Most
Czasami szczęśliwy początek podróży może oznaczać więcej niż nam się wydaje.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Szedłem po jednym z licznych w tym mieście ogromnych mostów. Nigdy jeszcze nie wydawał mi się tak potężny jak tego dnia. Jego skomplikowana, wielokondygnacyjna konstrukcja dosłownie zapierała dech w piersiach. Jeśli ktoś widział go pierwszy raz, mógł się wtedy wydawać nawet przerażający i nieludzki. Nazywano go „inżynierską konkwistą”. Poszczególne poziomy funkcjonowały niezależnie od siebie, a każdy z nich, przeznaczony był dla odrębnego środka komunikacji – gdzieś w górze huczał przejeżdżający pociąg, piętro niżej pędziły samochody, a jeszcze pod tym wszystkim, w niemal całkowitej ciszy, sunęły czarne, pozbawione przeszkleń tramwaje. Poziom, na którym się znajdowałem, wyglądał jednak na stworzony tylko dla potrzeb pieszych, bo na całej jego szerokości warstwę wierzchnią stanowił gładki, zatarty asfalt.
Huczący w szczelinach kratownic porywisty wiatr, przylatywał gdzieś z boku i zderzał się z potwornymi podmuchami przeciągów, kursujących zwrotnie pomiędzy brzegami rzeki. U mniej odważnych mogło to wywołać okropne wrażenie, iż most po prostu się rozpada. Na dodatek nieustannie słychać było zewsząd groźny pomruk i zgrzyt, pracujących z największym trudem stalowych przegubów; cała konstrukcja drżała, a przez jej poszczególne organy, raz za razem przebiegały przedziwne dreszcze, którym towarzyszyły gwałtowne wyładowania elektryczne.
Tego dnia, oprócz mnie był tam tylko jeden człowiek.
Szedł kilkadziesiąt metrów przede mną. Podobnie jak ja, trzymał w ręku fortepianową strunę – długą, grubą i połyskującą żywo w resztkach tych nielicznych promieni słonecznych, którym udało się z ogromnym trudem przebić przez gęstą plątaninę stalowych rygli.
Zdziwiło mnie nieco to, że ja swoją strunę trzymam po prostu zwiniętą w pętlę, natomiast jemu, choć nie było to pewnie zbyt wygodne, zwisa ona luźno z dłoni i podąża za nim niczym ogon jaszczurki. Na chwilę przystanął i odwrócił głowę w moim kierunku. Machnął struną jak batem, ale tylko się zaśmiałem, bo wyglądało to nad wyraz komicznie, a pewnie miał szczery zamiar mnie wystraszyć. Struna zamiast wydać z siebie soczysty strzał, wzbudziła jedynie trochę kurzu, jęknęła żałośnie i oplotła mu się niezdarnie wokół nóg. Nie bałem się go już wtedy i nadal, bardzo pewnie, zmierzałem w jego stronę.
Przestał mnie zupełnie interesować; wolałem porozglądać się jeszcze po tej oszałamiającej budowli. Z dziecięcym zachwytem podziwiałem potęgę zazbrojonych stalą betonowych słupów, z których stworzono rozstawione co kilkadziesiąt metrów pylony. Połykałem wzrokiem ciężko zwisające spod chmur stalowe liny, dzielnie podtrzymujące poszczególne piętra. Podszedłem do balustrad znajdujących się po prawej stronie. Zadzierałem mocno głowę, aby przekonać się jak to wszystko wygląda wyżej, lecz niewiele można było dostrzec, bo po bokach mostu zawisły ciężkie kłęby mgły lub pary. Dużo później dowiedziałem się, że były to chmury, wyjątkowo nisko tego dnia kołyszące się nad ziemią.
Kątem oka zauważyłem, że człowiek o którym wcześniej już wspomniałem, stanął przy balustradzie i usiłował wyrzucić strunę poza most, co nie przychodziło mu zbyt łatwo. Początkowo wyglądało to tak, jakby chciał się jej w ten sposób pozbyć, ale po chwili zaczął ją z trudem przywiązywać do konstrukcji balustrady i wszystko wskazywało na to, że szykował sobie – były tylko te dwie możliwości – albo stryczek, albo coś w rodzaju liny ewakuacyjnej. Ruszyłem więc w jego stronę. Po drodze upchnąłem w jakimś kuble, niepotrzebną mi już teraz moją własną strunę. Kubeł wypełniony był kłębowiskiem porzuconych strun, część z nich była zakrwawiona, a pomiędzy nimi, ku własnemu obrzydzeniu, dostrzegłem spokojnie śpiące szczury.
Przelazł przez balustradę i najwyraźniej przygotowywał się do zjazdu. Podbiegłem w jego stronę, bo przestraszyłem się tego co planował i co najwyraźniej postanowił wcielić w życie. Pomyślałem, że przecież struna jest dosyć krótka, a rzeka płynie dobre dwieście metrów pod najniższym piętrem mostu. Chwyciłem dłońmi za dziwnie ciepły pochwyt balustrady i przez chwilę obserwowałem, jak ów człowiek metodycznie zsuwa się po prowizorycznej linie i stopniowo znika w zalegającej w dole mgle, nie zauważając chyba w ogóle, że z każdym pokonanym metrem coraz mocniej rani sobie skórę dłoni. Ponurym na to dowodem, był cierpliwie podążający za nim po strunie, niezwykle szybko stygnący krwawy ślad.
Był coraz niżej, mgła nagle się rozrzedziła i ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, okazało się, że na dole znajduje się jakiś dodatkowy pół-poziom, będący w zasadzie wąskim, wypełnionym ciemną, smołowatą wodą kanałem.
Nawet nie zdążyłem zastanowić się nad jego dalszymi zamiarami, kiedy bez żadnego ostrzeżenia puścił strunę i poleciał w otchłań, wyprostowany niczym gimnastyk. Krzyknąłem głośno, lecz dokładnie w tym samym momencie, przez wąwóz kanału przemknęła z ogromną szybkością
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MarcinKacprzak
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…