Wróć do katalogu

Mikołaja nie będzie

Trochę brutalnie o pewnym zjawisku. Raczej bez jakiegoś głębokiego przesłania...

shootem, opublikowano , 19 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozpędzalnia jarzyła się blaskiem setki reflektorów. - Jak tam przed startem, łosiu? - Mikołaj kopnął w zad swego ulubionego renifera. - Jestem reniferem - delikatnie zauważył kopnięty. - Cicho być - Mikołaj zgasił papierosa na zadzie renifera i spojrzał przed siebie. - Ech, znowu te zapchlone święta - westchnął i zabrał się do wkładania prezentów do worków. - Może byś mi pomógł? - kopnął swego asystenta. Ten obudził się z krzykiem. - Co, koszmar? - Mikołaj zdzielił go na przywitanie świątecznym cukierkiem. - Koszmar to się dopiero zacznie… - westchnął pomocnik i szybko zabrał się do roboty, widząc, że Mikołaj wyciąga bat do popędzania reniferów. - Co tam mruczysz pod nosem? - szef przyjrzał się badawczo asystentowi, potrząsając batem. - A, nic, nic… - pospiesznie odparł pomocnik i odetchnął z ulgą, bo szef odłożył bat. - No. Właściwa odpowiedź - Mikołaj podrapał się w okolicach brody. Tymczasem pomocnikowi wypadł prezent i poturlał się w dół Rozpędzalni. - Ups… - asystent obejrzał się ze strachem na szefa. - Co… - Mikołaj spojrzał w kierunku toczącego się w dół upominku. - Nic takiego, szefie… - pomocnik pobiegł za prezentem. - Przytaszczysz go w zębach - rozkazał Mikołaj. - Ale… to jest trochę… niewygodne… tak jakby… - nieśmiało próbował się bronić asystent. - Czy nie wyrażam się jasno? - Mikołaj rozejrzał się za batem. - A może mam się tam do ciebie przejść? Z batem - dodał z błyskiem w oku. - Już, już… - rzekł pomocnik, przyglądając się pakunkowi. Nieporadnie chwycił prezent zębami za wstążki. - Spróbuj tylko zostawić ślady ugryzienia! - Mikołaj pogroził mu batem. - Dopsze, dopsze, nie zostawie - energicznie odparł pomocnik przez zaciśnięte zęby. - Nie pluj na niego! - krzyknął Mikołaj, wskazując do sań. - Kto ostatni, ten gapa! - krzyknął. - Wio! - machnął batem. Sanie ruszyły. Pomocnik szybko zdał sobie sprawę, że może go czekać bardzo długi spacer. Ruszył biegiem. Szybkim ruchem wrzucił prezent do sań i skoczył. Uczepił się listwy stanowiącej połączenie między płozą a częścią dla pasażerów w momencie, gdy sanie przejeżdżały przez krawędź Rozpędzalni. Z narażeniem życia spróbował dostać się do środka. - Zabawa! - usłyszał głos Mikołaja. Nie zrozumiał. Pojawiła się nad nim twarz szefa wykrzywiona uśmiechem charakterystycznym dla szaleńców. - Szefie, pomóż mi! - rozległo się błaganie pomocnika. - Zabawa - powtórzył Mikołaj, a jego głos zaświadczył, że uśmiech nie był przypadkowym szczękościskiem. - O co chodzi? - machinalnie zapytał asystent i przejęło go dziwne uczucie, że już jakoś nie za bardzo chce poznać odpowiedź. Tuż obok głowy szefa pojawił się bat. - Film sensacyjny… - odpowiedział Mikołaj. - Szefie, wciągnij mnie… - zaskomlał pomocnik, zobaczywszy, że do ziemi jest już spory kawałek. - Nigdy, wredny szpiegu! I nie nazywaj mnie „szefem”! - odpowiedział Mikołaj i zaczął miarowo i metodycznie uderzać batem po dłoniach asystenta. - Ale… ouć!… szefie… ouuu!… aj!… wciągnij… oj!… mnie… auuu!… - pomocnik czuł, że zbliża się do kresu swego krótkiego życia. A tyle chciał jeszcze zrobić: posadzić drzewo, napisać poradnik dla asystentów Mikołajów, spróbować, jak smakuje kawior… Właśnie, ciekawe, jak smakuje kawior… Tymczasem jego sytuacja nie wskazywała na to, że uda mu się tego kiedykolwiek dokonać. - Giń, kanalio! - krzyknął Mikołaj i wzmocnił siłę ciosów. - Proszę! - asystent spróbował trochę się podciągnąć. - Masz, śmierdzący szczurze! - Mikołaj znów wzmocnił siłę ciosów. Pomocnik oderwał jedną rękę. Bojąc się następnego ciosu, zmusił omdlałe mięśnie do tytanicznego wysiłku i wskoczył do sań. Mikołaj był zawiedziony: - Wcale nie umiesz się bawić. - Ale dzięki temu żyję – sapał z kącika sań pomocnik. - E, tam – Mikołaj odłożył bat, ponuro spoglądając przed siebie. - Wio, łośki! - postanowił wyładować swoją złość na reniferach. - Ruszajcie się! Do was mówię, rogate konie! Po chwili zapanowała cisza, jeżeli nie liczyć świstu wiatru i rozlegających się co jakiś czas pomrukiwań Mikołaja. Pomocnik wychylił się nieco za krawędź sań i spoglądał w dół. - Śmiem zauważyć – odezwał się po jakimś czasie – że robimy już trzecie kółko nad tą miejscowością. - Cicho bądź! Rozpraszasz mnie! - Mikołaj zdzielił go batem. - Ech, skoro ta pokraka się wygadała… Prr! Lądować, maszkary! Nie muszę wam chyba pokazywać gdzie… Zatrzymali się niedaleko domu pierwszego dziecka na liście. - No, i jesteśmy – uśmiechnął się Mikołaj. - Kupy Wielkie. - Śmieszna nazwa – asystent wyszczerzył zęby. - Czemu uzębienie suszysz? „Kupy Wielkie” to nic w porównaniu z twoim imie… - Mikołaj urwał – Ale… ty przecież nie masz imienia! - Naprawdę? Nie zauważyłem… - pomocnik podrapał się po czapeczce. - Nazwę cię… nazwę… - zastanowił się Mikołaj. - Nazwę cię później. - Później? Tak będę miał na imię? - zapytał pomocnik. - Oryginalnie. - Zamknij się, półgłówku! - Mikołaj zacisnął pięść i pokazał ją asystentowi. - Półgłówek? Jeszcze oryginalniejsze… - pomocnik podrapał się za uchem, nie rozumiejąc zdenerwowania szefa. - Chciałem powiedzieć, że nazwę cię po prostu później! - mówienie przez zęby szło Mikołajowi całkiem nieźle. - Poprostupóźniej… - wyrecytował asystent. - A nie można by… tego… trochę krócej…? - Później! - wrzasnął zirytowany Mikołaj. - Więc jednak Później. Trochę dziwne imię. Ale może być – niepewnie uśmiechnął się zakłopotany pomocnik. - Nie! Nie masz na imię „Później”! - zawołał Mikołaj i błyskawicznym ruchem uchwycił bat. Uderzył nim następnie asystenta, a potem dwukrotnie poprawił – raz, żeby wzmocnić efekt, i drugi, by poprawić sobie humor. - Ech, życie, życie… - westchnął pomocnik, rozmasowując obolałe miejsca. - Do roboty! – warknął szef. - Co my tu mamy… - już spokojny spojrzał na listę. – Aha… mhm… eche… Trzy – podciągnął ku sobie worek. - Gdzie on… - z pstrokatej gromady innych wygrzebał żółty prezent. Przyjrzał mu się z dziwnym grymasem na twarzy. - Koncentruj się! - rzucił nim w pomocnika. Ten ledwie złapał. Na twarzy Mikołaja pojawił się znajomy uśmiech. - Zabawa! - Znowu to samo… - pomocnik gorączkowo zaczął szukać jakiejś osłony. - Rzucanie prezentem do celu… - wyrzekł Mikołaj. - Jesteś celem! Nadał prezentowi spore przyspieszenie za zwrotem w kierunku asystenta i wypuścił go z ręki. Nie trafił. W ruch poszły kolejne. - Szefie!… - pomocnik uskakiwał przed nadlatującymi pociskami – przecież… masz… obowiązki… - urwał, oberwawszy w twarz dosyć ciężkim prezentem. Zdruzgotany wylądował głęboko w zaspie. - A, tak, faktycznie… - uśmiech spełzł z twarzy Mikołaja i został zastąpiony przez wyraz niewymownego cierpienia. Poprawił strój. - Nigdy nie mogę dokończyć zabawy, bo mam „obowiązki”!… Do roboty, obiboku! - rozejrzał się za pomocnikiem. - Nie będziesz mi się wylegiwał! - wyciągnął paczkę papierosów i zapalniczkę. - Pozbieraj te prezenty! Zaraz zaczynamy. Gdy asystent wreszcie uporał się z prezentami, Mikołaj rzekł: - A teraz zrobisz to, co zwykle - zgasił butem papierosa. - A o co chodzi? - zapytał niepewnie pomocnik. - Nie słyszałeś? Masz zrobić to, co zwykle - Mikołaj zaczął się zbliżać do asystenta. - Czy mam ci ręcznie przypomnieć? - Ale o czym? - pomocnik cofał się wystraszony przed Mikołajem. Nagle Mikołaj zatrzymał się w przypływie nagłego oświecenia. - A, racja! Jesteś nowy! Po tym, jak poprzedni pomocnik… - Mikołaj udał się do krainy wspomnień. - Nieważne - powrócił po chwili. - Biedny Golaf… - westchnął jeden z reniferów. - To ten dom… - Cicho tam! - szef specjalnie wybrał duży cukierek i rzucił nim w kierunku zaprzęgu. - Co tu się stało - przerażenie pomocnika rosło. - Nic, co chciałbyś wiedzieć - Mikołaj był oschły. - Ten dom nie ma kominka. Wejdziesz przez komin i otworzysz drzwi. Zrozumiano? - Ale… - pomocnik próbował się bronić. - O trudnościach po wykonaniu zadania. Szczęśliwego lotu! - uśmiechnął się Mikołaj, chwytając swego pomocnika. - Czego?! - No to… - szef nie zważał na żadne protesty, ustawił tylko asystenta w dogodnej pozycji - do zobaczyska! - wymierzył mu solidnego kopniaka. W trakcie parabolicznego lotu pomocnik mógł jak na dłoni rysujące się w dali niskie budyneczki przysypane śniegiem. Nieliczne o tej porze żółte światła z okien odbijały się w śniegu. Z kominów unosiły się proste słupy ciepłego dymu. Wyżej dostrzec można był łuny znajdującego się niedaleko miasta. Niebo było nieomal bezchmurne… Lot zapewne dostarczyłby mu wspaniałych zachwytów. Ale ile można dostrzec, będąc zaledwie dwie sekundy w powietrzu i wiedząc, że nie zakończy się to dobrze? Lądowanie natomiast to osobny temat. Nie było przyjemne dla żadnej z części ciała asystenta. Trzeba jednak przyznać, że lata praktyki zrobiły swoje - celny kopniak Mikołaja sprawił, że asystent wylądował na krawędzi komina. - Myślałem, że latają tylko ptaki i renifery… - wyrzekł zmęczonym głosem i zsunął się w dół. Po nabyciu kilkunastu nowych zadrapań, zakrztuszeniu się dymem i walce o życie z ogniem w piecu, udało mu się dotrzeć do drzwi wejściowych. Po takich przeżyciach bezgłośne unieszkodliwienie śpiącego w przedpokoju bulteriera było dla niego pestką. Wyczerpany otworzył drzwi Mikołajowi. - Już się zastanawiałem, czy nie zrobić sobie herbaty – szef przywitał go raczej chłodno. - A z ciebie to jest kocmołuch jakich mało! Spójrz tylko na siebie! Cały brudny! Z kim ja muszę pracować? Pomocnik…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych