Most
Lekka głupawka wrocławska
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
MOST
Pojedynczą nitką samochody pchały się powoli przez most Grunwaldzki . Znudzony grubas w pomarańczowym kubraczku puszczał je to wahadłowo to w tą to w tamtą stronę. W spiekocie południa korek sięgał po horyzont a asfalt radośnie bulgotał między krawężnikami. W powietrzu wisiał smród roztopionej nawierzchni i spalin. Obok zapakowanych w świecące wozy garniturowców chodnikiem zasuwał tłum dreptaczy. Usamochodzeni siedzieli na przepoconych fotelach dumnie wykonując gesta dla nich typowe. Wystawiali łokcie, palili papierosy przeciągłe i patrzyli głównie wyniośle. Dumni byli okrutnie, durnowato nie zdając sobie sprawy, że oto siedza jak te głąby w metalowych puszkach i przesuwając się 15 metrów na minutę wdychają własne smrody. Na pasie obok prace wrzały. Robotnicy prężąc muskuły przerzynali skomplikowanymi przyrządami różne, poważnie wyglądające rzeczy. Roztapiali i wylewali inne, głównie śmierdzące rzeczy do szczelin, dziur i w ogóle wyglądali bardzo profesjonalnie. Zdawali sobie z tego sprawę, więc na oczach przechodniów i kierowców wykonywali swoje czynności z minami nad wyraz dostojnymi. Inżynierowie stali nieopodal najczęściej ściskając w dłoniach bardzo skomplikowane arkusze planów. Plany były straszliwie skomplikowane, składały się na nie przeróżne kreski, kółeczka i w cholerę cyferek. Na planach nie znał się właściwie nikt i nikomu to nie przeszkadzało. Inżynierowie robili to co wychodziło im najlepiej: patrzyli w plany marszcząc czoło albo i całą twarz i od czasu do czasu wskazywali z powagą palcem w którąś z części mostu. Nie miało znaczenie czy ktoś za tym palcem podążał wzrokiem czy nie. Wskazywanie z poważną miną było głównym zajęciem i powodem zawodowej dumy inżynierów.. I tak prace toczyły się płynnie i z niezbędną profesjonalną powagą. Wciśnięty w swój przymały samochodzik 46 letni Ludwik Z., z zawodu monter konstrukcji linowych sunął przez most sennie z otwartymi, z ogłupienia, ustami. Wspominany powyżej żar lał się z nieba bezlitośnie. Ludwik spojrzał bezmyślnie na chodnik po drugiej stronie mostu i z wrażenia otworzył gębę jeszcze szerzej. Oto stała tam najpiękniejsza kobieta jaką w życiu montera konstrukcji linowych widział. Stała i patrzyła na niego uśmiechając się czarownie. Wszystko w niej było idealne i włos i kibić i wogóle. W oczach jej ujrzał Ludwik morze rozkoszy i obietnicę nieludzkiego szczęścia…. Zamglonymi oczyma wyobraźni widział już różami obrosły biały domek, dziadki i talerz zupy pomidorowej. W tym, momencie nastąpiło wielkie bum i bezmiar szczęścia rozprysł się o wyjeżdżający z podporządkowanej wóz asenizacyjny z pompą próżniową. Następnym co Ludwik zobaczył była wykrzywiona grymasem złości twarz Józefa G., kierowcy rzeczonego wozu. Józef ważył 110 kilo, był wściekły i aktualnie ściskając metalowy przyrząd podłużny szybkim krokiem zbliżał się do Ludwika. Oderwany od wizji kobiecego ideału wprost w nalaną gębę wściekłego Józefa G. Ludwik zdołał jedynie jęknąć żałośnie i wyjrzeć z dymiącego wraku w stronę tej jedynej. Ideału i esencji, choć przez chwile jeszcze ją zobaczyć, raz jeszcze poczuć zapach pomidorowej…. Jej jednak już nie było….
W tym samym czasie w odległej dzielnicy po monumentalnych schodach Zarząd Dróg i Komunikacji we Wrocławiu ściskając skórzaną teczkę piął się Henryk J. Szedł pewnie sadząc kroki długie i sprężyste. Henryk był człowiekiem w wieku ogólnie, lekko późnośrednim. Na głowę łysiejącą już nieco wcisnął beret a włosy porządnie wyszczotkował. Wszedł krokiem pewnym i bez pukania do gabinetu kierownika działu remontów budowli wodnych i siadł naprzeciw niego. Zaraz za nim do gabinetu wpadła z rozwianym włosem sekretarka, którą Henryk z wredną premedytacją minął bez słowa. Widząc go siedzącego naprzeciw kierownika nie wiedząc co robić głupkowato się uśmiechnęła szczerząc urocze śnieżnobiałe ząbki i wycofała się dalej piłować to co tam wcześniej piłowała. W momencie najścia kierownik tkwił w miłym półśnie. Rozparty za biurkiem w swoim uroczym, przestronnym biurze dał się ponieść marzeniom a jeszcze większym i przestronniejszym. O meblach bardziej lśniących, żaluzjach bardziej żaluzjowatych i małym abażurowatym, metalowym koszu na śmieci, do którego mógłby wrzucać odrzucone podania i prośby. Właściwie władzę miałby już taką, że mógłby wrzucać cokolwiek by zapragnął. Ta wizja napełniła go takim szczęściem, że uśmiechnął się odruchowo i szeroko. Dopiero w tym momencie zauważył Henryka. Oto siedział naprzeciw niego człowiek mały, szary, w berecie ściskając do piersi skórzaną teczkę. Kierownik jęknął smutno. - W czym mogę pomóc? Henryk poczuł się niezręcznie. To było jedno z pytań, których wolał nie słyszeć. Gdzieś w głębi czuł, że może sprawa da się wyjaśnić sama bez krępujących szczegółów…. - Właściwie – wiercił się i niezręcznie dobierał słowa – chodzi mi o to, że tak ogólnie to chciałbym dla was pracować…. W gruncie rzeczy kierownik uważał się za człowieka poczciwego i uczynnego. Spojrzał okiem troski pełnym na lśniące korytarze, gdzie snuły się ponętne, długowłose panny tuptając wte i wewte i kserując to i tamto cały dzień. Młodziankowie wbici w garnitury z przepisowym identyfikatorem na piersi i butelką żelu w lokach wałęsali się stadami, dostojnie sprawiając wrażenie zapracowanych. Dystrybutory lśniły dystrybuując co się da a klimatyzacja mruczała namiętnie. Kierownik westchnął zadowolony. Wszystko było jak trzeba. Tym bardziej zasmucił go widok nieogolonego jegomościa z beretem. Henryk podążył za strapionym wzrokiem kierownika, odkrył powód smutku i zarechotał zakrywając usta chropowatymi dłońmi. - Nie, ja nie chce tu pracować hehe, gdzie mi tam tu… ja bym bardziej chciał wykonać dla was zlecenie…. - Acha – ożywił się z ulgą kierownik. A więc to podwykonawca. To by się zgadzało. Ten beret, tak. To najpewniej architekt albo cos takiego. A może wykonawca skomplikowanych planów? Kierownik powiercił się na krześle zaintrygowany. Urząd zawsze potrzebował nowych planów. Im bardziej skomplikowanych tym lepszych. Codziennie wysyłali na budowy zwoje wypełnione liniami, kółeczkami i mnóstwem cyferek. Tak , kierownik uwielbiał mnóstwo cyferek. Teraz w sezonie zawsze ich brakowało. - Jakie prace pan wykonuje? – uśmiechnął się oficjalnie. - Właściwie to ja chciałbym zgłosić się jako pierwszy do rozwiązania problemu, który najpewniej wkrótce będziecie mieli. Kierownik zgubił wątek i skrzywił się czując, że dziwnie traci kontrolę nad rozmową. - Nieszczególnie rozumiem. Można jaśniej? - Można, można – mruknął do siebie Henryk. I tak do tego musiało dojść. Wziął wdech i wyrzucił z siebie: - Macie przebudowe mostu Grunwaldzkiego? - A tak, najważniejszy projekt tego roku. Poważna rzecz - kierownik odchylił się dumny na fotelu i przymknął oczy rozmarzony – rozryliśmy pół mostu i kilka przęseł. Tony materiału, dziesiątki pracowników…Nasi robotnicy wylewają tam takie różne… a korek to jest po horyzont. Gestykulował przy tym jak to człowiek z wizją. Henryk przeczekał chwilę i grzecznie ciągnął dalej: - No więc mam powody przypuszczać, ze w najbliższym czasie może się w okolicy nasilić ilość wypadków drogowych. Ludzie zaczną zachowywać się dziwnie, jak pod wpływem jakichś środków odurzających i zacznie się młyn. Słowa: „wypadki, ludzie pod wpływem środków odurzających, powody przypuszczać” sprawiły, że kierowik działu remontów budowli wodnych zadrżał nagle i okrutnie. Przed oczami pojawiły mu się wizje eksplodującego mostu albo i śniadych terrorystów rozsypujących z tramwaju biały proszek. z różowych, plastikowych wiaderek. Zmierzył Henryk wzrokiem badawczym zastanawiając się nawet czy pod beretem nie ukrył detonatora i wsunął odruchowo rękę pod blat biurka w stronę wielkiego czerwonego guzika. Pod stołem nie było oczywiście żadnego guzika, ale kierownik zawsze chciał taki mieć. Wymarzył sobie szczególnie taki półokrągły, duży , czerwony i lśniący. Tak czy siak guzika nie było i kierownik pozostawał sam na sam z ewentualnym terrorystą w berecie. - Nie rozumiem… – grał na czas kierownik, który naprawdę niczego nie rozumiał. - No tak… - Henryk zmarkotniał – to dość trudno wyjaśnić… wie pan co? Zostawię numer telefonu. Proszę do mnie zadzwonić, kiedy uznacie, że potrzebujecie pomocy. Wyjął z teczki kawałek kartki w kratkę i nabazgrał na niej numer. Wyszedł zostawiając go z kartką w dłoni. Trwało to chwilę nim kierownik działu remontów budowli mostowych uznał, że nie warto nikogo zawiadamiać i najlepiej spokojnie wrócić do przerwanej przez przybysza koncepcji ażurowo – metalowego kosza na śmieci. Uśmiechnął się szeroko i rozmarzony rzucił, oczywiście celnie, do nieistniejącego kosza zgniecioną kartką z numerem Henryka. Kilka dni później patrol policji przestał już przyjeżdżać na most. Furgon po prostu tam stacjonował spisując od rana do wieczora relację ofiar i winowajców stłuczek i wypadków. Z razu samochody wpadały na siebie raz , dwa razy na godzinę, później zaczęło się piekło. Do furgonu ustawiała się kolejka a most był już absolutnie nieprzejezdny. Po rzece, pod mostem bez przerwy pływały dwie policyjne motorówki. Od 2 dni wyławiały na okrągło rowerzystów, którzy z nieznanych przyczyn rozpędzali się i uderzali rowerami w barierki mostu wpadając do rzeki. Korek sięgał gdzie wzrok nie sięga. Sytuacja wydawała się idiotyczna, bo relację winnych wypadku były do siebie bardzo podobne. Byli to zawsze mężczyźni, którzy w chwilę przed wypadkiem widzieli kobietę przecudnej urody. Patrzyli na nią i wtedy ona z uśmiechem patrzyła na nich. Wtedy następował wypadek. I tutaj też kończyły się podobieństwa. Każdy z mężczyzn inaczej opisywał kobietę. Dla jednych była blondynką, dla innych brunetką, była chuda, gruba, wysoka, niska. Policja rozkładała mocarne, wszechmocne ręce. Początkowo zatrzymano nawet kilka przechodzących chodnikiem kobiet, ale okazało się, że to sprzedawczynie z mięsnego w tej samej dzielnicy a nikt z winnych wypadków nie rozpoznał ich jako kobiety tajemnej z mostu. Zapanował przepowiedziany przez Henryka młyn okrutny. Trwało tak kilka dni nim w opanowanym przez chaos Zarządzie Dróg kierownik przypomniał sobie wizytę tajemniczego człowieczka w berecie. Kierownik był wściekły od rana, bo dzień wcześniej kierowca autobusu linii 146 staranował na moście stół, na którym inżynierowie rozłożyli kilkanaście szczególnie skomplikowanych planów z mnóstwem linii, kółeczek i cyferek. Sapiąc wygrzebał z pod szafy numer Henryka i niezwłocznie zrelacjonował sprawę pryncypałowi. Pryncypał, siedząc w jeszcze większym i świecącym biurze długo wpatrywał się w pognieciony zwitek. W tym czasie kierownik patrzył jak urzeczony w abażurowi metalowy kosz na śmieci w rogu pokoju. Po chwili pryncypał uznał, że sprawę trzeba przekazać policji. Henryka aresztowano w domu wczesnym popołudniem. Sąsiedzi do dziś pamiętają jak ubrani w czarne kominiarki misiowie wywalili drzwi mieszkania i wyszarpali Henryka do wozu. Telewizja podała, że znaleziono winnego setek tajemniczych wypadków na moście. Nie wiadomo jeszcze w jaki sposób to zrobił – podali – ale na pewno pracował dla kogoś, albo ktoś pracował dla niego. Albo i jedno i drugie. A skoro absolutnie nie wiadomo o co chodzi - toznaczy że Henryk jest skrajnie niebezpieczny skoro tak to sobie sprytnie wymyślił. Siedzieli w jakimś pomieszczeniu bez okien. Świetlówka migała nerwowo i Henryk mrugał co i raz próbując przyzwyczaić wzrok do błysków. Mężczyźni starali się wyglądać poważnie i groźnie. Niby wszystko było w porządku. Garnitury, wielkie bary i założona na siebie ręce. Jednak mieli w twarzach słowiańską głupawą pocieszność i misiowatość tak, że Henryk przez chwilę poczuł się głupio, że się ich nie przestraszył. Pochylili się nad nim starając się jak mogli być przerażającymi. - Po co wam ciemne okulary w takim pokoju? – szczerze zainteresowany Henryk rozwalił w drobny mak ich koncepcje przerażenia ofiary. - Twardy gość – mruknęli do siebie misiowie po chwili milczenia. Jeden z nich podszedł…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil pmasz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…