Wróć do katalogu

Mroczna Wieża - chłopiec ratujący świat cz.1

Początek nieskończonego jeszcze opowiadania

wushu, opublikowano , 32 min czytania, 3,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

AUTOR: wuszu

1 Spojrzałem na twarz tego człowieka i zrozumiałem, że on nie mógł zabić swojej córki. W ręku miał nóż, na który skapywały łzy. W sklejonych potem włosach widać było kawałki tynku, kruszącego się powolnie z sufitu. Sprawiał wrażenie niesamowicie silnego, nie poddającego się, ale zarazem inteligentnego i opanowanego. Dłuższe patrzenie na tego faceta przyprawiało o ból głowy. Sama atmosfera domu, w jakim mieszkał była niesamowita. Gdy się do niego wchodziło, odczuwało się energię i spokój. Chciało się wziąć głęboki oddech i pomyśleć nad rzeczami, które, na co dzień odchodzą, gdzieś głęboko do piwnicy umysłu. Jednoznacznie ludzie mieszkający w takim pomieszczeniu musieli być nadzwyczajni. Przedstawiciel rodziny złapany w takiej dziwacznej pozie jeszcze bardziej mnie w tym przekonywał. Wiedziałem, że zaraz nastąpi dziwnie znana z niektórych filmów amerykańskich scena, w jakiej to złapany na okrutnym i przerażającym grzechu śmiertelnym człowiek podnosi głowę by spojrzeć na policjanta bądź inną osobę, jaka się znalazła właśnie w tym samym miejscu o tej samej porze. Porze mordu. Otóż spojrzenie w oczy mordercy było dla mnie trudnym przeżyciem i zawsze się go bałem. Teraz jednak było to coś innego. Jakby jego oczy, koloru starego płotu - bardzo piękne i bystre - mówiły, wręcz krzyczały z żalu. Dwóch policjantów obezwładniło podejrzanego złapanego na gorącym uczynku bez problemów. Skuli go kajdankami, przeszukali, powiadomili o prawach, jakie mu odpowiadają i raźnym krokiem odprowadziło do radiowozu. Przestępca wychodząc odwrócił się i spojrzał na mnie jeszcze raz. Poczuł chyba we mnie swojego jako takiego sprzymierzeńca i chyba nim naprawdę byłem. Po policzku spłynęła mu łza i skapnęła na werandę. Jeszcze nigdy nie było mi szkoda popieprzonego psychopaty mordującego własne dzieci. Świat chyba naprawdę podąża do przodu.

2 Początkowo nie za bardzo przejmowałem się tą całą historią. Po prostu jakiś psychol dla zabawy postanowił zaciukać swoje dziecko wtedy akurat, kiedy żona z drugą, młodszą córką wybrała się na odwiedziny do znajomych ze wsi na kilka dni. Był właścicielem małego e-sklepu sprzedającego poradniki dla kupujących lub planujących kupno psa. Nic nie znaczący "mały" człowiek, postrzelony w kolano przez swojego pijanego kumpla niegdyś w zamierzchłych czasach młodości i do końca życia jadący na środkach przeciwbólowych. Iluż to takich na całym świecie?. Po powrocie do domu od razu udałem się do klopa by zwrócić moją pośpiesznie zjedzoną kolację. Cierpiałem na ciężki ból brzucha i niestrawność. Rzygałem kilka razy w tygodniu. Na szafce obok leżała teczka z informacjami na temat złoczyńcy. Gdy już uporałem się z problemami z brzuchem spojrzałem w lustro. Hehe wcale nie wyglądam aż tak źle. Całkiem nieźle jak na pięćdziesięciosiedmiolatka po przejściach. Włożyłem głowę pod kran by lodowata woda trochę mnie pobudziła zanim odejdę w świat marzeń i snów. Od dziecka miałem sporą czuprynę na głowie i nie bardzo się przejmowałem, że wyjmując mokrą, kudłatą część ciała z pod wody ochlapię pół łazienki. Tak też się stało. Wytarłem łepetynę ręcznikiem, równocześnie ściągając spodnie. Otworzyłem drzwi i krzyknąłem. Człowiek pojmały dzisiaj w południe stał w przedpokoju i głaskał mojego psa. Co miałem zrobić? Rzucić się na niego? Po prostu stałem i wpatrywałem się w niego jak w jakiś pieprzony obrazek. Nie zdołam wyciągnąć broni ze spodni. Z pewnością pseudoznajomy rzuci się na mnie w mgnieniu oka i potnie swoim wielkim nożem jak świnie. Ale on chyba nie miał żadnej broni. Dopiero teraz dostrzegłem, że jest zupełnie nagi. -Kim?.. kim ty jesteś? - Z moich ust wydało się zduszone pytanie do nieznajomego - Czego ode mnie chcesz? Przybysz nie poruszył się nawet o centymetr, tylko stał i głaskał. Nie mogłem dostrzec jego oczu tak samo jak wtedy w jego domu. Cholerna powtórka z rozrywki. -Nie boisz się mnie prawda? - Głos tego człowieka był spokojny, ale szorstki i władczy. - Opowiem ci coś.

3 Istniała kiedyś kraina o nazwie Anirak. Nie była to żadna z tych nadprzyrodzonych, fantastycznych krain, gdzie na porządku dziennym jest walczenie ze smokami oraz czarowanie. Nie była to kraina magicznych stworzeń, boskich postaci, przygód. Wszyscy byli normalnymi ludźmi poszukującymi Głębi, chociaż rodząc się nie płakali, a umierając nie cieszyli się. Mieli swój obrany życiowy cel i robili to, co im najbardziej odpowiadało. Jedni pisali książki, drudzy nauczali, a inni sprzątali ulice. Wszyscy stanowili jedność i nikt nie sprzeciwiał się Wyższości. Istniała tam szkoła, do której uczęszczałem. Podobał mi się zielony trawnik z drewnianymi ławkami znajdujący się przed nią i zawsze lubiłem przed lekcjami zapatrywać się w wysokie drzewa o wiele starsze niż sam budynek. W błękicie nieba dostrzegałem sens mych nieznośnych nauk, a w szumie wiatru siłę na ich przetrwanie. Śpiewałem wróblom i gołębiom, krusząc im kawałek chleba pszennego z piekarni na rogu. Toczyłem beztroskie lata młodości. Pewnego roku naszym miastem wstrząsnęła dziwna seria makabrycznych zbrodni. Ciała małych chłopców były odnajdywane zmasakrowane, bez rąk i nóg, całe poszarpane i z flakami na wierzchu. Niektóre miały kije powbijane w oczy albo kawałki własnych palców tak głęboko wepchnięte przez nos, że z pewnością kilka z nich znalazło się w mózgu. Wszystkie te morderstwa były popełniane w niedzielę. Nim minął maj było 94 ofiar. Jako dziecko nie za bardzo rozumiałem, co się działo, ale wyczuwałem napięcie wśród wszystkich dorosłych i wszechobecne pobudzenie. Pewnego miłego czerwcowego wieczora wyszedłem z psem na spacer do pobliskiego lasu. Podobno kiedyś w tamtych rejonach wylądowało UFO. Kto wierzy w takie głupstwa? Gdy przechodziłem obok wielkiego kamienia, który jak głosiła legenda pochodził z buta wielkoluda poczułem, że w głowie rodziły mi się nie moje myśli. Jakby jakiś człowiek wtargnął w mój mózg. „Pewnie zjadłem za dużo sera na śniadanie i zapewne był nieświeży” - pomyślałem. Nie miałem racji. Poczułem falę nienawiści do całego świata nie mogąc jej w ogóle zapanować. Chciałem niszczyć, zabijać, pluć. Chwyciłem kij i zacząłem nim tłuc mojego labradora. Z jego pyska pociekła krew. Tłukłem go tak dopóki nie stracił przytomności. Jak zemdlał wydłubałem mu oczy i rozszarpałem kamieniem brzuch. Stałem się potworem i wszystko, co było we mnie z człowieka wyparowało. Po barbarzyńskim akcie brutalnego mordu usiadłem pod drzewem. Opadły ze mnie siły i nie dostrzegałem, że słońce pomału zaczęło zachodzić. Pragnąłem krwi. Kątem oka dostrzegłem w pobliskich krzakach jakiś ruch. Natychmiast wstałem i chwyciłem najostrzejszy kamień znajdujący się blisko mnie. Jakiś chłopak szedł z rowerem na plecach. „Gnojek zaraz zasmakuje bólu”. Rzuciłem się na niego. Wydaje się to dziwne, ale bestialsko łaknąłem jego śmierci . Już nie miałem myśli jakiejś innej osoby. TO były już po prostu MOJE myśli. Wziąłem duży zamach by rozmiażdżyć czaszkę chłopaka. Na szczęście dla niego uchylił się w porę i z głupkowatym wyrazem zdziwienia na twarzy uniknął śmierci. Kamień musnął mu policzek, rozcinając go. Popłynęła ciepła krew. Nie panowałem nad swoimi odruchami po prostu chciałem mu roztrzaskać łeb! Chłopak po kilku sprawnych unikach zrozumiał, że nie ma doczynienia ze zwykłym bandziorem. Widziałem to w jego oczach. Widziałem przerażenie. Moja siła także była nadprzyrodzona, zauważyłem to. Wszystkie moje zmysły się wyostrzyły. Dlatego chłopak nie miał żadnych szans. Po krótkiej szamotaninie w końcu zdołałem zabić przeciwnika. Jego twarz po kilku uderzeniach kamienia przypominała krwawą miazgę. Już nie miałem sił na dalszą masakrę, ale jeszcze dobijałem chuja. W końcu przestałem. Zawlokłem ciało w miejsce, gdzie leżały już zwłoki psa. Czułem się dobrze mimo zmęczenia. Chciałem ukryć ciała w liściach, i gdy już miałem rozpocząć tą czynność moje ciało wygięło się w łuk, przy udziale okropnego krzyku rozdzierającego las. Upadłem na ziemię i zacząłem się wić. Moje ciało pokrył pot. Chwilowo nienawiść i mrok, jakie panowały w moim umyśle ustąpiły. Stałem się sobą. Otworzyłem prawe oko i dostrzegłem szmer liści. Zwłoki zaczęły się poruszać. Chyba, raczej, na pewno - jakby to powiedział mój pan od historii - nie były przyjaźnie nastawione. Horroropies z wypływającymi flakami i wydłubanymi oczami wyszczerzył kły, które były nadnaturalnie wielkie. MIAŻDZENI LUDZIE! Taka myśl mi przebiegła przez umysł. MIAŻDŻENI LUDZIE! Nie wiedziałem, co to znaczy. Potwór zbliżał się do mnie a ja czułem się jakbym przebiegł 30 km sprintem. MIAŻDZENI LUDZIE! Co raz głośniej. MIAŻDZENI LUDZIE! POSZUKAJ ZĘBA! Co to za cholerny las? „Wdepnąłem chyba w wielkie gówno” - pomyślałem. Nie miałem sił na walkę. Zamknąłem oczy czekając na pierwsze wgryzienia w ciało... i znalazłem się 5000 m nad ziemię. Unosiłem się w powietrzu... tak po prostu. Patrząc w dół pomyślałem, że jestem malutki. Popłakałem się. Kątem oka dostrzegłem jakiś brązowy kształt szybujący niczym ptak. „To człowiek” – zaskoczyła mnie klarowność własnego postrzegania. W kilka chwil już dokładnie widziałem tą postać. Stary, brodaty Arab w spranym, brązowym garniturze. „Przepraszam, która jest godzina?” - zapytałem, właściwie to wykrzyczałem dla pewności w języku angielskim, bo nie byłem pewny, czy on zna mowę Ydobu, jaką posługiwano się w Aniraku. Arab spojrzał na mnie, zajrzał mi głęboko w oczy po czym zaczął się śmiać. Właściwie to ryczał ze śmiechu aż pociekły mu łzy. „Zgadnij” - odpowiedział z trudem nie mogąc złapać oddechu. Nagle zrozumiałem gdzie się znajduję. Nie było żadnej godziny. Byliśmy po za czasoprzestrzenią. Nie ogarnęło mnie przerażenie. Nawet się nie bałem. W moim państwie, stworzonym przez Wyższość, - czyli agentów specjalnych prezydenta jakiegoś realnego, większego państwa, by zaspokoić chore pragnienia - robiła różne eksperymenty na ludziach od nas. Przypuszczałem, że to ich sprawka. Jednak w głębi serca wiedziałem, że to nie oni. To sprawka POTWORA zabijającego dzieci. Zamknąłem oczy. Kim, albo Czym jesteś potworze? Ostatnie co zobaczyłem przed zapadnięciem w śpiączkę była biel...

4

Biel kibla, w którym znajdowała się moja młoda, czternastoletnia gęba.

5

Gdy się ocknąłem, byłem cały zmarznięty i mokry. Nie czułem nóg i szkoda, że czułem głowę. Sprawiała wrażenie okropnej bomby zegarowej, mającej lada chwila wykonać to czego się od niej oczekuje – supergiga boom. Pokój w jakim się znajdowałem, (skulony na ziemi i śmierdzący) przypominał starodawną komnatę. Na ścianach płonęły świece. Dostrzegałem łoże pokryte szmatami oraz prymitywne sosnowe szafki. Nie było tam okien co powodowało straszny zaduch. Temperatura sięgała chyba miliarda stopni - było zajebiście gorąco. Jak w piekle. Spojrzałem na swoją rękę. Trzymałem w niej nóż. Wpatrywałem się w jego ostrze jak zahipnotyzowany. „Odpływam”. Z moich ust wydał się cichy, stłumiony szept. ” Odpływam”. I w tej właśnie chwili poczułem na moim ramieniu silną rękę. Momentalnie schowałem sztylet do kieszeni spodni. Wrzasnąłem. Dłoń - pokryta licznymi bliznami, wrzodami , a także zielonymi pryszczami (a jakże!) - niczym szpon zaciskała się na moim ramieniu. Ból był nie do wytrzymania. Krzyczałem. Krzyczałem jak diabli, by wypuścili mnie z tego piekła i żeby nie miażdżyli mi kości kimkolwiek są. W krzyku pytałem się kto im dał prawo, aby się nade mną znęcać! Krzyczałem, że chcę do mamy ( moja matka nie żyła od 8 lat ). Krzyczałem, żeby mi dali mi KURWA ŚWIĘTY SPOKÓJ. Gdy postać wreszcie mnie puściła odczułem wielką ulgę. Złapałem się lewą ręką za ramię i skuliłem nogi pod brodę. Właśnie odczuwałem uczucie ulgi, gdy istota chwyciła moją głowę za włosy i szarpnęła z niewyobrażalną szybkością. Przerzuciła mnie kilka metrów nad ziemią. Moje bezwładne ciało uderzyło w kamienną ścianę. Usłyszałem głuchy trzask pękających kości. Miałem strzaskaną całą prawą rękę to pewnik. Leżałem na ziemi piszcząc jak zabijane zwierzę. Uniosłem wzrok. Zakapturzony stwór szedł w moim kierunku. Nie dostrzegałem jego twarzy, lecz wiedziałem, że jego obleśne usta wykrzywia grymas uśmiechu. Podchodził co raz bliżej. Spuściłem głowę czekając na nadejście śmierci... aż nagle ciszę wyczekiwania na najgorsze przerwał czyjś głos: - Nie lękaj się - powiedział.- Jestem Królem. Ładne przywitanie, pomyślałem. - Wybacz przyjacielu za mojego sługę. Od wieków nie widział, żadnej istoty ludzkiej. A po za tym to jest po przejściach - ciągnął dalej domniemany król. Nie było go w tej komnacie. Nie było go także nigdzie w pobliżu miliona kilometrów. Nie wiem skąd to wiedziałem. Po prostu wiedziałem... Tu gdzie się znajdowałem w powietrzu czuło się przerażająca woń. Jakby biliony zapachów skrzyżowało się razem w jedną całość. Przed oczami ukazywały się dziwne, niezrozumiałe obrazy, w uszach rozbrzmiewał jednostajny chór miliarda różnych dźwięków. Odczuwało się chłód, a zarazem gorąco. Zmysły tańczyły salsę. We włosach odczuwałem słodki powiew wiosennego wiatru, czułem liście na moich rękach, słyszałem ryk lwa, płacz dzieci, odgłosy walki, nawoływanie, huk wystrzału rewolweru, pracę maszyn do szycia, dźwięk drukowania. Pogrążałem się w dziki podziw dla tego wszystkiego. W jednej chwili zapomniałem o potworze i o głosie króla. W umyśle miałem duży teatr wystawiający jednocześnie bardzo wiele, krzyżujących się ze sobą sztuk. Uśmiechnąłem się nie zdając sobie z tego sprawy. Jakie to jest piękne, szeptałem sam do siebie mrużąc oczy i natężając słuch, by w pełni doświadczyć duchowej ekstazy. Czułem, że przez tą warstwę doskonałości przebija brud i zło, ale nie przejmowałem się tym. - Sk... się... Cały czas szeptałem o piękności wszystkiego. - SKUP SIĘ ! - Z kompletnego zauroczenia wydarł mnie wrzask króla Po prostu cudownie...- Jestem starym głupcem. Głupiec... tak, to wydaje się prawdziwe. Przez cały żywot staram się zniszczyć wszystko co stworzył mój ojciec. Czemu? Sam tego nie wiem. Po prostu tak już jest odkąd urodziłem się. Wyszedłem z łona nicości razem z mym bratem Bogiem i nikt nie musiał mi mówić co mam robić. Czułem ka, czyli przeznaczenie, każdym centymetrem swojego ciała fizycznego, oraz całą swoją duszą. Zło było mną, a ja byłem Złem. Przybrałem kolor. Karmazyn. Trwałem w nim, a on trwał we mnie. I było coś jeszcze. Razem z Bogiem ruszyliśmy w nigdy niekończącą się podróż. Ku Mrocznej Wieży.

6 Karmazynowy Król opowiadał mi o tym jak razem z Bogiem przekroczyli próg Mrocznej Wieży. Jak to Bóg stworzył świat a on został uwięziony na szczycie. Opowiadał o cierpieniu i nadziei. Z początku nie chciałem tego słuchać, nie docierało to do mnie, lecz po kilku chwilach po prostu wpadłem w trans. Wszystko to co mówił do mnie Król rozbrzmiewało w mojej czaszce i boleśnie, tak jakoś dziwacznie dudniło. Miałem wrażenie, że się unoszę. Zamknąłem oczy, lecz i tak wszystko widziałem bardzo ostro. Płomienie pochodni, kamienne ściany i kibel, nie pasujący zbytnio do reszty scenerii. Było to coś pięknego, a zarazem strasznego. Jeśli miałbym sobie wyobrazić śmierć to właśnie w ten sposób . Lekko rozchyliłem powieki. Podświadomie rozumiałem wszystko co do mówił nie zastanawiając się nad sensem opowieści. Sens pojawiał się sam. Zacząłem odpływać daleko myślami i obraz zaczął się rozmazywać. Spostrzegłem czyjeś ręce piszące szybko po klawiaturze komputera. Widziałem to tak jakbym to ja pisał, lecz te ręce były od moich większe, ciemniejsze i silniejsze. Uderzały o przyciski z gracją i śmieszną nonszalancją, lecz widać, że należały do kogoś sprawnego, a może nawet agresywnego. Na nadgarstkach było widać rozpięty rękaw od jasno zielonej koszuli w kratkę. Na lewym brakowało guzika, a na prawym był on mizernie przyszyty. Dłonie zatrzymały swoją czynność na chwilę, by po kilku sekundach zacząć ją na nowo. Za wszelką cenę próbowałem ujrzeć co pisze ta postać. Skupiłem się i zobaczyłem pierwsze oznaczenia przycisków z klawiatury. Enter, Delete oraz literę K. Zaraz potem rozpoznałem literę po lewej: A. Ka – przeznaczenie. Po kolei ukazywały mi się kolejne przyciski i litery i w końcu ostro jak żyletka…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych