Milionowy klient
OPOWIEŚCI ZE ŚWIATA CZAROWNIKÓW - cz.III: O tym, co czyha na uprzywilejowanego klienta, czyli ideał kobiecego piękna potrafi być z bliska koszmarem. (poprzednie częśći sagi dostępne w serwisie)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nastał nowy, piękny, a może jeszcze piękniejszy dzień 27 lipca roku pańskiego 197-go Nowej Ery. Od samego rana pogoda była przepiękna, ale to chyba nic dziwnego, skoro pogodę zamawiało się w systemie holotele z trzydniowym wyprzedzeniem. Jednak nikt z mieszkańców New Warsaw City nie był w stanie przewidzieć, co ów piękny dzień ze sobą przyniesie - nikt, oprócz trzech skromnych pracowników spółdzielni usługowej "1001 Życzeń". Ciesząca się dużą popularnością wśród ludzi z całego kraju, ta jedyna w swoim rodzaju agencja czarownicza miała swoją siedzibę przy skrzyżowaniu Vistula Street i Rye Road w potężnym biurowcu Spółdzielni Usługowej. Budynek wybudowano niecałe trzy lata temu i stopniowo – piętro po piętrze, lokal po lokalu - zasiedlono wyrastającymi, jak grzyby po deszczu spółkami z zamiejscowym kapitałem. Wszystkie czterdzieści dwa piętra były obsadzone. No, prawie wszystkie - za wyjątkiem trzynastego. Tak się złożyło, że cywilizacja rozkwitła ponad miarę, wiedza przerosła samą siebie, lecz przesądy pozostały. Ba! Niektóre nawet się rozwinęły i ukorzeniły! Nauczeni na błędach przodków ludzie przyjęli liczbę trzynaście jako BARDZO FERALNĄ. Pomimo, że przesąd ukorzenił się w społeczeństwie dość mocno, pewnego pięknego dnia zjawiło się - dosłownie zjawiło się – przed obliczem samego ministra i wicepremiera w jednej osobie, trzech młodych ludzi przejmując lokal w użytkowanie. Niewielkie, czarno malowane, dwupokojowe lokum miało po jednym dużym dwuskrzydłowym oknie oraz tylko dwa meble: biurko w sali centralnej i potężną szafę pancerną z tymczasową lokalizacją w kanciapie obok. Wokół biurka stały rozłożone cztery teatralne krzesła - takie małe, rozkładane: trzy dla personelu i jedno dla klienta. Na dębowym biurku spoczywała w złoconej oprawie szklana kula, będąca chyba jedynym sprzętem mającym cokolwiek wspólnego z czarami i magią. Trzeba uczciwie przyznać, że całość wystroju wnętrza sprawiała miłą i ograniczenie ciepłą atmosferę rodzinnej kryptki... - Co przynosi nowy, piękny dzień spod znaku Merkurego? – już od wejścia zapytał Pierwszy z czarowników Drugiego, siedzącego wciąż przy szklanej kuli. - Ano, jakby ci to powiedzieć - uśmiechnął się przy tym głupawo - prawie nic. Zresztą sam wiesz najlepiej. - Ładne mi nic! Aż czterech klientów, w tym oszust karciany, gwałciciel i zarazem przyszły ojciec, hrabina - histeryczka, niedoszły morderca swojej żony. Aż czworo, a ten mi mówi "nic"! Serdecznie dziękuję! - Ależ proszę cię bardzo. – odparł mag i wywalił język. - No wiesz?! – Pierwszy zadarł nos do góry. – Cóż to za chowanie! Czarownik ze zboru cieszącego się dobrą opinią! Jestem zburdelsowany! - Chyba „zbulwersowany”… - mruknęło coś wielkiego od strony okna. - Mniejsza z tym! Po prostu jestem oburzony! Niestety, choć oburzenie Pierwszego było wyjątkowo udane, klientów było tylko czterech. Rynek czarów przeżywał drobny kryzys, a to tylko dlatego, że ceny usług odstraszały zwykłych zjadaczy chleba naszego powszedniego, zwłaszcza po wielkim krachu giełdowym, w wyniku którego zrównał się kurs złotego standard i dolara transferowego. Czary zawsze były drogie i choć ich cena nie wzrosła aż tak znacznie, w porównaniu z innymi usługami wydawały się wyjątkowym luksusem. Tymczasem siedzący na parapecie Trzeci, którego łatwiej było przeskoczyć, niż obejść, bawił się w najlepsze. Z nudów pruł swój służbowy płaszcz czarownika i wyrzucał radośnie poskręcane nitki za okno. Gdy jakiś sprytny wróbel pochwycił w powietrzu rzekomego, wijącego się na wietrze robaka, Trzeci zamieniał bardzo prostym zaklęciem nitkę w ciężki drut cynowy, dzięki czemu ptaki przy pomocy sił odkrytych przez Newtona Izaaka, fizyka zresztą, zmuszone były wodować w przepływającej u podnóża wieżowca Vistuli. - A może tak porobimy zakłady, kto przyjdzie pierwszy? - rzekł znudzony zabawą z ptaszkami - co ty na to, Drugi? Czarnoksiężnik popatrzył ponad szklaną kulą na przyjaciela z widoczną iskierką w oku. - Stawiam piątaka na hrabinę! – dodał bez namysłu. - A ja drugiego na gwałciciela! - Dobra, stoi! – grubas zszedł z parapetu. - Szefie, przetnij! - A nie mógłbym przystąpić do zakładu? No co? - nieśmiało zapytał Pierwszy. - Coś ty, szefie! My tu o forsę gramy! - przerażenie Trzeciego było uzasadnione; Pierwszy był przecież mistrzem i posiadał dar dalekiego jasnowidzenia o zasięgu do dwunastu czarogodzin następujących, oraz ponad stu czarogodzin wstecznych, dzięki czemu pozostali uczestnicy zakładu mogliby być bez szans. - No dobra, już dobra... – gestem uspokoił ich mistrz. - Grubciu, odbierz telefon. - A...ale jeszcze nie dzwoni. - Stawiam piątaka, że zaraz zadzwoni.... Zobaczysz! - W tym momencie antyczny telefon rzeczywiście zadzwonił. Gruby odebrał. - Spółdzielnia Czarownicza "1001 Życzeń", słucham? - Głośnomówiący! – syknął Drugi, ale Trzeci już wcisnął odpowiedni klawisz. - Mówi Max Dranken. Chciałbym ple, ple, ple... – metaliczny dźwięk z głośnika nie pozostawiał złudzeń; aparat rzeczywiście był bardzo leciwy i domagał się wymiany na nowszy model. - Dobra, Grubciu - wtrącił się Pierwszy, gdy tymczasem Dranken ględził dalej. - Daj mu się wypluć, a tymczasem dajcie mi go na wizję. - Drugi potarł bardzo delikatnie szklaną kulę, wymamrotał kilka formułek magicznych w języku starosumeryjskim i za sprawą czarów, jak na ekranie monitora, ukazał się mały, pulchny człowieczek z nieogolonym blond zarostem maskującym paskudną szramę na lewym policzku. - Uuuuuuch! Ale wieprzek! - trafnie zauważył Trzeci. - Przyganiał kocioł garnkowi... - Mnie nie można obrazić, można mnie tylko podziwiać! – mag dumnie wypiął pierś. - Cicho, dzieciaki! – upomniał mistrz. - ...i chciałbym, aby panowie to jakoś załatwili. - kończył bełkotliwą przemowę Dranken. - W takim razie - odparł Pierwszy - zapraszamy do nas. - Tak, tak - zgodził się Dranken - lepiej, żebym zobaczył się z panami osobiście. Sprawa jest bardzo delikatna. Już jadę... - Nie, niech pan nie odkłada słuchawki! Załatwimy to inaczej - i w tym momencie Pierwszy pstryknął palcami. Mały, pulchny człowieczek znikł z wizji i zaczął się materializować pod postacią małego ognika na krześle przed biurkiem. - Dz-dzwi-dzien-bobry...- wykrztusił z siebie. - Dzień dobry. Proszę mi wybaczyć ten drobny figiel. – Pierwszy skłonił się w iście dworskim stylu. - Znając stan techniczny naszej rodzimej telefonii wiem, że taka podróż po drutach telefonicznych jest mało przyjemna i mogłaby wyprowadzić z równowagi ducha samego mistrza Cagliostra... ale przecież nie tak zimnokrwistego drania, jak pan. Szklaneczkę wody? - Tak proszę. - Dranken otarł pot z czoła. - Chętnie służę...- uprzejmość Pierwszego była podejrzana, ale gość bez jakichkolwiek obaw wychylił całą zawartość podanej mu przez maga szklanicy... - Ough! - oczy Drankena wypadły z oczodołów prawie na policzki, zawisły na niewidzialnych, cieniutkich nitkach, twarz stała się sinoczerwona, z uszu buchnęły kłęby pary. Gość z wyraźnym trudem złapał upragniony oddech. - Co to, kurka, jest?! - zdobył się na wysiłek i zapytał pomimo przedłużającego się bezdechu. - Spirytus, stężenie dziewięćdziesiąt siedem procent. Proszę mi wierzyć, że nie ma nic lepszego na świecie! - odparł błogo Pierwszy. – Inna sprawa, że poznając stan naszej rodzimej telefonii od środka, ciężko jest to znieść na trzeźwo… ale przejdźmy do rzeczy! - Chciałbym... - Dranken powoli odzyskiwał swój dawny, naturalny, sinoszary kolor. - Ja wiem, czego by pan chciał. – przerwał mu mistrz. - Nas interesuje teraz tylko honorarium. - No cóż… no tego… według obowiązującej taryfy. – zaczął kręcić klient. - Szanowny panie Dranken, wykonujemy proste i skromne prace w zakresie czynienia zwykłych cudów, a nie mordujemy niewinne kobiety. Jako biuro zleceń rodem z taniego kryminału cenimy się wyżej. - Ile? - Rozsądne pytanie. – uśmiech Pierwszego mówił, że oto negocjacje znalazły się na właściwych torach. - Powiedzmy... pięć procent z pańskich zysków wynikających z faktu, że jest pan jedynym spadkobiercą majątku żony. - Szefie - włączył się Drugi trzymając w ręku „Roczniki statystyczne” niczym prorok świętą księgę. - To będzie poniżej przeciętnej... - W obecnej sytuacji masz rację, i owszem, ale ani ty, ani pan Dranken nie wiecie o małej tajemnicy pani Dranken. – mag uśmiechnął się fałszywie. – O tajnym koncie pani Dranken w szwajcarskim banku Moritza Rosenblumma, na które od lat wyprowadzała z poszczególnych firm naprawdę grubą kasę. - Suka! Aaaa.... dużo tego? - świńskie oczy Drankena rozbłysły niespotykanym blaskiem. - Dużo. - Pierwszego bawiło drażnienie gościa. - No to ile? - dopytywał się Dranken. - Powtarza się pan. – czarownik machnął ręką, jakby odganiał natrętnego owada. - Ale mogę panu powiedzieć; i tak niedługo dowiedziałby się pan. Sto dwadzieścia tysięcy krugerandów. Po raz drugi tego dnia oczy klienta wyleciały z orbit, a opadnięta szczęka osiągnęły pułap pokrytej oryginalnym linoleum podłogi. - Co?! - Powtórzyć, a może przeliterować? Klient nasz pan... – mruknął Drugi zza szklanej kuli. - D jak „dupa”, W jak „wariat”, A jak „analfabeta”, D jak „dureń”, Z jak „zakała”… - To fortuna! – przerwał wyliczankę dureń i zakała w jednym. - Też tak uważamy, dlatego warto wykroić z tego tortu i coś dla nas. – dodał milczący dotąd Grubcio. - Przystaje pan na te pięć procent dla nas? - Dla takiej forsy zawsze! – oczy klienta błyszczały jak reflektory lokomotywy. - Ale wracając do rzeczy: chce pan, aby szanowna małżonka znikła w niewyjaśnionych okolicznościach? – mistrz przygasił trochę ten nagły rozbłysk światła. - W istocie... - Czy - ciągnął Pierwszy - oczywiście na pana wyraźne życzenie, czy rzucić ją na pożarcie aligatorom, czy sprawić, aby rozstąpiła się pod nią ziemia, czy też może zamienić ją w obłoczek pary...? - O tak! – Dranken wyraźnie się rozmarzył. – Ten leniwy śpioch nie znosi wczesnego wstawania. Myślę, że poranna mgła będzie najodpowiedniejsza. - Dobra, już idę...- Trzeci wstał, owinął sobie służbowy, czarowniczy płaszcz wokół i wyszedł z biura. Po chwili znajome „ping” od strony windy oznajmiło znawcom tematu, że wielki, czarny kruk wyruszył na swoje łowy piechotą. - Hej! – Pierwszego jakby olśniło. - Tłuścioszku, wracaj! Jeszcze nie wiesz jak wygląda twoja ofiara! Boże, jak on znów się pomyli to pójdziemy z torbami...! - Nie pomyli się, szefie. - pocieszył go Drugi. - Przed chwilą pokazałem mu ją w szklanej kuli. Przydały się znajomości w Biurze Ewidencji Ludności… Czarownik popatrzył na podwładnego z lekkim zdziwieniem. - Ty to nazywasz „znajomościami”? - A niby jak? - Dla mnie to zwykły, tani podryw! - Ale skuteczny, sam przyznaj. – odparł Drugi z dumą. – A dzięki temu Grubcio zobaczył, kogo trzeba…. - No cóż; jeden - zero dla was, chłopcy. Nawet jasnowidz z podwójnym dyplomem Sorbony nie jest przy was doskonały. Ach, ta dzisiejsza młodzież! Tymczasem spożyty spirytus rozszedł się już łagodnie po organizmie i uderzył siedzącemu Drankenowi do głowy. I jak zwykle w przypadku kogoś czekającego na cud, ogarnęły go poważne wątpliwości co do samego cudu. - A jeśli mu się nie uda, albo schrzani robotę ? – wymamrotał i na poparcie swoich wątpliwości cichutko i bełkotliwie beknął. – Przepraszam. - Na zdrowie. – mruknął uprzejmie Pierwszy. Drugi uśmiechnął się pod nosem. - No cóż, zawsze może pan skorzystać z książki skarg i zażaleń. Ale stanowczo i zdecydowanie odradzam. Grubcio jest bardzo czuły na tym punkcie i lubi wpadać w niekontrolowaną panikę. Zna pan miejsce zwane Żabim Rajem? No, takie bajoro parę mil za city? Mieszkańcy to właśnie ludzie, którzy kiedyś mieli pecha dokonać wpisu. Chciałby pan pokumkać razem z nimi? Bo oni teraz są bardzo kumaci… - Nie, nie! - wystraszył się Dranken, chociaż tylko połowa z tego, co mówił Pierwszy było prawdą. W rzeczywistości większość mieszkańców Żabiego Raju stanowiła płazowość autochtoniczna, reszta to przybysze z odległych bajor. - Szefie - zagaił Drugi - A pamiętasz tego spikera posądzonego o gwałt? Zamówił wstawienie czegoś na kształt błony dziewiczej zgwałconej panience. Pomijam fakt, że okazała się być zawodową prostytutką... - Aha - Pierwszemu rozjaśniło się w głowie, bo i sprawa nie była tak odległa. - Trzeci wstawił jej zamek błyskawiczny. No, podobno to nielicha cichodajka! Ha, ha, ha! Tak, jasne. Pamiętam. Jak to brzmiało „Co piętnaście minut numerek”? - No właśnie. – mag skinął głową z uśmiechem, ku przerażeniu słuchającego z zaciekawieniem gościa. - Ten dupek nas o tym nie powiadomił, a na dodatek miał pecha dokonać wpisu do naszej książeczki u prezesa Spółdzielni Usługowej. Taka sobie zwykła notka, niby nic, a jednak martwi, smuci i straszy w statystykach. I wiesz, co się z nim później stało? Pierwszy wstał i podszedł do okna. - Nie. Wiesz przecież, że byłem na ogólnoświatowym zjeździe nekromantów... - No więc - ciągnął Drugi ku jeszcze większemu przerażeniu klienta - kiedy spiker miał skomentować przyznanie się panienki do szwindlu, nagle wstał, wypiął dupę, gołą na dodatek, przy czym dupa w kółko powtarzała: "No i co się gapicie! To nie ja! Gwałciciel
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil nyhariel
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…