Wróć do katalogu

Mr Jones, król i nędzarz

"Mężczyzna, zamroczony albo zmorzony snem, wzdrygnął się nagle i podniósł na nich oczy. Spojrzał na Roba. - To wszystko tylko sen - mruknął."

MFitzner, opublikowano , 57 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rob szedł cienistą parkową alejką ze swoją dziewczyną Lindą. Gdzieś nad ich głowami ptaki szwargoliły i pokrzykiwały na siebie, a nad koronami drzew rozciągało się błękitne niebo. Był słoneczny, ale nie parny dzień, a w cieniu drzew panował przyjemny chłodek. Linda przycisnęła się do Roba i gdyby nie był taki wielki, prawdopodobnie zniosłoby go na ławkę na poboczu piaszczystej dróżki. - Pięknie tu - stwierdziła dziewczyna. - Mhm - przytaknął chłopak. Przychodzili tu często, zwłaszcza latem byli w parku niemal codziennie, odkąd poznali się sześć lat temu - a to miejsce niezmiennie ich oniemiało. Ona nie potrafiła z siebie wykrztusić więcej niż kilka słów podziwu, a jemu nie pozostawało nic więcej jak przytaknąć. To ocienione, chłodne miejsce skłaniało do milczenia, i dobrze im tak było - iść i nie mówić nic. Słuchać i czuć. Przy pizzy w knajpce potrafili gadać nawet z pełnymi ustami, śmiać się, w kinie poszturchiwali się i szeptali, a u niego w domu mogli przegadać całą noc, rozmawiając o wszystkim. W parku odpoczywali od tego. Odpoczywali od rozmów, od tłocznych ulic i zamkniętych przestrzeni, bieganiny i zgiełku. Szli powoli, w milczeniu, napawając się tym miejscem i sobą nawzajem w tym miejscu. Odpoczywali od słów i myśli. Zwłaszcza Rob lubił to miejsce, zwłaszcza w taki dzień jak dziś - i dokładnie tego potrzebował właśnie teraz: spaceru po parku. Dwa tygodnie temu wrócił z trasy. Zjeździł kawał wybrzeża, promując drugi album - bo oprócz napawania się pochlebnymi recenzjami należało wyjść do ludzi, pokazać się, zagrać, zaśpiewać. Cztery i pół gwiazdki od znawcy z magazynu muzycznego to jednak nie to samo co fani klaszczący, wtórujący przy piosence, wiwatujący albo machający nad głowami płomykami zapalniczek. Tak czy inaczej, ostatnie siedem, osiem miesięcy obficie spłynęło potem. Najpierw zebrał do kupy kilka zeszytów tekstów, zaszył się z chłopakami z zespołu w studio i przez pierwsze dwa tygodnie wybrzdąkali wspólnie surową koncepcję, którą potem wałkowali, szlifowali i dopieszczali przez następny miesiąc. Uzbierało się z tego dwadzieścia kawałków, i to tak dobrych, że menadżer zastanawiał się, czy nie dograć jeszcze kilku i nie puścić na dwóch płytach, ale ostatecznie Rob i reszta sami ostatecznie odcedzili pięć, które gryzły się z jako tako spójną całością. Na płycie znalazło się więc piętnaście piosenek, wypełniając ją niemal po brzegi. Dosłownie kilku sekund brakowało do pełnych osiemdziesięciu minut. Po skończonej robocie - po zgraniu wszystkich ścieżek, wokali, po miksach - producent poklepał po plecach Roba i Tima, perkusistę, i wziął ich wszystkich na piwo, jak kumpli. Ludzie z wytwórni po pierwszym przesłuchaniu pokiwali głowami z uznaniem, a potem uściskali im dłonie jak komuś, z kim się ubija złoty interes. Dwa miesiące później płyta poszła do sklepów, a Rob i zespół - prowizorycznie nazwany Rob Hobbs Four, ale potem już tak zostało - pojechali w trasę po zachodnim wybrzeżu. W przerwach między koncertami spali, a w wolnych chwilach Tim czytał wszystkim na głos recenzje, udając arcypoważny ton. Rob siedział wtedy z zatkanymi uszami i śpiewał: lalalalala! Nie chciał tego słuchać, odkąd w jednej gazecie przeczytał jeszcze o pierwszej płycie, że są tandetną podróbką The Sevens, a w drugiej - że płyta jest objawieniem i absolutną sensacją. I choć tamten magazyn nadal upierał się, że Hobbs Four to szmira, to reszta prasy branżowej - średnio entuzjastyczna przy okazji debiutu - tym razem pochyliła czoła. A Rob coraz pewniej czuł się na scenie. Na pierwszych występach śpiewał z zamkniętymi oczami. Teraz, siedząc na krześle z wielką gitarą pod ręką, patrzył po ludziach, zawadiacko unosząc brew. Odetchnął z ulgą, gdy cały ten młyn zwolnił i przystanął, a on mógł wysiąść, iść do domu, wyspać się, najeść, napić, spotkać z rodziną i poprzytulać z Lindą. Potrzebował urlopu od ciężkiej gitary, twardego krzesła i chłopaków - bo po dwóch miesiącach z czterema facetami niczego tak nie pragnął jak kilku tygodni w ramionach swojej kobiety. Musiały odpocząć jego struny głosowe - może nie zdarte, ale sponiewierane, bo miał łagodną manierę wokalną, ale tu i ówdzie dał popis. Zaś przede wszystkim należały mu się wczasy od myślenia - które w znacznej mierze skupiało się wokół pisania tekstów. Park go nie inspirował. Był piękny, wielki, wspaniały, pełen dźwięków - ale nie pobudzał go do komponowania piosenek. I za to Rob kochał park. Nie był pracoholikiem, nie tworzył na siłę - ale piosenki po prostu same do niego przychodziły, w dowolnym miejscu, o dowolnej porze. Jego natchnieniem był deszcz, wiatr. Burze z piorunami i ludzie. Czasami słowa piosenki przychodziły mu do głowy w autobusie - i notował je pospiesznie na odwrocie biletu, nim mu umknęły. Raz napisał całą zwrotkę pośrodku ulewy z oberwanej chmury. Innym razem szedł przez miasto w środku burzy z piorunami i zaczął nucić wymyśloną na poczekaniu melodię, do której słowa ułożył, rozkładając przemoknięte rzeczy na kaloryferze. Tymczasem, szedł po parku - i nic. Nie słyszał w uszach nowych melodii, nie nachodziły go pomysły ani słowa. Kochał muzykę - ale tu i teraz czuł się szczęśliwy chwilową wolnością. Był dumny z nowej płyty - i szczęśliwy, że może od niej odpocząć. Choć wiedział, że i tak za dwa tygodnie już będzie pisał coś nowego. I ta myśl też go uszczęśliwiała. Z sentymentem patrzył w przeszłość, cieszył się chwilą i z niecierpliwością wyczekiwał tego, co miało nadejść. Był po prostu w sposób kompleksowy i wszechstronny szczęśliwym człowiekiem. Mijając siedzącego na ławce kloszarda, Rob pomyślał, że podobny jest do pijaczyny z jednej z piosenek. Samuel Jones, lat czterdzieści dwa, choć wygląda starzej, miał dom, rodzinę, pieniądze, teraz nie ma nic, a miewa pijacką czkawkę i kaca... Mężczyzna, zamroczony albo zmorzony snem, wzdrygnął się nagle i podniósł na nich oczy. Spojrzał na Roba. - To wszystko tylko sen - mruknął. Rob i Linda spojrzeli po sobie kwaśno i poszli dalej. Linda pokręciła głową. Hobbs obejrzał się przez ramię. Zmierzwił brwi.

***

- Linda, kotku, wyłącz to - nalegał Rob, choć po uśmiechu, gdy to mówił, można się było domyślić, że wcale tego nie chce, a przynajmniej nie tak bardzo. - Cicho, nie znasz się - ofuknęła go żartobliwie. Słuchali jego własnej piosenki. Drzewo przecięte na pół. Było trzecim kawałkiem na płycie, i chłopaki zgodzili się z wytwórnią, że pójdzie na drugi singiel. - Znam się. - Rob wytknął na Lindę język. - Też lubię tą piosenkę, ale przez ostatnie dwa miesiące zaśpiewałem ją chyba z siedemdziesiąt razy, więc chwilowo lubię jakby trochę mniej. Zresztą, ja się chyba nigdy nie przyzwyczaję do słuchania własnych płyt. To takie dziwne... Słyszeć tę muzykę, i siebie śpiewającego, kiedy ja leżę tu sobie, bez gitary, bez chłopaków, i nawet nie ruszam ustami. I nigdy nie mogłem zdzierżyć tego, jak mój głos brzmi na nagraniach. Tu w głowie brzmię inaczej. Lepiej. Dlatego wolę grać na żywo i śpiewać. Wydaje mi się, że na żywo wypadam lepiej, że ludzie słyszą mnie tak, jak ja słyszę siebie, a jeśli nie, to też nieważne, bo przynajmniej ja słyszę siebie tak, jak trzeba. - Brzmisz tak, jak trzeba - wyszeptała mu Linda do ucha, kładąc się obok niego na łóżku bokiem i wtulając się w niego. Potem nachyliła się nad nim i cmoknęła go w usta. Jej pocałunek pachniał czosnkiem. Na stole leżały trzy plasterki niedokończonej, zimnej pizzy i otwarty pojemniczek z sosem czosnkowym. Rob objął Lindę ramieniem. Pomyślał, że tak jak jest, jest dobrze - i lepiej być nie może. Było... normalnie, zwyczajnie. Tak jak trzeba. Rob był zwyczajnym chłopakiem - nieco zwalistym dwudziestoośmiolatkiem o trochę dziecinnej, szczerej twarzy i kasztanowych włosach opadających nieco na oczy. Nie znosił garniturów. Uwielbiał wytarte jeansy i flanelowe koszule, najlepiej coś w odcieniach brązu. Miał zwyczajną dziewczynę, tą samą od sześciu lat - a więc na długo przed tym, jak zespół cokolwiek zdziałał. I nie zamierzał jej puszczać. Była ostoją normalności w jego życiu - czegoś najcenniejszego, co pozwalało mu żyć w zgodzie ze sobą; co pozwalało mu tworzyć. Bo pisał piosenki o rzeczach zwyczajnych, o zwykłych ludziach i prostych prawdach - i nie byłby w tym szczery, gdyby sam nie był prostym człowiekiem. Miał ładne mieszkanie - nie za małe, ale i nie za duże. Od kilku lat ten sam samochód. Wóz był na chodzie, dobrze służył - więc nie było powodów go zmieniać. Najbardziej na świecie lubił pizzę i nie dbał o linię - choć był raczej korpulentny niż po prostu gruby. Nie znosił imprez i szampana. Nie gwiazdował - bo i nie uważał się za gwiazdę. Ot, grał z chłopakami tu i tam, i choć w swoim małym mieście i okolicach byli znani i lubiani, a w tych kilkunastu miejscach wzdłuż zachodniego wybrzeża, które odwiedził, zapewnił paru osobom miły wieczór przy dźwiękach muzyki, gwiazdą z prawdziwego zdarzenia nie był. Był raczej głosem w radiu niż twarzą w telewizji. MTV puściło raz kiedyś jeden z dwóch nakręconych małym nakładem środków teledysków - i tyle. Telewizja potrzebowała pięknych i przystojnych, tudzież ekstrawaganckich - a Rob nie należał ani do jednych, ani do drugich. Ot, zwykły, sympatyczny chłopak. Z tego całego grania nie miał jakichś wielkich pieniędzy, a z tym, co miał, nie lubił się obnosić. Ot, cieszył się, że mógł iść z Lindą do kina na każdy film, jaki chciał, i stać go było na każdą płytę, jaką sobie upatrzył. To było jego małe szczęście. Linda podniosła głowę i przez chwilę przyglądała się mu. Gapił się w sufit, ale jakby patrzył gdzieś dalej. Nie uśmiechał się. Znała tę minę. To ta sama, którą miewa podczas wichur - kiedy przystaje i jakby się wyłącza. Jakby był zupełnie gdzie indziej. Tak Hobbs wygląda, gdy myśli. Gdy tworzy coś w zaciszu myśli, ulatując gdzieś w zupełnie inne sfery. Wiatr mógłby mu smagnąć gazetą w twarz - a on by nawet nie zauważył. Trochę irytowały ją te momenty. Uwielbiała to, co potem pod wpływem tych nastrojów tworzył - ale te jego odloty czasami sprawiały, że chciała go udusić. Bo nie słuchał, co do niego mówiła, albo zastygał w bezruchu, nie tknąwszy obiadu, nad którym trudziła się kilka godzin. Wdrapała się na niego i pocałowała go w usta - a on ocknął, obudził się jak śpiący królewicz. - O czym tak znowu mylisz, miśku? - Ech, o niczym... - westchnął Rob. Zawsze tak mówił, gdy przyłapała go na zadumie. To oznaczało, że coś go poruszyło, a wokół jakiejś myśli wykluwała się koncepcja. Może nowa piosenka. - Tak tylko myślałem o tym pijaku dzisiaj w parku... - Oj, ty znowu o tym... - Linda pokręciła głową. - O pijakach, o bezdomnych, o bezpańskich psach, o samotnej matce... Napisałbyś lepiej jakąś piosenkę o miłości... Rob uśmiechnął się pobłażliwie i westchnął. Nie potrafił. Nie był nieczuły. Trudno było o słodszego, cieplejszego, bardziej troskliwego faceta. Ale nie umiał pisać o miłości, i nie był w stanie o niej śpiewać. Uważał, że to, co czuł do Lindy, należało tylko do nich. Miał na to proste słowa, które mógł jej szeptać czule do uszka. Czułby się głupio, gdyby ktoś podsłuchiwał, a zupełnie nie wyobrażał sobie krzyczeć o tym na koncercie, przygrywając sobie na gitarze, przy sali pełnej obcych ludzi, podczas gdy ona jest gdzieś setki mil od niego. Nie potrafił śpiewać o szczęściu. Uważał, że w tej materii popada się albo w patos, albo w banał, i nie da się powiedzieć nic, co już nie zostało napisane i wyśpiewane przez kogoś, kto się w tym specjalizuje. A Rob Hobbs był lepszy w czymś zupełnie innym. Mówił o smutkach, opowiadał o zmarnowanych życiach, nędzarzach i złamanych duszach - i robił to dobrze. Wychodziło przekonująco. Śpiewał ponurym, głębokim głosem, czasem trochę chrypiał, czasem lekko zawodził. Był, jak to sam kiedyś żartobliwie nazwał w rozmowie z Lindą - a propos tłumaczenia, czemu nie pisze ładnych piosenek o szczęściu - kronikarzem niedoli. To, że sam był przy tym szczęśliwym człowiekiem, nie przeszkadzało mu w pracy. - Chodzi mi o to, co on powiedział... - zadumał się Rob. - A co powiedział? Coś tam mruknął, nawet nie zrozumiałam. - Jak to szło, żeby nie skłamać... "To wszystko tylko sen..." - No i co takiego? - Linda uniosła brwi. - Będzie z tego piosenka? - Nie wiem... Ale... jak dla mnie, to coś znaczy... - Wiem, miśku... To wszystko to takie fajne metafizyczne, i można by się zastanawiać, ale weź pod uwagę, że to tylko jakiś pijak. Wiem, że to na ten twój pokrętny sposób romantyczne, poetyckie, że pijak mówi dziwne, filozoficzne rzeczy, ale to tylko menel, który za dużo wypił i coś bredzi... - Ale... to nie był ton pijaka... A widziałaś, jak on się na mnie spojrzał? - Nie patrzyłam w ogóle na niego... Pijak to pijak, dobrze, że nas nie zaczepiał, bo z takim to nic nie wiadomo. A jak na ciebie spojrzał? - Z taką jakąś... pogardą... - stwierdził Rob. - Jakby mi chciał powiedzieć: wiem coś, czego ty nie wiesz. - Oczywiście, i dlatego jest kloszardem, a nie milionerem - prychnęła Linda i uśmiechnęła się. - Mój ty naiwny miśku... Ale to w tobie kocham, wiesz? Jesteś na swój pokrętny sposób romantyczny, chociaż nie piszesz piosenek miłosnych. Uśmiechnął się do niej i objął ją, gdy tak leżała na nim jak na wielkim materacu. Gdy jednak uniósł głowę, by ją pocałować w usta, nagle gwałtownie odwróciła głowę w lewo, wskutek czego cmoknął ją w prawy policzek. Linda spojrzała z przerażeniem na zegarek. - Rety, która to już godzina? - jęknęła. - Muszę iść spać! - No tak, zaczyna robić się miło, a ty musisz iść spać! I kto tu jest nieromatyczny? - Niestety, miśku, życie zwykłego człowieka nie jest takie romantyczne jak twoje, artysto ty mój, i jak jutro nie przyjdę punktualnie do pracy, to mam krechę, i jak mi się uzbiera, to wylecę z pracy, i wtedy będziesz o mnie mógł napisać piosenkę - stwierdziła dziewczyna. - Linda, lat dwadzieścia sześć, miała dom, miała pracę, i miała chłopaka artystę. Straciła to wszystko po kolei, w odwrotnej kolejności - wydeklamowała, żartobliwie naśladując jego ponury ton. - Zapisz mi to, może się kiedyś przydać - rzekł po namyśle Rob. - Okropny jesteś! - skarciła go. Pocałowała go w usta. - Ty też! - odwdzięczył się chłopak komplementem i całusem. - A która to w ogóle godzina? Linda podniosła głowę i spojrzała na stojący na stoliku nocnym przy łóżku zegarek elektroniczny. - Siedemdziesiąta ósma czterdzieści butelka. - Która? - Za dwadzieścia kaktus osiemdziesiąta piąta - wyjaśniła Linda spokojnie. Rob spojrzał ogłupiały najpierw na nią, potem na cyferblat. Ten pokazywał tylko jakieś bezsensowne krzywe, migoczące zielonkawym światłem.

***

Rob szedł przez park. Sam. Linda była w pracy. Nie spóźniła się, choć nie poszła spać od razu po ich rozmowie. Rob też nie. I powinien być z tego powodu bardzo zadowolony. Powinien być szczęśliwy Ale nie był. Nie zmrużył oka. Szedł parkową ścieżką a wiatr rozwiewał mu włosy, odsłaniając białe czoło, które przecinała podłużna zmarszczka. Słońce skryło się za chmurami. Dzień był jasny, ale blady. Nie ponury - tylko jakiś taki... pusty. Śpiew ptaków dudnił między drzewami dziwnym echem. Niemrawy, rozmazany cień wlókł się za Hobbsem. Rob szedł przed siebie zdecydowanym, szybkim krokiem, z miną nachmurzoną jak niebo. Dziś nie przyszedł kontemplować. Odganiał twórcze myśli i melodie lęgnące się w jego głowie. Nie natchnienia przyszedł tu dzisiaj szukać. Zresztą, to przychodziło do niego samo - wystarczył podmuch wiatru albo zasłyszane przypadkiem słowo, i rodziła się piosenka. Wystarczyło, że stanął w odpowiednim miejscu i nastroił się na odbiór. Ale to nie po inspirację przyszedł do parku. Chciał znaleźć tego kloszarda. Sam nie wiedział, czy to mądre szukać go w parku. Należało się spodziewać, że bezdomny nie jest przywiązany do jednego miejsca. Samuel, kloszard z piosenki Nieformalny Król, za sufit miał niebo i cały świat uważał za swój - a pijaczyna bez dachu nad głową mógł przebierać wśród dziesiątków ławek w parku. A może poszedł spać na ławeczkach przy fontannie pod ratuszem? Rob nie miał sposobu na gagatka. Wiedział, że jeśli go znajdzie, to tylko przypadkiem. Do przodu pchał go upór, nie przeczucie. Minął ławkę, gdzie wczoraj siedział bezdomny. Była pusta. Oczywiście. Zatrzymał się jednak przy niej. Może czuł, że jeśli poczeka, kloszard zatoczy koło i wróci tu. A może po prostu się poddał. - Co tak długo? - usłyszał za plecami znajomy głos. - Już myślałem, że nie przyjdziesz. To był ten sam, pogardliwy, pełen wyższości ton. Zachrypnięty głos, który niewerbalnie z niego drwił. Rob odwrócił się. Stał przed nim bezdomny - niski, nieco zgarbiony facet o krzywej gębie - pooranej zmarszczkami, zarośniętej twarzy, wykrzywionej ironicznym uśmieszkiem. Siwiał, choć jeszcze nie do końca. Miał krzaczaste, czarne brwi. Nosił wypłowiały, brązowy garnitur i brudne, czarne skórzane buty. - Skąd ty się tu...? - spytał Rob, zdziwiony. Idąc parkową dróżką, nie zauważył nikogo, a gdy stał przy ławce, nie usłyszał za plecami kroków. Tak, jakby przybłęda wyrósł spod ziemi. - Czekałem na ciebie - odparł mężczyzna, ignorując pytanie. Podszedł do Hobbsa. Cuchnęło od niego - ale nie wionęło alkoholem. - Myślałem, że szybciej tu wrócisz. Ale nic to. No więc o co chciałeś spytać? - spytał, obdarzając go kpiącym uśmieszkiem. - Co to miało znaczyć? - spytał Rob. - To, co wczoraj powiedziałeś. - Przypomnij mi. - Znowu szyderczy uśmiech. Staruch wyraźnie świetnie się bawił. Droczył się z Robem i napawał swoją wyższością. - To wszystko tylko sen. Tak powiedziałeś. Co to znaczy? - Dokładnie to, co słychać. A czego się w tym doszukujesz? Metafory? Nie jestem poetą. Mówię, jak jest. - Gówno prawda! - wrzasnął Rob. Rzadko bluźnił, a przy Lindzie nigdy mu się nie wymknęło. Natomiast w męskim towarzystwie zdarzało mu się puścić wiązankę. Teraz po prostu nie mógł się powstrzymać, i nie żałował, że sobie pofolgował. - Uuuu! - Kloszard udał przerażenie, po czym roześmiał się. Przyjrzał się chłopakowi. - Widzę cię na wylot. Obaj wiemy, jak jest. Ty wiesz, że ja mam rację. Przeczuwasz to, ale nie chcesz w to wierzyć. - W co nie chcę uwierzyć? - Hobbs przybrał tę samą kpiarską pozę. - Że to wszystko to tylko sen. - Jak to: wszystko? - No: tak to. Wszystko, co widzisz wokół siebie, to tylko sen. Ten cały park to twoja wyobraźnia. Tak naprawdę gdzieś tam śpisz, a to, co teraz widzisz, dzieje się tylko w twojej głowie. To zlepek twoich marzeń, myśli, obrazów, dźwięków i wyobrażeń. Nic więcej. - Ale przecież... przecież wszystko jest takie realne... Ty jesteś realny. Trójwymiarowy. Widzę każdą twoją zmarszczkę. I, z całym szacunkiem, śmierdzisz całkiem realnie, więc mi nie wciskaj kitów, że to sen. Czy we śnie chciałoby mi się wymiotować? - To twój sen. Rób, co chcesz. - To nie jest sen - naciskał Rob. - Tak? A to, że Linda stwierdziła że jest godzina... cytuję: Siedemdziesiąta ósma czterdzieści butelka, lub też, inaczej ujmując, za dwadzieścia kaktus osiemdziesiąta piąta... Jak to wyjaśnisz? - Późno było. Albo ja byłem zaspany, albo ona. Źle zrozumiałem, albo ona coś bełkotała przez sen. Albo to mi się śniło. - A potem, jak się przez blisko godzinę gziliście, też ci się tylko śniło, co? - A ty skąd wiesz? - Pomyśl, czy w realnym świecie mógłbym to wiedzieć? Hobbs parsknął. - Zza okna na pierwszym piętrze nie mogłeś widzieć. Nie po ciemku. A nawet gdybyś jakimś cudem dostał się do mojego mieszkania i się gdzieś ukrył, zdradziłby cię twój smród - Cięty jesteś! Podobasz mi się, chłopcze. Lubię cię. - Kloszard wyszczerzył się. - No i dobrze kombinujesz. Nie ma sposobu, żebym w jakiś wytłumaczalny sposób wiedział to, co wiem. - Nie ma. - Ale jest proste wytłumaczenie i na to. - Słucham. - Takie, że to sen. - Nadal nie widzę związku. - Jestem niczym innym, jak fragmentem twojego snu. Tylko twoim wyobrażeniem. Twoją myślą. A twoja myśl zna inne twoje myśli. Jak koleżanki. Dlatego znam twoje wspomnienia. Wiem co robisz, i bardzo mi się to podoba. - Znowu uśmiechnął się krzywo. - Lubię twoją muzykę. - Niby skąd taki obdartus miałby znać moją muzykę? - Może byłem na koncercie? A może mam discmana. Rob parsknął, a kloszard ucieszył się, że chłopak wyczuł aluzję. - No właśnie. Nie da rady - stwierdził. - Ale ja nie takie rzeczy mam w kieszeni. Rolexa mam, na przykład. - Ukraść rolexa chyba nie jest aż tak trudno? - Ale przyznasz, że trzymać go, podczas gdy mógłbym go spylić i zarobić parę groszy, żeby mieć coś lepszego na grzbiet włożyć, to głupota... - Pokaż go. Chętnie zobaczę. - Czekaj, czekaj, gdzież ja go miałem...? Kloszard zaczął grzebać po kieszeniach. Mamrotał, poirytowany. Zaczął wytrząsać z kieszeni jakieś pomięte papiery, szukając głębiej i głębiej. Rob dopiero po chwili spostrzegł, że na ziemię opadają banknoty studolarowe. Jeden po drugim, wyszarpywane nerwowo z kieszeni - Benjaminy Frankliny. Kloszard rozrzucał pieniądze z coraz większą wściekłością, aż wokół niego ułożył się mały dywanik z banknotów. - Gdzie to cholerstwo? - mruczał poirytowany mężczyzna, wytrząsając kolejne setki z kieszeni po wewnętrznej stronie klapy. - O, mam. Gdy chciał go pokazać Hobbsowi, zobaczył, że ten przykucnął i oglądał w dłoni podniesiony z ziemi banknot studolarowy. - Zdziwiony? - spytał. - Kloszard sypie forsą ze wszystkich kieszeni? Czemu sobie nie kupi lepszych rzeczy, nie wspominając o domu, pięknym samochodzie, telewizorze pięćdziesięciocalowym i tego typu wygodach? - Bo nikt by takiego typa jak ty do sklepu nie wpuścił? - O, mój drogi, wpuściliby, wpuścili! - parsknął kloszard. - Jak bym im tymi pieniędzmi zaczął sypać po podłodze, lizaliby mi buty na połysk i wdychali mój smród, udając że to fiołki. Ale nie zastanawia cię, skąd ja te pieniądze mam? Kradzione? Przecież już bym z nich zrobił użytek. Fałszywe? Nie, zapewniam cię, mają znak wodny i wszystkie zabezpieczenia, jakich byś się spodziewał. A wiesz dlaczego. Bo się ich spodziewasz. Spojrzysz na banknot, i ujrzysz znak wodny, bo wiesz, że ma tam być. Ale pokażę ci małą sztuczkę. Weź dowolny banknot. Rob spojrzał na niego podejrzliwie, ale przykucnął powoli. Włóczęga skinął ponaglająco. - Dobrze... - stwierdził. - Teraz przeczytaj serię. - I68482353F. - W porządku. Teraz podaj mi banknot i weź następny. Hobbs schylił się i podniósł studolarówkę opierającą się o jego but. - Jaki numer seryjny? - spytał kloszard. - C99764628A. - W porządku. A teraz powiedz mi, jaki był numer seryjny tamtego banknotu. - Co? - No dalej! Przed chwilą miałeś go w ręku i czytałeś! - I68... Nie wiem... 2... 5... 3... 6... 7... 3... i chyba F? - A teraz zobacz, jaki był naprawdę - rzekł bezdomny, podając mu z powrotem banknot. Rob wziął go, rozprostował i przeczytał ze zdumieniem. - I68253673F? - Czy nie taką liczbę mi przed chwilą podałeś? - No... tak... Nieźle, co? - A guzik! - zaśmiał się kloszard. - Ten numer to I68482353F. Tyle tylko, że wyleciał ci z głowy. Zapamiętałeś trzy pierwsze znaki i dwa ostatnie. A resztę sobie dopowiedziałeś. Ale to, co sobie dopowiedziałeś, podświadomie starałeś się zapamiętać. Chciałeś zgadnąć, i być pewien, że sprawdzając, odczytujesz to samo, co sobie wymyśliłeś. I twoja wyobraźnia ci to umożliwiła. Odczytałeś z banknotu to, co sobie wymyśliłeś, bo ten banknot, tak samo jak ta liczba, został wymyślony, a raczej wyśniony, tylko przez ciebie. I ten drugi tak samo. Przyjrzyj się mu jeszcze raz. Jaki ma numer seryjny? Rob upuścił studolarówkę o numerze I65245347F i przyjrzał się drugiej. - C99535984B? - skrzywił się. - To nie był ten numer... Na pewno nie... - No właśnie. C99764628A. - W co ty pogrywasz? - Chcę ci tylko coś naświetlić. - Kim ty jesteś? - Samuel Jones, lat czterdzieści dwa. - Znowu się wyszczerzył, obnażając pożółkłe, zepsute zęby. - To wszystko tylko sen, Robercie. Ta piosenka jest tylko w twojej głowie. Nigdy jej nie nagrałeś. Tak naprawdę nawet nie umiesz grać na gitarze. Nie ma Rob Hobbs Four. Nie powstała druga ani pierwsza płyta. Aha, i nie chodzisz z Lindą. Ona też nie istnieje. To ci się wszystko tylko śni. Rob zacisnął usta. Zagotowało się w nim. W końcu nie wytrzymał i z pięści przyłożył kloszardowi w szczękę. Ten zatoczył się i upadł na ziemię. A ból w kłykciach był jak najbardziej prawdziwy. - Spierdalaj! - ryknął Hobbs. - Spierdalaj stąd, bo tak ci dokopię, że...! - Dobra... - mruknął rzekomy Samuel Jones. - Dobra... Idę... Ale jak by co, wiesz gdzie mnie szukać... A zresztą... Znajdziesz mnie... Rob parsknął tylko i odwrócił się. Ruszył ścieżką z powrotem do domu. Zbierało się na deszcz. Po kilku krokach zatrzymał się i spojrzał za siebie. Kloszarda ani śladu.

***

Rob siedział na łóżku. Wpatrywał się w skupieniu w struny gitary trzymanej na kolanach. Ułożył palce lewej dłoni na gryfie. Prawą zaczął trącać struny. Nim nawet ich dotknął, wiedział dokładnie, jaki dźwięk wydadzą. Napinał je i szarpał, wydobywając z nich melodię - dokładnie taką, jaką chciał. Grał Nieformalnego Króla. Wziął głęboki oddech i otworzył usta, odliczając w myślach. - Samuel Jones... lat czterdzieści dwa, choć wygląda starzej... - zaczał niskim, chrypliwym tonem. - Miał dom, rodzinę, pieniądze, teraz nie ma nic, a miewa pijacką czkawkę i kaca... Sufitem mu niebo a ziemia królestwem, choć tylko on tak uważa... Urwał melodię gwałtownym uderzeniem w struny płaską dłonią. Gitara jęknęła głucho. Rob był zły na siebie, że akurat tę piosenkę. Ze wszystkich ponurych utworów, jakie skomponował - właśnie tą. Znienawidził ją, bo cały czas widział przed oczyma ten kpiarski uśmieszek, i nawet jego ochrypły, mroczny wokal nie zagłuszył drwiącego tonu dzwoniącego mu w uszach. Jednak co by teraz nie myślał o tej piosence, i jak by nie był wściekły, gdy ją przed chwilą zagrał - wyszło mu to nader zręcznie. Wiedział dokładnie, co robi. Wiedział, jak grać, a jego palce sprawnie biegały po strunach, wydobywając z nich to, co chciał. Przez gardło przechodziły właściwe słowa, i nawet chrypa była taka, jak trzeba. Umiał grać i umiał śpiewać - choćby krytyk z jednego magazynu branżowego sugerował inaczej. Odłożył gitarę i podszedł do okna w kuchni, wychodzącego na alejkę wzdłuż rzeki. Otworzył je, a do pomieszczenia wleciało świeże powietrze i szum drzew. Rob oparł się o parapet dłońmi i wychylił się nieco. Zamknął oczy. Wiatr rozwiewał mu włosy, zaczesując je raz na lewo, raz na prawo. Hobbs chwycił jakąś kartkę z kredensu - wczorajszą listę zakupów (chleb tostowy, masło, szynka, dżem truskawkowy, mydło) - i długopis. Rozpisał go w górnym rogu świstka i zaczął z zapałem pisać, niemal przewiercając kartkę na wylot. Nie odrywał długopisu od papieru. Nie przystawał ani na chwilę. Słowa wylewały się z niego i nie przestał, póki nie skończył.

Jestem liściem, Który myśli, że lata Który chełpił się Byciem w koronie

Ale porwał mnie wiatr Niesie mnie mimochodem A i tak moje miejsce jest Wśród piachu na ziemi

Po chwili namysłu skreślił słowo "piachu" i nad nim napisał "kurzu". Umiał pisać. I już lęgła się w jego głowie melodia. Patrząc na słowa, cicho mruczał pod nosem, dobierając rytm. Poszedł po gitarę, intonując po cichu: - Da-da-dam... Nie... Da-da-dam... Da-da da-da dam... Usiadł na łóżku. Chwycił gryf lewą dłonią, ale nim zaczął grać, spojrzał jeszcze raz na kartkę. Znał tekst na pamięć, jeszcze brzmiał mu w głowie - ale wolał go mieć przed oczyma. Jeszcze raz przemknął wzrokiem po kartce. Zatrzymał się na ostatniej linijce. Zmarszczył czoło. Napisane było wyraźnie: Wśród kurzu na ziemi Jednak nie znalazł skreślenia - przekreślonego słowa "piachu" - a słowo "kurzu" biegło w jednej linii z resztą wersu. Kręcił głową z niedowierzaniem, a w kąciku oka lęgła mu się łza.

***

- Cześć, miśku - krzyknęła Linda już od progu, nim jeszcze go zobaczyła. Hobbs wybiegł z pokoju i spojrzał na nią wielkimi z przerażenia oczyma. Podbiegł do niej i uścisnął mocno, nieomal łamiąc ją wpół. Podniósł ją i zaczął obsypywać jej twarz pocałunkami. Okręcił ją, postawił na ziemi i przywarł do jej ust, jakby czekał na ten pocałunek milion lat. Dziewczyna, zaskoczona tym wysypem czułości, patrzyła szeroko otwartymi oczami na jego twarz, gdy tak zwarli się w namiętnym pocałunku. Ale podobało jej się to. - O, ktoś się bardzo stęsknił - stwierdziła z rozbawieniem, gdy w końcu ją puścił i pozwolił zdjąć kurteczkę. Jej samej aż zakręciło się w głowie i zarumieniła się. Rob patrzył na nią tak, jakby zaraz miał się rozpłakać - jakby oglądał ją po raz ostatni w życiu. - Coś się stało, miśku? - spytała Linda, spoglądając na niego lękliwie. - Nie wiem... - westchnął ciężko. - Po prostu myśl, że mógłbym cię stracić... - zaczął, i urwał. - Miśku... Podeszła do…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych