Wróć do katalogu

Miecz Wodnika Rozdział 2

Miecz Wodnika Rozdział 2

Roan, opublikowano , 45 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Gdy Alan zbliżał się do bram Siedmiogórza, omal nie potrącił go jakiś młody, ubrany w dziwne szaty jeździec, który wypadł z nich jak oszalały i skierował się na zachód- Co za wariat – pomyślał pielgrzym. Wędrowiec był już bardzo wyczerpany. Przybywał bowiem z bardzo dalekich stron, a ponieważ nie stać go było na wierzchowca musiał iść pieszo. Alan był wysokim i dobrze zbudowanym blondynem, który zapewne nie mógł by się odpędzić od natarczywych wiejskich dziewczyn, gdyby nie jedna wada. Był epileptykiem. W jego stronach chorobę ową uważano za specjalne boskie naznaczenie, ale mimo to strasznie się jej obawiano i 27-latek zapewne został by wygnany, gdyby nie jego pochodzenie. Jakieś pięćset lat temu na terenie obecnej Marchii Wschodniej Księstwa Bekhof istniało bowiem niezależne małe państewko, którego nazwy nikt już dokładnie nie pamięta. Ród chorego sprawował nad nim nie podzielną władzę od tysięcy lat,( w owych czasach na zachodzie istniało wiele takich państewek). Jednak z czasem wybuchła wielka wojna w skutek której Księstwo Bekhof podbiło wszystkich swoich sąsiadów tworząc wielkie i potężne imperium, które swoimi granicami sięgało aż po Zamek Tronów i ujście rzeki Etyrui.

Tylko kuzyn króla zdołał ujść z pogromu rodziny panującej i schroniwszy się na wsi wiódł spokojne, choć ciężkie życie.

Mężczyzna poczuł, że robi mu się niedobrze. Usiadł na wielki głaz i wyciągnął z torby flakonik z lekarstwem. Wypił kilka łyków i zamknął oczy. Dobrze wiedział, że nie powinien się przemęczać, ale nie miał wyboru. Przez ostatnie miesiące choroba zaczęła przybierać na sile, a alchemik, który sporządzał dla niego lekarstwa stawał się coraz bardziej bezradny. Wyciąg z liści ritu skutecznie spowalniał jednak nadejście ataku tak iż największa fala uderzała w nocy. Ów alchemik wspomniał coś kiedyś o medykach z Siedmiogórza, którzy z wykorzystaniem magii pomagają ludziom, w przypadkach, gdy zwykła medycyna zawodzi. Alan długo się nie zastanawiał, wziął kilka złotych monet, które udało mu się odłożyć, ucałował matkę, pożegnał ojca i ruszył w drogę. - W twoim przypadku taka wyprawa może zakończyć się śmiercią- powiedział alchemik wręczając mu spory zapas leku. - Czy mam inne wyjście?- Spytał mężczyzna wręczając zapłatę.- Mam 27 lat, chce założyć rodzinę, uprawiać ziemię, a będąc chorym mogę tylko o tym marzyć. - Twoja choroba to nie kara, ale boskie naznaczenie, które.. - Przestań pieprzyć !- rozgniewał się Alan.- Jeśli to boskie naznaczenie to niech bogowie strzegą mnie przed śmiercią- z tymi słowami mężczyzna wybiegł z chaty starca i udał się w swoją podróż.

Poczuł, że ból głowy ustępuje. Schował butelkę i spojrzał w kierunku wielkiej otwartej na oścież bramy Zakonu. Pielgrzymi i zakonnicy przewijali się przez nią bezustannie, tworząc niespotykaną kompozycje różnorodnych barw i strojów. Wędrowiec nigdy nie widział takiej ilości ludzi zgromadzonych w jednym miejscu.

Na dziedzińcu panował jeszcze większy tłok, niż przy bramie. Ludzie popychali się i krzyczeli, każdy chciał załatwić jak najszybciej swoje sprawy, i wracać do domu. Dziedziniec Siedmiogórza był bowiem jednym wielkim targowiskiem. Można tu było kupić wszystko, co choć w najmniejszym stopniu związane było z magią. Były tu magiczne zioła, eliksiry, ale i bardzo drogie i stare księgi. Zarówno czarodzieje jaki i niezwiązani z zakonem kupcy wystawiali tu swoje towary krzykiem zachęcając przybyłych do kupienia jakiejś mikstury czy relikwii. Trochę to zaskoczyło nowoprzybyłego, który zupełnie inaczej wyobrażał sobie słynny Zakon Sług Boga Jedynego. Mimo to postanowił odszukać owych wspaniałych medyków, o których mówił mu znajomy alchemik. Podszedł więc do pierwszego napotkanego maga, którego rozpoznał po dziwnych zielonych szatach i zapytał: - Przepraszam Mistrzu, czy możesz mi powiedzieć, gdzie znajdę słynnych siedmiogórskich medyków?- zapytał. - Nie jestem jeszcze mistrzem- zaśmiał się zapytany mężczyzna.- Jestem Adeptem Magii Lasu. Mistrzem zostanę za kilka tygodni, gdy Wielki Uktyk von Fdec mnie na niego namaści,- i dodał -, choć zaprowadzę cię do medyków, bo tak się składa, że właśnie szedłem na „wzniesienie”.

Mężczyźni przecisnęli się przez tłum i weszli po olbrzymich kamiennych schodach na wyższe partie budowli. Zakon jak sama nazwa wskazuje był osadzony pomiędzy siedmioma górami, które tworzyły coś w rodzaju kręgu. W największej znajdującej się na przeciw bramy rezydował sam Wielki Mistrz i jego zastępcy, zaś w pozostałych mieszkali i pracowali magowie światła, lasu, wody, ognia, powietrza i życia, po których pomoc Alan przyszedł prosić. „Przyszły mistrz” przeprowadził gościa przez mały położony nieco wyżej drugi dziedziniec i wskazał mu skromne drewniane drzwi prowadzące do małego domku przylegającego do jednej z gór. - To tam, - oznajmił.- Magowie Życia przyjmują tam tych, którzy przyszli prosić o uzdrowienie, ale nie oczekuj zbyt wiele. Nie na każdą chorobę jest zaklęcie. Wielu ludzi wraca do domu z pustymi rękoma. Alan podziękował i skierował swe kroki w kierunku owej chaty. Był to jedyny taki budynek na górnym dziedzińcu. Zarówno do rezydencji Wielkiego Mistrza, jak i do pozostałych gór prowadziły wielkie oblane z brązu wrota pilnowane przez uzbrojonych strażników. Zaś na samym dziedzińcu panował spokój i cisza. Gwar z dołu wcale tu nie docierał, a na samym placu nie było żywej duszy.

۞

- ....z wyrazami szacunku Uktyk von Fdec, Wielki Mistrz Zakonu Sług Boga Jedynego- Wielki Mistrz właśnie kończył dyktowanie listu swojemu skrybie, gdy do sali weszła jasnowłosa kobieta odziana we fioletową szatę magów życia. Po jej nie równym oddechu widać było, że biegła, aby przekazać Uktykowi jakąś ważną wiadomość. Von Fdec spojrzał na nią ze zdziwieniem, tak jak na kogoś, kto w najbardziej niespodziewanym momencie przerywa mu jakąś bardzo ważną czynność. - Co się stało?- zapytał ze zdumieniem. - Bardzo przepraszam, że przerywam- wydyszała,- ale to bardzo ważne- dodała kobieta nadal próbując ustabilizować oddech. - Wyjdź- powiedział Uktyk do skryby, a ten tylko skłonił się i opuścił pomieszczenie szybkim krokiem. Fdec usiadł przy swoim biurku i zapytał z wyraźnym spokojem.- Co się stało? - Mamy epileptyka- powiedziała na wydechu kobieta. - Też mi nowina, wielu z nich do nas przybywa i prosi o uleczenie, bo gdzieś usłyszeli, że jest jakieś lekarstwo na ich chorobę- powiedział zażenowany- Proszę dać mu wyciąg z liści ritu, i odprawić, a tak na przyszłość, to proszę nie zawracać mi głowy TAKIMI DROBIAZGAMI !- wrzasnął i pokazał kobiecie drzwi, jednak ona nie miała zamiaru ustąpić. - To nie jest zwykły epileptyk- kontynuowała nie zważając na wściekłe spojrzenie jej mistrza.- Po pierwsze, przyszedł pieszo dziesięć dni drogi mimo choroby, a taki wysiłek powinien go zabić i nic tu nie pomoże wyciąg z Ritu. Po drugie powinien umrzeć tym bardziej, że od jakiegoś czasu jego choroba znacznie przybrała na sile. No i nie wspomnę, że pochodzi z rodu królewskiego, który został pięćset lat temu pozbawiony władzy na skutek podbojów Księstwa Bekhof.- Po tych słowach nastała cisza. Wielki Mistrz był wyrażnie zaskoczony taką nowiną. Po dość długim namyśla zadał lekarce pytanie- Kiedy dokładnie jego choroba przybrała na sile? - Trzy miesiące temu, teoretycznie już dawno powinien umrzeć, ale..... - Dość- przerwał jej po raz wtóry.- Póki co niczego nie możemy być pewni. Niech mu pani przydzieli kwaterę i opiekę medyczną, pod żadnym pozorem nie wolno mu wyjechać.

Po uzyskaniu satysfakcjonującej odpowiedzi ze strony Wielkiego Mistrza kobieta ukłoniła się i wyszła.

۞

Był już ranek, gdy Alana zbudził jakiś niepokojący hałas. Wstał z lóżka i wyjrzał przez skierowane na dziedziniec okno. Na placu przed rezydencją Wielkiego Mistrza roiło się od karet i powozów, które wjechały tu boczną bramą hałasując niemiłosiernie. Zdziwiło to trochę mężczyznę, który pierwszy raz widział taki tłum na „wzniesieniu”. Większość magów przebywa w swoich siedzibach, a jeśli już muszą gdzieś wyjść to robią to bardzo rzadko. Alan przypuszczał, iż wszystkie góry muszą być ze sobą połączone siecią korytarzy, tak aby usprawnić magom i ich praktykantom przemieszczanie się. Mężczyzna był już w Siedmiogórzu od kilku dni, i wiele się dowiedział o tutejszych realiach. Jeden z opiekujących się nim praktykantów powiedział, iż aby zostać czarodziejem, trzeba już od dziecka przejawiać niezwykłe zdolności. Następnie po przydzieleniu do poszczególnej góry przechodzi się wieloletnią drogę od praktykanta, poprzez adepta, aż po mistrza magii. Alan zastanawiał się też wiele razy dlaczego, magowie go tu trzymają, mimo iż lek na jego chorobę nie istnieje, gdy jednak pyta o to kogokolwiek uzyskuje tylko lakoniczną odpowiedź o jakiś badaniach, czy regeneracji sil po tak długiej podróży.

Nagle drzwi do pokoju się uchyliły i do pomieszczenia weszła młoda około dwunastoletnia praktykantka niosąca tacę ze śniadaniem. Za nią zaś weszła jej mistrzyni. Była to drobna kobieta o długich jasnych włosach i gładkiej cerze. - Jak pańskie samopoczucie?- spytała melodyjnym głosem. - Będzie lepsze, jeżeli mnie stąd wypuścicie.- odwarknął z nutą goryczy i bezradności mężczyzna, a po namyśle dodał- Co to za zjazd? - To najważniejsi i najpotężniejsi magowie świata zjechali na naradę z Wielkim Mistrzem.- takie narady zdarzają się bardzo rzadko- oznajmiła kobieta.- Co do pańskiego wyjazdu, to niedługo zakończymy testy.

۞

Od dawna Roan nie spał tak dobrze. Niewygody podróży (mimo iż trwała tylko trzy dni) sprawiły, iż chłopak zapomniał co znaczy dobry sen. Nic więc dziwnego, że był strasznie wściekły na Karę, której przypadło to arcytrudne zadanie zbudzenia posłańca. Jednak po zjedzeniu lekkiego śniadania chłopak odzyskał w miarę dobre samopoczucie i postanowił pomóc Klaxusowi w przygotowaniach do drogi. Wyszedł więc przed dom, gdzie (jak poinformowała go dziewczyna) znajdował się rzemieślnik. To co zobaczył po wyjściu zaskoczyło go zupełnie. Kowal zaprzęgał właśnie konie do obładowanego różnymi sprzętami i zapasami wozu. - Dzień dobry- przywitał go mężczyzna. Odziany był w lekki skórzany pancerz i zielony płaszcz, u pasa wisiał zaś jego smukły miecz, który on sam zwykł nazywać „Kłem”. - Witam- powiedział zaskoczony Roan.- Po co nam tyle zapasów, przecież od Siedmiogórza dzieli nas tylko trzy dni drogi? - Nie jedziemy do Siedmiogórza, spójrz na niebo- oznajmił poważnym tonem Klaxus. Chłopak spojrzał w górę. To co zobaczył zaparło mu dech w piersiach. Jasnobłękitne sklepienie przeszywały poziome gładkie chmury koloru czerwonego. Wyglądało to tak, jakby, ktoś po prostu przeszył strukturę nieba krwawymi nićmi. Chłopak przez całe dziewiętnaście lat życia nie widział nic podobnego. - Piękne- wyszeptał. - Piękne, ale i przerażające- powiedział mężczyzna, który zakończył już swoją pracę i podszedł do Roana. – Te chmury, to znak. Znak, iż stało się coś co nigdy nie powinno mieć miejsca. - Mógłbyś mówić jaśniej?- zaniepokoił się chłopak. Znał kiedyś praktykanta sztuki lasu, który mówił mu o różnych znakach przyrody zapowiadających przełomowe wydarzenia w dziejach świata. - Opowiem ci wszystko po drodze- odrzekł zagadkowo Klaxus.- Kara, jedziemy ! - Jak to, to ona też jedzie? – zdziwił się chłopak. -Oczywiście- odrzekła dziewczyna wychodząc w chaty. Wyglądała przecudnie, ubrana była w przydużą koszulę, i spodnie z brązowej skóry. Widocznie dostała ten strój od kowala. Włosy spięła w kok, aby nie przeszkadzały w jeździe. Chyba zorientowała się, że wpadła Roanowi w oko, bo natychmiast spuściła wzrok, i wsiadła do wozu. - Nie byłem w stanie jej powstrzymać- usprawiedliwił się rzemieślnik. Po zamknięciu domu i ostatecznym sprawdzeniu, czy wszystko zabrali ruszyli w drogę. Kowal z Roanem jechali na swoich wierzchowcach, zaś Kara powoziła wóz z prowiantem.

Gdy podróżni opuszczali Fertuie słońce było dość wysoko. Okoliczni chłopi pracowali w pocie czoła na swoich polach, ażeby wykarmić swoje liczne rodziny. Roan zauważył, że Kara dziwnie mu się przygląda. Zastanawiał się nawet, czy ma to może związek z tym, jak ją potraktował, gdy przyszła go budzić i zdał sobie sprawę, że powinien dziewczynę przeprosić. - Gdzie my tak w ogóle jedziemy ?- zapytała nagle dziewczyna. - w góry Szlochu- odrzekł Klaxus - Gdzie ? – zdziwił się Roan.- Przecież to tereny gdzie grasują barbarzyńcy i banici. - Kiedyś było tam piękne królestwo- powiedział spokojnym tonem kowal. - Tych czasów już nikt nie pamięta.- odrzekł praktykant - Są jeszcze tacy co pamiętają- zadumał się mężczyzna spoglądając na niebo. - Wątpię- wtrąciła dziewczyna- to było trzy wieki temu. - Kara daj spokój, przecież prędzej, czy później i tak będę mu musiał to powiedzieć- zaśmiał się jej pracodawca. - Czy jest coś o czym nie wiem?- zapytał zdezorientowany chłopak. Miał tego wszystkiego dość. Wielu rzeczy nie rozumiał. Nie mógł pojąć, dlaczego jego mistrz, (którego zawsze będzie uważał za autorytet w sposobie życia i uprawiania magii) zdradza jakieś wielkie tajemnice zakonu zwykłemu rzemieślnikowi i jego służce, którzy nagle zmieniają trasę wyprawy z powodu jakiś znaków na niebie. - Już ci wszystko opowiadam. Jesteś bardziej zdezorientowany niż Kara i twój mistrz razem wzięci- zaśmiał się Klaxus. -Znałeś mego mistrza?- teraz to już za wiele, Roan miał dość tych wszystkich niejasności. - Spotykałem go tu i tam- odrzekł wymijająco kowal- po jego słowach Roan zatrzymał konia. - Co tu się dzieje do cholery?!- krzyknął- Gadajcie natychmiast o co tu chodzi, albo ja nigdzie nie jadę. - Dobrze, już dobrze- powiedział zaskoczony jego reakcją rzemieślnik. – Pozwól, że zacznę od początku. - Słucham - Otóż, kiedy Bóg Jedyny stworzył kontynent, który w dzisiaj nazywacie Entropią.... - Faktycznie zacząłeś od początku- zaśmiał się ironicznie chłopak.- Chyba nie masz zamiaru mi tu teraz opowiadać mitu o stworzeniu? - Daj mu skończyć!- krzyknęła Kara, która także miała już dość tej sytuacji. - Skoro znasz ten mit- stwierdził z kwaśną miną kowal.- To zapewne słyszałeś o Bractwie Patronów i o Wojnie z Pierwotnym Złem. - Owszem- stwierdził chłodno Roan.- Bóg zesłał na ziemie swoich aniołów, którzy przybrali ludzką postać i mieli za zadanie jako Bractwo oczyścić Entropie z Pierwotnego Zła, ale co to ma do rzeczy? - Ma i to dużo- uciął Klaxus. – Po wojnie przeżyło tylko dwóch patronów. Jeden z nich, uważany za potężniejszego, ponieważ był wodzem armii postanowił koronować się na Króla Królów. Moim zdaniem był to jego ostatni błąd- westchnął i dodał.- Zrobił to w Zamku Tronów, pierwotnej siedzibie Bractwa. Jednak w chwili, gdy korona dotknęła jego głowy zamek zapadł się grzebiąc wszystkich pod olbrzymią ilością gruzu. - Dlaczego?- zapytał praktykant. - Tego nikt nie wie. Jedno jest pewne, Zakon jest w posiadaniu, jego miecza, który jest potężnym przedmiotem magicznym. Użyty niewłaściwie może obrócić Entropie w gruzy. - Dlaczego w takim razie jedziemy na południe?- wtrąciła się Kara, która zdała się być bardzo zainteresowana opowieścią, mimo iż (jak stwierdził Roan) musiała już ją wcześniej słyszeć. - Nie na południe, ale na południowy- wschód- poprawił ją rzemieślnik.- Te znaki na niebie oznaczają jednoznacznie, iż miecz jest już w rękach rzekomego wybrańca, o którym zdała się mówić źle odczytana przez zakonników przepowiednia. – Po jego słowach wszyscy zamilkli.

Jechali przez las wsłuchując się w śpiew ptaków, które przygotowywały się do odlotu na południe, gdzie zima jest miej sroga. Roan rozmyślał długo w milczeniu analizując zebrane informacje. Starał się przypomnieć sobie wszystkie szczegóły dotyczące historii kontynentu, które słyszał na wykładach. - Mówiłeś coś o dwóch patronach-zaczął.- skoro Apłew Wodnik zginął, to co się stało z tym drugim? - Bałem się, że o to nie zapytasz- uśmiechnął się tajemniczo zapytany mężczyzna.- Tym drugim był Ułsakz Kowal władca Wiecznego Ognia, który przybył na kontynent trochę później, aby wesprzeć pozostałych w walce - po jego słowach Roan ponownie zatrzymał konia. - Nie nazywasz się Klaxus. prawda?- zapytał z niedowierzaniem chłopak, który nagle wszystko zrozumiał. Te opowieści uważane były powszechnie za mit, jeden z wielu. Każda religia dysponowała bowiem własnymi poglądami na temat stworzenia świata. Uczeni Zakonu twierdzili jednak, że brakuje dowodów na potwierdzenie którejkolwiek z tych hipotez. - Przez te wszystkie lata miałem wiele imion- odrzekł spokojnym tonem Ułsakz,- ale masz rację, to nie jest moje prawdziwe imię. - Skoro jesteś owym Kowalem, to powinieneś mieć... - Powinienem mieć to- powiedział były członek Bractwa wyjmując Kła, który natychmiast zabłysł zielonym światłem i zaczął palić się zielonym rażącym płomieniem. - ...Miecz Ognia – dokończył cichym głosem praktykant, teraz miał już pewność.

۞

Alan stał przy oknie i wpatrywał się w zakonne ogrody, w których pracowali magowie lasu. Był bardzo szczęśliwy, ponieważ od ponad dwunastu godzin nie miał żadnego, nawet najsłabszego napadu. Znajdował się w zdobionej złotem i klejnotami komnacie, którą odstąpił mu sam Wielki Mistrz. Wczoraj wieczorem magowie wręczyli mu miecz słynnego Apłewa Wodnika- Króla Królów. Według prastarej przepowiedni tylko człowiek królewskiego rodu, który choruje na taką przypadłość jak on, może sprawić, iż owy miecz zapłonie błękitnym płomieniem, a jemu się to udało, więc rada magów uznała go wybrańcem. Mężczyzna chwycił za wykonaną z kości słoniowej rękojeść i uniósł miecz. Języki błękitnego ognia natychmiast zaczęły „trawić” jego przypominającą morskie fale klingę. Wybraniec poczuł, jak moc owego oręża rozchodzi się po jego organizmie. To dzięki owej magii, jego choroba ustała, a obolałe mięśnie na nowo tryskały energią.

Nachylił się nad leżącymi na biurku mapami kontynentu i Wielkiego Księstwa Bekhof, zamierzał odbić swoje dziedzictwo. Co prawda nigdy wcześniej o tym nie myślał, ale teraz czuł, iż jest w stanie rzucić wyzwanie nawet samym bogom. Właśnie rozmyślał o stworzeniu potężnej armii, gdy do komnat wkroczył malutki łysawy starzec odziany w złotą szatę. Poruszał się tak, jakby płynął w powietrzu. Mężczyzna nie słyszał jego kroków, a jedynym odgłosem, który zdołały zarejestrować jego zmysły był stukot srebrnego kostura (na którym staruszek się wspierał) o granitową lśniącą posadzkę komnaty. - Witam Panie Alan- zaczął starzec bardzo miłym tonem. Wybraniec zdołał zauważyć, iż jego wzrok na chwilę tylko padł na znajdujące się na biurku mapy. - Witam Mistrzu Uktyk. - Czy aby na pewno, przemyślał Pan swoją decyzję?- zapytał von Fdec nadal tym samym spokojnym, jałowym tonem. - Po wielokroć Mistrzu, przemyślałem ją po W I E L O K R O Ć- Alan położył szczególny nacisk na brzmienie tego ostatniego słowa. - Rada wołałaby, abyś jeszcze tu trochę pozostał, i po studiował zastosowanie miecza, oraz uzgadniał swoje plany z moją osobą. – Uktyk zdawał się tracić cierpliwość. Zależało mu na zachowaniu miecza, ale przede wszystkim chciał mieć jakiś wpływ na decyzje podejmowane przez przyszłego króla. - Jestem bardzo wdzięczny radzie, że obdarzyła mnie takim zaufaniem i podarowała mi miecz, ale nie mogę bez końca tkwić w tych murach. Moje królestwo i mój naród mnie potrzebują. Muszę wypełnić przepowiednie i zjednoczyć kontynent pod MOIM panowaniem. - Zastanów się co musisz chłopcze!- warknął wytrącony z równowagi mag.- Toczenie wojny to nie przelewki. Potrzebujesz armii, pieniędzy i jakiegoś zaplecza, a przede wszystkim... - A dlaczego tak wam zależy, na powodzeniu tej wojny?!- krzyknął nagle Alan.- Podjąłem decyzję,- oznajmił i dodał- wyruszam natychmiast !

۞

Dzień był pochmurny. Słońce prześwitywało przez gęste deszczowe chmury oślepiając podróżnych. Od kilku dni Roan wraz z towarzyszami wyprawy przedzierał się przez gęstwiny Wielkiego Lasu zmierzając na południe. Po wielokroć musiał wraz z Kowalem zsiadać z konia, aby pomóc dziewczynie w przeprowadzeniu wozu przez gęstą, miejscami zagradzającą drogę roślinność. Wiele razy był też zmuszony pchać wóz, który ugrzązł w błotnistym, miękkim podłożu. Chłopak był więc naprawdę zmęczony. Tym bardziej ucieszyło go postanowienie Ułsakza, który postanowił rozbić obóz na maleńkiej błotnistej „polanie”, (pierwszej, którą zaobserwowali od kilku dni). Przed zmierzchem wędrowcy zdołali rozpalić ognisko i przyrządzić kolację. Gdy Roan pochłonął swoją porcję usiadł obok kończącej swój posiłek Kary. Dziewczyna podobnie jak i on była bardzo wyczerpana. Jej rumiane zwykle policzki nienaturalnie pobladły, a spięte z tyłu głowy włosy straciły swój naturalny połysk. - Jesteś na mnie zła? – zaczął niepewnym głosem praktykant. - Zła ?- zdziwiła się dziewczyna, która przestała wpatrywać się w płomienie i zorientowała się, iż ktoś siedzi obok niej. - Wtedy, gdy przyszłaś mnie budzić- ciągnął niepewnie Roan. – Jeśli moja reakcja cię w jakiś sposób.. - Och daj spokój- żachnęła się Kara.- Miałeś prawo być zły, od trzech dni byłeś w drodze, nie sypiałeś zbyt dobrze, no i jeszcze ten łowca... Łowca, chłopak zupełnie o nim zapomniał. Poczuł, że jego kolacja przewraca mu się w żołądku. Pozostawił tego człowieka przykutego do drzewa i tak zupełnie odjechał. Roana zaczęły gryźć wyrzuty sumienia. Przed oczami miał krwawe obrazy przedstawiające bezradnego mężczyznę, który jest żywcem rozszarpywany przez dzikie zwierzęta. - Pójdę, się trochę rozejrzeć po okolicy- oznajmił Klaxus wstając z miejsca.- Jutro wjeżdżamy na step, muszę wybrać najdogodniejszą drogę, aby nie uszkodzić wozu. - Długo się znacie?- zapytał chłopak, gdy rzemieślnik zniknął za drzewami. - Od ponad pół roku- oznajmiła Kara. - Czy wy..- kontynuował Roan - Nie- ucięła krótko dziewczyna, a na jej bladych policzkach pojawiły się rumieńce.- Łączą nas tylko sprawy zawodowe- dodała i uśmiechnęła się tajemniczo. Nagle ich rozmowę przerwał jakiś dziwny dźwięk. - Klaxus, to ty ?- zawołała Kara. -Cii...- uciszył ją chłopak, który miał jakieś dziwne przeczucie. Wyciągnął swój nóż, i zaczął nasłuchiwać. Nagle za ich pleców wyskoczyło dwóch, albo trzech zamaskowanych bandziorów, którzy pochwycili dziewczynę i pociągnęli ja w krzaki. Inna dwójka już chciała rzucić się na chłopaka, ale ten nie dał się zaskoczyć. Dźgnął jednego z napastników w ramię, zaś drugiego sparaliżował zaklęciem obronnym. Wtem za drzew usłyszał przeraźliwy krzyk porwanej, która szarpiąc się chciała uciec bandytom, niestety bezskutecznie. - Zostawcie ją, wy gnidy- wrzasnął Roan i rzucił się na pomoc towarzyszce. Chciał oślepić porywaczy zaklęciem lixus, ale nie dało to takiego porażającego efektu, jak w przypadku jednego napastnika. Kara jednak wykorzystując chwilę dezorientacji mężczyzn wyrwała się im i uciekła w gęstwinę. Praktykant został sam.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych