Matylda i Miecio
Napisałam ciąg dalszy "Rozmowy z telewizorem". Zapraszam do czytania:)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Marian kręcił się jeszcze trochę po sklepie. Nie chciał od razu wracać do domu, musiał ochłonąć, uspokoić się przed spotkaniem z Matyldą. Był dla niej zbyt surowy, zbyt dosadny, ale musiał tak się zachować, dla dobra sprawy i swojego portfela. Musiał pokazać, kto rządzi w ich domu. Czuł, że nie mógł postąpić inaczej.
Gdy zmierzał na przystanek autobusowy, zauważył na parkingu znajomą ze sklepu. Szamotała się nerwowo wokół samochodu, próbując upchnąć na przednim siedzeniu wielgachny kwiat. Rozłożyste liście fikusa wystawały przez okno szeroko w bok.
Marian podszedł do miotającej się nieporadnie kobiety.
- Może jakoś pomogę? – spytał uprzejmie. – Maluch jest chyba zbyt mały, by pomieścić fikusa. - Ma pan rację. Już pół godziny wojuję z tym zielonym gadem. Za nic nie pozwala się zmieścić, a ja nie chcę go zniszczyć. - Może pojedziemy autobusem? Pomogę pani. Gdzie pani mieszka? - Wie pan co? To jest myśl… – ucieszyła się kobieta. – Przepraszam, że potraktowałam pana tak obcesowo w sklepie, ale szczerze mówiąc, dziwne rzeczy pan mówił. - Nieważne – odpowiedział spokojnie Marian. – To gdzie pani mieszka? - Na Kondratowicza. - Świetnie się składa. To dwie przecznice ode mnie.
Marian wziął fikusa w ciężkiej donicy na ręce. Kobieta zamknęła samochód i ruszyli na nieodległy przystanek. Autobus wkrótce nadjechał, wsiedli z tyłu.
- Co pan miał na myśli, wtedy w sklepie, mówiąc, że to bardzo niebezpieczna roślina? - A, nic takiego. Trzeba po prostu stworzyć jej odpowiednie warunki, aby prawidłowo się rozwijała. Potrzebuje spokoju i ciszy. - O to nie muszę się martwić. Mieszkam sama w dużym mieszkaniu, będzie miał swój kącik przy fortepianie. - Gra pani na fortepianie?! - Jestem pianistką – odpowiedziała niewzruszenie, jakby poinformowała, że jest bibliotekarką, czy sprzedawczynią w sklepie.
Marian nie mógł ochłonąć z wrażenia. On pracownik fizyczny, pracujący przy taśmie w fabryce żarówek spotkał artystkę. Rozmawia z nią jak równy z równym. I jedzie z nią do jej domu.
- Czemu pan tak nagle zaniemówił? – spytała po chwili kobieta. - Jeszcze nigdy w życiu nie spotkałem artystki – odrzekł zgodnie z prawdą. - Zawód jak każdy inny – odpowiedziała z uśmiechem i pierwsze wrażenie wyniosłości prysło, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. – Od dziecka lubiłam muzykę, mam talent. - Ja też uwielbiam muzykę – szczerze wyznał Marian. – Słucham radia z muzyką filmową, czasem klasyczną. - Patrząc na pana nie… - nie dokończyła zdania i szybko ugryzła się w język. „Nie można oceniać ludzi po wyglądzie, nie znając ich. Przekreślać, sądząc tylko po pozorach” – pomyślała – „Ileż to razy dostałam od życia po dupie, za takie właśnie myślenie”.
Marian domyślił się, co chciała powiedzieć. Spuścił głowę, jego entuzjazm ze spotkania z artystką zmalał prawie do zera.
- Na następnym przystanku wysiadamy – powiedział szorstko. - Weźmie pani mój worek z ziemią? Nie dam rady sam wszystkiego taszczyć. - Dobrze, wezmę – zgodziła się nieco zawstydzona.
Obcy facet pomagał jej z dobroci serca, ze zwykłej ludzkiej życzliwości, a ona tak źle go oceniła. Szła za nim, tupiąc swoimi czółenkami na niewielkim obcasie.
- Gdzie mam teraz iść? – spytał. - Dwa bloki prosto, a potem skręcimy w prawo. Niech pan idzie za mną. Przepraszam, za… - W porządku – przerwał jej, dalej szli w milczeniu.
Dotarli do bloku, wsiedli do winy i pojechali na piąte piętro. Marian, nie zdejmując butów wniósł fikusa do salonu i ustawił we wskazanym miejscu obok fortepianu. Pot spływał mu po skroniach, plecy było mokre.
- Uff, jak dobrze, że już po wszystkim. - Pewnie pan się bardzo zmęczył? – spytała troskliwie. - Lekko nie było. - Napije się pan herbaty? - Chętnie.
Kobieta znikła w kuchni, a Marian siedział na fotelu, rozglądając się po salonie. Spojrzał na lśniący parkiet, zawstydził się, zzuł buty i wyniósł je na korytarz. Zauważył jednak dziurę na palcach jednej skarpetki, szybko wdział je z powrotem i wrócił do salonu, po czym usiadł speszony w fotelu.
- Proszę bardzo! – nagle pojawiła się kobieta.
Przyniosła tacę z herbatą w filiżankach oraz talerz z cynamonowymi ciasteczkami. Postawiła to wszystko na okrągłym stoliku na kółkach i podjechała do Mariana, który przed chwilą odprężony, znów się spiął.
- Dziękuję – bąknął tylko. - Jolanta – przedstawiła się, wyciągając rękę. – Tak bardzo mi pan pomógł. Co ja bym bez pana zrobiła? - A nie wiem. Pewnie znalazłaby pani innego fraje… - żachnął się i uciął w porę, po czym wstał wyprostowany na baczność – Marian! - Miło mi. Czy możemy przejść na ty? - Czemu nie? – Marian niepewnie podrapał się po głowie. - Jeśli lubisz muzykę, to w podzięce zagram coś dla ciebie. Czego chciałbyś posłuchać? - Chopina! Lubię Chopina. - A coś konkretnie? – spytała, siadając wdzięcznie na stołeczku przy pianinie. - Może walce – poprosił nieśmiało.
Herbata stygła, a on słuchał zapatrzony w nią, wijącą się jak nimfa na wietrze. Grała całym ciałem, całą sobą wczuwając się w muzykę. Była piękna, taka piękna, gdy grała. Jej drobne palce sunęły po klawiszach, kasztanowe włosy opadając, zasłaniały czasem twarz. Marian czuł, widział, że ona kocha to, co robi. Że w tym momencie jest myślami gdzieś indziej, gdzieś daleko stąd, w innej krainie. Zagadkowy uśmiech błąkał się po jej ustach, na policzki wystąpił delikatny rumieniec wzruszenia. Nie mógł oderwać od niej oczu.
- To „Wiosenny walc” – powiedziała, gdy przestała grać. - Piękne. Jak ty pięknie grasz. Zagraj coś jeszcze, Jolu.
Uśmiechnęła się do niego promiennie i znów odpłynęła do innego świata, do którego on nie miał dostępu. Mógł tylko patrzeć i oddawać się estetycznym doznaniom. Grała nieziemsko pięknie. Dla siebie i dla niego.
Gdy nastała cisza, bał się poruszyć. Nie chciał zbezcześcić wrażenia chwili i emocji, które nim zawładnęły. Dawno nie czuł się tak poruszony. Nikt nigdy nie grał dla niego tak cudnie, w ogóle.
- Dziękuję za koncert – powiedział wzruszony. - Proszę bardzo. Cieszę się, że ci się podobało. - Bardzo… - spojrzał na zegarek i pomyślał o Matyldzie. – Muszę już iść, ktoś na mnie czeka. - Rozumiem, późno już – odpowiedziała z nutką smutku w głosie. – Dziękuję za pomoc przy fikusie. - Mam nadzieję, że będzie tutaj dobrze rósł. W takiej atmosferze na pewno. - Uwielbiam grać. - Zauważyłem… Do widzenia, Jolu. - Do widzenia.
*****
Marian zbiegł po schodach, zapominając, że jest przecież winda, z której mógł korzystać. Był wzruszony. Targały nim silne emocje. Chciał wrócić i spytać, czy może jeszcze kiedyś przyjść, by posłuchać muzyki. Ale zaraz odrzucał ten pomysł, srodze karząc siebie w myślach. Sam z siebie się śmiał, szydził, za nieusprawiedliwioną niczym odwagę. To przyśpieszał, to zwalniał, czasem się zatrzymując. W końcu powziął stanowczą decyzję i ruszył do domu, do Matyldy.
Czekała na niego, obrażona, przy zgaszonym telewizorze.
- Matyldo – zaczął uprzejmie. – Czemu wyłączyłaś telewizor? Zakaz obowiązuje dopiero od jutra. - Bez łaski, nie będę nikogo prosić... – założyła łapkę na łapkę i patrzyła na niego wymownie – Gdzie byłeś tak długo? - Ach, takie tam. Pomogłem komuś. Męska sprawa, nie zrozumiesz. - Mylisz się, mój drogi Marianie. Nie znasz mnie, wielu rzeczy o mnie nie wiesz. Człowiek sam siebie nie zna, aż do końca, do sytuacji ekstremalnej jest dla siebie tajemnicą. Podobnie jest z dżdżownicami. - Uh, jak ty mądrze prawisz, iście książkowo. - Trochę wiem o życiu – odpowiedziała zagadkowo. – Nie tylko z telewizji. - To powiedz mi, skoroś taka mądra, co byś zrobiła na moim miejscu. - Cała zmieniam się w słuch. Opowiadaj! – zachęcała go, łapki się rozłączyły, rozluźniła się w oczekiwaniu. - Sam nie wiem... – nie mógł się przełamać. – Może innym razem.
Poczłapał do kuchni, przełączył stację radiową na muzykę klasyczną i włączył czajnik. Zjadł lekką kolację, wciąż tonąc myślami w tajemniczym uśmiechu pianistki. Wiosenna melodia grała w jego głowie. Z herbatą w dłoni zajrzał jeszcze raz do pokoju telewizyjnego.
- A gdzie masz dla mnie nową ziemię? – spytała rzeczowo Matylda. - Zapomniałem! – prawie wykrzyknął, a jednocześnie strasznie się ucieszył. – Jutro po nią pójdę. - Tylko znów nie zapomnij – na jej licu pojawił się filuterny uśmieszek. „Czyżby mnie przejrzała?” – pomyślał Marian. - „Niemożliwe. Jak? Przecież nie pisnąłem ani słowa”. - Nie zapomnę. Dobranoc! – odpowiedział wesoło. - Dobranoc.
Marian lekko wkroczył do swojego pokoju. Podniósł z ławy nowy nabytek biblioteczny - „Stary człowiek i morze” i zaczął czytać, popijając herbatę drobnymi łyczkami. „Stary człowiek też może, a w ogóle to nie jestem taki stary. Zawsze jest czas na drugą szansę” – myślał, patrząc wciąż na pierwszą stronę lektury. Po pewnym czasie zrezygnował z czytania i poszedł spać.
*****
Nazajutrz wrócił wcześniej z pracy, odebrał zaległe nadgodziny. Matylda siedziała znudzona, przestrzegając zakazu. Czekała z utęsknieniem na powrót Mariana, a gdy zobaczyła, że ten znów wychodzi, ze znaną sobie ekspresją wyraziła niezadowolenie.
- Wychodzisz? Dokąd znowu? Dopiero co przyszedłeś! - Idę po ziemię dla ciebie – odpowiedział rozbawiony jej nadąsaniem. - To czemu wziąłeś prysznic i tak się odstawiłeś? I po co ci te hiacynty? - Ach, jaka ty jesteś spostrzegawcza – odrzekł zakłopotany i podrapał się w głowę. – Wszystko ci opowiem jak wrócę. Spieszę się. - Widzę właśnie. Leć, leć.
Marian leciał jak na skrzydłach. Do nowopoznanego bloku wszedł razem z kimś wchodzącym. Wbiegł po schodach, nie chcąc używać windy. Zapukał w znane sobie drzwi i z walącym sercem czekał na to, co się wydarzy.
Nie było słychać żadnego dźwięku, poruszenia. „Może nie ma jej w domu?” – pomyślał. – „Może ma spotkanie z kimś na mieście. Nie dziwota”. Kilka razy nacisnął przycisk dzwonka i wtedy usłyszał kroki. Drzwi otworzyły się i stanęła w nich Jola. Miała na sobie biały szlafrok frotte, a na głowie turban z ręcznika, również białego. Spod niego wymykały się niesforne kosmyki kasztanowych włosów. Uroczo wtykała je pod ręcznik. Twarz była zarumieniona na kolor brzoskwiniowy. Wyglądała zjawiskowo. Marian nie mógł od niej oderwać wzroku.
- O! Marian! – odezwała się pierwsza. – Pewnie po ziemię? - Tak – odpowiedział krótko.
Stał przed nią zagubiony, nie wiedząc co zrobić z rękoma, w których trzymał ukryty za plecami bukiet kwiatów. W końcu odważył się go ujawnić.
- Proszę, Jolu… - wydukał. - Dziękuję – odrzekła szczerze zaskoczona. – Jakie piękne hiacynty!
Patrzyła to na niego, to na kwiaty, zanurzając w nich nos.
- Wejdź, zapraszam do salonu.
Marian usiadł na sofie, Jola poszła się przebrać. Rozejrzał się po znanym sobie pokoju. Wokół fikusa ziemia była porozsypywana. Uśmiechnął się do siebie, wiedział co się za tym kryje. Spojrzał na pianino, źródło wczorajszych uniesień. Na swoje skarpetki, tym razem całe. Na dłonie, które nieruchomo tkwiły na kolanach garniturowych, dawno nie noszonych spodni.
Po pewnym czasie, który dla niego wydawał się być wiecznością, pojawiła się Jola. W ciemnozielonej sukni, która idealnie podkreślała biel skóry i kolor włosów, wyglądała jak marzenie. Postawiła na stoliku tacę z herbatą i cynamonowymi ciasteczkami. Usiedli obok siebie.
- Już wczoraj, jak tylko wyszedłeś, zauważyłam, że zostawiłeś ziemię do kwiatów. Gdy wyszłam na korytarz, ciebie już nie było. - Mi przypomniała moja Ma… - tutaj Marian ugryzł się w język i nie dokończył zaczętego imienia. - Aha, rozumiem. Twoja kobieta – powiedziała tonem bardzo oficjalnym. - To nie tak jak myślisz, jest zupełnie inaczej. - Nieważne. Nie znamy się, każde z nas prowadzi własne życie, ma jakąś swoją przeszłość. - Jolu – wziął jej dłoń i pocałował. – Zagrasz coś dla mnie? Proszę… - A co byś chciał usłyszeć?
Marian zanurzył się wzrokiem w jej fiołkowe oczy, potem spojrzał na fortepian ozdobiony wazonem z hiacyntami, a później na księżyc za oknem. Była akurat pełnia.
- Jeśli można, to „Sonatę Księżycową”.
Jola podniosła się i z gracją podeszła do instrumentu. Przedtem powąchała hiacynty, spojrzała na niego i zaczęła grać, tak jakby cały świat przestał istnieć. Liczyła się tylko muzyka. Kolejno popłynęły dźwięki z „Ciszy” Beethovena. Nie znał tego utworu, a już na pewno nie w takim wykonaniu. Podszedł bezgłośnie, stanął za nią i odgarnął jej włosy z twarzy. Były lekkie i delikatne jak muślin. Ona przerwała grę, podniosła głowę, a po chwili nieruchome palce wznowiły przerwaną czynność. Po jej policzkach popłynęło kilka łez. Marian zauważył, jak szybko wyciera je wierzchem dłoni, nie przerywając gry.
Gdy skończyła, spojrzała na niego jeszcze wilgotnymi oczyma. W przypływie namiętności pochylił się i pocałował ją w usta. Instynktownie wstała, zarzuciła mu ręce wokół szyi i zapomnieli się… Jakby żadne z nich od dawna tego nie robiło. Jak dwoje samotników przepełnionych tęsknicą, tęsknotą za bliskością drugiego człowieka.
- Fiu, fiu… A co wy robicie?
Odskoczyli od siebie jak poparzeni, jak dzieci przyłapane w cudzym ogrodzie na kradzieży jabłek. Obok nich stała wielka różowa dżdżownica, z wielkim zwisającym siusiakiem. Jola krzyknęła z przerażenia wymieszanego z obrzydzeniem. Marian był bardziej rozeźlony, niż zaskoczony.
- Co robicie? – spokojnie powtórzyła pytanie dżdżownica płci męskiej. - To co robią dorośli – wyjaśnił Marian. – W takim czynnościach się nie przeszkadza. - Skoro już to zrobiłem, to przedstawię się. Jestem Miecio! - Ja jestem Marian, a to jest Jola – grzecznie odparł Marian.
Jola nie uczestniczyła w tej wymianie zdań. Oniemiała, nie wiedząc co myśleć i czuć. Z pomocą przyszedł jej nowy znajomy.
- Zagraj nam coś Jolu, proszę. Uspokoisz się. Potem ci wszystko wyjaśnię.
Jola zaintonowała „Cztery pory roku” Vivaldiego. Muzyka opanowała cały pokój, Marian siedział jak zaczarowany, dżdżownic tkwił przy pianistce. Chciał był jak najbliżej źródła dźwięku. „Kolejny meloman” – pomyślał Marian i uśmiechnął się.
Zgodnie z przewidywaniami, muzyka wygładziła wzburzenie Joli. Na morzu emocji zapanował spokój, tafla była gładka, bez żadnej zmarszczki.
- Pamiętasz – zaczął Marian, gdy kobieta dołączyła do niego przy stoliku – jak przestrzegałem cię w sklepie przed fikusem? - Coś pamiętam… – odpowiedziała niewyraźnie, wysilając pamięć, Jola. - Otóż, to właśnie miałem na myśli. - Co? Co dokładnie? - Fikusy są zamieszkiwane przez dżdżownice. Teraz już wiem, że różnej płci. - Dziwna, podejrzana sprawa. - To nie wszystko. Bądź gotowa na różne dziwne zdarzenia. Przyjmuj to ze stoickim spokojem. Uwierz mi, bo wiem co mówię. - Co mnie jeszcze czeka? - spytała zaniepokojona Jola. - Nie bój się. One nie są groźne. Są za to bardzo inteligentne i towarzyskie. - Marianie! - Co kocha… - natychmiast ugryzł się w język, a Jola oblała rumieńcem. - Muszę się zbierać, późno już. - Nie odchodź jeszcze. Nie zostawiaj mnie, nie teraz. - Naprawdę muszę. Przyjdę wkrótce.
Odprowadziła go do drzwi wyjściowych.
- Daj dziubka – poprosił. – Na pożegnanie. I nic się nie bój. Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, Jola zauważyła zgubę. Wyjrzała na korytarz i krzyknęła. - Zapomniałeś o worku z ziemią! - Znowu? – uśmiechnął się, pogładził ją po policzku i wyszedł jeszcze raz, na dobre. – Dobranoc. - Dobranoc.
*****
W mieszkaniu na Kruczej było ciemno i cicho. Matylda pewnie już spała, nie mógł więc podzielić się z nią wrażeniami. Nawet myślał, żeby ją jakoś wywabić z fikusa, ale w końcu dał spokój. Umył się i szybko położył do łóżka, sen jednak nie chciał nadejść. Przed oczami przebiegały mu sceny z minionego wieczora. Jola w zielonej sukni, jej łzy, pocałunek…oraz Miecio. W końcu zapalił lampkę i zaczął czytać nowelę Hemingwaya. Dopiero ona przywołała senność.
Rankiem Marian poczuł na sobie czyjś wzrok. Otworzył oczy, to Matylda wpatrywała się uporczywie.
- Czemu się tak patrzysz? Mam coś dziwnego na twarzy? – spytał. - Czekałam na ciebie wczoraj. Miałeś mi wszystko wyjaśnić – zaczęła z pretensją w głosie. - Już, zaraz. Wszystko po kolei. - Najpierw zabraniasz mi rozmów z telewizorem, a potem sam znikasz nie wiadomo gdzie. - Matyldo… A możemy z tym poczekać do wieczora, aż wrócę z pracy. - Nie, nie możemy!
Marian spojrzał na rozeźloną dżdżownicę, wiedział, że tym razem to nie przelewki. „Cóż, najwyżej spóźnię się kilka minut do pracy, ale przynajmniej będę miał spokój” – pomyślał. Gdy już opowiedział całą historię worka z ziemią do kwiatów i towarzyszących jej okoliczności, odetchnął z ulgą. Matylda też sprawiała wrażenie usatysfakcjonowanej, a nawet więcej.
- Jola Jolą – przyznała. – To naturalne, że facet czasem spotyka kobietę. W zupełnie niespodziewanym miejscu i czasie, to jasne jak słońce. Ale Miecio… - Co Miecio? – spytał z głupia franc Marian. - No, zaintrygował mnie. Chciałabym go kiedyś poznać. Porozmawiać jak ze swoim, w naszym własnym języku. - Nie zadziwiaj mnie jeszcze bardziej, kochana. To dżdżownice mają swój własny język? - A co w tym dziwnego? Wszystkie zwierzęta mają. I ptaki. I ryby. Nie wiedziałeś o tym? - Nie. - To chyba musisz poszerzyć zakres tematyczny swoich lektur o książki przyrodnicze. - Może kiedyś. A teraz już naprawdę muszę iść. Do zobaczenia. - Adios.
*****
W pracy zjawił się spóźniony prawie o dwie godziny. Tego dnia była ważna narada dotycząca nowootwartego oddziału fabryki żarówek w Pipidówku. Szukano chętnego, który pojechałby tam w kilkudniową…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Sylwiana
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…