Wróć do katalogu

Michał

Brawurowa ucieczka młodego Akowca z gułagu

Ogar, opublikowano , 58 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dzień dobry!Młody chłopak bierze udział w powstaniu wileńskim w tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym roku.Zostaje podstepnie aresztowany przez NKWD i dzieli los wywiezionych Polaków za koło polarne.Ma nieprzecietny talent pływacki,który dzieki pomocy innych wspłówięźniom wykorzystuje do brawurowej ucieczki wpław z radzieckiego Batumi do Turcji. Jest to fragment ksiązki. Na "łamach" Opowiadań pl zamieściłem już inny fragment pt"pociąg"Pozdrawiam.

Michał.

W nocy z szóstego na siódmego lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku zapaliły się składy drzewa w pobliżu stacji kolejowej dając w Wilnie sygnał do powstanie skierowanego przeciw Niemcom. – Gdyby nie ten skunks Hingst, osiemnaście tysięcy dzielnych ludzi broniłoby razem z nami tego miasta- powiedział patrząc na pożar przez okno z pałacyku, w którym mieścił się sztab, komendant miasta, Generalmajor Gerhard Poel. Generał brał mrzonki za rzeczywistość. – Rozmawiałem z własnej inicjatywy z wodzem polskiej brygady pułkownikiem Wilkiem, nie jak Niemiec z Polakiem, lecz jak żołnierz z żołnierzem. Pułkownik Wilk powiedział mi krótko, że o nic nas nie prosi, a czego mu potrzeba, to po prostu zdobywa- relacjonował w dniu trzecim lipca Untersturmfuhrer Bibel. – Polacy nie są zdolni do zimnej kalkulacji ani do odstąpienia sojusznika – nawiązał do jego relacji Kreisleiter NSDAP Hans Hingst. Odpowiadał za Gebietskomissariat miasta Wilna. – Polacy wpuszczeni do miasta zmietliby natychmiast niemiecką obronę. Rozkaz z Londynu może brzmieć jedynie z sowietami przeciw Niemcom. Poza tym chodzi jedynie o cztery tysiące żle uzbrojonych, wszawych Polaków. Przed rogatkami miasta nie są groźni. Po swoim wystąpieniu Hings cichcem wymknął się z narady. Zabrał cenną panoramę Wilna pędzla Dmochowskiego i dołączył do uciekających w panice w stronę Kowna jednostek Wehrmachtu i litewskiej policji. Swoich ocen, na własnej skórze, wolał nie doświadczać. Niemcy wiedzieli, więc o ataku oddziałów partyzanckich Armii Krajowej z zewnątrz i wewnątrz miasta. Odpadała możliwość zaskoczenia strategicznego niemieckiego garnizonu Wilna – Zostań synku – prosiła Michała chora matka. – Zważ na moją chorobę. Gdy i ciebie zabraknie, kto zaopiekuje się twoim małym bratem? – Bóg nam go nie odbierze Jadzieńko – powiedziała do córki Eugenia Czerwijowska, babcia Michała. – Nie może go zabraknąć wśród przyjaciół walczących z Niemcami. Nie może być gorszy od ojca i dziada. W pokoju gdzie leżała chora, u jej łóżka, siedziały dwie pozostałe córki Eugenii, Honorata i Ludwika. – Czy nie widzicie, że to jest szaleństwo? Wygubią młodzież! – krzyknęła chora i zemdlała. Rzuciły się do niej siostry. –Idź synku. Idź i wracaj! – Eugenia pogładziła po głowie klęczącego przy łóżkumatki młodzieńca - Idę z Michałem – powiedziała ciotka Ludwika. Pełnię służbę pielęgniarską w szpitalu. drużyny „Czarnych”, dzięki paru sekundom strachu i bardzo szybkim Michał, syna Jadzi z pierwszego małżeństwa, wkręcił się do wileńskiej, harcerskiej nogom. W najcieplejszy dzień wileńskiego lata, z za pleców tokującego z jakąś dziewką Niemca, zwędził z samochodu niemiecki rozpylacz. Pływał znakomicie., Płynąc kraulem dwadzieścia kilometrów z prądem Wilji, dostarczał z Werek do Zakretu, części do min. Aby żyć, pikował sałatę, zbierał pomidory, rąbał drewno na opał. Wieczorem kuł na tajnym nauczaniu. Pracował też jako woźnica. Rzucono go, jako przeszklonego minera i łącznika, do brygady „Szczerbca” nacierającej wzdłuż linii kolejowej Wilno - Nowa Wilejka. Biegli pod osłoną nocy przez pusty teren do przystanku kolejowego Kolonia. Potykali się i przewracali Z nasypu w dół, do wijącej się Wilenki. Dogonił Michała i partyzantów na skarpie potężny łomot żelastwa. Z nocy wyłonił się pociąg. Przeciął drogę i bluznął huraganowym ogniem do znajdujących się po obu stronach pociągu partyzantów. Stanął, by wzmocnić skuteczność rażenia.. Rzucili się na ziemię. Dowódcy poderwali żołnierzy na nogi. Szperacze z pociągu oświetlały pole walki. Atak był jedyną możliwością obrony. Padli ranni i zabici. Na pociąg sypnęły się granaty. Odbijały się od obłożonych stalowymi płytami boków wagonów towarowych, jak piłeczki. Na dachy wagonów skoczyli śmiałkowie. Wrzucali granaty w szczeliny wagonów, wciskali w otwory strzelnicze. Szczeknęły zdobyczne pancerfausty. Wierciły w wagonach dziury. Zapalały. Pociąg odtoczył się, znikł. Michał wcisnął na dachu wagonu, w rurę po piecyku, dwa granaty. Dach zerwało wyrzucając go na podmokła trawę. Pociąg ruszył. Michał stoczył się z nasypu. Słyszał za sobą strzały. Przed sobą zobaczył skradającą się postać. – Hande hoh! – wrzasnął. – Nie strzelaj, ja Ruski. Potrzebuję pomocy. Nasz zwiad wpadł w zasadzkę. Prowadź do swoich. Może pomogą chłopców odbić. Zaczęli biec po torach Brygady skryte za nierównościami, zsunęło się ze zbocza do koryta Wilenki. Przebyto rzeczkę wpław. Do rozwiniętej tyraliery, ze wzgórz dominujących nad rzeczką, biły z bunkrów obrony niemieckiej serie z ciężkich karabinów maszynowych. Padały się w podmokły teren pociski moździerzowe. Ciemności rozświetlały rakiety. Brygada zaległ na ziemi. – Co jest? – spytał pierwszych spotkanych partyzantów Michał – Nie atakujemy. Jesteśmy za krótcy – odpowiedział jakiś chorąży. – Rozkaz dowódcy. Czekamy w pogotowiu bojowym na rozwój wypadków. W pobliżu pojawiły się już czołgi radzieckie. Lejtnanta zaprowadź do kapitana. - Pluton „Bosego” pomóżcie! - zdecydował kapitan.– Łącznik – zwrócił się do Michała. Byłeś na wagonie. Nazwisko? Czy jesteś ranny? – Nie! – Bierz meldunek. Przekaż rotmistrzowi „Wislingowi”. Ma wstrzymać dalsze uderzenia na lotnisko Porubanek. Potem gnaj chłopcze do komendy rejonu A, na Kalwaryjskiej. Michał znał Wilno, jak własną kieszeń. Przemykał się z pozoru opuszczonymi ulicami miasta, ogródkami. Krył się za ogrodzeniami, by nie paść ofiarą snajpera. Na czworakach, raniąc się, przedarł się przez krzewy malin do ceglanego domu. Oddzielony drewnianym parkanem słyszał rozmowę niemieckich wartowników. Przez szpary dojrzał stojący motocykl z przyczepą i karabinem maszynowym. Granat- jajko poturlał pod płotem pod nogi Niemcom. Padł plackiem. Wybuch zwalił mu płot na plecy. Dźwignął się, dopadł motoru, kopnął i z trzaskiem wyjechał na ulicę. Gnał pustym odcinkiem drogi w kierunku lotniska. Minął zaskoczony zupełnie posterunek niemiecki. Wpadł w leśną żwirówkę i gwałtownie hamował przed ściętym drzewem. Podniósł ręce przed wycelowanymi lufami. – Nie Szwab? – Skąd się urwałeś? – partyzanci, równie młodzi jak on, patrzyli na Michała podejrzliwie. – „Gwiazda” – podał hasło. Łącznik od „Szczerba”. Prowadź kolego do rotmistrza. – Atakują - powiedział partyzant. Na skraju lotniska, z zagajników, wybiegali partyzanci. Ataku nie można było zatrzymać. Nad głowami Polaków przemknęły Messrschmitty. – Nie mamy dział – stwierdził dowódca plutonu.- Startują cały czas.. Wyjechali na skraj zagajnika wprost na szykujący się do ataku kolejny spieszony szwadron kawalerzystów. – Dołączamy! Wal z maszynówy! – krzyknął do plutonowego w koszu motocykla Michał. Osłaniali atakujących z flanka. Zaszczekał karabin maszynowy. Niemcy wyskoczyli z płytkich okopów i i sadzili w stronę drugiej linii obrony. Nasi zapadli w okopy wroga. Na zdobyte transzeje zwaliły się celne pociski, wstrzelanej niemieckiej baterii przeciwlotniczej. Z góry, z broni pokładowej, atakowały Messerschmity. Kawalerzyści rozsypali się. Unosili ze sobą broń i rannych. Startowały kolejne Messerschmitty z podwieszonymi pod skrzydłami bombami. Atakowały oddziały partyzanckie i zgrupowania zbliżających się do Wilna czołgów radzieckich. – Zuch chłopak– powiedział rotmistrz „Wisling”. Miałbym z dziesięć takich żelaznych koników, to bym im sprał dupę. Wrócił Michał do centrum miasta okrężną drogą. Na Antokolu, przez studzienkę kanalizacyjną zawędrował nad Wilję i płynął wraz z topielcami.. Parę razy wzbudził jednak podejrzliwość niemieckiego snajpera. Koło głowy bzyknęła kulka. Nie drgnął, ożył dopiero w zaroślach za Mostem Zielonym. W dzielnicy Kalwaryjskiej, rejonie zgrupowania partyzanckiego A, koło cerkwi, zameldował się u kapitana „Jana”. - Jesteś ze Zwierzyńca, chłopcze?- spytał dowódca. Znasz górę Szeszkińską? - Znam. - A najpłytsze miejsca na pobliskim odcinku rzeki znasz? - Znam. - To mi z nieba spadłeś. W nocy przeprowadzisz mnie przez Wilję do śródmieścia, do sztabu w podziemiach kościoła Franciszkanów. Pływać nie umiem. A artylerzystom sowieckim opowiesz, gdzie najlepiej podciągnąć działa w pobliże bunkra na Górze Szeszkińskie Góra dominuje nad północną częścią miasta. Zwierzyniec, jedna z dzielnic tego obszaru, z góry okryty był płaszczem zieleni. Rozsypali się. Zaszli od strony Zwierzyńca. Przecięli w lesie, na Karolinkach, szyny kolejki wąskotorowej i kryjąc się dotarli chyłkiem do Witoldówki, do folwarku krewniaków Michała, do wąwozu wciśniętego prawie w podnóże Góry Szeszkińskiej. Batalion partyzancki i oddział radziecki, trzymając się resztek szyn kolejki, skryły się w gęsto zarośniętych wejściach do tuneli podziemnych, wcześniej polskich terenach wojskowych, nieudolnie wysadzonych przez Niemców w powietrze. Tam ukryto działka przeciw pancerne. W nocy, na linach przeciągnięto je przez piaszczyste urwisko, wyżej, do cmentarzyka w lesie, na wprost gniazda oporu Niemców. Michał wyfasował dętkę. Tak zamierzał przetransportować komendanta do śródmieścia. Bez przeszkód dotarli do kanału burzowego po drugiej stronie rzeki. Ziemia zadrżała w posadach. Rozpoczął się nalot na miasto bombowców radzieckich. Zmiótł główną arterię miasta Zdziesiątkował usadzone w kamienicach okupacyjne oddziały policyjne. Bombardowanie sprzyjało wyprawie. Kanałami dotarli niemal pod sam kościół. - Wrócę sam. Wiem, co i jak. Dałeś mi świetną łódkę. Czołem- powiedział kapitan. Michał wrócił na Kalwaryjską pozostawiając miasto w płomieniach - Zdrowy i cały!- krzyknęła babcia Eugenia. Cała rodzina skryła się w potężnej, podziemnej lodowni u sąsiadów. Ucałował leżącą na pryczy nieprzytomną ze szczęścia matkę. - Muszę mamuś iść. Skinęła ręką. - Musisz. Co godzinę skrajem urwiska przechodził niemiecki patrol. Słyszeli go ci siedzący najbliżej u wejść do podziemi. Niemieckie umocnienia, były od piaszczystego urwiska o trzysta czterysta metrów. Tę odległość trzeba było pokonać biegnąc po stoku w górę, w terenie skąpym w ukrycia naturalne. Decydować miało zaskoczenie, artyleria i brawura. Nad ranem pojawił się kapitan”Jan”. Znowu zatrzęsła się ziemia. Umocnienia na górze atakowały z powietrza szturmowce radzieckie. Partyzanci wyskoczyli z kryjówek. Rozdzielili się. Część biegła wąwozem na tyły Niemców, część wspinała się na urwisko trzymając się rozciągniętych lin. Nad głowami wyły pociski artylerii radzieckiej. Z niewielkiego, wysuniętego na skraj obrony niemieckiej bunkra krzyczano i machano biała szmatą. Przed swoich wyskoczył radziecki kapitan. Michał podciął mu nogi. Padły podstępne strzały z erkaemu. Zginęło dwóch ludzi.. Partyzanci byli od przeciwników na rzut granatem. Artyleria przerwała ogień. Niemcy rzucili się do panicznej ucieczki ze wzgórza w kierunku miasta. Obok dwóch lekkich czołgów Renault, stało dwóch czołgistów z rękami do góry – Nous sont Francaises! Jesteœmy Francuzami! – Uratowałeś mi życie synu. Kapitan radziecki. Odpiął od gimnastiorki odznaczenie bojowe.– Nic cenniejszego nie mam – powiedział.

Konspiracja na Wileńszczyźnie w „Szarych Szeregach” skończyła się, wyłapywanie akowców nie. Zaszedł Michał do siostry kolegi na urodziny. Siwy mężczyzna trzymał rewolwer w ręku i rozwiewającego niezdecydowanie Michała , otworzył drzwi do mieszkania kolegi. – Zachadite! Za stołem rodzinka, solenizantka i paru harcerzami byłej „Czarnej Trzynastki”. Sielanka. – Rozebrać!– nakazał siwy dwóm mundurowym. Michał zjadł kartkę z adresem. Rozjuszył funkcjonariuszy. Rzucili się na niego. Siwy uderzył kolbą w głowę. - Szczenok! Jak trzeba to i do żołądka zajrzymy– zapewnił dochodzącego do przytomności.– Sam powiesz, co zjadłeś. W doborowym towarzystwie minęła noc i dzień następny. Nowi goście nie dopisali. – Ciebie, mamasza, i męża, nie ruszą – powiedział enkawudzista z drugiej już zmiany.– Młodzi, popracują z wdzięczności za wyzwolenie.. Rosja wielka. Pchnięty w plecy, wpadł Michał do celi. Nad leżącymi więźniami unosił się rój much. Cuchnęła parsza, wiadro na fekalia. Pod okienkiem, grało w kości, dwóch więźniów. Kiwnęli na Michała, gdy podszedł sięgnęli po brezentowy chlebak. – Ściągaj buty! – Bo, co? – warknął Michał. Więzień podniósł się i zamachnął. Chrupnęło i bandyta zawył. Do celi wpadł enkawudzista. Michał trafił do karceru. Stali we trzech, po kostki w wodzie, Polak, Litwin i Białorusin, plecami przywarci do siebie, grzali się. W ciągu dnia nie mieli prawa siąść. Na odgłos zamka, stawali się na baczność, twarzą do ściany, z rękami na karku. Światło nie gasło. Obowiązywało milczenie. Polecenia dawano chrząknięciem lub pstryknięciem palcami. Karano pałką. Jedli resztki z brezentowej torby Michała. Trzeciego dnia dostali rozgotowaną kaszę. – Czytałeś Gorkiego? Okna zasłonięte. Michał miał siedzieć wyprostowany, nie oglądać się. – Nie. – Nie szkodzi. Gorki powiedział, że jeśli wróg się nie poddaje, to trzeba go zniszczyć. – Szczególny rodzaj pisarstwa. Lejtnant zerwał się krzesła. Mina więźnia go powstrzymała... – Co zjadłeś w czasie aresztowania? – Adres, ciągalibyście człowieka. Nie ma nic do rzeczy. – Ty masz? – Widocznie, kiedy tu jestem. – Jak wpadłeś? – Na urodzinach.. – Kto dowodził faszystowską „Czarną Trzynastką”? – Z faszystami walczyliśmy. – Nie gardłuj, bo wrócisz do Wilna, na starość. Znowu siedział w karcerze z dwoma, bezwzględnymi bandytami. Woda po kostki i przeszywający chłód brata ludzi. – Znasz Władysława Bujwida? – pytał śledczy. – Pewno. To mój wujek. Więc żyje! – Może. Wiesz, za co dostał dwadzieścia lat? – kłamał śledczy wiedząć o śmierci więźnia. – Nie. – Walczył jako ochotnik z nami w dwudziestym roku. W tej wojnie rozstrzelał naszych jeńców. Dostał faszystowski order. – Brednia. Medal dostał za męstwo. Śledczy walnął Michała kolbą pistoletu. – Jeszcze raz, zabiję – warknął Michał. W karcerze stanął mu przed oczyma wujek Władek. Był rezerwistą i wrócił właśnie z defilady na jedenastego listopada. W mundurze oficerskim, z szablą. Pogodny, życzliwy. – Jak zabiliście komunistę Bartosza?- spytał w nocy śledczy.– Długo się męczył? – Nikogo nie zabiłem – Czy nie rozumiesz, że zrobili z was, młodych chłopców, morderców? – nowy śledczy próbował zdobyć zaufanie Michała. Palisz? – Nie palę. Nikt nie mordował. Strzelali do okupantów i prowokatorów – Kto z waszej drużyny zawiesił polska flagę na Górze Zamkowej? Do niczego się Michał nie przyznał, nie wymienił ani jednego nazwiska. – Podpisz – mruknął major. – Nie podpiszę. Michał nie wracał. To do wnuka nie było podobne. Babcia Eugenia nie mogła sobie znaleźć miejsca Wieczorem Honorata nie zastała matki w domu. Czyżby wyszła do kogoś? – Nie wolno wchodzić mamasza! – wartownik zastawił wejście do gmachu NKWD. – Ty mi nie mów, co wolno – powiedziała po ukraińsku Eugenia.– Ja do oficera dyżurnego – Szukasz biedy?– Idź sobie – powiedział wartownik. – Puść ją – rozkazał przechodzący oficer – Czego chcesz babciu? – spytał po ukraińsku. – Wnuka. – Skąd wiesz, że u nas? – Wiem. – Jesteś Ukrainką? – Z Ukrainy. – Gdzie też poszła? – rozważały Honorata i Ludwika. Pod dom zajechał samochód. – Byłam w NKWD – Eugenia przetarła zmęczone oczy. Nie spławili. Przyjął mnie jakiś oficer. Michał siedzi do sprawy w więzieniu Łukiskim. Pozwolił mu podać coś do ubrania i do zjedzenia. Chciał się ode mnie dowiedzieć, czy Michał należał do jakiejś czarnej organizacji. Powiedziałam, że był w białej, ministrantem. Przy stole siedziało paru funkcjonariuszy NKWD. – Krukowskij Michał Mieczysławowicz? – Tak – God rożdienja? – Tysiąc dziewięćset dwudziesty siódmy. – Statja piatdesjat wosmaja, punkt odinacatyj. Antyradzieckie działanie zbiorowe. – Dziesiat let! – Podpiszi! – Nie podpiszę. – Prochadi! Więźniów wyprowadzano z sądu partiami. Michał zaczerpnął powietrza. Zobaczył babcię Eugenię i ciotki. – Mama cię kocha!– krzyknęła Honorata. – Wrócisz!. Rozgwieżdżoną nocą, w kryształowo czystym powietrzu, sunął wśród wileńskich zgliszcz, potok ludzi. Z za zasłoniętych okien żegnały ich, jak własne dzieci, ukryte, zapłakane oczy czyichś matek i krewnych. Michał z nieznanym Litwinem, dźwigali, niemrawo poruszającego nogami, starszego, towarzysza niedoli. – Na kolana! – padł na rampie rozkaz. Drogę do bydlęcych wagonów, więźniowie przebywali na kolanach. Gdy już w końcu tę drogę krzyżową pokonali i wsiąkli w czeluść wagonów, na stację zajechały samochody z enkawudzistami. Znowu wyrzucono ich z wagonów. Wysłuchali wyroki. Teraz odbyła się właściwa segregacja. Jechali już pociągiem towarowym trzecia dobę. Do rynienki zbitej z dwóch desek, wpuszczonej w otwór, w rogu wagonu, załatwiali więźniowie swoje potrzeby. Kijkiem przepychano fekalia na zewnątrz. Trzech kryminalistów ukryło kijek. – Przepychać rękami niewolnicy, do czysta. Michał wyłamał kawałek deski, z pryczy, na której siedzieli kryminaliści. – Zuch chłopak– powiedział jeden z bandziorów. – Chodź no tu, zdejm buty. – Ani myślę. Bandzior z zakłopotaniem podrapał się w głowę. – Ubliżył ci – zauważył dłubiąc przy brudnych paznokciach jego koleś. – Obowiązkowo w ryja. – Chłopak niewyrobiony – przełamując strach, łagodził sytuacje starszy więzień. – Morda w kubeł papasza. Szczeniakowi wypruję flaki. Zbliżał się do Michała z wyciągnięta ręka i kiwał w jego kierunku wskazującym palcem. Michał wyprysnął w powietrze i wbił nogi w pierś bandziora – O, ty, w mordę! – jęknął sponiewierany. Obejrzał się na kumpla. W ręku kamrata błysnął noż. Michał przygwoździł nogami bandziora do ziemi i wsadził mu palce w oczy. Kryminalista ryknął, a z oczodołów wypłynęła krwista maź. Kamraci z wrażenia skamienieli. Więźniowie odebrali im noże i zmasakrowali gęby. – Co się powie strażnikom? – starszy więzień wskazał wzrokiem jęczącego, oślepionego bandziora. – Nie zachodź do głowy papasza – bandziory wcisnęły usłużnie kamrata pod pryczę. Rano pociąg stanął w stepie. Dokoła bujna trawa. Cisza. Pustkowie. Poturbowany nie dawał znaku życia. Konwojent ściągnął but. Walnął nieboszczyka na wszelki wypadek w głowę. – Kto mu wydłubał oczy? – spytał tonem nie wymagającym odpowiedzi. Zabrał buty i szynel. Ciało rozhuśtano i wyrzucono w step. – Zabierz nas stąd ojczulku – błagali konwojenta kryminaliści. Konwojent splunął. – Nie przeżywaj!– powiedział do Michała starszy więzień. – Musiałeś. Na większej stacji były prysznice i woda do woli. Z wprawą wojskowych konowałów strzygły i goliły nagich więźniów dziewczęta. – O! Nieogolony „łabok”- niewinna blondyneczka uchwyciła pokaźny penis Michała. – Chcesz to przyjdę za twój wagon. – Nie- wystękał spocony Michał. Wzruszyła ramionami. – Następny. Wniesiono kociołek jaglanej kaszy. – Zjedz i za mnie! Ja nie chcę – powiedział starszy więzień, który bronił Michała. Michał pochłonął kaszę. Zdumiał się widząc, jak Rosjanin, wylizywał po kryjomu resztki. Jechali w nieznane. Stacje, stacyjki. Nawoływanie się konwojentów, stukanie drewnianymi młotami o wagony w poszukiwaniu obluzowanych desek. – Skąd wy? – pytali ludzie. Współczuli. Noce stawały się chłodniejsze. Rozebrano nary i palono w żeleźniaku. Przyroda sygnalizowała, że zmierzają na północ. Kraj był smutny, biały i płaski. Zgrzyt hamulców, wściekłe ujadanie psów, szarpanie wagonów wpychanych na bocznicę. Rozsuwano drzwi i kolbami karabinów przeganiano na jedną stronę wagonów. Liczono. Niskie brzozy, tundra. Oczekiwanie, ciągłe, niespokojne oczekiwanie na gorsze. Na złączach, między wagonami, zapomniane zwłoki. Wciąż wisiały, aż pociągnęła je do tundry, na wózku, czarna, wychudzona krowa. Upchano ich w miejscowej kolejce. Kopalnie, wieże wyciągowe, hałdy kamienia i węgla zasypane śniegiem. W oddali obozy. Stop, wyładunek, dalej wśród konwojentów z psami, przez tundrę. Słońce odbiło się od horyzontu, nie zachodziło, zaczęło się wznosić. Maturalne zadanie na tajnym nauczaniu. Ta ziemia leży, za kołem podbiegunowy, strefa białych nocy. Minęli jakąś kopalnię, wysokie ogrodzenie, brama, napis:” Trud w Sowieckom Sojuzie eto deło doblestności i gierojstwa”. Mają swoisty rodzaj fantazji. Wyszki z uzbrojonymi wartownikami, wysokie ogrodzenie z drutu kolczastego, baraki i parę namiotów. Rozsypali się po terenie obozu, nareszcie nad każdym nie stał bojec. Mróz. Przed wyjściem do obozu kłębiła się duża grupa ludzi. Przywieziono ich gdzieś z Białorusi. – Ty – powiedział kapitan NKWD wskazując na Michała. Będziesz starszym. Ruszaj z nimi. Jak lodołamacz brnęli przez tundrę po pas w śniegu otoczeni luźno biegającymi psami. Psy szarpały. Obstawa dreptała z tylu przetartym szlakiem. Weszli w las. Na polance otoczonej drutem kolczastym z paroma wyżkami, piętrzyły się śnieżne kopce. Jak ze średniowiecznych dymarek w niebo wzlatywały pionowo strużki dymu. Łagier leżał w sercu workuckiego kraju. Przebywał tu ponoć niegdyś, zesłany ojciec narodu Stalin, i nie podjął stąd próby ucieczki. Historycy spierają się, czy dlatego, że było to niemożliwe, czy z powodu zerwania współpracy z carską” ochraną” i pozbawienia się, jak w dotychczasowych ucieczkach z zesłania, pomocy carskich konnych podwodów. Spór ten, rozpętany u nas przed wojną, kosztował życie nie tylko wielu polskich komunistów. Bezsporna wydawała się jednak świetna orientacja Stalina w rozległych syberyjskich terenach. Był niezawodnym logistą tworzącej się sieci obozów niewolniczej pracy – Macie podzielić się po dwudziestu i do ziemianek – rozkazał Michałowi pijany komendant konwoju. – Jazda! Przed ziemiankami stali dziwaczni, brodaci, brudni i obszarpani mężczyźni. – A no zachodźcie – kłaniali się .Czym chata bogata! – drwili. Bili w twarz, wtłaczali w zaspy śniegu, obdzierali z ubrań i zabierali tobołki. Konwojenci palili spokojnie skręty. – No i dosyć! – wrzasnął pijany dowódca enkawudzistów.. Zapoznaliście się! Michała nikt nie tknął. On też nie wdał się w bójkę. Postanowił sprawę rozstrzygnąć później. Ziemianki cuchnęły ekskrementami, lampami naftowymi, zgrzybiałymi i zawszonymi resztkami odzieży. – Wyskakuj dziadku z portek - rozkazał błatny. Zniewolony, jak większość przybyłych, wypełnił potulnie rozkaz. – Widziałeś – powiedział jeden do drugiego błatny – Góra z górą się nie zejdzie, człowiek z człowiekiem tak. To był ten sam frajer, co margosiowi oczy w wagonie wyłupił. Trzeba go nadać Lubaszce. Zerżnie mu dupę, a potem się go w lesie zatłucze.. – Musisz skrzyknąć swoich, bo nas wykończą – powiedział Michał do młodego Białorusina Wasyla, który wyglądał do rzeczy. Jeszcze dziś. Wygnamy ich z kilku ziemianek, a później i w pozostałych zaprowadzi się porządek. Trzonki łopat leżą w śniegu. Trzeba z dziesięciu chłopa. Do ziemianki przyniesiono kaszę z rybami. Błatni obsiedli wiadro i wyjęli drewniane łyżki. Nowi nie śmieli się odezwać – Dajcie choć trochę braciszkowie – skamlał któryś z nowoprzybyłych.. Błatny nabrał kaszy w łyżkę i strzelił nią w twarz. Drzwi ziemianki rozwarły się i w kłębach pary do ziemianki wpadł Michał, Wasyl i sześciu chłopa. – Wyskakuj z portek dziadka – Michał zdzielił przez łeb ziemiankowego watażkę. Bandzior zalał się krwią i sięgnął do pryczy po ukryty nóż. Inni ochłonęli z zaskoczenia.. – Nie dryfcie! – wrzasnął na Białorusinów.– Bijcie w mordę. A no wyskakiwać z nie swoich ciuchów! Ktoś chwycił go za nogawkę i próbował wywrócić. Temu przywalił trzonkiem Wasal. Białorusini rozpoczęli młóckę. Na podłodze leżało paru nieprzytomnych bandziorów. Pozostali potulnie zrzucali z siebie zrabowaną odzież. Więźniowie wyłuskali z pryczy kastety i noże. – Pilnujcie. Wrócimy – powiedział Michał. Wybiegli do ziemianki obok. Stanowili już paczkę. Nie wdawali się w rozmowy. Od razu w ruch poszły trzonki. – Z nami - powiedział Wasal do nowoprzybyłych w ziemiance. Bierzcie ciuchy. Gromadą wrócili do pierwszej ziemianki. – Na dwór! Won do swoich!– rozkazał sponiewieranym i obitym bandziorom Michał. Przykład podziałał. Ich śladami poszli inni. Dozór obozowy się nie wtrącał. W paru bataliach błatnych wyciszono. Dało się żyć. Więźniów nie okradano z zupy i chleba. Strumień niewolniczej pracy wysychał, więc „rabsiła” nabrała wartości. Michał otrzymał numer obozowy A – 496 i robił w brygadzie ciesielskiej drewniane rury, którymi doprowadzano powietrze do wyrobisk węglowych. Drewno podsunęło mu pomysł ucieczki. Starannie dobrał kawałki desek, ostrugał, oheblował kawałkiem szkła. Przy kurku z gorącą parą napędzającą mechaniczna piłę, zagiął czubki nart. Zmajstrował coś w rodzaju wiązań. Dokąd zamierzał uciekać? Nie wiedział. Uciekać! Ta myśl wystarczała za wszystko. Namawiał współwięźniów do ucieczki, gdy opuścili Wilno. Nikt się nie kwapił. Trupy tych, którzy próbowali, leżały przed wagonami, a transport pojechał dalej. Michał odtwarzał w myśli mapę Syberii. Zbierał dane w rozmowach. – Przejść tundrą, tajgą, rozlewiskami dwa tysiące kilometrów, to bezsensowne – uznał. Pociąg z Workuty do Kotłas, a potem do Moskwy lub Leningradu, to wyglądało na szansę. Szalała ”purga”, burza śnieżna. Potrafiła pochłonąć całe brygady wracające z lasu i kopalń. Potem krótkie, polarne lato odsłaniało ciała nieszczęśników w miejscach, które leżały daleko od trasy powrotu. Szli kolumną. Mróz nieco złagodniał. Sypał śnieg zmiatany wściekłymi porywami wiatru. Zasypało drogi zmieniając topografię terenu. Doły zmieniały się w góry, które po chwili niwelował śnieg. Teren wyrównał się. Zacierały się wszelkie ślady, ginęły drogi, liny przywiązane do drzew. Kolumna utkwiła w śniegu. Pogubili się konwojenci. Żołnierz z karabinem stanął niepewnie, za nim skłębiona kolumna. Ludzie wpadli w śniegową zasadzkę. Ktoś krzyknął: – Tałkuczka! . Skupili się w krąg, przemieszali z żołnierzami. Jak ogromny walec rozpoczęli marsz w kółko, żeby nie zamarznąć, żeby nie dać się zasypać, żeby nie zgubić się, żeby przetrwać. Michał znikł, gdy brygada opuszczała las. Gnał na nartach przez całą noc, na południe, pod wiatr. Rano zapadł w kopę śniegu. Zjadł chleb, przysnął, wiatr ustał. W nocy ruszył. Wyznaczał kierunek. Sprawdzał drzewa pokryte od północy gęsty mchem. Zakładał szybkość trzydziestu kilometrów za noc. Powinien przeciąć linie kolejowa po dwóch dobach. Temperatura spadła, purga ustała. Zajaśniały światła wyciągów kopalnianych. Rozciągały się z lewej i z prawej strony. Miedzy nimi ziała pustka. Tędy postanowił przejść. Noga uwięzła w sidła. W górę wyprysła rakieta. Ukrył narty w kosodrzewinie, i biegł, biegł, jak szalony w kierunku widniejących świateł, krzyczał i machał rękami,. Przed nim wystrzeliły nowe rakiety. Słychać było ujadanie psów. Biegł, jakby szukał zbawiennej pomocy. Gdy dotarła pogoń, padł na kolana i głośno dziękował za ratunek. Psy obwąchały i poszarpywały leżącą w śniegu postać – Zgubiłem się – powtarzał i dziękował oprawcom.. – Sprawdzimy, nie, to masz dodatkowych dziesięć lat.. Sprawdzono. „Zgubił’ się w czasie purgi, dziwiono się, że uszedł, aż tak daleko. Zabrano go z brygady leśnej, wrócił do obozu górniczego. Niewinni są tylko na cmentarzu. Odsiedział miesiąc w burze. Tam poznał Sulchana z Gruzji. – Za, co siedzisz? – spytał Gruzin – Paragraf pięćdziesiąty ósmy– działalność antyradziecka. – Ja płacę za pech. – Pech? – Nagle reflektory zgasły i snopy światła przestały się ślizgać po wodzie. Ci ze straży wybrzeża, mieli jakąś awarie w zasilaniu. A dla mnie, jakby zgasła latarnia morska – opowiadał Gruzin. – Dopiero teraz poczułem się na prawdę samotny. Płynąłem czas długi walcząc z przeciwną falą, pchaną przez wzmagający się wiatr. Samotnemu na morzu czas się dłuży. Zdawało mi się, że to już pora płynąć do brzegu. Dopłynąłem. Tyle, że to był brzeg radziecki, do Turcji zabrakło może czterystu metrów. Brak reflektorów był przyczyną klęski. Pech. Dostałem dwadzieścia lat. Michał odbył karę i znowu znalazł się w kopalni. W lipcu, po nocnej zmianie, zerwano go z pryczy – Bunt. Siódma szychta stanęła! – krzyknął Iwan Zdrożny, pisarz i poeta ukraiński. Michał przyjaźnił się z nim. Często rozmawiali o sztuce i literaturze. Któregoś dnia znikł z obozu. Wrócił po tygodniu. – Byłem w Moskwie - powiedział. – Słucham? Na wycieczce? – ironizował Michał – W Moskwie - powtórzył.” Pisarz i twórca. Marnujecie się. Wracajcie do Kijowa. Piszcie o przyszłości, o życiu w komunizmie. Jesteście potrzebni”– przekonywało mnie dwóch pułkowników NKWD. Jeden był całkiem, całkiem, ładną kobietą. Pozostałem przy swoim. – Gdzie chcecie wracać? – spytali, jak im ze mną nie poszło. – Gdzie byłem. No i jestem. – Co za bunt?– spytał rozbudzony Michał. – Ci z siódmej szachty napisali na wejściu:” Strajk. Nie zjeżdżamy do kopalni!” – Trzeba poprzeć siódmą! W obozie wrzało. Chleb leżał nakrojony na stołach, nikt go sobie nie zawłaszczał, brano tyle, ile się zje. Brygady specjalistów czuwały na podstacjach elektrycznych, pomiarów stężenia gazów. Mówiono, że stanęła też osiemnasta

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych