"Moc - jak powinni umierać bohaterowie?"
Litos umiera. Tybo i dwunastoletni Astes, którego wspólnie z Litosem wychowywali, przelewa pierwszą krew. Wszystko kończy się i zaczyna. (Cz.3)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Był zimny poranek i lało. Krople spadały prosto w dół. Powietrze stało i tylko deszcz rozbijał płaskie powierzchnie kałuży. Weszli a w zasadzie wpełzli do Złotego Konika, bogatej wsi która stanęła im na drodze. Tybo i Astes prawie nieśli wychudzonego Litosa, który tracił przytomność prawie bez przerwy. Opadał wtedy ciężko w ich ramiona. Czasem jakiś nieświadomy podmuch jego myśli miotał nimi na boki. Nieprzyjemny chłód lub ciepło, poobijane krwawiące kolana i ból w krzyżu. Pielgrzymka po śmierć. Pierwsze trzy drewniane domy minęli bez przeszkód, gdy na ich drodze nagle stanęli wieśniacy. Pięciu albo sześciu, widły, wrogie spojrzenia. - Precz! Z zarazą precz! – zagrzmiało zdecydowanie. Litos chyba usłyszał, wyprostował się sam. Tybo i Astes dyszeli, bez słowa. Wszyscy stanęli. - To nie zaraza... Nasz przyjaciel umiera... od ugryzienia żmii... – kłamał płynnie Tybo, dysząc w rytm słów. Wieśniacy zawahali się. Opuścili widły. Byli całkiem dobrze ubrani. - Nie mamy medyka – rzucił jeden - Ani uzdrowiciela – dorzucił drugi - Może chociaż kucharza, głód nam doskwiera – starał się uśmiechnąć Tybo. - Tędy Panowie, jeśli kieszenie pełne to i brzuchy pełne będą. Ruszyli bez wahania. Wydawało się, że nawet Litos jakby odzyskał siły, ale może to tylko myśl o ciepym posiłku dodała im sił. Nagle Litos odezwał się. Bardzo cicho, rwąc wyrazy w rytm oddechów. Nie mówił od wielu dni. - Umrę dziś...spalić ciało...zanim umrę...nie wyjdą....nie mogą...idźmy...idźmy... Słuchali jeszcze choć opadł im w ramiona i wiedzieli, że nie powie ani słowa. Szli bardzo wolno, Tybo głośno poprosił jednego z wieśniaków by przyrządzili jajecznicę na mięsie i prowiant na dalszą drogę. Wieś niemrawo budziła się do życia. Wokół chałup biegały dzieci, przystając i patrząc z zaciekawieniem na wędrowców. Zanim stanęli przed karczmą, czuć było zapach smażonych jaj. W progu powitał ich roześmiany, łysy karczmarz, w białym fartuchu. - Najpierw zapłata – rozpoczął, ale spojrzał na miecze i zawahał się. – Zmęczeni rycerze, siadajcie przy wyjściu, by się nie kłopotać zbedną drogą. Ja zaraz jadło doniosę, wtedy się dogadamy - dokończył zgrabnie. Astes przyjął to z ulgą i rozchmurzył się, Tybo wręcz przeciwnie. Odniósł wrażenie, że karczmarz nie chce wpuścić choroby do karczmy. Tybo i Astos zjedli ze smakiem, choć w jajecznicy było bardzo dużo zwierzęcych włosów. Nie powiedzieli ani słowa. Atos próbował karmić Litosa. Gdy to robił wyglądali jak dziadek i wnuczek. Wcześniej zanim Litos opadł z sił można było odnieść wrażenie, że to ojciec i syn, teraz w zasadzie nie dało się tego powiedzieć. Dalej byli jednak podobni, obydwaj z czarnymi włosami i kościstymi twarzami. Obydwaj w skórach i z mieczami na plecach. Kiedyś, gdy jeszcze ćwiczyli, łączyły ich jeszcze jakże podobne ruchy. Teraz blady, wychudzony mężczyzna z zapadniętymi oczodołami był oparty o dwunastoletniego zdrowego chłopaka. Tybo poszedł zapłacić przy okazji zapytał o jakiś powóz czy choćby taczkę, jednak skrzywił się usłyszawszy cenę. Nie mieli ze sobą zbyt dużo pieniędzy. - Panie - zagadał cicho karczmarz licząc miedziaki – wasz chory nie wygląda jakby z Nuyen przyjechał. Byliście tam? - Nie byliśmy, idziemy... z daleka. A co, zaraza w Nuyen? – Tybo pociągnął temat. - Panie, dziwne to. Wozy na kupczenie nie jeżdżą, ludzie nie wracają, miasto jakby wymarłe i to już ze trzy lata będą. Coraz ciężej karczmę prowadzić, tylko Ci co Averland lub poza Imperium jadą to złoto zostawiają. A i to rzadko. Król Artur, niech mu Bogowie zdrowie dadzą w porty na rzece pieniądze wkłada. To kupców z dróg na wody przesuwa. Chyba mi nie długo karczmę nad wodę trza będzie przenosić. Ha ha... Jedynie gońcy, co i rusz jadą. Kupieccy w obie strony a barwni zwykle w jedną. Za to wracają chorzy. Dziwne te panie, częstokroć w naszych okolicach dogorywają a to nie dobrze. Jeszcze nas kto... - Umierają? – zapytał Tybo - A jak! Pogryzieni jacyś, pochorowani, jakby zatruci czymś. Sińce i szramy na skórze jakby ich kto pazurami chędożył. Heh, a śmierdzą Panie! Jak stara kaszanka co ją pies zwrócił. Panie a ich konie to jak z... - Starczy – wyszeptał Tybo. Litos, też ostatnio nie pachniał. Karczmarz przymknął się i skinął głową, że opłata się zgadza, choć chyba nie liczył monet. Z chwilę byli na zewnątrz. Litos nic nie zjadł. Tybo czuł się okropnie. Czuł na sobie siłę wpływu Litosa. Którego moc krążyła bez celu, zmuszając ich nagle, do nieplanowanych ruchów ciałem. Tybo przypominał sobie moment kiedy to wszystko się zaczęło i kiedy poraz pierwszy poczuł, że jest tylko marionetką w rękach Litosa, owładnięty jego mocą. Teraz był jego opiekunem. Tak się czuł taszcząc, coraz lżejsze ciało swojego kompana, który, łykał gwałtownie powietrze i mruczał czasem coś pod nosem. - Spalcie mnie... zabijcie je... wszystkie je... spalcie – znów głośniej i bardziej świadomie wyjęczał Litos. Niekontrolowana moc rosła, dookoła bardzo gwałtownie. Poczuli ją i wymienili z Astesem spojrzenia. Nagle Tybo zasyczał z bólu, gwałtownie wyprostował i usztywnił nogi, stracił równowagę. Upadał prosto na twarz, pociągając za sobą towarzyszy. Upadali w trójkę, wyglądali jakby byli pijani. Astes był za lekki by utrzymać ciężar swojego byłego opiekuna i wyglądał teraz jakby był na granicy płaczu. Podnieśli się i szli dalej. Przez całą drogę odprowadzała ich wzrokiem grupka wieśniaków. Upadli jeszcze kilka razy zanim wyszli z wioski, nikt im nie pomógł. Chyba cała trójka wyglądała na chorych. Zanim droga skręciła w las, Litos nagle jakby zmiękł, osunął się między nimi i upadł na twarz. Nagły wybuch mocy powalił ich oboje na ziemię i zawyli z bólu czując jednocześnie potworny ból pleców. Zwijali się po obu stronach drogi. Astes zazwyczaj był całkowicie odporny, Tybo nawet uważał, że to przez tą samą krew. Teraz jednak skurcze mięśni chwyciły ich obu. - On chyba umiera - rzucił Astes, przez zaciśnięte zęby – to już koniec... Tybo też tak myślał, obejrzał się w kierunku wsi, był wściekły z bólu i bezsilności. Kilka osób jeszcze stało i gapiło się. - Nie tutaj... Za lasem widzisz? – wskazał na prześwit przy drodze. Wstali, gdy tylko puściła ich moc Litosa. Astes pierwszy, doskoczył do leżącego i podniósł go z kałuży. - Nie chcę żeby tak umierał. Nie tak... Tybo nic nie powiedział, choć myślał podobnie. Podniósł towarzysza pomimo bólu ramion, pleców i brzucha. Nie chciało mu się już schylać po szmatkę, która wysunęła się z za pasa Litosa i leżała w błocie. To symbol pomyslał, Litos już nie będzie czyścił nią miecza. Szli dalej... Tybo uważał, że nawet pogoda jest przeciw nim. Jak mają go teraz spalić? Jedna lampa oliwna i wszędzie mokre drewno. Dotarli do prześwitu lasu, rozwidlenie głównego traktu, na lewo ścieżka pod górkę, prosto na łąkę z mokrą jeszcze zieloną trawą. Dalej jakieś 80m ściana zagajniku i piękna polana. Naprawdę piękne miejsce na śmierć, gdyby zginąć w walce. Skręcili i mozolnie dotarli na miejsce. Wywracając się po drodze, klnąc i sycząc z bólu setki razy. Tybo miał krew w ustach a wszystkie mięśnie potwornie go bolały. Sam dziwił się jak to możliwe, że jeszcze idzie, że jeszcze żyje. Położyli go na trawie na plecach i usiedli koło niego. - Nie dajcie... ze mnie wyjść... – wycharczał swoje ostatnie słowa Litos. Na te słowa zebrali się i poszli szukać drewna. Las w tym miejscu był ogołocony z gałęzi. Astes zaczął się denerwować. - Masz coś? – zakrzyczał po raz dwudziesty już naprawdę wściekłym głosem... - Nie - odpowiedział głucho Tybo. Kilka garści mokrych patyków i kawały mokrych, spróchniałych kłód. Targali wszystko, coraz bardziej się spiesząc. A z każdym podejściem Litos wydawał się jeszcze bardziej blado-siny. Astes miotał się. Po chwili, wyciągnął swój miecz i ciął gałęzie jak toporem. Był tak wściekły, że Tybo zaczął się bać. Nagle kładąc kilka gałęzi obok głowy Litosa Tybo poczuł, że moc go oplotła. Potwornie zabolała go głowa. Jego własne ciało wykrzywiło się, tak mocno, że aż chrupnęły kręgi. Potworny ból. Zatańczył wrzasnął i upadł, każdy miesień spinał się do maksimum bólu by puścić nagle gwałtownie i od nowa. Tybo wył z bólu. Zobaczył jak przez mgłę, że nawet powietrze dookoła się zmieniło. Jakby wirowało. Usłyszał krzyk. Nieswój... - Tybo!!! Tybo!!! – wrzeszczał Astes. Potem zapłakana twarz i ręce, które odciągały go od Litosa. Nie czuł już bólu, wszystko działo się jak przez mgłę. Patrzył na swoje uda i zadek. Był kompletnie skrzywiony jakby ktoś przekręcił go w biodrach o półobrotu. Nie mógł ruszyć nogami. Obok Litosa ziemia wydawała się trząść a powietrze wirować. - Śpiesz się Astes! – wysyczał – musimy go spalić. Drewna było dużo za mało. Astes zerwał się ze łzami w oczach rozglądając w panice. Podbiegł do Litosa wyjął mu miecz z pochwy i.. - NIE!!! – wrzasnął Tybo – zatrzymując miecz młodzika w powietrzu tuż przed uderzeniem - Musimy go spalić... żywcem...- dodał ciszej. Astes wbił miecz w ziemię, obok głowy. Powietrze znów zawirowało, gdyby były liście z pewnością odfrunęłyby od ciała, pomyślał Tybo, dziwiąc się, że takie rzeczy przychodzą mu teraz do głowy. - Spalimy Cię staruszku... poczekaj jeszcze chwilę... wytrzymaj... – powiedział jakby do siebie. Astes zerwał się i pognał w las. Jego drogę rozświetlały błyski miecza. Jakże piękne i harmonijne. Tybo był bardzo otępiały i prawie nie czuł bólu. Przysunął się do drewnianego kręgu, przysuwając drewno jak najbliżej ciała. Co ładniejsze kawałki wciskał pod ciało, czując jak głowa mu pęka od nagromadzonej mocy. Nagle spojrzał w dół. Mały gnał przez łąkę, wprost w kierunku drogi, w biegu zgrabnie chowając miecz do pochwy na plecach. Na drodze pojawiło się trzech czarnych jeźdźców.
Zdążył wybiec na drogę dokładnie w momencie, gdy pierwszy z koni mógł go minąć. - Stójcie. – bez efektu - Stójcie! – wrzasnął wściekły. Zatrzymali się. Pierwszy zawrócił konia. Młody gibki mężczyzna, w bogato zdobionej szacie w czarno- zielonej liberii Nuyen - Czego? – warknął. - Pomórz mi Panie zbierać drewno. Błagam... – jeździec podjechał. Jego koń był wypoczęty. - Co?! – jego twarz skrzywił grymas. Podczas, gdy złośliwe uśmiechy skrzywiły twarze ochroniarzy. Mieli naprawdę dobre miecze. - Drewno Panie, mój... tata umiera i... - Kpisz?! – przerwał ostro obcy. Jeździec wydawał się ogromny. - Potrzebuję... - niedokończył - Chyba lekcji! – jeździec spiął konia, który ruszył wprost na Astesa. Wściekłość wygrała. Chłopiec odskoczył w lewo, dobywając miecza na plecach. Ciął w poziomie tuż nad końskimi nogami. Głęboko. Koń zacharczał, prawie gwizdnął, odbijając się w tył. Jeździec zleciał przez końską głowę prosto na twarz w świeżą końską krew. Tuż przed upadkiem ochronił twarz rękami łagodząc upadek. Astes już był nad nim i ciął przez plecy uważając, by ostrze nie szło za głęboko. Litos uczył, ze szkoda uszkodzić ostrze o kamienie. Kątem oka dostrzegł, że jeden z jeźdźców jest za blisko. Był bardzo szybki. Astes odchylił się w tył w między czasie przejechał ostrzem po plecach leżącego. Chciał mocniej, ale przez unik udało się tylko draśnięcie. W półobrocie zatańczył i ciął po nogawce jeźdźca nie dotykając konia. Przeciął również strzemię. Litos uczył, że koń powinien leżeć martwy albo nie warto go ranić, bo wtedy przeszkadza w bitwie. Drugi ochroniarz już robił najazd mijając, charczącego broczącego krwią konia. Jego koń zatańczył spłoszony, czując krew. Astes pomyślał, że idealnie byłoby gdyby jeździec przechylił się trochę w lewo a wtedy straciłby podparcie i wpadłby prosto na jego klingę. Pół sekundy później ugiął się od ciężaru spadającego ciała. Rozharatał jeźdźca prawie przez pół. Pierwszy jeździec nawrócił przez prawą. W przechyle chciał ciąć od dołu, prosto na plecy chłopaka. Obrót i krok w tył. Znów Astes miał poczucie, że gdyby jeździec podciągnął klingę zbyt szybko, mógłby nawet bez ruchu stóp wykonać cięcie przez ramię i twarz. Myśli były tak szybkie jak ruchy i jeździec podciągnął się na siodle nie mając strzemienia. Zbyt wysoko podniósł klingę przesuwając ją leciutko w prawo. Astes poczuł wiatr ostrza i usłyszał świst tuż koło ucha. Szybki wyprost obolałego ramienia i jego miecz zatopił się w ramieniu a potem w twarzy jeźdźca. Koń minął go, po czym usłyszał głuchy odgłos ciała oraz łoskot miecza o spadającego na kamienie. Spojrzał na leżącego, który patrzył prosto na niego. Miał twarz zalaną błotem i końską krwią. Astes już chciał dobiec, do niego i ciąć, gdy usłyszał charczące. - Gdzie to drewno Wskazał tylko w kierunku łąki. Rozejrzał się dookoła. Ranny, dwa ciała jeźdźców, jeden koń i siedem pełnych ruchów, był dużo gorszy od Litosa. Rocięty koń nie mógł utrzymać się na przednich nogach i leżał na boku, waląc tylnymi nogami jakby galopował i tłukąc rytmicznie głową o kamienie. Astes zbliżył się do konia,wyjął z za pasa szmatkę. Klingą uderzył w szyję, tylko raz, od wierzchu. Ostrze weszło między włosami zabłoconej grzywy i przecięło kręgosłup. Szmatką wytarł ostrze. Poczuł się dumny, to wszystko trwało chwilkę. Pierwsze zwycięstwo. Wojownicy, z dobrymi mieczami. Do tego to…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil geo
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…