Wróć do katalogu

Mechaniczna Szklarnia

Beep został stworzony tylko i wyłącznie do zajmowania się szklarnią, jednak po kilku dniach jemu przestaje to wystarczać...

sylwia1039, opublikowano , 32 min czytania, 4,6 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{font:times}Beep uruchomił zasilanie. Oznaczało to, że jest punktualnie ósma rano…, a przynajmniej właśnie ten czas był zakodowany, jako ósma rano na jego karcie pamięci. Okrągłe ekraniki, zamocowane obok siebie na przodzie jego lutowanej z czterech kawałków zaokrąglonych blaszek głowy, rozbłysły białymi i czarnymi pikselami. Rozchylił płytki, tworzące usta, ukazując puste wnętrze. Zamrugał wyłączając i włączając ekraniki kilka razy. Rozejrzał się po wnętrzu, obracając głowę o 360°. Jego sensory bezproblemowo zarejestrowały obraz. Z trzech stron otaczał go mur z glinianych cegieł. Z czwartej zaś znajdowała się szklana ściana z uchylonymi balkonowymi drzwiami. Podłoga była drewniana, miejscami spróchniała i podziurawiona przez korniki. Beep wstał z ciemnozielonego, wypranego i poprzecieranego wojskowego materaca, wydając z siebie metaliczne brzęki. Stojąc na długich i cienkich nogach, które stanowiły dwie rurki, połączone zawiasami, odmierzył laserem odległość do punktów odniesienia, wyznaczonych przez niego w pomieszczeniu. Materac, do którego stał teraz tyłem, znajdował się w prawym rogu, na końcu pomieszczenia, więc od tylniej, jak i prawej ściany dzieliło go jakieś pół metra. Od lewej i szklanej zaś około półtora metra. Podniósł głowę. Jakieś cztery metry nad nim znajdował się drewniany dach, podtrzymywany przez poziome belki, na których siedziały różnokolorowe gołębie. Obraz przed „oczami” robota nagle poczerwieniał – wyraźnie widział tylko śpiące jeszcze ptaki. „Ptaki plus szklarnia – niedobrze” – pomyślał i spuścił wzrok na podłogę. W lewym rogu pomieszczenia zobaczył wiadro wypełnione małymi kamyczkami. Podszedł do niego ostrożnie, badając odległość. Sięgnął po jeden biały kamyk, zważył go w ręku – dokładnie 62g – spojrzał ponownie na ptaki, zamachnął się i rzucił. Uderzenie było tak lekkie, że jeden z ptaków tylko się obudził, ale nie poderwał z belki. Beep przechylił głowę. Wziął do ręki jeszcze jeden kamień. Rzucił – tym razem nieco silniej. Ptak zagruchał i zatrzepotał skrzydłami, ale nadal pozostał na miejscu. Robot poczuł ukłucie w górnej części tułowia. Nieco go ono zaskoczyło. Ale bez wahania sięgnął po następny kamień – szary, o wadze wynoszącej dokładnie 83g. Spojrzał na jednego z siedmiu, siedzących nadal na belkach, upartych gołębi. Zamachnął się… ostatni raz, ponieważ ptak, w którego wcześniej celował ponownie został trafiony, ale tym razem wzleciał płosząc sześć pozostałych gołębi. Ptaki zakołowały nad głową Beep’a, ale on nie wyczuł z ich strony zagrożenia, więc stał spokojnie i tylko się im przypatrywał. Nie usiadły z powrotem na belkach, ale kaskadą wyleciały przez uchylone drzwi, otwierając je jeszcze szerzej. Beep przez szklaną ścianę obserwował uważnie wszystkie siedem ptaków, jak przelatują nad plantacją zazielenionych jeszcze pomidorów i zgodnie znikają w oknie szklanego dachu. Robot pochylił się ostrożnie, podnosząc z podłogi trzy kamienie i odkładając je do wiaderka. Wyprostował się, skrzypiąc, a jego głowę przeszyło dziwne… uczucie. Chyba… nie lubił tego dźwięku. Zastanowił się przez ułamek sekundy. „Skrzypienie. Beep nie lubić” – pomyślał i zaczął iść w stronę wejścia do szklarni, cichutko poskrzypując. Stając na progu drzwi, zlustrował laserem całe pomieszczenie szklarni – dwadzieścia na pięćdziesiąt metrów – przenikając wzrokiem przez dojrzewające rośliny. Wiedział, co robić, podświadomie. Podszedł do ogórków i zanurzył metalowy palec w sypkiej ziemi, z której wyrastały. Receptory czuciowe umieszczone na czubku jego palca wykryły minimalne ilości H2O. „Sucho – niedobrze” – pomyślał Beep i wyprostowawszy się, włączył detektory, by wyszukać w pobliżu zbiornik wodny. Odnalazł go w małym pomieszczeniu przyległym do szklarni. Miało ono szklane ściany, ale były one tak brudne, że powietrze w nim wydawało się mieć zielonkawo-brązowy kolor. Znajdowała się w nim parę stołów z donicami, konewkami i narzędziami ogrodniczymi, a na środku, pod dziurą w dachu, stała wielka, stara wanna wypełniona zzieleniałą wodą. Beep podszedł do wanny i zanurzył palce w wodzie. Stężenie H2O było tak duże, niebezpieczne dla jego elektrycznych części, że obraz przed jego oczami poczerwieniał. Robot cofnął rękę. „Woda – niedobrze” – pomyślał. Ale wiedząc, że jego dłoń jest niezwykle dobrze uszczelniona (w porównaniu do reszty mechanicznego ciała), zanurzył ją całą w wannie, próbując nabrać wody. Wyciągnął rękę, ale woda pozostała na swoim miejscu i tylko kilka kropel ześlizgnęło się z jego palców z powrotem do wanny. Robot spróbował jeszcze kilka razy – bezskutecznie. Zastanowił się. Jego przemyślenia powędrowały w stronę kamieni… kamieni, które mógł chwycić. Więc dlaczego nie może podnieść wody? Woda. Kamienie. Kamienie… Wiadro. Beep wrócił do pomieszczenia, w którym się „obudził”. Wziął wiadro i bezceremonialnie przewrócił je do góry dnem, a wszystkie kamyki wyleciały na podłogę. Niektóre z nich poturlały się pod materac, a inne wpadły do dziur po sękach. Robot nawet nie zwrócił uwagi na zamieszanie, które wywołał. Nie licząc hałasu… Gdy kamienie obijały się o ściany wiadra, podłogę i siebie nawzajem, Beep skulił się i zacisnął płytki, stanowiące jego szczęki. Kiedy rumor ustał robot, jakby nigdy nic wyszedł, by napełnić wiadro wodą. Zaczął podlewać pierwszy krzak ogórków. Wylał ¼ wiadra…, wystarczająco zwilżając ziemię. Ale podlewał dalej. Wylał połowę wiadra…, a woda zaczęła już występować spod ziemi. Beep nadal nie zwracał na to uwagi. W końcu wylał całe wiadro wody pod jeden krzak, a ona wydostała się spod ziemi i zalała chodnik. Beep zaczął brodzić w płytkiej wodzie. „Woda – niedobrze” – pomyślał znowu i skrzypiąc próbował ją zebrać z chodnika do wiadra. Nie udawało się. Robot na chwilę stracił orientację, przyćmiony wydawanymi przez siebie dźwiękami i złożonością zabiegów, które dziś wykonał i które zapisały się na jego karcie pamięci. Chwiejąc się, wyprostował. Stał przez chwilę w miejscu z wyłączonymi ekranikami. Wszystkie złączenia kabli w jego wnętrzu zostały krytycznie rozgrzane, a teraz powoli się chłodziły. Po kilku minutach „oczy” Beep’a rozbłysły ponownie bielą i czernią, a on sam zaczął się powoli poruszać i przetwarzać na spokojnie zapisane na karcie pamięci informacje. „Woda” – przypomniał sobie. Spojrzał w dół – zobaczył wiadro i nieco mniej wody niż było, gdy dla bezpieczeństwa wyłączył zasilanie. Zaskoczony podniósł wiadro i przeszedł z nim na suchą część chodnika, po czym zaczął się przyglądać parującej powoli wodzie. Po godzinie chodnik był już tylko wilgotny, a Beep zaczął podlewać inne krzaki – najpierw ogórki i pomidory, a później marchewki, sałaty, dynie, borówki, jeżyny, maliny i truskawki – za każdym razem wylewając coraz mniej wody, tym samym, spawając, że coraz mniej wody znajdowało się na chodniku. W końcu, podlewając arbuzy, udało mu się nalać wystarczającą ilość wody pod każdy owoc, tak, że chodnik pozostał całkowicie suchy. Gdy Beep wiedział już, że wykonał całą pracę, znalazł w jednym z pomieszczeń gospodarczych miotłę – w jego głowie zakodowane było, by po podlaniu roślin posprzątać. Zamiótł całą szklarnię, a kamienie, które wcześniej rozsypał po swojej „sypialni”, schował znowu do wiadra i postawił w kącie. Minutę i osiem sekund po tym, jak zegar Beep’a wybił godzinę dziewiętnastą do szklarni wszedł mężczyzna. Robot zobaczył go, gdy czyścił szyby w pomieszczeniu z wanną. Przeskanował jego postać. „Pan” pomyślał, gdy ten się do niego odezwał, a później zaprowadził do zamkniętego na klucz pokoju „obitego” stalą chirurgiczną i położył na stojącym na środku metalowym stole. – Jak ci minął dzień, Beep? – zapytał Pan, gdy odkręcał śrubki na torsie robota. – Dob-rze, Pa-nie. – odpowiedział nienaturalnym głosem, dzieląc słowa na sylaby i patrząc w sufit. Pan zdjął z piersi robota metalową płytkę i odłożył ją na pobliskim stoliku. Zajrzał do jego wnętrza i wydał z siebie pomruk zaintrygowania, głośno wypuszczając powietrze. – Widzę, że między dziewiątą dwanaście a dziewiątą czterdzieści trzy wyłączyłeś zasilanie. Pamiętasz, czemu? – Wo-da. – Beep ani chwili nie zastanawiał się nad odpowiedzią. – A konkretniej? Przez chwilę słyszał tylko ciszę, ale Beep przetworzył pytanie i wygenerował odpowiedź: – Przeg-rza-nie sty-ków kab-li w ob-sza-rze po-ty-licz-nym. – Hmm, zajmiemy się tym, a teraz… – zawiesił głos, przejeżdżając lnianą ściereczką po krawędzi karty pamięci, wystającej z wnętrza robota. – … dobranoc, Beep. *klik*

***

Beep uruchomił zasilanie. Oznaczało to, że jest punktualnie ósma rano. Okrągłe ekraniki, zamocowane obok siebie na przodzie jego głowy, rozbłysły białymi i czarnymi pikselami. Rozchylił płytki, tworzące usta, ukazując puste wnętrze. Zamrugał wyłączając i włączając ekraniki kilka razy. Rozejrzał się po wnętrzu. Z trzech stron otaczał go mur z glinianych cegieł. Z czwartej – szklana ściana z uchylonymi balkonowymi drzwiami. Podłoga była drewniana, miejscami podziurawiona przez korniki. Beep wstał z poprzecieranego wojskowego materaca, wydając z siebie metaliczne brzęki. Stojąc na długich i cienkich nogach, odmierzył laserem odległość do punktów odniesienia, wyznaczonych przez niego w pomieszczeniu. Materac znajdował się w prawym rogu, na końcu pomieszczenia. Od tylniej i prawej ściany dzieliło Beep’a jakieś pół metra. Od lewej i szklanej – około półtora metra. Podniósł głowę. Cztery metry nad nim znajdował się drewniany dach, podtrzymywany przez belki, na których siedziały różnokolorowe gołębie. Obraz przed „oczami” robota nagle poczerwieniał – wyraźnie widział tylko ptaki. „Ptaki plus szklarnia – niedobrze” – pomyślał i spojrzał na podłogę. W lewym rogu zobaczył wiadro z małymi kamyczkami. Podszedł do niego, badając odległość. Sięgnął po jeden kamyk, zważył go w ręku, spojrzał ponownie na ptaki i rzucił. Uderzenie było lekkie – jeden z ptaków tylko się obudził, ale nie poderwał z belki, a sam kamyk spadł na głowę robota i zrobił w metalu małe wgniecenie. Jednak Beep się tym nie przejął i rzucił jeszcze raz – tym razem nieco silniej. Ptak zatrzepotał skrzydłami, ale nadal pozostał na miejscu. Robot poczuł ukłucie w tułowiu, ale bez wahania sięgnął po następny kamień. Spojrzał na jednego z siedzących na belkach gołębi. Zamachnął się ostatni raz. Ptak, w którego wcześniej celował ponownie został trafiony i wzleciał płosząc pozostałe gołębi. Ptaki zakołowały nad głową Beep’a, ale on nie wyczuł z ich strony zagrożenia, więc tylko się im przypatrywał. Po chwili gołębie kaskadą wyleciały przez uchylone drzwi. Beep obserwował uważnie wszystkie ptaki, jak przelatują nad plantacją pomidorów i znikają w oknie szklanego dachu. Robot pochylił się, podnosząc z podłogi trzy kamienie i odkładając je do wiaderka. Wyprostował się, skrzypiąc, a jego głowę przeszyło dziwne uczucie. Nie lubił tego dźwięku. „Skrzypienie. Beep nie lubić” pomyślał i zaczął iść w stronę wejścia do szklarni. Stając na progu drzwi, zlustrował laserem całe pomieszczenie szklarni, przenikając wzrokiem przez dojrzewające rośliny. Wiedział, co robić. Podszedł do ogórków i zanurzył metalowy palec w sypkiej ziemi. Receptory czuciowe wykryły minimalne ilości H2O. „Sucho – niedobrze” – pomyślał Beep i wyprostowawszy się, zaczął szukać w pobliżu zbiornika z wodą. Odnalazł go w pomieszczeniu przyległym do szklarni. Miało ono szklane, ale bardzo brudne ściany. Znajdowała się w nim parę stołów z narzędziami ogrodniczymi, a na środku stała wielka wanna wypełniona wodą. Beep zanurzył palce w wodzie. Stężenie H2O było tak duże, że obraz przed jego oczami poczerwieniał. Robot cofnął rękę. „Woda – niedobrze” – pomyślał. Ale wiedząc, że jego dłoń jest niezwykle dobrze uszczelniona, zanurzył ją całą w wannie, próbując nabrać wody. Wyciągnął rękę, ale woda pozostała na swoim miejscu. Robot spróbował jeszcze kilka razy i zastanowił się. Jego przemyślenia powędrowały w stronę kamieni, które mógł chwycić. Woda. Kamienie. Wiadro. Beep wrócił do pomieszczenia, w którym się „obudził”. Wziął wiadro i wyrzucił z niego kamienie. Robot zwrócił tylko uwagę na hałas, który wywołał. Gdy kamienie obijały się o ściany wiadra i podłogę, Beep kulił się i zacisnął szczęki. Kiedy rumor ustał robot wyszedł, by napełnić wiadro wodą. Zaczął podlewać krzak. Wylał ¼ wiadra, wystarczająco zwilżając ziemię. Wylał połowę wiadra, a woda zaczęła występować spod ziemi. W końcu wylał całe wiadro wody, a zalała chodnik. Beep zaczął brodzić w płytkiej wodzie. „Woda – niedobrze” – pomyślał znowu, ale nie przejął się tym – na jego karcie zapisane było, by wodę, która zalewa chodnik zostawiać w spokoju. Robot zaczął podlewać inne rośliny: ogórki, pomidory, marchewki, sałaty, dynie, borówki, jeżyny, maliny , truskawki – za każdym razem wylewając coraz mniej wody. Podlewając arbuzy, udało mu się nalać wystarczającą ilość wody pod każdy owoc, tak, że chodnik pozostał całkowicie suchy. Gdy Beep wiedział już, że wykonał całą pracę, znalazł miotłę – po podlaniu miał roślin posprzątać. Zamiótł całą szklarnię, a kamienie rozsypane w swojej „sypialni” znów umieścił w wiadrze i postawił je w kącie. O dziewiętnastej pięć i czterdzieści pięć sekund do szklarni wszedł mężczyzna. Robot zobaczył go, gdy czyścił szyby. Przeskanował jego postać. „Pan” – pomyślał, gdy ten się do niego odezwał, a później zaprowadził do pokoju i położył na metalowym stole. – Jak ci dziś minął dzień? – zapytał Pan, dzierżąc śrubokręt. – Do-brze, Pa-nie. – odpowiedział Beep. Mężczyzna odłożył na pobliski stół odkręconą z piersi robota płytkę. – Wygląda na to, że wszystko działa prawidłowo. – stwierdził, zaglądając do jego wnętrza. – Nie wyłączałeś dziś zasilania, prawda, Beep? – Nie, Pa-nie. Mężczyzna wstał i zaczął oglądać obudowę robota. Zatrzymał się przy jego głowie i dotknął palcem wgniecenia w blasze. – Czujesz ludzki dotyk? – Nie, Pa-nie. – odpowiedział po chwili zastanowienia Beep. – Hmm, receptory czuciowe zostały uszkodzone. – powiedział do siebie. – Pamiętasz, czy poczułeś dziś jakieś uderzenie lub ucisk? – Tak, Pa-nie. – Gdzie? – W ob-sza-rze czo-ło-wym. – Pamiętasz, co je spowodowało? – Ka-mień, Pa-nie. – Kamień? – szepnął zdziwiony mężczyzna. – Ah, rozumiem. – ożywił się. – Znowu rzucałeś kamieniami w ptaki? – Tak, Pa-nie. – Cóż, widzę, że ten pomysł też muszę zmodyfikować. – poklepał robota po głowie. – Jutro będzie już wszystko w porządku. Skończywszy oględziny Pan usiadł znów przy łóżku i przetarł lnianą ściereczką wnętrze robota. – Do jutra, Beep. – powiedział tylko. *klik*

***

Beep obudził się o ósmej. Jego oczy rozbłysły białymi i czarnymi pikselami. Rozchylił usta, ukazując puste wnętrze. Zamrugał kilka razy. Rozejrzał się. Pokój składał się z trzech murów i jednej szklanej ściany z balkonowymi drzwiami. Drewniana podłoga była podziurawiona. Robot wstał wojskowego materaca. Stojąc, odmierzył laserem odległość do ścian, a później podniósł głowę. Całość pokrywał drewniany dach, podtrzymywany przez belki, na których siedziały ptaki. „Ptaki plus szklarnia – niedobrze” – pomyślał i spojrzał w dół. W lewym rogu zobaczył wiadro z małymi kamyczkami, a obok niego drabinę. „Kamienie – nie” – pomyślał. Wziął drabinę i postawił ją opierając o jedną z belek. Sprawdził jej stabilność i zaczął się wspinać. Zanim dotarł na szczyt, ptaki zaczęły się budzić i bojąc się robota, odlatywać na dalsze belki. Jeden z nich usiadł na belce za Beep’em. Ten odwrócił głowę i odchylił się nieco do tyłu, by złapać gołębia. Ptak jednak przeszedł nieco dalej, a robot odchylił się jeszcze trochę. Okazało się, że za bardzo. Beep spadł na ziemię, tracąc przytomność, a drabina wylądowała na nim miażdżąc delikatne części w jego wnętrzu. Hałas, który wywołał wypłoszył z pomieszczenia wszystkie gołębie, które wyleciały przez drzwi do szklarni, a później na zewnątrz przez szklane, uchylone okna dachowe.

***

Ósma. Beep budzi się. Otwiera usta. Mruga. Rozgląda się. Trzy mury

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych