można było powiedzieć, że Sever miał w oczach łzy. Cała rozmowa działa się w zatłoczonym korytarzu szpitalnym, jednak nikt nie zwracał uwagi na Fionę. Już dawno zauważyła, że gdy wchodzi w reakcję z rzeczami lub istotami z innego świata, to na nią również zaczyna działać zasada naginania świadomości. Ludzie ją widzieli, ale nie docierało do nich zupełnie to co robi i mówi. Mogła więc do woli krzyczeć na czarnego ratlerka. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Dla Fiony było trochę niezrozumiałe, jak istota tak żałosna jak Sever może reprezentować siły nadprzyrodzone. Być panem śmierci nawet jeśli chodziło tylko o psy. Tłumaczyła to sobie tak- Sever został stworzony do służalczości. Jego pan, śmierć stworzył go takim by móc nim pomiatać i znęcać się nad nim. Dlatego właśnie on wciąż do niej wracał, mimo że nie potrafiła być dla niego miła. Po prostu był przyzwyczajony do takiego traktowania. - Boję się ciebie... Naprawdę się ciebie boję... - powiedział pies. Teraz już drżał na całym ciele. - Nie wiem po co mnie takim stworzono. Tak bardzo chciałbym nie istnieć. Obrócić się w nicość, z której powstałem, ale nie mogę... Celem mojego życia jest cierpieć i być poniżanym... Stanowię uosobienie psiej śmierci... Czasem zabieram duszę jakiegoś psa i pokazuję mu drogę na drugą stronę... Nieliczne chwile, w których czuję, że jestem potrzebny w jakimś słusznym celu. Ale te chwile są krótkie i zawsze przyświeca im jedna i ta sama myśl- że zaraz zmów będę musiał wrócić do tego koszmaru jakim jest moje żałosne życie... - Sever... - zaczęła Fiona. Nie lubiła gdy Sever dostawał takich dziwnych ataków przepełnionych skrajną samokrytyką. Na początku ich znajomości nawet ją to bawiło, ale z czasem zaczęło bardzo nudzić. Dla niej musiała istnieć jasność. Jeśli miała kogoś poniżać, to on powinien się bronić. Poniżanie kogoś kto sam się poniżał zupełnie traciło już urok. W takiej chwili należałoby dla równowagi zacząć pocieszać Severa. Fiona wiedziała, że każdy normalny człowiek tak właśnie by zrobił. Czasem nawet o tym myślała, ale potrafiła być miła. Ta niemoc tak ją drażniła, że zaczynała być zła i tylko pomagała Severowi w samo pastwieniu się nad sobą. - Co teraz zrobisz? - spytał pies. Wiedział, że drażni Fionę swoim zachowaniem. Wiedział, że prawdopodobnie zaraz zrobi mu krzywdę lub zacznie go poniżać. Zawsze przerażało go z jaką niecierpliwością oczekiwał tej chwili. Dla niego cierpienia i upokorzenia były uzależnieniem. Czymś co go zabijało i niszczyło, ale z czego nie potrafił zrezygnować. Wiedział, że tak nie powinno być. Wiedział jednak również, że został tak stworzony, co oznaczało że jego los był z góry przesądzony. Walka z nim nie miała sensu. Fiona zawahała się przez chwilę... - Hm... Jakoś nie mam ochoty na przemoc... - powiedziała z przekąsem. - Oczywiście, że masz. Musisz mieć. Musisz mnie ukarać... - powiedział pies patrząc Fionie w oczy. Wydawał się być najbardziej obłąkaną istotą we wszechświecie. - Nie... Jestem na ciebie wściekła, ale nie zrobię ci tego.. - powiedziała robiąc słodką minkę. - No chyba, że ładnie poprosisz... - Nie... Proszę... Nie... Nie każ mi prosić. - Ach... Trudno jest mi wyobrazić sobie bardziej żałosne stworzenie niż ty Sever - zapewniła Fiona. Wpadła teraz w pewien stan, w jaki często zdarzało jej się wpadać. Nie czuła już złości ani nienawiści... Jej serce było już zbyt sparaliżowane ich jadem by mogła czuć cokolwiek. - Naprawdę mi cię szkoda. Mówię szczerze... Lubię od czasu do czasu sprawiać komuś ból, ale ty jesteś nikim... Kiedy zadaję ci ból to tak jakbym zadawała ból nikomu... - Wiem, ale takim mnie już stworzono... Co poradzę? Fiona spojrzała na Severa. Tak naprawdę nigdy nie przepadała za robieniem mu krzywdy, bo było to zbyt proste... Ale on sam tak się o nią prosił... Nie mogła mu odmówić.
Tego samego dnia, o północy Fiona siedziała po turecku w środku pentagramu. Wywoływała duchy. A konkretnie jednego ducha. Miała zamknięte oczy i ręce uniesione lekko do góry. Właśnie kończyła szeptać zaklęcia. Cały jej pokój zaczął drżeć. Płomyki na rozstawionych dookoła świeczka przygasały i rozpalały się na nowo od ruchów wirującego wszędzie powietrza. W końcu tuż przed Fiona stanęła mała postać. Wyglądał tak samo jak za życia. Może tylko w tym późniejszym stadium choroby, kiedy chemia pozbawiła go rumieńców i pyzatych policzków, a surowe szpitalne mury radości życia. Włosy miał mokre od potu jak w chwili swojej śmierci. Siedział niecały metr od Fiony skulony i przestraszony. Rozejrzał się. - Więc to już...? - powiedział bardzo słabym głosem. - Umarłem, tak? Fiona skinęła głową. Mat wiedział, że umarł, ponieważ, któregoś dnia zajrzał do jej pokoju. Przestraszył się tego jak wygląda, a Fiona będąc na niego zła, zdradziła mu, że wywołuje tutaj duchy. Powiedziała również, że następnym razem kiedy zobaczy jej pokój, on sam również będzie duchem. Mat potraktował te słowa bardzo poważnie. Rodzice nie mówili mu tego wprost, ale on sam wiedział, że umiera. W tej jednej sprawie zaufał Fionie. - Boję się... Tak tu ciemno.. A tam gdzie byłem wcześniej... Nie pamiętam gdzie byłem, ale boję się tego miejsca.... - To naturalne, zmarli rzadko pamiętają zaświaty... - powiedziała Fiona. - Podróż stamtąd tu jest zbyt męcząca. Wszyscy są zdezorientowani... - Czy tam jest niebo? - Nie wiem, nigdy nie umarłam. - Fiona..?. - Co? - Boję się. - Wiem, już mi to mówiłeś. - Przyniesiesz mi mojego misia? Chyba spadł z mojego łóżka... Fiona nic nie odpowiedziała tylko podała swojemu bratu dużego brązowego misia. Wciąż patrzyła na niego obojętnie. On nadal był przerażony. - Mogę tu jeszcze chwilę zostać? - Ponieważ umarłeś, dzisiaj wyjątkowo ci pozwolę – zgodziła się Fiona. Mat siedział przez chwilę skulony. Kurczowo trzymał swojego misia. Jego oddech robił się coraz płytszy. Siedzieli tak w całkowitym milczeniu przez parę minut. Patrzył tępo w przestrzeń. Wydawał się być całkowicie nieobecny w realnym świecie. Fiona nie spuszczała z niego wzroku. Nagle płomienie na paru świeczkach zadrżały lekko. Wszystkie okna i drzwi w pokoju Fiony były szczelnie zamknięte. Wiedziała że to jest znak. - Musisz już iść - powiedziała do swojego brata. - Nie.... Ja nie chcę.... - Nikt nie chce. Ale musisz. Mat zalał się łzami. Nagle uspokoił się na chwilę jakby sobie coś uświadomił. - Fiona? - Co? - Wiem, że mnie nienawidzisz, ale czy mogę się do ciebie przytulić? Tak wyjątkowo... No wiesz... Z racji że umarłem... Fiona zastanowiła się przez chwilę. Nie była nawet pewna, czy pamięta jeszcze co to znaczy kogoś przytulić. - Dobrze... Tak wyjątkowo.... Mat natychmiast wstał, podszedł do niej i Obią ją ramionami... Ona tylko lekko dotknęła jego ramienia... I znikł. Siedziała jeszcze przez chwilę nieruchomo. W ręku trzymała brązowego misia.
Następnego dnia rano Fiona jadła śniadanie ze swoimi rodzicami. Nie lubiła niczego co musiała robić z kimś wspólnie, zwłaszcza jeśli tym kimś byli jej rodzice. Wiedziała jednak, że śniadanie jest jednym z tych przedstawień, które są niezbędne do utrzymania pozorów jej normalności. Rodzice siedzieli po przeciwległej stronie stołu. Ich oczy były puste. Wydawali się mieć w sobie jeszcze mniej życia niż Mat... Prawie nic nie jedli. Tylko przebierali łyżkami w swoich owsiankach, jakby właśnie ta czynność była tą, którą nazywa się „jedzenie”... Fiona wydawała się nie zauważać ich złego nastroju. Chociaż nie przepadała za owsianką jadła ją ze smakiem. Wydawała się myśleć o czymś zupełnie innym niż jej rodzice... Nagle do drzwi zadzwonił dzwonek. - Ja otworzę... – powiedziała Fiona wstając. - To pewnie doktor Szulc... – powiedziała niemo mama Fiony. Fiona zatrzymała się na chwilę. Doktor Szulc był jej psychiatrą. Siódmym z kolei i podobno jednym z najwybitniejszych. Nie lubiła go najbardziej ze wszystkich. Wiedziała, że on jej nie ufa. Wiedziała, że tylko czeka na pretekst, żeby ją zamknąć... Dreszcz przebiegł po ciele Fiony na samą myśl. - Co on robi w naszym domu? – spytała ostro. - Uznaliśmy, że przyda ci się jego obecność.. Zresztą jak nam wszystkim... - Przyda? Niby do czego? - Fiona... – odezwał się tata i spojrzał Fionie prosto w oczy. W tym spojrzeniu było coś, co lekko ją zaniepokoiło. – My już nie mamy siły... Przez chwilę Fiona stała próbując zinterpretować te słowa. Były niepokojące. Potem poszła otworzyć drzwi. - Dzień dobry panu... – powiedziała do doktora robiąc przy tym bardzo smutną minę. Doktor Szulc nic nie odpowiedział tylko przyglądał się jej długo. Skanował uważnie każdą część jej twarzy, jakby wiedział... Jakby wiedział, że ta twarz jest tylko maską. - Gdzie są twoi rodzice? – spytał. Był wysokim blondynem koło pięćdziesiątki. Nosił okulary połówki, zza których sięgało jego drastycznie surowe spojrzenie. Miał na sobie szary podróżny płaszcz, sugerujący, że dopiero co wrócił z bardzo dalekiej podróży. - W kuchni... - Jak ty się czujesz? – spytał wchodząc do środka i rozglądając się po mieszkaniu. - Jakoś się trzymam... Bardziej martwię się o rodziców... – powiedziała Fiona. W rozmowach z Szulcem wykazywała tyle powagi, troski i odpowiedzialności. Zawsze dziwiło ją, że mimo tak usilnych starań on nadal nie wierzy w jej normalność. - Rozumiem... – powiedział nadal nie patrząc na Fionę. Wiedziała, że jej nie wierzy. – Twoi rodzice powiedzieli mi, że wczoraj zachowywałaś się dziwnie... Wydawałaś się nie przejmować śmiercią brata... - Oni widzą tylko to co chcą. Nie rozumieją, jaka jestem naprawdę... Szulc podszedł do Fiony i przyjrzał się jej swoim surowym wzrokiem. - Och... Na szczęście ja rozumiem. - Tak...? - spytała Fiona unosząc lekko brew, jakby nie rozumiała tej niezwykłej nieufności w oczach Szulca. - Mam dość tych twoich przedstawień – powiedział. Teraz już jego twarz była bardzo blisko twarzy Fiony. Ona nie miała zamiaru dać się zastraszyć. – Chciałbym w końcu zobaczyć prawdziwą ciebie. „Nie chciałbyś, uwierz mi, nie chciałbyś” – pomyślała z groźbą Fiona. - Już pan przyszedł? – odezwał się tata Fiony, który właśnie stanął w drzwiach razem ze swoją żoną. – Cieszymy się, że znalazł pan dla nas czas... Może wejdziemy do kuchni i porozmawiamy? - Tak oczywiście... – powiedział Szulc i urwał nagle. Jego pełen zainteresowania wzrok spoczął na Fionie, która przyglądała się teraz czemuś, co stało daleko za nim. Na jej twarzy było wyraźne zaskoczenie. Może nawet strach. Szulc szybko poszedł za jej spojrzeniem. Przy framudze wejściowych drzwi... Nie stało nic... - Przepraszam, ale muszę gdzieś wyjść... Przypomniałam sobie o czymś – wyjaśniła szybko Fiona widząc spojrzenie Szulca. – To nie powinno mi zająć dużo czasu. Niedługo wrócę... Fiona wyszła szybko z domu. Będąc przy drzwiach, wypchnęła z nich stojącą tam postać. - Mat! Co ty tu robisz, idioto?! – powiedziała ze złością, kiedy drzwi już się za nią zamknęły. – Przecież miałeś wrócić... Dlaczego tego nie zrobiłeś? - Boję się tamtego miejsca... – powiedział cicho Mat. W świetle dziennym wyglądał trochę inaczej. Miał na sobie szpitalną piżamę. W ręku trzymał misia. Nadal był wyraźnie przestraszony, ale już trochę mniej niż wczoraj. - Wiem o tym, ale musisz tam pójść, rozumiesz? Mnóstwo razy widziałam duchy, które tego nie zrobiły... Mówię ci, wieczna tułaczka w przestrzeni między życiem, a śmiercią na pewno jest gorsza niż to, co może cię tam spotkać. Mat spuścił głowę. Chyba płakał... - Musisz go szybko odprowadzić... Jeśli chcesz mu pomóc – powiedział Sever, który nagle pojawił się nie wiadomo skąd. Fiona wcale nie zdziwiła się jego obecnością. Zazwyczaj pojawiał się wtedy gdy go potrzebowała. Czasami musiała parę razy szepnąć jego imię, a czasami po prostu pojawiał się samoistnie, jakby sam domyślił się że jest potrzebny. - Tak... Odprowadzę go... – zgodziła się Fiona. – Ale ty musisz zostać tutaj. Chcę wiedzieć o czym moi rodzice rozmawiają z Szulcem... - Sama nie znajdziesz portalu... - Powiedz mi tylko gdzie jest! – powiedziała szybko Fiona. Portal do zaświatów pojawiał się raz na parę dni. Za każdym razem w innym miejscach. Tylko istoty takie jak Sever mogły odgadnąć jego położenie. Fiona widziała go tylko raz.. Przeszła przez niego i była w zaświatach dosłownie parę sekund, zanim Sever ją stamtąd wyciągnął. Powiedział, że oboje mogą mieć kłopoty, jeśli zostanie tam chwilę dłużej. Był wtedy przerażony i powiedział, że nigdy więcej nie wskaże jej drogi do portalu. Dziś miał się jednak zgodzić. Fiona nawet domyślała się dlaczego. Wolała jednak o tym nie myśleć. To bardzo ją drażniło. - Ale obiecaj, że sama tam nie wejdziesz... – powiedział pies. - Dziś mam ważniejsze sprawy na głowie niż zwiedzanie zaświatów – zgodziła się Fiona skinieniem głowy wskazując na dom. Oboje wiedzieli, że ma na myśli Szulca. - Dziś portal jest niedaleko. W komórce pod schodami biurowca, gdzie pracuje twoja mama... - Na którym piętrze? - Na trzecim... - Idziemy... A ty pilnuj Szulca... – powiedziała Fiona biorąc Mata za rękę. - Chcę jeszcze chwilę zostać... – powiedział Mat. – Chciałbym pobawić się z pieskiem... - Ten piesek nie jest do głaskania – powiedziała Fiona ciągnąc Mata za rękę. – A my się śpieszymy. Piętnaście minut później Fiona weszła do zatłoczonego biurowca. Śpieszyła się. Wiedziała, że musi jak najszybciej wrócić do domu. Bez niej sprawy mogły przyjąć zły obrót. Zwłaszcza teraz, gdy jej rodzice „nie mieli już siły...”. Fiona bała się tych słów. Wiedziała, że teraz jej rodzice są bardziej podatni na sugestie Szulca. Szulc z kolei najchętniej odizolowałby ją od społeczeństwa. Fiona trochę się obawiała tego co może zrobić. Wiedziała, że Szulc jest prawdopodobnie jedyną osobą, która chociaż po części domyśla się kim ona naprawdę jest. Wiedziała to już od samego początku. Zauważyła również, że zdarza się, iż na Szulca niezupełnie działa zasada naginania świadomości. Czasami miała wrażenie, że w jakiś sposób odbiera to, że rozmawia z istotami niematerialnymi. Prawdopodobnie rozumiał to w bardzo niewielkim stopniu, ale jednak zdarzało się, że gdy Fiona nagle zawołała Severa on spojrzał na nią podejrzliwie... Jakby rozumiał. A dzisiaj... Spojrzała na Mata, a on dostrzegł to spojrzenie... Inni ludzie by nie spostrzegli. Mata oczywiście nie widział. Severa również, ale mimo to wyraźnie dostrzegał więcej niż inni ludzie, których Fiona znała. Trochę ją to przerażało. - Tutaj - powiedziała Fiona stając przed komórką pod schodami na trzecim piętrze. Było tam całkiem sporo ludzi. Obok była recepcja. Fiona sięgnęła po klamkę. - Ja nie chcę.. - powiedział Mat. - Nie mógłbym zostać z tobą? - Nie, Mat. I dobrze o tym wiesz - powiedziała Fiona i nie wahając się dłużej otworzyła drzwi. Za nimi od sufitu do podłogi rozciągał się portal. Wirowały w nim różne odcienie niebieskiego koloru, mieszającego się z czernią. Od portalu wiał bardzo silny wiatr, który rozwichrzał włosy nie tylko Fionie, ale i wszystkim przechodzącym obok ludziom. Recepcjonistce zwiał nawet plik kartek. Lakonicznym krokiem wstała, żeby je zebrać. Burknęła tylko cicho „ach te przeciągi”. Nie dostrzegła ani portalu w komórce pod schodami, ani tego, że wszystkie okna na piętrze były szczelnie zamknięte. - Fiona, zobaczymy się jeszcze? - spytał Mat. Musiał krzyczeć, żeby Fiona usłyszała go przez świszczący wiatr. - Wątpię... - Ale ty też kiedyś umrzesz... - Raczej postaram się tego uniknąć. - Aha... - Mat zastanowił się przez chwilę. Fiona nie poganiała go. Czekała aż się namyśli. - Pomyślałem... Że może mogłabyś mnie jeszcze kiedyś przywołać... Może... Ty też się kiedyś za mną stęsknisz...? - Mało prawdopodobne - powiedziała powoli Fiona. Mat skinął głową. - Idź już. Na pewno trafisz sam... A jak nie, to tam po drugiej stronie ktoś się już tobą zajmie.... Mat skinął głową. Wiedział, że musi to zrobić. Nie chciał się więcej oglądać na Fionę. Po prostu puścił jej rękę i wszedł prosto w jasne światło... Fiona zamknęła drzwi. Wiatr ustał. Stała jeszcze przez chwilę opierając się o ścianę. W głowie miała lekki mętlik. Nie potrafiła jasno sprecyzować swoich myśli. Rzadko jej się to zdarzało, ale w ciągu ostatniej doby stało się zbyt wiele rzeczy... Nie miała jednak czasu żeby się nad tym zastanawiać. Musiała szybko wrócić do domu... Całą drogę właściwie przebiegła. Jak burza otworzyła drzwi frontowe i wbiegła do salonu. Być może to był jej błąd. Gdyby zrobiła to bardzo powoli, może Sever zdążyłby ją ostrzec. Krzyknąć, aby nie wchodziła, ale teraz było już za późno... - Fiona... - powiedział do niej Sever. Od razu wyczuła niepokój w jego głosie. - O co chodzi...? - Szulc... Był w twoim pokoju... Fiona zastanowiła się przez chwilę. Oczywiście wiedziała co to oznacza. Trochę ją to jednak zdziwiło. W głębi duszy wierzyła bowiem, że jej rodzice na to nie pozwolą. Sama nie rozumiała co to znaczy miłość, ale wiedziała, że coś takiego istnieje i że najprawdopodobniej jej rodzice darzą ją tym uczuciem. Obiecali jej kiedyś nie zaglądać do jej pokoju... Nie raz zdarzały się sytuacje, w których jej bronili, chociaż wcale nie mieli podstaw. Fiona tego nie rozumiała, ale założyła, że tak będzie zawsze... Jednak słowa „nie mamy już siły”... Czyżby to znaczyło, że nie mają już siły kochać...? - Cieszę się, że już wróciłaś - powiedział Szulc. Fiona odwróciła się w jego stronę. Stał tuż przy drzwiach na tle okna, tak, że widziała tylko jego ciemną sylwetkę. - Gdzie są moi rodzice? - spytała powoli Fiona. - Woleli przy tym nie być.... Sam doradziłem im, żeby wyszli gdzieś na godzinę... - Jak się panu udało ich przekonać..? Co takiego strasznego było w moim pokoju... - Wiesz.. Właściwie wszystko. Nawet więcej niż oczekiwałem... Nie wnikam już w to skąd wiesz, że byłem w twoim pokoju... Na pewno masz jakieś swoje źródła... Fiona zwróciła szczególną uwagę na wzmiankę o jej własnych źródłach. Dotąd Szulc nigdy nie wyrażał się o tym w ten sposób. Tak jakby były to rzeczy namacalne... Teraz Szulc w ogóle wydawał się być jakoś nienaturalnie podniecony. Fiona wiedziała, że długo czekał na tą chwilę. Zrobił krok w jej stronę. Ona cofną się instynktownie. Kontem oka zobaczyła, że w rogu pokoju stoi ktoś jeszcze... Mężczyzna w białym fartuchu... A zza drzwi kuchennych wyszedł kolejny. - Chodź z nami Fiono... Szkoda czasu... - Nie zbliżajcie się do mnie! - krzyknęła Fiona do otaczających ją mężczyzn. Była cała sztywna... Oddychała coraz szybciej. - Spokojnie Fiona, nie ma się co denerwować. Fiona już go prawie nie słyszała. Oddychała teraz bardzo szybko. Rzuciła spojrzenie kulącemu się pod fotelem Severowi. On nie mógł jej pomóc. - Jakim prawem pan to robi?! Chcę się zobaczyć ze swoimi rodzicami... - Tego bym nie chciał... Za bardzo ci ufają.. Bałbym się, że jeszcze ich przekonasz... - Co pan chce ze mną zrobić? - ...Chodź z nami. Gdy będziemy na miejscu wszystko ci wyjaśnię... - Panu nie chodzi o względy psychiatryczne, prawda? - spytała Fiona nagle doskonale to rozumiejąc. - Pan ma jakiś inny cel. Od początku pan miał... - Owszem - przyznał spokojnie Szulc. - Widzisz, ja i ty mamy wspólne zainteresowania. Z tym że ja, poświęciłem na nie całe swoje życie... Mam laboratorium i całą dokumentację... Starałem się być jak najbliżej nieodgadnionej tajemnicy życia... Ale ty mnie prześcigasz. I to bardzo... Zazdroszczę ci tego... Latami... Latami szukałem kogoś takiego jak ty. Kogoś, kto widzi istoty pozazmysłowe... Ty je widzisz, prawda? Nagle zaczęła to dostrzegać... W jego oczach. Jakiś dziwny, nieopisany rodzaj szaleństwa. Ona również chciała wyjaśnić tą zagadkę, o której wspomniał. Zawsze do tego dążyła. Słyszała jednak o eksperymentach, o których wspomniał Szulc... Wyraźnie wyczuwała towarzyszyło im znamię kontraktów z diabłem. Ona nie zawierała paktów. - Nie wiem o czym pan mówi! - powiedziała Fiona bardzo stanowczo. - Owszem, wiesz... - odpowiedział Szulc lekko rozdrażniony jej reakcją. - Idealnie pasujesz do profilu poszukiwanej przeze mnie osoby... Zamknięta w sobie, agresywna... Inteligenta. Usłyszałem o tobie od jednego z twoich poprzednich psychiatrów. Przyjechałem tu dla ciebie z bardzo daleka... Ale opłacało się... Bo wiem, że to ciebie szukałem. Dziś mam już pewność. Nie bój się mnie Fiono. Możemy sobie nawzajem pomóc... - Nie chcę pana pomocy! Jest mi dobrze tak jak jest... - powiedziała Fiona cofając się w głąb pokoju. Mężczyźni w kitlach zaczęli się do niej zbliżać. - Nie rób scen. Już za późno. I o nic się nie martw. Zajmę się tobą odpowiednio... Mężczyźni już prawie byli przy niej... Fiona chwyciła leżący na stole obok nóż do papieru i zaczęła desperacko nim wymachiwać. Przez chwilę szarpała się ze swoimi przeciwnikami, aż w końcu doktor Szulc do niej podszedł. Poczuła lekkie ukłucie... Świat zaczął wokół niej wirować. Jedynym stałym punktem stały się jego oczy. Ciemne i surowe jak nicość. Jak czarna dziura, która ją wciągała, niszczyła, ale od której nie było już żadnego ratunku.
Następne co pamiętała, to jazdę furgonetką. Siedziała z tyłu z jakimś mężczyzną czytającym gazetę. Z przodu siedział kierowca i jakaś kobieta. Jej pierwsza myśl to „muszę uciec”. Była jednak półprzytomna. Myśli przetaczały się przez jej umysł, ale ona czuła, że nie ma na nie żadnego wpływu. Najpierw poczuła złość na swoich rodziców... Jak mogli ją wydać? Potem pomyślała, że nie powinna była wtedy nigdzie wychodzić. To był wielki błąd. Trzeba było zostawić Mata... W tym momencie Fiona wróciła do tej chwili, w której odchodzi Mat. Stała się dla niej tak realna jakby właśnie teraz miała miejsce. Jego pełne strachu oczy skierowane prosto na nią... Blada twarz.. I znikł w tym jasnym świetle... Znikł, aby już nigdy nie wrócić. Przez głowę Fiony przeszło pytanie „Czy Mat sobie poradzi?”... Potem jednak nastąpiło ostre i nieco trzeźwiejsze „Dlaczego ja o tym myślę..? Muszę uciekać.” Fiona rozejrzała się uważnie. Ich samochód stał na środku ulicy już od jakiegoś czasu. Nie wiedziała dlaczego... W tle słyszała jakieś ostre dźwięki... Może syreny? Sanitariusze o czymś rozmawiali, ale Fiona nie mogła się skupić na sensie wypowiadanych przez nich słów. - Może sprawdzić, czy nie potrzebują pomocy? Ona chyba nie ucieknie? – spytał sanitariusz siedzący obok Fiony. Ktoś mu przytaknął, a on wstał i wyszedł z samochodu. Przez chwile rozglądał się trzymając na wpół otwarte drzwi. Fiona wykorzystała ten moment. Bez chwili wahania, choć z racji swojego stanu trochę opieszale, wyjęła z włosów spinkę i włożyła ją na wysokość zamka. Zdążyła sekundę przed tym jak sanitariusz zamkną drzwi. Natychmiast popchnęła je lekko. Otworzyły się. Dzięki spince zamek się nie zablokował... Fiona rzuciła spojrzenie siedzącym z przodu ludziom. Byli zbyt zajęci gapieniem się na to, co się dzieje na ulicy. Nie zwracali na nią żadnej uwagi. Fiona otworzyła drzwi i wyszła z samochodu najciszej jak mogła. Serce zaczęło jej walić. Czuła, że to było zbyt proste, że zaraz zaczną ją gonić... Musiała się jak najszybciej schować... Zaczęła iść w stronę jakiegoś wysokiego budynku... Rozejrzała się dookoła. Kilka samochodów przed białą furgonetką, na samym środku skrzyżowania stało kilka rozwalonych samochodów. Wypadek- to dlatego się zatrzymali... Wokół stał tłum gapiów... Jakiś mężczyzna w czarnej marynarce pomagał wstać kobiecie. Miała całą twarz we krwi... Obok nich właśnie przeszedł sanitariusz... Fiona szybko odwróciła wzrok i jeszcze przyśpieszyła kroku. W głowie cały czas jej szumiało, a ruchy miała trochę nieskoordynowane. Świat wciąż wirował wokół niej... Ale musiała uciekać. Wiedziała, że musi. W końcu weszła do budynku. To był hotel. Jego holl był olbrzymi. Na pierwszy rzut oka było widać, że to bardzo ekskluzywne miejsce. Fiona trochę się bała, że zaraz ktoś ją stąd wyrzuci... Musiała uważać, aby nie zwracać na siebie uwagi.. Podeszła do wind. Wcisnęła guzik... Obejrzała się za siebie czy nikt za nią nie idzie. Nie widziała nikogo. Znów nacisnęła guzik. „Szybciej”- myślała rozpaczliwie. W końcu winda otworzyła się. Fiona szybko do niej wsiadła i nacisnęła najwyższy guzik. Nie wiedziała czemu akurat najwyższy, ale to było dla niej bez znaczenia. Chciała się po prostu znaleźć jak najdalej stąd... Zanim drzwi się zamknęły do windy wszedł jakiś mężczyzna. Fiona skądś go znała... A tak... Widziała go przed chwilą przy wypadku.. Pomagał wstać kobiecie... Winda ruszyła. Fiona stała opierając się o ścianę. Czuła się bardzo źle. Wiedziała, że prawdopodobnie wygląda jeszcze gorzej. Nagle poczuła mocne duszenie w gardle. Zaczęła się krztusić... - Ty idioto, zgaś tego papierosa!!! – krzyknęła do mężczyzny. On odwrócił się do niej powoli. Zaciągnął się jeszcze raz przyglądając się jej z namysłem. Fiona również mu się przyjrzała. Był wysoki, miał czarne włosy i szare oczy. Był dość młody i całkiem przystojny. Było w nim również coś tajemniczego. - Dziwne... Nie pamiętam cię – powiedział chłopak do Fiony wypuszczając kolejną smugę dymu. - Ja ciebie też i nie żałuję – powiedziała Fiona. Cały czas patrzyła na mężczyznę morderczym wzrokiem. On wydawał się tego nie zauważać. Podszedł do Fiony bliżej i chuchnął jej dymem prosto w twarz. - Masz niesamowite szczęście... – powiedziała przez zaciśnięte zęby. Jej głos aż drżał ze wściekłości. - Niesamowite szczęście, że mam na głowię ważniejsze rzeczy niż zajmowanie się tobą... Mógłbyś doznać wielkich obrażeń. - Naprawdę? – spytał mężczyzna z zainteresowaniem i znowu się zaciągną. – To ciekawe... Źle wyglądasz, może mógłbym ci jakoś pomóc? - ...Tak... Odsuń się – powiedziała Fiona, bo mężczyzna stał zdecydowanie za blisko. - Szkoda mi ciebie... – powiedział chłopak wzdychając. – Może na takiego nie wyglądam, ale zdarza mi się być sentymentalnym. Zwłaszcza gdy umiera tak ciekawa i piękna istota jak ty... - Ja nie umieram... – powiedziała Fiona zamykając oczy. Poczuła się trochę gorzej. Głowa zaczęła ją potwornie boleć. Poza tym rozmowa z nieznajomym zaczęła ją naprawdę męczyć. - Nie umierasz... Już umarłaś. Fiona była już na wpół przytomna. Długo musiała pomyśleć zanim sens wypowiedzianych przez mężczyznę słów do niej dotarł. I nagle sobie coś uwiadomiła. Dlaczego obcy mężczyzna pomaga wstać zakrwawionej kobiecie..? Zamiast poczekać na lekarzy... Na jego garniturze nie ma nawet plamy krwi... Sanitariusz przeszedł obok nich.. Nie pomógł kobiecie... Ponieważ już nie mógł... Nawet jej nie widział. Fiona otworzyła oczy. Widna cały czas jechała. Mężczyzna stał naprzeciwko niej i przyglądał się jej uważnie. - To dziwne, choć czasem tak bywa... – powiedziała Fiona słabym głosem. – że kiedy się o czymś sługo myśli, to nie przychodzi, ale zaczyna się dziać dopiero później, w najmniej oczekiwanym momencie... Mężczyzna nic nie odpowiedział tylko znów się zaciągną. - Musiałaś umrzeć bardzo niedawno... Jesteś strasznie zdezorientowana... – powiedział. - Ja też tak czasem mam tylko, że w odwrotną stronę... – zaczęła Fiona, ale nie skończyła. Jakoś nie potrafiła odpowiednio sformułować myśli. Chciała powiedzieć, że ona czasem myli ludzi umarłych z żywymi... Pomyślała jednak, że może to dobrze, że mężczyzna myśli, że nie żyje. Sever jej kiedyś mówił, że istoty pozaziemskie nie mogą ingerować w świat ludzi żyjących. Jeśli będzie wiedział, że jest żywa na pewno jej nie pomorze. A teraz Fiona miała już pewność, że sama nie wyjdzie z widny. Że najprawdopodobniej zaraz straci przytomność. - Zabierzesz mnie stąd? – spytała Fiona. – Muszę się położyć... Mężczyzna przytaknął i wciągną do niej rękę. Winda się otworzyła... Chciał ją wyprowadzić. Ona jednak nie była w stanie zrobić kroku. Przewróciła się... Złapał ją... Tyle pamiętała.
Fiona obudziła się, ale oczy miała jeszcze zamknięte. Raziło ją poranne słońce. Usilnie próbowała zebrać myśli. Ogarnąć wydarzenia z ostatniego dnia... Kluczowym pytaniem dla Fiony było to, czy to wszystko zdarzyło się naprawdę, czy było tylko snem...? A może tylko jakiś fragment tych wydarzeń był snem. Teraz już bała się otworzyć oczy. Zupełnie nie wiedziała gdzie się obudzi. Czy w swoim łóżku, w domu...? Czy w klinice..? Czy w jakimś innym miejscu do którego zabrał ją Śmierć... W końcu otworzyła oczy i usiadła na łóżku. Z pewnością nie była w swoim pokoju, ani w klinice. Znajdowała się w dość sporym apartamencie. Fiona chyba jeszcze nigdy nie była w miejscu wyglądającym tak... Drogo. Łóżko, na którym siedziała było niezwykle duże i wygodne. Nad nią rozciągał się baldachim. Podłoga była ciemna, odbijała wszystko co na niej stało. Ściany i meble były w czarno czerwonych kolorach. Całość była oświetlona przez jasne światło wpadające tu z wysokich aż pod sam sufit okien. Fionie podobał się ten wystrój. Wydawał się być bardzo ponury i tajemniczy jakby stworzyła go osoba, która skrywa jakiś mroczny sekret. Zauważyła, że obok jej nóg, oparta o słupek baldachimu stoi jakaś kartka. Jej treść brzmiała –„rozgość się, wrócę później”. Fiona nie była pewna jak to interpretować. Czuła się dość dziwnie i bardzo niepewnie. - Sever... Sever... – zaczęła szeptać. To nie zawsze działało, ale wiedziała, że jeśli Sever teraz jej szuka, a na pewno jej szukał, to nawoływanie może pomóc. Nie pomyliła się. Czarny ratlerek natychmiast stanął obok jej łóżka. - Gdzie byłaś, szukałem cię... – powiedział do Fiony. – Gdzie my w ogóle jesteśmy... Szulc cię tutaj zabrał? - Nie.. Uciekłam mu – wyjaśniła natychmiast Fiona. - Cieszę się – powiedział pies wskakując na łóżko. – A co to za miejsce? Do kogo należy ten apartament..? - Nie uwierzysz... – powiedziała Fiona uśmiechając się. – Ale chyba do śmierci. Sever z nieruchomiał na te słowa. Bardzo bał się śmierci. - Do... Niego...? – spytał jąkając się. - Tak... Spotkałam go wczoraj... - I on cię tutaj zabrał..? - Tak, chyba tak... Nie pamiętam bo straciłam przytomność – powiedziała niepewnie Fiona rozglądając się dookoła, jakby starała się przypomnieć sobie coś z ostatniego wieczoru. Nic nie pamiętała... - Musimy stąd uciekać... I to szybko. - Nie panikuj... Co on może zrobić..? - Tobie nic, bo jesteś... Czekaj, to w ogóle dziwne, że ci pomógł, kiedy ty... - On chyba myślał, że jestem martwa... - A nie jesteś? – spytał z niepokojem Sever. - Oczywiście, że nie! – powiedziała natychmiast Fiona, ale nagle to przestało być dla niej takie pewne. W ogóle skąd wiedziała, że nie jest martwa? Duchy, które spotykała często nie wiedziały, że nie żyją... Były całkiem zdezorientowane, tak jak ona. - Można to jakoś sprawdzić? – dodała nieco łagodniejszym głosem. - Po prostu połóż rękę na sercu i sprawdź czy bije... Fiona tak właśnie zrobiła. Długo nie opuszczała ręki. Jej serce zawsze biło wolniej i ciszej niż przeciętne. Lekarzy zawsze to dziwiło, zwłaszcza, gdy po serii badań okazywało się, że Fiona jest całkowicie zdrowa... - Bije... – powiedziała Fiona z ulgą. - To dobrze! - ucieszył się Sever. – Może lepiej już stąd chodźmy... - Tylko, że wiesz... – zaczęła Fiona z namysłem. – Ja chyba nie mam dokąd iść... - Nie martw się, jakoś sobie poradzimy... - powiedział zachęcająco Sever. - Zakradniemy się do domu twoich rodziców.. Zabierzesz parę swoich rzeczy. W tym pieniądze, które trzymałaś na czarną godzinę... - Niewiele tego jest... - To nic nie szkodzi... Tobie na pewno uda się znaleźć jakieś źródło utrzymania. Jesteś specyficzna, a świat potrzebuje specyficznych ludzi.... O! Wiem! Mogłabyś pracować jako medium! Tyle jest takich osób, które pracują w tym zawodzie, a tylko udają... Pomyśl ile ty byś na tym mogła zarobić... - To prawda... - przyznała Fiona z namysłem i już zobaczyła swoją przyszłość... Jak siedzi w jedwabnej chustce na głowie i przekazuje jakiejś młodej parze, że ich ojciec trzymał pod deską w podłodze kuferek z pieniędzmi... To by mogło być całkiem ciekawe... - Możemy już stąd iść? – spytał Sever. Wyraźnie mu się śpieszyło. - Gdzie ci się śpieszy? - Nie chciałbym go spotkać... - A ja... Sama nie wiem... Już raz z nim rozmawiałam, może wystarczy? - Wystarczy, wystarczy! - No dobra... Chodźmy... – zgodziła się w końcu Fiona i wstała z łóżka. – Poczekaj... Właściwie gdzie nam się śpieszy? On napisał, że wróci później i że mam się czuć jak u siebie... Prawdopodobnie długo jeszcze nie będę w takim miejscu.. Chyba skorzystam... Wezmę prysznic, zjem śniadanie i dopiero potem pójdziemy... - Ty lubisz kusić los – powiedział Sever drżącym głosem. – On tu może przyjść w każdej chwili... - No to co? – spytała Fiona szukając łazienki. – Możesz pilnować czy nie idzie... - Tylko się śpiesz... – poprosił Sever. Fiona wcale się nie śpieszyła. Nadal nie była pewna czy chce się spotkać ze śmiercią. Kuszenie losu wcale jej, więc nie przerażało. Po części nawet chciała, żeby ich tutaj zastał. W końcu wyszła z łazienki. Wciąż miała mokre włosy, kiedy weszła do kuchni. Tam przy stole już czekało na nią śniadanie.. - Oo... – mruknęła z podziwem widząc jajecznicę na srebrnej zastawie. - Chciałem, żeby poszło jak najszybciej... – wyjaśnił Sever. – Śpiesz się, proszę. - Zawsze się zastanawiam, jak ty robisz takie rzeczy, skoro nawet nie masz rąk... – powiedziała Fiona zabierając się do jedzenia. Bynajmniej wcale się nie śpieszyła. Delektowała się każdym kęsem. Sever z kolei cały czas patrzył nerwowo w stronę drzwi. Aż się trząsł. Fionie się to spodobało, więc specjalnie zaczęła jeść jeszcze wolniej. - Dlaczego mi to robisz? – spytał z rozpaczą Sever, kiedy Fiona już zjadła, ale zamiast wstać rozciągnęła się tylko powoli ziewając. - Nie wiem o czym mówisz – powiedziała Fiona z uśmiechem. – Mam pomysł! Znajdźmy jakąś torbę i zabierzmy parę rzeczy z lodówki... Te hotelowe zawsze są tak dobrze zaopatrzone... - Chcesz go jeszcze okraść..? No nieee... Fiona go już nie słuchała tylko podeszła do łóżka i wyciągnęła poduszkę z poszewki. Potem wróciła do kuchni... - Uuu... Zapas na cały miesiąc.. – ucieszyła się Fiona otwierając lodówkę... - Fiona... Proszę cię - skomlał Sever coraz słabszym głosem. - Spokojnie, zaraz skończę... Parę minut później zapełniła już całą poszewkę... - Już..? – ponaglał uparcie Sever. - Chwilę... Zastanawiam się czy coś jeszcze... Wiem! Może zabiorę ręczniki, szampon i mydło... – mówiąc to odstawiła poszewkę z jedzeniem i wzięła następną. Włożyła tam ręcznik i parę przyborów toaletowych. - Dobra, wystarczy. Możemy iść... – Fiona uchyliła lekko drzwi wyjściowe. Korytarz był pusty. Podeszli do wind. Nacisnęła guzik. - Może lepiej chodźmy schodami... – zaproponował Sever. - Sever, daj już spokój, dobrze..? Nie spotkamy go już. Winda zaczęła nadjeżdżać... Sever usunął się w głąb korytarza. Trochę się skulił... Winda się otworzyła. Była pusta. Fiona odwróciła się do Severa i pokiwała głową z dezaprobatą. - Ale z ciebie tchórz – powiedziała wsiadając do windy. On ruszył za nią. Cały czas jednak rozglądał się nerwowo za każdym razem, gdy widna zatrzymywała się, aby wpuścić do środka kolejne osoby. W końcu zjechali na sam dół. Ludzie zaczęli wysiadać. Fiona została trochę na końcu. Podniosła poszewki i chciała wysiąść. Ktoś zagrodził jej drogę. Uniosła wzrok do góry... Te szare oczy... Zbliżyły się do niej a ona się cofnęła. Drzwi windy się zamknęły. - Uciekasz ode mnie i jeszcze mnie okradasz? – spytał z zainteresowaniem chłopak przyglądając się wypełnionym po brzegi poszewkom na poduszki. Potem stanął obok niej. Ona opierała się o tylnią ścianę windy. On też się oparł. Nie patrzyła na niego. – To szczyt bezczelności z twojej strony... Wyspałaś się, zjadłaś, wzięłaś prysznic, okradłaś mnie i uciekasz... - Skąd wiesz, że jadłam i wzięłam prysznic? – spytała Fiona bez zainteresowania. - Twoje włosy pachną hotelowym szamponem... – powiedział i zbliżył twarz do jej włosów. Odsunęła się od niego. - Odczep się. Jestem wdzięczna za pomoc, ale muszę już iść – powiedziała Fiona. – Jedzenie ci zabrałam, bo uznałam, że ty na pewno i tak jesteś wszechmocny i możesz go mieć ile chcesz... Zresztą mnie się bardziej przyda. - Naprawdę jeszcze nie rozumiesz? – spytał z troską chłopak. – Wyglądasz dużo lepiej niż wczoraj, ale najwyraźniej nadal nic nie rozumiesz. Jesteś martwa. Nie potrzebujesz jedzenia... - Nie jestem martwa! – powiedziała Fiona podnosząc głos. – To ty w końcu zrozum. Wiem, że tylko martwi podlegają twojej władzy. Żywym nic nie możesz zrobić. Ja jestem żywa i chcę już stąd iść. Masz mnie wypuścić! Chłopak zastanowił się przez chwilę. - Ach.. Uparta jesteś... Ale wygląda na to, że wiesz kim ja jestem? - Tak. Jesteś śmiercią... - No... Ale nie nazywaj mnie tak... Nie lubię tego. Mam na imię Morbius... - Wszystko jedno... – powiedziała Fiona wzruszając ramionami. – Jeśli mi nie wierzysz spytaj swojego psa, Severa... Był tu przed chwilą, ale chyba znikł od razu gdy się pojawiłeś... Cholerny tchórz... Nagle winda się otworzyła. Za drzwiami stał jakiś mężczyzna z walizkami, który wyraźnie chciał wsiąść. Morbius jednak jednym ruchem ręki sprawił, że drzwi się zamknęły zanim zdążył to zrobić. Cały czas nie spuszczał oczu z Fiony. Ona nacisnęła guzik „parter”. - Twoim zdaniem jak to możliwe, że widzisz istoty pozaziemskie, kiedy sama jesteś żywa? – spytał z zainteresowaniem. Wzmianka o psie wyraźnie go poruszyła. - Też chciałabym wiedzieć, ale nie wiem. Mam tak od kiedy pamiętam... W tym momencie chłopak zrobił coś dziwnego. Odwrócił stojącą do niego tyłem Fionę i przyparł ją do ściany. Potem podniósł rękę do jej szyi. W pierwszej chwili Fiona myślała, że chce ją udusić. On jednak przyłożył jej do gardła dwa palce, a drugą ręką przechylił jej nieco głowę. Sprawdzał jej puls. - Masz puls... – powiedział Morbius po długiej chwili namysłu. - Oczywiście, że mam... Jak każdy żywy człowiek... – powiedziała cicho Fiona. Starała się nie okazywać mu lęku. Faktycznie się go nie bała, ale jego obecna bliskość nieco ją krępowała. - ...I bije tak szybko... – dodał Morbius z uśmiechem patrząc jej w oczy. Winda się otworzyła. - Wysiadam – powiedziała Fiona wyrywając się Morbiusowi. - To jeszcze nie parter – powiedział Morbius wciągając ją z powrotem i znów jednym gestem sprawiając, że drzwi zatrzasnęły się szybko przed kimś czekającym po drugiej stronie. - Zostaw mnie! – powiedziała Fiona wyrywając mu rękę. Morbius przyglądał się jej przez długą chwilę. W jego oczach było widać wyraźne zainteresowanie. - Spokojnie... Tak jak sama wspomniałaś nie mogę ci nic zrobić... Bez twojej zgody... Fiona nic mu nie odpowiedziała. Tylko stała pod ścianą patrząc na niego groźnie. - Jak masz na imię? – spytał Morbius z uspakajającym uśmiechem. - Fiona - odpowiedziała zimno. - Fiona... Pierwszy raz spotykam kogoś takiego jak ty... - powiedział Morbius nieco się do niej zbliżając. - Jakoś mnie to nie dziwi – odpowiedziała Fiona starając się odsunąć od niego jak najdalej... - Co ci wczoraj dolegało? - Byłam naćpana. - Aha, tak myślałem... Zrobiłaś to sama czy ktoś ci pomógł..? Wydawało mi się, że przed kimś uciekasz. Na to pytanie Fiona nie odpowiedziała. Było zbyt drażliwe. - To nie twoja sprawa... – powiedziała w końcu. - Rozumiem, że pewnie trudno jest ci się odnaleźć w tym świecie. Musisz być bardzo samotna... - Nawet nie próbuj udawać, że mnie rozumiesz... Ale owszem... Jeśli musisz wiedzieć to wczoraj uciekałam przed ludźmi pewnego psychola, który podając się za psychiatrę przekonał moich rodziców, że nie nadaję się do życia z normalnymi ludźmi. Jako dowód podał mój brak wyraźnego przejęcia się śmiercią sześcioletniego brata... - A nie przejęłaś się tym? – spytał z zainteresowaniem Morbius. - Na świecie co sekunda umiera jakiś człowiek. Dlaczego miałabym się przejąć takim małym i nic nie znaczącym gówniarzem..? Z resztą... To przesada, że byłam całkowicie obojętna. Wczoraj nawet odprowadziłam go w zaświaty, kiedy się zgubił. To było takie miłe, że aż nie mogę się nadziwić, że to zrobiłam... Chyba nigdy w życiu nie okazałam nikomu tyle czułości co wczoraj Matowi... - Rozumiem, że uścisnęłaś go na pożegnanie i zalewając się łzami powiedziałaś, że zawsze będziesz tęsknić? Fiona aż wybuchła śmiechem na samą myśl. - Nie... – powiedziała z rozbawieniem. – Ale nie powiedziałam mu nic w stylu „spadaj gówniarzu”. Byłam dla niego wręcz obojętna... - Aha...”Byłam obojętna”... Widzę, że w twojej skali to niemal równoznaczne z wybuchem płaczu. - Owszem. Winda już prawie była na parterze. Fiona podniosła z podłogi „swoje” rzeczy. - Rozumiem, że nie masz teraz dokąd pójść? - spytał z namysłem Morbius. - Tak, ale jakoś sobie poradzę. - Nie wątpię. Do zobaczenia wkrótce... - To „wkrótce” raczej szybko nie nastąpi... - Ale prędzej czy później się spotkamy. Tak to już jest z żywymi ludźmi... Zawsze na końcu ich drogi czeka śmierć. - Postaram się, żeby moja nie miała końca - zapewniła Fiona i wyszła z windy, której drzwi właśnie się otworzyły. - Życzę powodzenia... - powiedział z namysłem Morbius. - Zaczekaj... Fiona odwróciła się w jego stronę. Stał w progu windy i patrzył na nią bardzo przenikliwie. - Chyba już wiem, dlaczego widzisz istoty pozagrobowe, kiedy ty sama jesteś żywa. - Dlaczego? - spytała obojętnie Fiona. - Ponieważ twoje serce jest martwe - odpowiedział Morbius dokładnie w chwili gdy drzwi zaczęły się za nim zamykać. Winda odjechała. Fiona obróciła się powoli i ruszyła w stronę wyjścia z hotelu. Zdążyła już całkowicie się uspokoić. Świat wokół niej cały czas był jej obojętny. Puls znów stał się rytmiczny. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ta cicha i nieuzasadniona złość wywołana przez uosobienie śmierci. „I tak jak zwykle moje serce znów stało się spokojne - myślała Fiona. - ...Spokojne i obojętne na otaczający go świat... Puls bije normalnie jak każdemu żywemu człowiekowi... Puls bije w moim sercu... W moim martwym sercu...”
Trzy dni później z pomocą Severa, Fina faktycznie zakradła się do domu. Zabrała parę swoich rzeczy i trochę pieniędzy. Wychodząc miała wielką ochotę rzucić jakiś urok na ten dom... Jej rodzice ją zdradzili. Wiedziała, że powinni zostać ukarani. Ostatecznie postanowiła ich jednak oszczędzić. Sama nie wiedziała czemu... Spojrzała jeszcze raz na ciemny salon... Przyjrzała mu się bardzo uważnie... To miejsce było jej domem od kiedy tylko pamiętała, a teraz widzi je po raz ostatni... Wyszła. Wiedziała, że w jej życiu rozpoczyna się zupełnie nowy etap. Tą noc spędziła na dworcu. Uważnie przejrzała rozkład jazdy pociągów. Wiedziała, że musi stąd odjechać. Jak najdalej... - Wiesz.. – powiedziała do Severa z namysłem. – Jeśli chodzi o moją przyszłość to już dawno wpadł mi do głowy pewien pomysł... Mam taki wielki potencjał, który się marnuje... Cała wiedza jaką posiadam, to kilka słabych uroków... Wiedza z internetu i paru głupich książek... Chciałabym znaleźć kogoś kto naprawdę zna się na rzeczy... Wiem, że to trudne, bo świat jest pełen udawanych czarodziejów... Ale ktoś na pewno jest prawdziwy... Słyszałam, że istnieją nawet specjalne szkoły dla wróżek.. Gdyby tylko udało mi się taką znaleźć... Wchłonąć całą tą wiedzę... Ach... Tego właśnie pragnę w tej chwili najbardziej... Sever przysłuchiwał się jej bardzo uważnie. Teraz oboje siedzieli w ciemnym korytarzu metra przykryci szarym kocem. Było już bardzo późno i peron świecił pustkami. -Wiesz.... – odezwał się. – Słyszałem o takich szkołach... W zaświatach uważnie przygnają się tego typu miejscom... Takie prawdziwe, są trzy na całym świecie... Najbliższa w Doryndzie w Ameryce północnej... - Dorynd! Świetnie! Jedziemy tam... - Ale Fiona... Wiesz, nie wiem czy to dobry pomysł... - Nie marudź! – powiedziała stanowczo Fiona. Nawet nie przyszło jej do głowy, żeby spytać dlaczego to miałby być zły pomysł. Sever natomiast zrezygnował z prób wyjaśnienia tego. - Jedziemy tam i już! Tylko, że to jest bardzo daleko... Nie mam pieniędzy na tak długą podróż... Te moje cudowne zaskórniaki, wystarczą najwyżej na parę obiadów... - Coś wymyślisz... - Na pewno... Ale jutro... Dzisiaj chodźmy już spać. Fiona już położyła się na ławce. Chciała zamknąć oczy, gdy w oddali zobaczyła pewnego starca na wózku inwalidzkim. Obok niego stała pielęgniarka. Fiona…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Małga
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…