Wróć do katalogu

Moc Potępionych

Czy potężny artefakt jest cudem czy przekleństwem? O tym dowie sie grupya smiałków, która zdobyła sie na odwagę by rzucić wyzwanie antycznemu złu.

Drizzt, opublikowano , 1 godz. 16 min czytania, 3,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

DOMINIK ŻAK "MOC POTĘPIONYCH"

„ Przygoda to coś żyjącego w nas, coś czym oddychamy i myślimy”

I.

Jego wzrok powoli odwracał się od wpatrzonych w niego pucołowatych, umorusanych piachem twarzyczek dzieci. Spojrzał na biegnącą w oddali niską, ale krępą postać. Gdy zmachany krasnolud dotarł do niego, można było zauważyć piękną mithrilową zbroje, zdobiącą jego barki. Przyglądając się uważniej można było dostrzec osmolone ślady i wgniecenia. Krasnolud drapiąc się po brodzie popatrzył na wstającego mężczyznę. - Bransolety ? – rzekł chłopak - Te same! Griffin, te same ! – krzyczał – chodź do środka, dowiesz się reszty. Chłopak uśmiechnął się do towarzysza i klepiąc go w ramię ruszył w stronę tawerny. Wewnątrz panował lekki półmrok, pomieszczenie oświetlały jedynie, ogień kominka i zatknięte niedbale na ścianach pochodnie. Ich płomienie zafalowały pod wpływem powietrza, które dostało się do środka przez uchylone drzwi. Cienie zatańczyły groteskowym pląsem. Towarzysze przekroczyli próg i rozejrzeli się po lokalu. Było zadymione i zatęchłe, gdzieniegdzie widać było pleśń pokrywającą ściany. Nie była to taka knajpa, jakie spotyka się w Stallion Town, lecz zwykła podejrzanie wyglądająca dziura. Taka, jakie Wolf`s Bane lubił najbardziej. Na podłodze walały się części połamanych krzeseł i resztki jedzenia. Główną salę przecinało dwanaście długich dębowych stołów. Część z nich zawalona była pijanymi żołnierzami Czerwonej Gwardii, lub zwykłymi śpiącymi wojownikami. Między wystraszonymi kelnerka. To był chyba jej pierwszy dzień pracy. Naprzeciwko drzwi wejściowych znajdowała się lada z tłustym, łysym barmanem stojącym za nią. Zobaczywszy podróżnych kiwnął witając głową. Griffin odpowiedział tym samym i ruszył za Wolfiem, kierującym się ku najdalej oddalonemu stolikowi, za którym siedział blady mężczyzna ubrany w aksamitne szaty. Jego wygląd zdecydowanie tu nie pasował. Omijając wymiotującego właśnie gwardzistę, Griffin zasiadł za stołem, naprzeciw nieznajomego. Ich oczy spotkały się przez chwilę. - To jest Kershaw, poseł s Sthgil – rzekł krasnolud wskazując chłopaka ręką – zmierza właśnie, do Mezar Urol z wiadomością dla króla. Niedaleko kamieniołomów Aikon, odnaleziono świątynie. Najprawdopodobniej tą „świątynie” Griff. - Czy to prawda ? – rzekł Dart, bawiąc się rękojeścią miecza. - Tak. Jakieś półtora tygodnia temu, dwóch pracowników kamieniołomów zauważyło obsuw na północnej ścianie. Badając go, spostrzegli zaplombowane wejście do wewnątrz góry. Po bliższych oględzinach znaleźli napisy głoszące, że jest to tajemna twierdza Tussock`a - przerwał na chwilę, poczym rzekł – Ale gdyby coś się stało, ja wam tego nie powiedziałem. - Mhm, rozumiemy, że jest to tajemnica. - Tak, ale .. - Ale, co ! – ryknął Griff, unosząc się nad stół – Wiesz, ile razy słyszałem podobne historie! Jeśli jest to kolejna bujda, odnajdę cię, a wtedy nawet sam król nie uratuje twego tyłka! A teraz zabieraj stąd swoje zakłamane dupsko i obym cię więcej nie spotkał ! – krzyczał Dart w jeszcze bledsze oblicze posła. Po chwili, przy stole siedzieli już sami. Krasnolud odstawiając swój kufel, spojrzał zdziwiony na Griffina. Zdawało się, że od ostatniej przygody jakoś się postarzał lub był to po prostu efekt wywołany kiepskim światłem. - Griff coś ty zrobił? - Wolfie, mam dość, jeszcze do dziś czuje na sobie smocze wyziewy i smród lawy. Chcę odpocząć. - Ale, Dart, czy nie o to ci zawsze chodziło. O przygodę? - Ostatnia mi wystarczy. – syknął - Griff, posłuchaj, przecież możemy to sprawdzić. Jeśli jest to kłamstwo to pojedziemy do Sthgil i tam odpoczniemy. A jeśli nie.. – na twarzy krasnoluda pojawił się uśmiech – już widzę tę piękności, złoto, klejnoty, sława i kobiety. A przede wszystkim piwo! - Nie! Kiedy ostatnio tak mówiłeś, smoki o mało nie przejęły ponownie władzy. - Wiem, wiem. – posmutniał Bane – Ale to był efekt uboczny. - Efekt uboczny?! – Griff oszalał - Griff, pomyśl – Wolfie brnął dalej – on jedzie, aż do Mezar, to tydzień drogi stąd. My mamy do kamieniołomów tylko dwa dni. Zbadamy sprawę i po wszystkim. Nikt się nawet nie dowie. Shade chciałaby, abyśmy to zrobili. - Shade, nie żyje! – krzyknął Dart uderzając pięścią w stół – I nigdy więcej nie mów mi, co by zrobiła! – na jego twarzy pojawił się ten sam grymas, którego Bane nie znosił. Kiedy ostatni raz go widział, Griff stał naprzeciw ogromnego smoka, próbując wymyślić jak pozbyć się gada. To był wyraz gniewu, ale opanowanego gniewu. Po chwili twarz Darta wróciła do normalnych kolorów, lecz w oczach można było dostrzec zamyślenie i smutek.Za moment wszystko wróciło do normy, a Griff poprawiając kościany amulet – ostatnią rzecz która pozostała mu po Shade – spojrzał na Wolfiego i szepnął. - Za trzy dni. - Co? – odparł zaskoczony krasnolud. - Nie zrobimy tego bez Markal`al El`a.

II.

Księżyc świecił w pełni, gdy do bram miasta podjechało dwóch podróżnych. Ich skryte w cieniu twarze nie były widoczne dla stojącego na wieży strażnika. - Kto tam? - Dwóch strudzonych podróżników, potrzebujących noclegu – odparła postać w kapturze. - Po zmierzchu nikogo nie wpuszczamy! - Więc mamy zostać na noc w lasach i najprawdopodobniej nie dożyć świtu? Strażnik po chwili namysłu zniknął, a za moment dało się słyszeć szczęk otwieranych wrót. Ich oczom ukazało się wnętrze grodu. Była to zwykła wioska leżąca na szlaku karawan. Ułożona w idealnym okręgu mieściła kilka kantyn, więzienie, i stojącą na środku kamienną arenę. To właśnie w niej po raz pierwszy Griffin spotkał krasnoluda. Byli wtedy jeszcze skazańcami walczącymi o wolność z bandą ogrów. Na widok jej murów dreszcze przeszły po plecach Darta. Na wschód od niej znajdował się pałac obecnego władcy oraz ratusz, naprzeciw, którego leżał dziedziniec ze studnią. Obok niej niespokojnie stąpały konie należące do Czerwonej Gwardii. Po drugiej stronie miasta znajdowały się kwatery mieszkalne i sklepy miejscowych kupców. Griffin i Wolf`s Bane przekroczyli wrota wjeżdżając do środka. Dart zeskakując z konia podziękował strażnikowi kilkoma monetami. Przez chwilę patrzył jak brama zamyka się z lekkim skrzypnięciem, poczym już pieszo ruszył w stronę „ Poćwiartowanej Krowy”. Bane, który w tej chwili przywiązywał konia podbiegł do Griffa i razem spojrzeli na wiszący ponad ich głowami smagany nocnym wiatrem szyld ukazujący krowę w postaci drobnej mozaiki. Lekkie uchylenie drzwi spowodowało przeraźliwy pisk zawiasów, zwracając tym samym na siebie uwagę siedzących wewnątrz. Nie zwracając na to przekroczyli próg. W środku, knajpa nie różniła się niczym od tysiąca innych tego rodzaju lokali. Duszna, zadymiona, wypełniona po brzegi pijanymi podróżnymi. Drewniane stoły, kominek, lada, nawet tłusty barman wyglądał tak samo jak jego poprzednicy. Towarzysze skierowali swe kroki w jego kierunku. Będąc już na wyciągnięcie ręki, właściciel uśmiechnął się do nich, eksponując idealny brak uzębienia. - W czym mogę służyć? - Szukamy przyjaciela. – odparł sucho Dart, odpychając od siebie natarczywą dziwkę. - Może najpierw czegoś się napijecie? Na pewno jesteście spragnieni po podróży. - Nie mamy czasu, ale zapłacimy ci za tyle kufli za ile będziesz chciał. Najpierw jednak odpowiedz na me pytanie. Po namyśle, drapiąc się po tłustym brzuchu barman odparł. - Jak wyglądał? - Jest łowcą, pół elfem, nosi ze sobą charakterystyczny runicznie zdobiony łuk. - Nie widziałem go – sapnął oddalając się od Darta. W jego głosie słychać było nutkę zdenerwowania. - A mi wydaje się, że jednak go widziałeś – odrzekł Griff łapiąc barmana za ramię. Grubas zachwiał się na swych pulchnych nogach. - Dorn, czy ktoś przeszkadza ci pracować?! – za pleców doszedł ich chrapliwy, mocny głos. Griff nie odwracając się spokojnie odrzekł. - Przyjacielu, to nie twoja sprawa, więc pij sobie dalej, a nam pozwól załatwić własne. W tej chwili ogromna okuta w skórzaną rękawicę, dłoń spadła na bark Darta. Sala zamarła obserwując zajście. Przeciwnik nie spodziewał się jednak szybkości, z jaką w ułamku sekundy wojownik odwrócił się do niego twarzą i spontanicznie rzekł. - Przecież ostrzegałem. – poczym wrócił do rozmowy z barmanem. Przerażony sprzedawca widzący jak mierzący prawie pół metra wzrostu więcej zbir, osuwa się na kolana, z lśniącym sztyletem w piersi, spojrzał na uśmiechniętego rycerza. Dając znak, że nic się nie stało uspokoił zaskoczoną publiczność siedzącą za stołami. Następnie ocierając spocone czoło rzekł w stronę Darta, a jego cuchnący oddech owiał jego twarz. - Wiem. Wiem gdzie go szukać. - Słuchamy z niecierpliwością – odezwał się krasnolud. - W miejskich lochach. A teraz już idźcie. Proszę.

***

- Jakiś plan? – spytał Wolfie omijając leżącego na drodze biedaka. - Na razie sprawdzimy jak trzyma się Markal, potem coś wymyślimy. Po kilkunastu minutach błądzenia poprzez zacienione uliczki miasta, ukazał się im gmach więzienia. Obskurne mury porośnięte mchem, znaczyły kraty i umieszczone gdzieniegdzie, bezcelowo drzwi. Obok głównego wejścia, dość głośno rozmawiało dwóch strażników. Widząc zbliżających się nieznajomych, przerwali dyskusję i jednoznacznie położyli dłonie na klingach. - Chcielibyśmy zobaczyć się z więźniem – rzekł Griffin podchodząc bliżej. - To nie gospoda – odparł nieprzyjemnie gwardzista. - Jeżeli nie chcecie znaleźć się po drugiej stronie tych murów to radzę odejść natychmiast – krzyknął drugi wysuwając do połowy swe ostrze. Widząc to Dart dał znak Bane`owi i odwróciwszy się ruszyli z powrotem.

- I co teraz? - szepnął krasnolud. - Nie wiem – załamał ręce Griff – musimy poczekać do rana. - Rano, będzie już za późno. – syknął głos za nimi. Wojownicy wyciągając oręż odwrócili się w stronę skąd przed chwilą dochodził głos. Nie zauważyli jednak nic oprócz zalanej mrokiem alejki, którą od dłuższego czasu podążali. Stali tak wpatrzeni w ciemność gotowi do ataku, gdy głos odezwał się ponownie. - Słyszałem waszą rozmowę w barze i wiem jak wam pomóc. Wasz przyjaciel, zarówno jak i mój jutro o świcie zostanie stracony na arenie. - Stracony? – Griff rzucił pytanie w mrok. Głos milczał. - Jak mamy ci zaufa, skoro nie chcesz się nam nawet ukazać – rzekł ponownie. Nagle cienie w alejce zadrgały spazmatycznie i niewiadomo skąd, jakby wyrastając z ziemi pokazała się niska postać. Krocząc w ich kierunku, dotarła w obręb światła rzucanego przez okno, jednego z domów. Był to zdecydowanie niziołek. Ubrany był w nabijaną ćwiekami skórzaną zbroję i zwisający z ramion aksamitny płaszcz. U jego boku zwisał krótki, lecz szeroki miecz. Twarz zakryta była kapturem. - Nazywam się Timber – rzekła postać zdejmując nakrycie głowy. Jego lico pokryte było licznymi bliznami, długie brązowe włosy opadały na ramiona. Zimne, stalowe oczy świdrowały kompanów. - Nie obawiajcie się, gdybym chciał was zabić już dawno bym to zrobił. Chcę pomóc. Towarzysze rozważając jego słowa, schowali broń i ruszyli w jego kierunku. - Jestem Griffin, a to jest Wolf`s Bane .. - Miło mi, a teraz musimy ich jakoś wydostać – przerwał im Timber. - Może porwiemy króla – odparł Wolf. Oczy stojących obok z pożałowaniem spoczęły na krasnoludzie. - No, może macie rację, to zły pomysł. Ale.... – przerwał na chwilę jakby łapał uciekającą gdzieś w nicość myśl, poczym rzekł – ale możemy zawsze zabić wszystkich strażników w mieście i nikt nie będzie w stanie ich doprowadzić na arenę! – uśmiechnął się zadowolony ze swego pomysłu. - Masz rację! – krzyknął Griff uderzając się dłonią w czoło – Czemu ja na to nie pomyślałem – przerwał – może dlatego, że jest to najgłupszy pomysł jaki kiedykolwiek słyszałem! – ryknął na Bane`a. Krasnolud z oburzeniem spojrzał na Darta. - To jaki masz plan? - Musimy dostać się na arenę, i przebrani za egzekutorów pomóc im się wydostać. - Brzmi rozsądnie – rzekł niziołek.

Niebo powoli szarzało, gdy ostatnie martwe zwłoki egzekutora osunęły się na podłogę. - Mamy mało czasu, szybko – mówił Dart, przebierając się w ubranie kata. Krasnolud, ubrany już, w zbyt obszerne szaty, wyglądał przez okno. Na dole rozciągała się owalny, piaszczysty plac. Otoczony widownią, wyglądał jak teatr, który wraz z Griffinem widzieli na Starożytnym Kontynencie. Wokół zakrwawionego piachu biegł poszczerbiony mur. W jego wschodniej części mieściły się drzwi, którymi na arenę wprowadzano więźniów. Naprzeciw znajdowały się kolejne wrota, tak zwane Wrota Śmierci. Zza nich właśnie wychodzili egzekutorzy, dziś jednak plany uległy zmianie. W południowej ścianie widniała, zanurzona w podłożu stalowa krata, odgradzająca biegającego po swej celi trolla. Potwór czując, unoszący się wszędzie odór krwi, szalał w amoku. Zatrąbiły fanfary i drzwi dla jeńców stanęły otworem. Pierwsi weszli dwaj strażnicy prowadzący na łańcuchach krótko ostrzyżonego mężczyznę. Jego przystojna twarz nosiła znamiona licznych obrażeń i stłuczeń, dokonanych najpewniej w lochach. Mocny, czarny zarost pokrywający policzki, kontrastował z niebieskim tatuażem zdobiącym czoło nieznajomego. W jego zielonych oczach płonął gniew. Gdy tylko przekroczył bramę, natychmiast próbował wyrwać się gwardzistą. Jednak mocne uderzenie tępą stroną lancy, przyćmiło jego agresywność. Strażnicy doprowadzili więźnia do drewnianego pala zatkniętego na środku placu i zakuli plecami do widowni. Kończąc to zajęcie żołnierze, pomachali w stronę widowni, co wywołało okrzyk ekstazy. Kolejnych dwóch strażników, wyprowadziło następnego jeńca. Wrota za nimi z głuchym trzaskiem dały znać o swym zamknięciu. Przypięty do szyi łańcuch, ciążył dobrze zbudowanemu młodemu mężczyźnie. Jego włosy falowały na wietrze, a z piersi zwisał amulet w kształcie wilczej łapki. Gdy do uszu dotarł mu gwar ludzi, uniósł głowę. Pomimo blizny pokrywającej prawy policzek, wciąż był przystojny. Na jego twarzy malowała się pogarda. To był Markal`al El. Krasnolud widząc go odskoczył od okna, by podzielić się z tym Griffinem. Będąc jednak niecały metr od niego, potknął się o zwłoki jednego z katów, i próbując utrzymać równowagę upadł na znajdującą się nieopodal dźwignię. Metaliczny trzask przetoczył się po komnacie. Zaskoczeni towarzysze spojrzeli za siebie. - Coś ty zrobił?! – krzyknął Dart. - Nie wiem, upadłem i ... – przerwał widząc jak ogromne stalowe łańcuchy ruszyły w górę, wpędzając w ruch drewniane tryby. Zdenerwowani powagą sytuacji, w jakiej się znaleźli, wojownicy podbiegli do okna. Obserwując jak krata z głuchym łoskotem unosi się do góry, wypuszczając na zewnątrz rozszalałego trolla, zamarli. Na placu rozpętało się piekło. Zaskoczeni strażnicy nie zdążyli mrugnąć okiem, gdy wielki szary potwór ruszył w ich kierunku. Pierwszy ze z nich padł martwy stratowany przez bestię, drugi próbując dobyć miecza, został porwany w górę, przez potężną łapę. Widząc zbliżającą się paszczę bestii rycerz zemdlał. Chwilę potem, jego odgryziona głowa spadła w piach wzbijając tumany kurzu. Gwardziści pilnujący Markal`al El`a wpadli w popłoch, widownia oszalała z podniecenia. Ta chwila wystarczyła jednak, aby łowca wyrwał z rąk żołnierza łańcuch i zamaszystym ruchem zmiażdżył mu kark. Podnosząc nie potrzebną mu już lancę, bez chwili zastanowienia cisnął nią w nadbiegającego z naprzeciwka strażnika. Stalowe ostrze przeszyło, cienką zbroję, pokłady mięśni i tłuszczu, zatrzymując się głęboko w kręgosłupie. Rycerz padł martwy. Troll widząc zamieszanie wokół wrót, ruszył w stronę łowcy. Niemniej jednak kilka metrów od niego, stanął i zaczął węszyć. Jego nozdrza falowały wciągając powietrze. Gotowy do walki Markal widział, jak bestia odwraca się i kroczy w kierunku wiszącego na palu więźnia. Będąc niebezpiecznie blisko, troll oblizał swe żółte wystające ponad górne wargi kły. Wydając z siebie nieartykułowane dźwięki, uniósł zakończoną ostrymi jak kosa szponami łapę i z prędkością nie pasującą do takiego kolosa opuścił na ofiarę. W tej samej chwili pierwsze promienie słońca przebiły się przez gęste chmury dosięgając areny. Dosłownie o parę cali od pleców mężczyzny, kończyna bestii zatrzymała się na wieki Nie myśląc długo Markal podbiegł do wiszącego i omijając skamieniałego trolla, odciął krępujące jego ciało więzy. Mężczyzna padł na kolana. - Nazywam się Xirtam, jestem do twych usług – rzekł do stojącego nad nim łowcy. - Pogadamy o tym później, teraz uciekajmy w diabły. Skończywszy to zdanie, uniósł rannego chłopaka i ruszył w stronę drzwi. Dobiegając do nich usłyszeli, jak rusza mechanizm otwierający. Zza drzwi wyskoczyło ponad trzydziestu żołnierzy Czerwonej Gwardii. Zaczęli się cofać. Widział, że jest stracony. Upewnił się tego, gdy za jego plecami powoli poczęły otwierać się Wrota Śmierci. - Przynajmniej nie wezmą nas żywcem – rzucił do Xirtama. - Jeśli będziesz tak stał i ględził, to na pewno nie! – usłyszał głos za sobą. To, co zobaczył odwracając się, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. W drzwiach stał dzierżąc w dłoni swój miecz, obok wymachujący swym toporem Wolf`s Bane i trzecia nieznana mu postać. - Griff!! – krzyknął, a w jego mięśnie napłynęła taka siła jaka może równać się tylko z mocą gigantów. Zarzucając sobie chłopaka na ramię, rzucił się w kierunku przyjaciół. Widownia szalała. Kilka minut później jechali już przez pięknie porośniętą dolinę w kierunku Sthgil.

III.

Trzask palonego drewna i błysk iskier odganiały od siedzących wkoło ogniska, natarczywe owady. Rozbijając obóz niecałe dziesięć kilometrów od Sthgil towarzysze popijając gawędzili o zajściach ostatniego dnia. - Jak to się stało, że wylądowałeś w więzieniu? – zwrócił się do łowcy Griffin. - To długa historia. - Mamy czas – rzucił Bane obgryzając kość Wolfie. - A więc, gdy rozstaliśmy się przed paroma dniami, przyjechałem tu, aby spotkać się z jednym z moich informatorów. Niestety nie dotarł jeszcze wtedy, więc postanowiłem skierować swe kroki do jednej z tawern, bo noc była zimna i nie marzyło mi się marznąć na dworze. Rozmawiając z podróżnymi zauważyłem, że na jednym z balkonów żołnierz Czerwonej Gwardii, bije kobietę – przerwał na moment popijając z kufla – Była dziwką, ale wiecie była jeszcze tak młoda, więc kulturalnie chciałem przetłumaczyć mu, aby tego nie robił. To jednak nie poskutkowało i zanim się spostrzegłem, on już mnie atakował. Nie chcąc robić mu żadnej krzywdy po prostu go odepchnąłem. Niestety – na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech – barierka na którą upadł była spróchniała. Parę sekund później on uderzył o ziemię, a ja siedziałem w zatęchłym, wilgotnym lochu. - Tak więc teraz, cała Czerwona Gwardia zarzyna swe rumaki aby nas odszukać. – podsumował Griffin. Łowca kiwnął głową, zgadzając się ze słowami przyjaciela. - Szkoda tylko mego łuku i reszty ekwipunku, dobrze chociaż, że zostawili mi amulet. – zamyślił się – Ah, trudno. –westchnął - Niekoniecznie – rzekł siedzący trochę z boku niziołek. - Jak to? – Markal spojrzał na niego pytająco. - A mianowicie tak to, że gdy Griffin i Bane trwali w poszukiwaniach ciebie, ja i Xirtam – wskazał na śpiącego obok chłopaka – włamywaliśmy się do ratuszu w celu skromnego zarobku. To właśnie tam, wraz z innymi łupami znaleźliśmy twe rzeczy. Niestety chwilę później, jego złapali. – przerwał – A gdyby nie twoi przyjaciele nigdy byśmy się już nie zobaczyli. Tak więc, proszę oto one – rzekł Timber podając dość pokaźny worek łowcy. Na twarzy Markala pojawił się nikły uśmiech i wyraz satysfakcji. - Dziękuje – rzekł łowca – gdyż wiem, że mogłem już ich nigdy nie ujrzeć. Niziołek ukłonił się nisko. - Wiesz, honor złodziei. Kilka godzin później świtać i wszyscy powoli zbierali się do podróży. Skrzętnie ukrywając ślady obozowiska, rozbudzili się wystarczająco, aby ruszyć dalszą drogę. - Co dalej? – spytał łowca wspinając się na konia. Jego łuk błyszczał w słońcu, a runy pokrywające srebrną bransoletę i otok zielonego kaptura migotały milionem barw. - Jedziemy do Sthgil, tam dowiecie się reszty. Czerwona Gwardia niema tam wpływów – odparł dosiadający czarnego konia Griffin. - Tak, ale przypominam, że stacjonują tam oddziały Srebrnej Lancy – powiedział Xirtam, który nie doszedł jeszcze do siebie całkowicie. - Owszem, ale oni nic do nas nie mają – stwierdził ochoczo Dart. - Do was nie..... – odrzekł Timber.

IV.

Stghil, zwane również Miastem-Wieżą lub Twierdzą Tytanów. Jego piękno rozciąga się tuż nad kamieniołomami Akion. Cud architektoniczny mieszczący się na skalnej grani o ścianach gładszych niż lód, nawet pająk miałby problem z pokonaniem tej ośmiuset metrowej gładzi. Jak mówią ludzie, trzy miasta w jednym. Od wschodu do zachodu, ogrodzone ponad pięćdziesięciometrowym murem. Północną część miasta, oddziela od pustyni Ogham, przepaść. Umieszczone na fundamentach dawnej siedziby krasnoludów, spoziera na jej popękane i wyniszczone ziemie. Dziś podziemny pałac, funkcjonuje jako ośrodek przemysłowy miasta. Znajdująca się w nim kopalnia złota jest jedyną drogą prowadzącą do kamieniołomów. Codziennie pod ziemię schodzi ponad połowa populacji Sthgil. Co daje ogromne rezultat. Dzięki wydobywanemu kruszcowi i wielkim pokładą kamieni, miasto słynie jako jeden z największych karteli, dostarczających te materiały w głąb krain. Ponad korytarzami i komnatami kopalni, rozciąga się drugi poziom miasta, określany jako Trzon Sthgil. To właśnie tu pracownicy Dolnego Miasta relaksują się po ciężkiej pracy. Wokół doskonale wykonanego marmurowego dziedzińca - kolorowe płyty, tworzące jego wzór, układały się w godło miasta – rozrastają się spiralnie sklepiki, tawerny i stragany oferujące każdy towar, od owoców po kobiety. Zaś na północy, wschodzie, zachodzie i południu pną się ku górze fenomenalnie zdobione filary. Otoczone krętymi schodami, stanowią drogę do najdroższej i tajemniczej części miasta. Pałac Wśród Chmur, tak nazywają ją ludzie z śródmieścia. Przepiękne, lśniące w nocy, wykute z kamienia księżycowego wieże wskazują drogę zagubionym. Niżej rozpościerają się kwatery mieszkalne królów, szlachty oraz ich gości. Właśnie stąd wypływają wszelkie decyzje, dotyczące miasta. Dostępu do pałacu jak i porządku w dolnych poziomach miasta pilnują oddziały Srebrnej Lancy. Dowodzeni przez byłego palladyna Taboo, niszczą wszystko, co w ich mniemaniu jest złe. Robotnicy niższych kondygnacji, uważają Pałac za szczyt marzeń. Lecz tak naprawdę piękne komnaty pokryte złotymi posągami i jedwabnymi gobelinami nie kryją więcej niż, przeciętna nadmorska speluna. Korupcje, podłość i zdradę.

Gdy wojownicy wjechali na dziedziniec słońce stało w zenicie. - Co teraz? – spytał Xirtam delikatnie zsiadając z konia. Jego okute buty wydały cichy pogłos uderzając o marmur. - Jesteście poszukiwani przez Lancę, zgadza się? - rzekł Griffin. Złodzieje kiwnęli głową. - Więc – ciągnął dalej - ukryjcie się, za nim sprawdzą kto przyjechał, a wieczorem spotkamy się przy kopalni. Gdy dotrzemy do Aikon, powiem wam o co chodzi. Mężczyźni przystali na ten układ i widząc w oddali nadchodzących rycerzy, bezszelestnie znikli za rogiem. Żołnierze Srebrnej Lancy powolnym krokiem podeszli do stojących przy koniach wojowników. Ich lustrzane zbroje, odbijały promienie słoneczne, a długie na dwa metry piki, zakończone były szarpanym grotem. Po krótkiej rozmowie i paru wyjaśnieniach, przyjaciele znów zostali sami. Markal obserwujący odchodzących strażników, nie zwracał na toczące się wokół niego życie uwagi. Znudziwszy się dłuższym oglądaniem ich pleców, zwrócił się do Griffa. - To może wreszcie powiesz mi, co jest grane. - Podobno w tych kamieniołomach znajdują się bransolety mocy. - Bransolety mocy? – odparł zaskoczony łowca. - Ale, aby się do nich dostać, musimy przejść przez kopalnie, więc nie mamy zbyt dużo czasu – wskazując na rosnący z minuty na minutę tłum robotników. - Mam złe przeczucie, co to tego. – stwierdził stanowczo Markal – Ale zróbmy to. - Wreszcie mądre słowa! – krzyknął Bane, głaszczący uspokajająco po grzywie swego konia, który wystraszył się ubranych w maski dzieci. Uwiązawszy wierzchowce, skierowali swe kroki do pobliskiej tawerny. Wewnątrz panował gwar, robotnicy przekrzykujący się nawzajem powodowali straszne zamieszanie. Przechodząc obok jednego ze śpiących na stole, Bane pożyczył sobie jego pełen kufel piwa i z dziką satysfakcją zanurzył w nim usta. Po Kilku przepychankach i niezbyt miłych komentarzach później dotarli do wysokiej lady. Łowca zamówił piwo i dołączył do Wolfiego w jego degustacji. Griffin zaczął rozmowę z barmanką. Była nią zgrabna, ciemnowłosa dziewczyna. W jej rysach było coś pociągającego, a zarazem ostrego. Musiała być pół elfką. Dziewczyna uśmiechnęła się do nowo przybyłych i opierając się o ladę zaczęła rozmowę. - Łowcy przygód? - Aż, tak to widać? - Ciężko nie zauważyć różnicy, wśród tych zapchlonych roboli. – wskazała dłonią na salę – Przybyliście w samą porę. - W samą porę? Na co? – rzekł zaciekawiony Griff. - Jak to na co? Kopalnia zamknięta, robotnicy załamani piją całymi dniami, a w Dolnym Mieście zalęgły się koboldy. - Kopalnia zamknięta? – jego twarz zrobiła się blada jak śnieg. - Zaskoczony – rzekła cynicznie. - Trochę. Właśnie chcieliśmy zaciągnąć się do pracy. - Tak do pracy – przytaknął Bane, podnosząc z lady kolejny kufel. - Tak mi przykro mi przystojniaku – w jej głosie czuć było ironię – ale tam leży właściciel kopalni, może on wam coś powie. Jej palec przemknął nad ramieniem Darta, wskazując leżącego w rogu mężczyznę. Zauważywszy go, zrezygnowali z dłuższej konwersacji i opuścili tawernę. Na dworze panował przyjemny chłód, a wiatr smagający ich twarze uświadamiał ich, że nie śnią. Z jawnym zniechęceniem omijając pijanych mężczyzn ruszyli w kierunku umówionego spotkania z Xirtamem i Timberem.

Dochodziła północ, gdy z mroku pod schodami prowadzącymi do kwater mieszkalnych brygadzistów wyłonili się złodzieje. - I jak wam poszło – szepnęli do zmarzniętych wojowników. - Niezbyt, kopalnia zamknięta, i nie mamy jak się dostać do środka – odparł Markal – potrzebujemy klucza. - W takim razie zostawcie to specjalistą – niziołek wyszczerzył zęby. Wbiegli na schody. Ciche skrzypnięcie drzwi było jedyną oznaką obecności obcych wewnątrz kwater. Pijani majstrowie tak mocno, że nawet walący się Pałac nie postawił by ich na nogi. Cicho stąpając złodzieje rozdzielili się i zabrali się za poszukiwania. Po kilkunastu minutach znów spotkali się w głównym korytarzu. - Nic – szepnęli wzajemnie. W tym właśnie momencie drzwi za ich plecami otworzyły się i do środka wtoczył się kwatermistrz. Widząc nic niespodziewających się złodziei, rzucił się w ich stronę. Nie był jednak zbyt sprawny, a alkohol krążący w jego żyłach pogorszył, jeszcze jego kondycję. W chwili gdy uniósł pięść do ataku na niziołka, otrzymał dwa ciosy w podbródek od stojącego obok Xirtama. Złodziej poprawił jeszcze kopnięciem w żebra i zarzuciwszy nieprzytomnego robotnika na ramię, wraz z Timberem opuścił kwatery. Unosząc powieki brygadzista uzmysłowił sobie, że przywiązany jest do stalowego parkanu. Uniósł wzrok. Naprzeciw stali złodzieje. - Gdzie jest klucz do kopalni – rzekł człowiek. - Nic wam nie powiem – sapnął mężczyzna i splunął w ich kierunku. - Oj, nieładnie, nieładnie. Powtarzam pytanie poraz ostatni, gdzie znajdę klucz? - Pieprz się! Xirtam uśmiechnął się i ukucnął naprzeciw więźnia. Przyglądając się jego tłustej twarzy, założył na jego kostki dwa ciężkie, ołowiane łańcuchy. Sprawdzając jeszcze czy obroże dobrze się zatrzasnęły wstał. Podszedł do stojących opodal koni i tak, aby mężczyzna widział przymocował drugie końce do siodeł. Odwrócił się ponownie w stronę jeńca. - To jak będzie? Cisza. Xirtam, widząc brak reakcji klepnął oba zady koni, które postąpiły do przodu napinając łańcuchy. Mężczyzna uniósł się w powietrze. Poraz pierwszy na jego twarzy pojawił się strach. - Co wy robicie?! – krzyknął. - Gdzie klucz – powtórzył pytanie Xirtam. - Nie wiem, naprawdę! Złodziej znów pogonił konie. Tym razem oprócz łańcuchów napięły się również ścięgna mężczyzny. Jego mięśnie walczyły jak oszalałe z ciągnącymi go ogniwami. - Gdzie jest klucz? - W kwaterze kapitana – szarpał się więzień. Kolejny klaps, kolejny rozrywający ciało ból. W oczach brygadzisty pojawiły się łzy. - W kwaterze kapitana, za szafką! Przysięgam! – darł się przez łzy. Xirtam uniósł rękę. - Przysięgam jest tam! – krzyczał mężczyzna. Stwierdziwszy, że mówi prawdę, złodziej odpiął kajdany i podszedł bliżej. Przecinając krępujące jego dłonie więzy rzekł. - Jesteś żałosny. Teraz uciekaj stąd zanim zmienię zdanie. Tam za rogiem – wskazał palcem stojący niedaleko budynek - jest ścieżka, która doprowadzi cię do kwater. Mężczyzna zrywając się na nogi i nie zważając na ból, ruszył w kierunku wskazanym przez złodzieja. Nagle zniknął, a do ich uszy dobiegł krzyk spadającego człowieka, potem nastała głucha cisza. Za ścianą domu otwierała się, co najmniej sześciuset metrowa otchłań. Timber podszedł ostrożnie do skraju urwiska. Niziołek spojrzał na Xirtama. - Tu nie ma żadnej ścieżki. - Wiem. Jestem strasznym kłamcą. Zawrócili na pięcie i ruszyli w stronę kwater mieszkalnych. Po paru chwilach wracali z lśniącym mosiężnym kluczem w ręku.

***

Przez uchylone wielkie stalowe drzwi, do korytarza dostało się światło oświetlając wykute w litej skale, schody prowadzące w głąb jaskini. Po zamknięciu drzwi, podróżni zapalili pochodnie i ruszyli nimi w dół. Tunel był wąski i niski, chropowate ściany zaczepiały o ich ubranie. Czuć było wilgoć zmieszaną z potem. Z każdym krokiem korytarz poszerzał się, aż mężczyźni mogli w końcu iść wyprostowani. Tunel zakręcił, łącząc się z kolejnym prowadzącym do kwadratowej komnaty. Pomieszczenie wypełnione było niskimi wózkami kopalnianymi. W każdym z nich migotało złoto, gotowe do transportu na powierzchnię. Na twarzach złodziei pojawiło się nieopisane szczęście. We dwójkę podeszli do jednego z wagoników. Patrząc z zachwytem, pogładzili zawartość. Przy bliższych oględzinach zauważyli jednak, że bryły kruszcu są tak duże, że chcąc wziąć, choć jedną z nich, musieliby nieść ją razem. Ze smutkiem na twarzy, zrezygnowali i ruszyli za znikającym w tunelu krasnoludem. Korytarz nie różnił się niczym od poprzedniego. Wspierany, co pół metra stemplami prowadził do skrzyżowania w kształcie litery T. Griffin uniósł pochodnię oświetlając ściany. Na skale widniały, lekko starte, lecz czytelne napisy: Kamieniołomy i Kopalnia. - Ruszamy – rzekł skręcając w prawo. Po długim marszu poprzez wydrążone tunele, towarzysze dotarli do ciemnej, zalanej mrokiem jaskini. Z jej sklepienia zwisały monstrualnych wielkości stalaktyty. Na środku błyszczało małe jeziorko, po jego drugiej stronie rządek drewnianych beczek i połamany wagonik. Około stu metrów za wózkiem, słabo majaczyło światło. Kapiące z kopuły groty krople, rozbijając się o taflę wody, wydawały niesympatyczny dźwięk. - Jesteśmy na miejscu – oznajmił Dart – musimy tylko przekroczyć jeziorko. Griffin ruszył w stronę falującej czarnej wodzie. - Stój, czujesz! – krzyknął Markal. Zaskoczony wojownik wyjął zanurzoną, po łydkę nogę i odwrócił się do łowcy. - Co? - Ten zapach. To ropa. Zgaś pochodnię lub zmienisz się w dymiące ścierwo. Słysząc te słowa Dart, momentalnie odskoczył od bajorka i zanurzył głownię pochodni w piasku. Cichy syk, potwierdził o jej zgaszeniu. Reszta zrobiła to samo. Zapadła ciemność, nie było widać nic poza białym okręgiem w oddali. Rycerze ostrożnie zanurzyli się w stawie. Będąc już w połowie, przez kamienną salę poniósł się głośny chichot i ciche skrobanie. - Koboldy – ryknął Bane rzucając się do przodu, aby jak najszybciej opuścić lepiącą ciecz. Wychodząc na drugi brzeg, usłyszeli plusk, potem drugi i kolejny. Wreszcie było ich tyle, że nie byli w stanie ich policzyć. Koboldy ruszyły ich śladem. Były ich setki, wynurzały się z każdego zakamarka jaskini i węsząc swymi długimi nosami, pędziły w kierunku stojących po drugiej stronie rycerzy. Śliniąc się i charcząc zbliżały się szybko. Ich brudne, zapchlone łapska mąciły taflę jeziora, tworząc niewielkie fale. Te, które nie weszły do wody, czekały wyjąc na brzegu, lub usiłowały dostać się na przeciwny brzeg wspinając się na ściany groty. Kiedy pierwszy z nich osiągnął brzeg, jeszcze zanim się wynurzył, stracił głowę. Kolejny został rozpłatany na pół toporem Bane. Łowca stojący za nimi, dzięki swemu doskonałemu wzrokowi i ostrym grotom strzał, nie zezwalał na przejście następnym. Tym, którym, udało uniknąć się strzał, ginęli od ostrzy złodziei. - Jest ich za dużo, nie damy rady – darł się Xirtam wyciągając z martwego ścierwa swój miecz. - Cofajmy się ku wyjściu – ryczał Griff. - To niema sensu, one ruszą za nami – odkrzyknął Markal, wypuszczając kolejną strzałę, która ze świstem przeszyła dwa korpusy koboldów. Widząc kroczące ku sobie cztery bestie, Bane schował topór i uniósł nad głowę stojącą obok beczkę. W tym samym momencie ostrze Griffina uderzając w wyskakującego z wody przeciwnika, ześlizgnęło się z jego hełmu i uderzając o wystające skały wznieciło snop iskier. Łowca szybkim ruchem cięciwy uśmiercił napastnika Darta. Małe drgające ogniki dosięgły zmąconej ropy, w wyniku czego, całe jezioro stanęło w ogniu. Jaskinia rozbłysła intensywnym światłem ukazując hordy bestii rzucających się po stawie, próbując ugasić liżące ich ciało płomienie. Ból i przerażenie potworów mieszał się z żądzą mordu, co w tych okolicznościach wyglądało dość dziwnie. - Ha, teraz im pokazałeś Griff! – ryknął bane, ciskając uniesioną beczką w wynurzające się płonące stwory. Oślepiająca eksplozja zatrzęsła podwalinami groty. Beczka wpadająca do jeziora wypełniona była po brzegi prochem, jakiego używają górnicy do drążenia tuneli. W zetknięciu z ogniem spowodowała potężny wybuch. Fala uderzeniowa odrzuciła przyjaciół pod samo wejście do kamieniołomów. Na nieszczęście zaczepiła również o ściany i podpory groty. Jaskinia zatrzęsła się w podstawach. Raz za razem, ogromne stalaktyty odrywały się od sklepienia miażdżąc zaskoczone bestie. - Zaraz się zarwie! – ryknął niziołek. Przyjaciele poderwali się na równe nogi. Unikając spadających głazów, i przeskakując rozstępujący się pod ich nogami grunt dotarli do niebezpiecznie drgającego wyjścia. Stamtąd na powietrze. - I więcej z nami nie zaczynajcie, przerośnięte szczury! – ryczał Bane, patrząc jak wejście do kopalni robi się coraz mniejsze, aż wreszcie zanika całkowicie, wzbijając chmury pyłu. Kilka minut później, Dart uniósł ręce ku niebu i ryknął. - I jak teraz wrócimy?! Będziemy się wspinać?! – wskazał palcem za zbocze wysokości dwustu gigantów – Czy może przejdziemy przez pustynię Ogham, aż do wąwozu Penumbra! Jesteśmy straceni! – opadł bezsilny na kolana. - Spokojnie Griff, opanuj się. – rzekł uspokajająco Markal`al, kładąc mu rękę na ramieniu. - Nie, tak spokojnie! Może wreszcie ktoś wytłumaczy nam, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi – podszedł do nich Xirtam. Po krótkich wyjaśnieniach udzielonych złodziejom, przez Griffina, ruszyli wzdłuż północnej grani, gdzie jak mówił Kershaw nastąpiło obsunięcie.

V.

Po krótkiej wspinaczce i prostym odcinku drogi, dotarli do wykutych w skale drzwi pokrytych runicznym pismem. Po bokach leżały jeszcze nie uprzątnięte głazy. Biegające pomiędzy nimi szczury, piszczały na nadchodzących śmiałków. Griffin podparłszy swe boki, studiował wrota, Bane wraz z niziołkiem i łowcą spoczęli na kamieniach. - Więc jesteśmy, i co dalej? – rzekł idący na końcu Xirtam. - Próbuję dowiedzieć się jak dostać się do środka – odrzekł Dart, nie odwracając wzroku od drzwi. - Przecież to pismo magów, nigdy go nie odczytasz – zrzędził Bane. Ignorując jego wypowiedź, Griff podszedł do wrót, i położył dłonie na dwóch symetrycznie rozłożonych symbolach wiedzy. Zaparł się mocno nogami i pchnął. Drzwi nawet nie drgnęły. - Mozę trzeba wymówić jakieś magiczne hasło – rzekł obserwujący jego próby niziołek. - Jeśli tak, to możemy wracać do domu – wysapał zniechęcony pchaniem drzwi Dart. - Niekoniecznie – rzekł stojący za jego plecami złodziej. – Widzicie? Wszyscy skierowali wzrok w punkt pokazany przez Xirtama. Nie zauważyli nic prócz biegających po ziemi gryzoni. - Aha, szczury. Ładne. – powiedział ironicznie Wolfie – Ale co to ma wspólnego z nami? - Nie rozumiesz? - Bane poruszył przecząc głową. – W takim razie przypatrz się im uważniej. Krasnolud nadal nie rozumiejąc intencji złodzieja wpatrzył się w gryzonie. W momencie, gdy upatrzony przez niego futrzak znikł za głazem, Bane krzyknął o mało nie spadając z kamienia. - Ej, on wszedł w tą skałę! Xirtam zaklaskał i ostrzem swego miecza zagarnął zalegające na głazie kamyki. Ich oczom ukazał się maleńki otwór. - Teraz, gdy już wszystko jest jasne, pozostaje nam tylko odsunąć głaz i zbadać tunel. – rzekł do zaskoczonych przyjaciół – Po co magia, skoro istnieje łatwiejszy sposób – zadowolony ze swej wypowiedzi zasiadł obok łowcy. Po kilkunastu próbach zniszczenia, podważenia i przesunięcia, kamień drgnął na tyle, aby najmniejszy z nich był w stanie się przecisnąć. Timber odpiął płaszcz i podał go Dartowi. Ukucnął i niczym wąż wsunął się przez otwór. Gdy wrócił wyglądał jak rasowy górnik, czarny na twarzy i z brudnym ubraniem. Widząc oczekujących towarzyszy wyszczerzył białe zęby. - Byłem po drugiej stronie drzwi, w takim strasznie długim korytarzu, znalazłem nawet dźwignię. Myślałem, że otwiera może drzwi, ale po pociągnięciu nic się nie stało, więc wróciłem do was. Na wszystkich twarzach wpatrzonych w niego z nadzieją, pojawiło się zwątpienie. Widząc to niziołek spróbował ich pocieszyć. - Ale, może po prostu mechanizm jest stary i potrzebuje czasu – mówił do odchodzących w milczeniu przyjaciół. I tu właśnie się nie pomylił. Otrzepując swe zakurzone ubranie, kątem oka zauważył jak runy na wrotach, rozbłysły czerwonym blaskiem. Odwrócił się i upewniwszy się, że nie jest to efekt wywołany grą świateł, zawołał do rycerzy. Powoli pismo zaczynało rozświetlać kamienne drzwi, pełznąc ku symbolom, które naciskał Griff. Gdy blask dotarł do nich, drzwi delikatnie drgnęły i z głośnym hukiem, jaki najczęściej…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych