"Moje niedokończone opowieści" cz.6
Ostatni (niedokończony) tom Sagi pt. "Kroniki Krain Lhydii" - Czarny Horyzont"
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kroniki Krain Lhydii
"Czarny horyzont"
I
Kiedy późnym wieczorem dotarli do Salenhorn horyzont na wschodzie płonął czerwienią. Walverde zastanawiał się jak długo wieczne miasto Charlesdam może jeszcze opierać się najeźdźcom. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało się im ominąć patrole ożywieńców, kryjąc się we mgle płynęli wzdłuż linii brzegowej nie niepokojeni przez nikogo. Twierdzę Templarów zbudowano na niedużej wyspie niedaleko wybrzeża, gdzie prócz samego zamku z portem, powstała wioska Bregenns, w której teraz panował niezwykły tłok. Uchodźcy wszelkiej maści, którym udało się przedostać na wyspę, koczowali w zaimprowizowanych namiotach na każdym podwórku. Wśród nich najwięcej było gnomów i ludzi zamieszkujących Krainę Salen, ale można było spotkać też krasnoludów, którzy prowadzili swoje interesy niemal w każdym zakątku Lhydii. Poza nimi wyspę zamieszkiwały elfy, w tym miejscu bardzo przypominające swoim trybem życia ludzi. Mimo, iż w wiosce było wiele drzew, krzaków i krzewów a na wiosnę pewnie i kwiatów, tutejsze elfy przyjęły bardziej ludzki tryb życia: uprawiały rolę i mieszkały w drewnianych piętrowych domach. Khail jako jedyny został zakwaterowany w twierdzy, jego towarzyszy umieszczono w domu kapłana Mijamogha. Obiecał, że jak tylko się urządzi odwiedzi ich. Mały Mitch, którego Walverde uratował wraz z rodzicami w Northend (???!) bardzo się do niego przywiązał, a Khail obiecał mu, że nauczy go sztuki władania mieczem. Bardzo polubił chłopaka, to też sam nie mógł się doczekać ponownego spotkania. Tymczasem jednak Walverde stał w głównej komnacie twierdzy przy kominku, w którym ogień ochoczo tańczył niewielkim płomieniem na dużej okrągłej bali drewna. Ciepło sprawiało mu dużą przyjemność po dniach spędzonych na morzu. Rozwiesił przemoknięty płaszcz, spodni i butów na razie nie zdejmował, lecz przysunął sobie krzesło bliżej ognia i usiadł ze srebrnym kielichem pełnym gronowego grzanego wina. Czekał na Kharima de Nendala, zastępującego Wielkiego Mistrza twierdzy pod jego nieobecność. Myślał o obrońcach Charlesdam, o krasnoludach trzymających wartę przy wschodniej bramie, gdzie walczono najzacieklej. Myślał o młodym królu, o jego rannym bracie, wreszcie o przepowiedni Kharonaey, która pchnęła go w wir wydarzeń i zbiegu przedziwnych okoliczności. Pomyślał wreszcie o samym źródle tych wszystkich nieszczęść - Xenorze z Ashyrii, znienawidzonym prześladowcy i sprawcy wszelkich nieszczęść. Otwarcie drzwi wyrwało paladyna z zadumy. Do komnaty wszedł niski mężczyzna odziany w srebrno czarną tunikę o, jak zauważył Walverde, przenikliwym spojrzeniu. - Witaj w naszych skromnych progach panie - zaczął Nedal przysuwając sobie krzesło i siadając obok - Wypatrywaliśmy was już od dłuższego czasu. Nasi szpiedzy donieśli, że horda zaniechała oblężenia Charlesdam. Walverde aż podskoczył słysząc słowa Nedala. Ten uśmiechnął się smutno i kontynuował dalej: - Niestety jest to tylko przerwa w oblężeniu. Xenor kontroluje okolice wiecznego miasta. Zaniechał jedynie szturmu... - przerwał by popić z kielicha - ... Do miasta nie ma już żadnej drogi ani morskiej ani lądowej. Sam ruszył na spotkanie zjednoczonej armii krain, która zebrała się na południowych obrzeżach puszczy Charlesdam. Dowodzi tam Lewinthian z Windhiru. Nasze legiony zbierają się na wyżynie Ravenhill, Mistrz Fioldshoff dwa dni temu też tam wyruszył. Zabrał ze sobą dwie trzecie wojska Salenhorn. Jak nas zaatakują to długo nie wytrzymamy. - Zawsze trzeba mieć nadzieję - odparł paladyn - Nawet wtedy, gdy wszystko już zawiodło bracie. Czyżbyś już o tym zapomniał? - Nie, jasne dziękuję. Czasami potrzebuje takich słów. Widzisz, w naszej sytuacji pozostaje nam ucieczka jedynie do Indirland, dalej już się cofnąć nie da. Zakon powstał by bronić Krainy przed wszelkim złem, lecz niestety z Xenorem przegrywamy i to na razie wyraźnie. - To prawda, jeśli horda dotrze do Indirland to nie będzie już gdzie uciekać. Wszystko w rękach Kharonaey. - Tak, wszystko w rękach Świętej Pani. Powiedz mi jakie masz plany - Nedal zmienił temat i rozlał wino do kielichów. - Chciałbym tu odpocząć kilka dni i ruszyć dalej do Earthland. Chyba, że i tam horda dotrze przed nami. Wówczas wywiozę chłopca do Indirland, tam pod opieką kapłanów będzie bezpieczny. Przynajmniej przez jakiś czas. Walverde rozejrzał się po komnacie. Musiał przyznać, iż tutejsi rycerze całkiem ładnie urządzili tę salę. Z wysokich okien zwisały biało - czarne zasłony z herbami zakonu, a pod krótszymi ścianami ustawiono przeróżne humanoidalne posągi i stojaki, na których powieszono zbroje. - Jest tu ktoś kto chce się z wami spotkać - zaczął po chwili Nedal, widząc zdziwiony wzrok paladyna pośpiesznie wyjaśnił: - Bettlehorn przybył tu przed tygodniem. Chce zobaczyć chłopca. Walverde przerwał podziwianie komnaty i spojrzał na Nedala. Ten uśmiechnął się i dodał: - Rano możesz go spotkać w świątyni. Pomaga uchodźcom. - Stary dobry Roh Bettlehorn. Nie widziałem go od ośmiu lat. Zapewne się wcale nie zmienił. - Troszkę posiwiał i brodę ma jakby dłuższą - wyjaśnił Nedal. - Jak byłem mały, na Indirlandzie, Bettlehorn odwiedzał mnie i innych młodych chłopców. Zawsze powtarzał, że pani Kharonaey będzie miała z nas duży pożytek. Później nauczał mnie zaklęć w szkole przy klasztorze. Mawiał: "Cierpliwość to największa z cnot! Każdy kto chce nauczyć się zaklęć i przywołań najpierw musi się nauczyć cierpliwości!" Rozmawiali tak jeszcze do północy. Wreszcie zmęczenie dało się Walverde we znaki. Nie mógł opanować już ziewania, więc grzecznie podziękował i odprowadzony przez gospodarza udał się do przygotowanej dlań skromnie urządzonej celi. Nazajutrz Walverde zbudził się grubo po południu. Przekąsił coś naprędce przechodząc przez kuchnię i udał się prosto do świątyni, która niczym budowla z innego wymiaru górowała nad wioską. Usytuowana na niewielkiej górce stanowiła sama w sobie doskonały punkt do obrony. Przed budynkiem krzątało się wiele osób a wśród nich kilku kapłanów, którzy nieśli pomoc przybyłym uchodźcom. Paladyn nigdzie jednak nie widział swojego dawnego nauczyciela. Podszedł do jednego z kapłanów i zapytał. - Jest w środku w świątyni, przygotowuje napar dla jednego z chorych. Znalazł go w niszy za ołtarzem. Wokół roztaczał się przyjemnie kojący zapach lasu. Stał tyłem i nie odwracając się od kociołka powiedział: - Witam mojego najzdolniejszego ucznia! - I ja witam cię przyjacielu. Uściskali się mocno. Bettlehorn przez chwilę przyglądał się paladynowi. Po czym po tych oględzinach stwierdził z rozbawieniem: - Zmizerniałeś chłopcze. Może powinienem przyrządzić ci napar z ziół? - Nie, dziękuję. Jestem już dorosły i sam sobie przyrządzam ziółka. Obaj parsknęli śmiechem. Starzec zaprosił paladyna do ciosanego stolika. Wyjął z szafeczki karafkę z winem i dwa kubki. Przez ponad godzinę popijali i wspominali dawne czasy, aż wreszcie starzec powiedział: - Moglibyśmy tak gadać i gadać a dnia i nocy by nie starczyło. Przejdźmy jednak do sedna sprawy. Jesteś pewien, że chłopiec jest następcą? - Sam to wyczujesz jak go zobaczysz. Jesteś bardziej wyczulony na magię niż ja, a ja go wyczuwam. Poza tym ma znak na przegubie. - Powiadasz, że Xenor dosiada Yendhora, strażnika kurhanu Ashtara - w zamyśleniu pogładził swoją brodę. - Na razie nie ma recepty, by go dopaść. Ma artefakty, które dają mu niewyobrażalną moc. Jest niemal nieśmiertelny. - Trzeba zwołać naradę w Earthlandzie. Zajmie to trochę czasu nim wszyscy bracia kapłani się zbiorą. - Chodźmy - Walverde podniósł się - Zobaczymy co porabia nasz mały wybraniec. Zastali go na podwórzu, gdzie bawił się z innymi dziećmi. Krzyknął uradowany na widok Paladyna i podbiegł do nich wymierzając Khailowi kuksańca. - Kiedy mnie nauczysz bić się na miecze? - spytał. - Już niedługo, może nawet dzisiaj. - Teraz! Teraz! - Spokojnie Mitch. Wpierw chciałbym ci kogoś przedstawić - Walverde wskazał kapłana, który uśmiechnął się dobrodusznie. W tej chwili dało się wyczuć delikatne drganie powietrza. Starzec przymknął powieki. Gdy je otworzył szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy. Spojrzał na Paladyna, który również się uśmiechnął i powiedział do chłopca: - Biegnij do kolegów. Po południu poćwiczymy. Chłopiec uradowany pobiegł pochwalić się kolegom. Walverde z Bettlehornem stali jeszcze obserwując go. - Wyczułeś prawda. - Tak ma w sobie moc. Trzeba będzie przeprowadzić kilka testów. W Earthland są odpowiednie sprzęty. Kim są rodzice? - Prowadzili gospodę przed przybyciem Xenora. Są jedynymi, którzy przeżyli jego... Powrót. - Chłopiec dużo przeszedł. Na szczęście dzieci szybko zapominają. Mitch zdążył już opowiedzieć kolegom przygody jakie przeszedł i to, że Paladyn obiecał go nauczyć walczyć. Teraz biegali z wystruganymi z drewna mieczykami udając rycerzy. Przez następne kilka dni odwiedzali chłopca jeszcze kilka razy. Walverde uczył go fechtunku, kapłan przyuczał zielarstwa. Oczywiście Mitch chętniej i szybciej uczył się władania mieczem, ale i w zielarstwie czynił postępy. Potem wraz z dziećmi kontynuował trening na podwórku. Pogoda była coraz gorsza. Po niebie ciągnęły ciężkie ciemne chmury, z których padał gęsty śnieg. Temperatura spadała z dnia na dzień. W miejscach namiotów wznoszono naprędce budynki, w których kwaterowano uchodźców. Sytuacja stawała się coraz cięższa.
***
II
Marznący śnieg przyklejał się do pancerzy i kolczug. Przemarznięte wojsko zmęczone oczekiwaniem na bitwę zaczynało się niecierpliwić. Coraz trudniej było na nim zapanować. Mnożyły się przypadki dezercji, wzajemnych potyczek i sądów polowych. Wreszcie po tygodniu oczekiwania. Jeden z wysłanych na zwiad patroli przyniósł wieści o zbliżającej się hordzie nieumarłych, orków i przeróżnych sprzymierzeńców Xenora. Król Lewinthian zarządził pełną gotowość i zwołał czym prędzej wszystkich wodzów na odprawę. Gdy wszyscy zebrali się w jego namiocie bez zbędnych ceregieli rozpoczął: - Drodzy przyjaciele, krainy znajdują się w potrzasku. Z północy nadciąga nawałnica Xenora, której tutaj wydamy decydującą bitwę. Od południa jego ziomkowie też szykują atak. Dlatego mimo sprzeciwu niektórych z was wysłałem tam kolejne posiłki dla Templarów pilnujących tyłów. - Nie godzi się samowolnie rozporządzać siłami - sprzeciwił się Lokher ad Engelheard, władca sąsiadującej z Charlesdam Krainy Everwood. Zawtórowało mu kilku pomniejszych książąt. Zapanował się ogólny harmider. Lewinthian usiadł zrezygnowany i ukrył twarz w dłoniach. - Uspokójcie się! - sędziwy szlachcic i zarazem Naczelny Mistrz Sił Zakonu Templarów, książę Nilf Appendale trzasną płasko mieczem w stół - Zachowujecie się jak baby na targowisku! Poczerwieniała od gniewu twarz Mistrza wyrażała chyba pogląd reszty przywódców nie protestujących przeciwko decyzji Lewinthiana. Kiedy zapadła cisza Appendale kontynuował spokojniejszym głosem: - Nie możemy pozostawić tyłów bez ochrony. Wszystkim przyświeca jeden cel. Musimy zatrzymać hordę. Bez względu na ofiary jakie możemy ponieść - powiódł wzrokiem po tych, którzy podnieśli przed chwilą raban - Ale chyba nie wszystkim z nas na tym zależy. Zrozumcie. Jeśli Xenor przejdzie przez nas nie będzie już czego bronić. Nikt więcej się już nie odezwał. Lewinthian wstał skinieniem głowy podziękował Mistrzowi Templarów i powiedział: - Wybraliście mnie na wodza. Teraz jest już za późno by coś zmienić. Jeśli nikt nie ma nić przeciwko temu, proponuję by jazda Zakonu Kharonaey umieścić na lewej flance, na prawej zaś staną jeźdźcy króla Engelhearda i księcia Preamonna. Ruszajmy! Niech bogowie nas wesprą swą mądrością i łaską. Przejaśniło się nieco. Śnieg padał mniej dokuczliwie, a wiatr nie dął już z taką siłą. Lewinthian wraz ze swoim sztabem zajął miejsce na niewielkim wzniesieniu skąd roztaczał się widok na wyżynę Ravenhill, gdzie zebrały się zjednoczone wojska Krain Lhydii. Na przedzie ustawiono uzbrojone w kosy i siekiery pospólstwo oraz regularną piechotę: pikinierów pod sztandarami Lewinthiana z Windhiru, Leona de Baarkhadda i Haklla z Southville. Razem z nimi postawiono krasnoludzkich toporników pod dowództwem Williama z Hammeru i elitę gwardii króla wschodniej krainy Myrd, Sorrena Hollowdsena. Za nimi na skrzydłach ustawiono zastępy łuczników i kuszników z Heall i południowego Shivas oraz zaprawionych w niedawnej wojnie kathariańskiej kuszników księcia Dinnara z krainy Abadoonth. Wspierali ich łucznicy z zachodniego wybrzeża, elfy pod dowództwem Księcia Amvinna. Przed namiotem Lewinthiana czekała na sygnał do ataku cała jazda (ponad dziesięć tysięcy) podzielona odpowiednio na lekko zbrojną, dalej stali konni łucznicy i na końcu, niemal przy samym królu, gotował się ciężkozbrojny kwiat rycerstwa krain. Widok ten napawał wodzów dumą i przekonywał o sile i mocy wojsk, wśród których krzątało się całe mnóstwo kapłanów najróżniejszych religii i wierzeń oraz kilku nadwornych magów pod przewodnictwem najsłynniejszego z nich, doradcy króla Lewinthiana, Matthissa z Purpurowych Pól. Ogółem na Ravenhill zgromadzono około czterdziestu pięciu tysięcy wojska. Naprzeciw z głębokiej puszczy wyjechało w trzech różnych miejscach kilku lekko uzbrojonych jeźdźców ściganych przez dosiadających wielkich wilków orków. Jeźdźcami byli wysłani niedawno zwiadowcy. Wśród wojsk podniósł się tumult. Wszyscy wyczekiwali w napięciu. Lewinthian rozkazał by oddział konnych łuczników wyjechał przed piechotę. Kiedy zwiadowcy minęli linię strzału z łuku wiadome już było, że zdołają umknąć pogoni. Znane z zaciętości orki pogoniły swoje wilki dalej za uciekającymi. Rozkazano otworzyć ogień. Grad strzał posypał się na orków, którzy padali zabici tuż za plecami zwiadowców. Reszta orków, którym przewodził dosiadający największego wilka, przystrojony w purpurowy płaszcz ork. Podniósł się pełen radości krzyk gdy ocaleni dotarli do pierwszych szeregów zjednoczonych wojsk. Ork zawrócił swoich jeźdźców w kierunku ściany lasu, gdzie zbierała się już szybko gęstniejąca mgła. Zwiadowcy przybyli do Lewinthiana. Byli zmęczeni i brudni jednak trzymali się prosto. Było ich sześciu, czyli połowa z wysłanego na zwiad oddziału. - Wszystko spowija ta przeklęta mgła, najjaśniejszy Panie - rozpoczął kłaniając się dowódca zwiadu - Zapuściliśmy się w nią. Kazałem się ludziom rozdzielić. Po trzech. Konie zostawiliśmy na skraju lasu. Weszliśmy w głąb. Niewiele było widać, za to odgłosy sprawiały, że włos się jeżył na karku. Wycie wilków i potępionych, wrzaski orków i przemienionych i smród, z wiatrem nadchodził zgniły smród. Władca stał milczący przysłuchując się raportowi zwiadowcy, którym na samo wspomnienie wstrząsały dreszcze. Lewinthian zauważył w jego oczach strach. Nie był to strach przed wrogiem. Tego był pewien. Był to strach przed niezbadaną siłą, na którą natknęli się w lesie. - Dotarliśmy na odległość dwustu kroków w głąb gęstwiny, kiedy nagle ni stąd ni zowąd mgła przerzedziła się. Zobaczyliśmy całe zastępy orków, ożywieńców i innych przerażających stworów. Najjaśniejszy Panie, nie bierz mnie za tchórza, ale maszeruje na nas wszelkie plugastwo Krain i jeszcze coś. Coś bardzo złego, mrocznego z samych czeluści piekieł - żołnierz zadrżał mimo woli - Nie można tego było dostrzec, lecz dało się wyczuć tą siłę i najczystsze zło! Wtedy to jadący na przedzie orkowie jakby pod wpływem jakiegoś rozkazu z marszu rzucili się za nami. Straciłem połowę oddziału nim dotarliśmy do koni. Wybacz królu, daliśmy się zaskoczyć - zakończył i złożył ukłon. Zwiadowcy oddalili się by dołączyć do swoich oddziałów. Cała armia była w stanie pełnej gotowości, konie parskały podniecone, słychać było ciche modlitwy i zaklęcia kapłanów. Mgła nasilała się, gdy nagle ponad wierzchołkami drzew podniósł się niewyraźny cień. Rósł coraz bardziej w miarę jak się zbliżał. Kiedy dotarł do granicy lasu wojska Lewinthiana przeszył strach. Ich oczom ukazał się Lord Xenor z Ashyrii. W purpurowym płaszczu, niczym demon dosiadał lodowego smoka Yendwilla. Z niewyobrażalną prędkością przeleciał nad zebraną armią. W górze zabrzmiał przerażający śmiech. Wszyscy zastygli w bezruchu. Niektórzy chowali głowy, inni uciekliby już dawno gdyby nie karność dowódców pokrzykujących na swoich żołnierzy: - Trzymać szereg! Jeśli który zacznie uciekać osobiście zabiję! Smok tymczasem zatoczył koło i wracał obniżając lot. W głowach wszystkich rozległ się przypominający zgrzyt kamiennych płyt głos: - Ludu Krain, zaprzestań oporu, który jest daremny. Pogorszysz tylko swoją sytuację. Zaniechajcie oporu! Ukorzcie się przed spadkobiercą Ashtara! Lewinthian wystąpił przed szereg pobladłych dostojników i ryknął na całe gardło: - Ludy Lhydii! Nastała chwila naszej chwały lub śmierci! Stoimy przed wyborem niewolniczej śmierci w służbie diabła lub chwalebnej z pieśnią na ustach w obronie naszych domów! Odwagi i siły bracia! Za wolność! Za honor! Wbrew oczekiwaniom podniósł się najpierw cichy szmer a później pełny dumy i mocy okrzyk zdecydowanych na śmierć wojowników. - Wybraliście! - rzekł Xenor - Nikt z was nie powróci już nigdy do domu! Cień smoka przeleciał ponownie nad głowami wojska. Gdy ponownie osiągnął ścianę lasu smok przeciągle ryknął głosem tak potężnym, że ziemia zatrzęsła się w posadach. Był to sygnał dla hordy, która ruszyła do ataku. Z pomiędzy drzew wybiegły setki a później tysiące przeróżnych stworów. Z prawej strony uzbrojone orki, w środku przemienieni ludzie z północy, z lewej najprzeróżniejsze stwory, przywołane przez pana ciemności i z dzikim wrzaskiem ruszyły na wojsko Lewinthiana. Pierwsze szeregi hordy załamały się pod gradem bełtów kuszników, którzy ze skrzydeł otworzyli ogień wspierani prze magów wypuszczających ogniste kule i błyskawice. Dalsze szeregi hordy tylko na moment zwolniły, lecz pchane jakąś niewidzialną siłą szybko wyrównały morderczy pęd. I tym razem kolejne szeregi nieprzyjaciela padły pod gradem strzał wystrzelonych przez łuczników. Zwłaszcza elfy słynące przecież z celnego oka siały śmierć w szeregach wroga. W dalszym ciągu jednak z lasu wybiegały kolejne zastępy armii ciemności i jak przypuszczał Lewinthian, była to na razie forpoczta właściwych sił Xenora. Lewinthian spojrzał na umocniony szereg stojący na samym przedzie piechoty. Wydawało się, że stoją spokojnie i karnie, oczekując na cios hordy. Ale król doskonale wiedział co dzieje się w umysłach tych żołnierzy. Tymczasem napór hordy zwiększył się i jasne stało się, że nie da się długo trzymać jej na dystans. W chwilę potem stało się. Pierwsze szeregi hordy ścięły się z piechotą królewską. Szczęk stali krzyki i nieludzkie wycie podniosło się nad wyżyną. W tym momencie pojawił się ponownie Xenor na swoim smoku, który zionął swym oddechem nie bacząc na własne wojsko. Większość pospólstwa i spora część pikinierów legła bez życia. W odpowiedzi w stronę smoka poleciał grad strzał, Xenor jednak sprawnie manewrował swym wierzchowcem unikając zagrożenia. Cały czas zanosił się szaleńczym śmiechem. Król rozkazał piechocie ruszyć naprzeciw nowym oddziałom hordy, wśród której nadal spustoszenie siali łucznicy. Pierwszy szereg: połączone resztki pospólstwa i elita gwardii z Myrd pod osłoną kuszników i łuczników ruszyły na wroga miażdżąc jego przednie formacje. Orkowie zawrócili i poczęli się wycofywać. Lewinthian zrozumiał, że może teraz zadać hordzie poważne straty. Puścił do boju krasnoludy, które swym impetem rozniosły wszystko co znalazło się w zasięgu ich toporów. Wróg cofał się. Zadęto w rogi Piechota Zjednoczonych Krain zawróciła na wcześniej przyjęte pozycje. - Raport! Raport! - krzyczał król. W następnej chwili jeden z jego generałów zaczął meldować: - Siedmiuset chłopów legło. Około dwustu dwudziestu pikinierów. Trzech krasnoludów. Straty wroga znacznie wyższe. Zbocze niewielkiego wzgórza zalegały teraz trupy w większości orków, ożywieńców i człekokształtnych istot przywołanych przez nekromantów Xenora. Władca zdawał sobie jednak sprawę, że to dopiero początek, swojego rodzaju badanie przeciwnika przez czarnoksiężnika. Prawdziwe natarcie miało dopiero nadejść.
***
III
W leśnej gęstwinie Xenor zgromadził większość swojej armii, która z dnia na dzień rosła w siłę. Rozesłane we wszystkie strony Krain mroczne legiony zbierały nowe siły i wcielały je w skład zastępów Czarnoksiężnika. Każdy zdolny do noszenia broni był przemieniany przez nekromantów Lorda i dołączał do zbierającej się hordy niedaleko Ravenhill. Czas działał na korzyść hordy, z każdym kolejnym dniem jej szeregi powiększały się. - Panie, pierwsze oddziały zostały rozbite - oznajmił sługa imieniem Anarthar, kiedy Xenor wylądował na leśnej polanie. Yendwill przysiadł na tylnych łapach, a wokół niego trawa pokryła się szronem. Przymocowane do grzbietu smoka siodło świeciło zimnym blaskiem dzięki wszytym w skórę diamentom. - Przygotujcie drugie natarcie - odpowiedział zdawkowo mroczny władca szeptem, na dźwięk którego po plecach przechodził zimny dreszcz. Sługa wycofał się zgięty w pół. Wokół gromadziły się przeróżne stwory gotowe na jedno skinienie Czarnoksiężnika wskoczyć w ogień. Pełno było zdradzieckich orków, które od zawsze nienawidziły innych ras. Stawiały nowe szałasy i spichlerze i zbrojownie, gdzie horda gromadziła zapasy i oręż. Ożywieńcy - martwe istoty przywrócone do życia przez nekromantów Xenora snuły się bez celu po obozie oczekując na rozkaz ataku od swojego pana. Ludzie, którzy zostali przemienieni, zmieniali się w bezduszne stwory i z każdym kolejnym dniem stawali się coraz bardziej oddani nowemu władcy. Czarnoksiężnik przeszedł do największego z wybudowanych przez orków budynku. W środku oprócz zbitych niedbale podstawowych sprzętów nie było żadnej innej rzeczy poprawiającej wygodę czarnoksięskiego lokum. Xenor nie przywiązywał do tego żadnej uwagi, gdyż wiedział, że niedługo zasiądzie na tronie w stolicy Earthland. Do środka bez słowa weszło trzech innych odzianych w czarne habity z kapturem nekromantów. Byli to generałowie odpowiedzialni za każdą z ras walczących po stronie armii ciemności. Wyglądali niemal tak samo: łyse pokryte skomplikowanymi tatuażami głowy, chude i blade od przebywania w ukryciu twarze. Każdy z nich dzierżył w ręku laskę podobną do tej, jaką miał Xenor. Tylko, że ich laski posiadały mniejszą moc. Jedynie laskę Czarnoksiężnika obłożono najmocniejszymi zaklęciami, dzięki niej Xenor mógł kontrolować pozostałych czarowników. Pochylili się nad mapą przedstawiającą najbliższą okolicę. Zaznaczono na niej pozycję i rodzaje wojsk obrońców. Czarnoksiężnik nie chciał dopuścić do powtórzenia sytuacji z oblężenia Charlesdam, którego póki co musiał zaniechać. Największe miasto krain było wspaniałą budowlą elfów, to też zdobycie tego miejsca Xenor odłożył w czasie na później. Poza tym jego siły kontrolowały już całą północną część Lhydii. Od wschodniego pasma nieprzebytych gór Paranooru do zachodniego wybrzeża Krainy Salen. W każdym większym ośrodku Czarnoksiężnik obsadzał swoich namiestników, którzy dbali o to by niczego nie zabrakło armii hordy i jej władcy. Na mapie zaznaczono również przybliżoną liczebność wojsk władców Krain. Czarnoksiężnik uśmiechnął się stwierdzając na głos: - Przewyższamy ich trzykrotnie liczbą moi czarci przyjaciele. Główne natarcie poprowadzimy z prawej strony, mają tam psie zastępy Kharonaey. Jak oni padną. Padną przed nami wszyscy. Xenor myślą przywołał sługę, małego ale wyjątkowo wrednego orka, który po chwili wszedł do środka z dzbanem wina. - Wyborne wino z piwnic Northernhill - oznajmił sługa. - Mroddigusie, razem z hordą Bhallessa uderzycie jako pierwsi na Templarów. Chronią ich zaklęcia przed lodem, więc tam ja nie uderzę. Razem orki i przywróceni zajmą na dobre jazdę zakonu. Wtedy ja i Xollomius ruszymy od czoła wilczą hordą. Na prawe skrzydło przywołam lisza. Nim się zorientują z kim mają do czynienia zdąży zadać im duże straty. Potem skieruję na nich nieumarłych. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Sługa oznajmił przybycie jeszcze jednego sprzymierzeńca. Po chwili do środka cicho wszedł smukły mężczyzna, którego twarz przed światłem dnia chronił zgnito zielony kaptur. - Marthie ard Salley, do twoich usług. - Czarne słońce elfów! - krzyknął z przesadą Czarnoksiężnik - Cieszę się, że dobrze wybrałeś książę. - Nie jest to kwestia wyboru - odparł elf zdejmując kaptur - Mój lud nienawidzi sługusów Kharonaey, a i od ludzi zaznaliśmy wielu krzywd i upokorzeń. - Będziesz miał okazję do wyrównania rachunków elfie. - Zatem łuki Sardthe Salley należą do ciebie. - Jaką masz siłę? - Trzy tysiące. - Wesprzesz środek w drugim natarciu. - Na chwałę czarnego słońca. Elf o ciemnej szarej karnacji miał długie równie wyblakłe, prawie szare włosy upięte z tyłu głowy w gęsty warkocz. Spod płaszcza wystawała czarna płytowa zbroja. Na plecach zaś przewieszony miał misternie wykonany łuk. Na tym Xenor zakończył spotkanie. Cała piątka wyszła z budynku i rozeszła się do swoich oddziałów. Czarnoksiężnik przystanął jeszcze na chwilę i spojrzał na gotującą się do wymarszu armię. Uśmiechnął się wrednie. - Lordzie, co zrobić z pojmanymi zwiadowcami? Spojrzał na sługę, który wskazywał na dwójkę jeńców przywiązanych do drzew na granicy polany. - Na pal - odparł i wspiął się na swojego wierzchowca dając sygnał do wymarszu. Na skraju lasu gromadziły się siły Xenora szykując się do decydującego natarcia. Mroddigus i Bhalless wcześniej poprowadzili lasem orków i przemienionych ludzi w pobliże prawego skrzydła obrońców, gdzie stacjonowała ciężka jazda dowodzona przez Naczelnego Wodza Sił Zakonu Kharonaey - Nilfa Appendale. Xollomius i mroczny elf dowodzili największą ilością hordy, wśród której pomniejsi dowódcy krzątali się pokrzykując na podkomendnych. Sypał lekki śnieg. W pewnym momencie padł na nich cień. To Xenor dosiadający Yendwilla przeleciał nisko nad drzewami. Zerwał się wiatr. Wojsko ciemności podniosło bojowy okrzyk. Odezwały się bębny rogi orków. Przeciągły ryk smoka obwieścił sygnał do ataku. Popędzana batami armia z dzikim wrzaskiem ruszyła na umocnienia wojsk królestw Lhydii. Tak jak przy poprzednim ataku pierwsze szeregi hordy padły pod gradem strzał i grotów królewskich. Lecz w tej samej chwili prowadzeni przez Mroddigusa i Bhallessa przemienieni i orki uderzyły na zgrupowanie jazdy Templarów. Podniósł się wielki zgiełk. Żołdacy hordy z furią rzucili się do boju. Świetnie wyszkoleni zakonnicy szybko otrząsnęli się z początkowego zaskoczenia i sprawnie odparli atak. Jednak jasne stało się, iż nie będą już mogli wspomóc piechoty. Xenor natarł na łuczników. Nie dbał o siebie i smoka, którego lodowy oddech siał spustoszenie w szeregach obrońców, gdyż nawet specjalne strzały elfów nie mogły im uczynić żadnej szkody. Magowie królewscy nie nadążali z rzucaniem zaklęć ochronnych a tym bardziej ofensywnych. Czarnoksiężnik jakby od niechcenia wykrzyczał zaklęcie. Głownia jego laski rozjarzyła się by po chwili w kierunku Matthissa z Purpurowych Pól wystrzeliła jaśniejąca błyskawica. Mag w ostatniej chwili zdołał odbić czar, który eksplodował niedaleko w lesie. Po obu stronach trwała zacięta walka. Widząc, że horda związała walką Templarów Lewinthian zdecydował się wzmocnić środek jazdą lewego skrzydła. Na to czekał Xenor, który dał sygnał Xollomiusowi i elfiemu księciu do ataku odwodami. Z lasu wyjechała licząca ponad dziesięć tysięcy orków wilcza jazda. Nie niepokojona przez nikogo z impetem natarła na szeregi obrońców niemalże miażdżąc piechotę królewską. Tylko krasnoludzcy topornicy nie stracili zimnej krwi i zwartą grupą stawiali zacięty opór najeźdźcom. Wilki rozrośnięte dzięki czarom nekromantów były wielkim zagrożeniem dla piechurów. Nawet ranne były szalenie niebezpieczne.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Karol Wredny
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…