Wróć do katalogu

Mroczne opowieści z odmętu 6-10

Rozdziały od 6 do 10

Gregorz Pietrzak, opublikowano , 1 godz. 32 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział VI Noga,która nie chodzi

Za szpitalem była łąka. Na środku rozleglej ukwieconej łące usadowił się domek otoczony ogrodem w którym znajdowały się warzywa, kwiaty, rośliny ozdobne w tym krzewy, krzewinki, drzewa, paprocie, róże. Drzwiami do ogrodu były hebanowe wrota. Ogród był otoczony mahoniowym płotem, który obrósł winoroślą, bluszczem i chmielem. Ogród był poprzecinany trawnikami i dróżkami, które prowadziły do małych chatek i pieczar. Wokół dróżek znajdowało się mnóstwo rzeźb i skał. Na jednym z dębów znajdował się kominek obrosły bluszczem komin, odchodziły od niego dwie rury jakby dwie ręce, był obłożony srebrzoną płytką i zaprawą .U podstaw dęba znajdował się głęboki otwór w którym palono a dym wydobywał się przez komin. Obok znajdował się stara czereśnia na której usadowiono stracha na wróble, niedaleko zaś bardzo wysoka sekwoja i bardzo stara dzika grusza na której było mnóstwo dziupli i budek. Jednak wyróżniającym się drzewem był grab, który doznał jakiejś nieznanej ale bardzo wyniszczającej choroby. Ale jeszcze bardziej dziwne było to że od suchego drzewa wyrastały nowe gałęzie, które nie były grabowymi. Pod drzewem często palono śmieciami, odpadkami i starociami to jeszcze na tym drzewie słońce przygrzewało najmocniej gdyż przed sobą nie miało żadnego cienia rzucanego przez inne drzewa czy budynki . Drzewo się w czasie palenia pod nim się nieco przypalało dzięki czemu ogień się szybko rozprzestrzeniał po drzewie ale ponieważ od wewnątrz był pokryty miedzianą blachą także nic poważniejszego mu się nie działo. Na to stare drzewo schodziły się wszystkie koty z okolicy i siadywały obok komina zbudowanego z gliny i desek. Często na drzewie siadywały także wrony i kruki, które miały na nim gniazda. Na pobliskim grabie egzystował wąż. Dwóch powstańców postanowiło wejść do ogrodu i podkraść trochę malin i jagód. Przeszli przez płot . Zaczęli się objadać malinami. -Spójrz co to za wielki odcisk w tym bagnie.-zauważył Nelestisz. -Chodźmy może zobaczyć co jest w tym domku.-odparł Saczek. -Mieliśmy wykryć czy przypadkiem w tym domu nie ukrywa się banda handlarzy zapomniałeś. Szli przez alejkę później zawitali do upraw warzywnych na drzewie skrzeczały kruki. -Nie podoba mi się tu -Nie marudź otwieraj drzwi -Są zamknięte na klucz. -Zobaczmy od tyłu. Obeszli dom dookoła ale nic nie zauważyli. Dom był zbudowany z cegły i belek trochę przyprószony starością i zapachem żurawin. Niczym się nie wyróżniał chyba tylko tym że był na odludziu. Wyszli z ogrodu. Po łące skakało coś na jednej nodze. -Spójrz czy to nie kierownik bazaru,… no jak on się nazywa -Chodzi ci o Miciurina -No właśnie, co on tu robi i w dodatku zmierza w kierunku ogrodu -Nie słyszałeś co się działo, podobno zlikwidowano bazar, były na nim jakieś zamieszki jest wiele ofiar, spalił się też szpital ranni zostali Mopusz i Tojmir byli tam podobno na jakiejś inspekcji. Poszli za Micurinem. On zaś zaczął się zbliżać do jednej z grot . -Szybko bo go zgubimy. -Wchodzimy. -Nie mamy innego wyboru. -Jak tu ciemno -Popatrz to jakiś istny labirynt jaskinia rozgałęzia się na trzy odnogi. -Słyszę jakieś głosy, przybliżmy się to chyba za tą ścianą -Przystaw ucho -Nie słyszę wyraźnie ale ten głos rozpoznałbym wszędzie to głos Kostera, tego brzydalca, który gnębił naszą rodzinę. Słychać i głos Miciurina. Ale jest tam ktoś jeszcze trzeci. Nie mogę rozszyfrować co mówią słyszę pojedyncze słowa, które do niczego się mają. -Może poczekamy na nich. -To na twoją odpowiedzialność. -Nic nie słychać. -Może skierujemy się do wyjścia. -A wy dokąd-nagle jakby spod ziemi pojawił się Miciurin -Nie wiecie że nie wolno podsłuchiwać to nieładnie .Będę zmuszony was unicestwić tak jak kilku innych nieładnych ciekawskich. Obok Miciurina pojawili się Witou i Koster. -Jesteśmy tu aby dbać o interesy Króla Ziela.-dalej mówił. -Wiem że nie powinienem tego mówić ale Goreli próbuje was zniszczyć wysyłając to Szynara, obrzydliwego gada to Fryżeca, który nawiasem mówiąc u was we wsi robi niemałe zamieszanie zresztą obydwaj są zagrożeniem dla wszystkich. Gad wcale się nie spalił zamienił się w ogromną hybrydę naprawdę będąc rozmiarów człowieka tak że nikt go nie wykryje, wyleciał przez dach, na nic się więc przydała ta moja butelka. -Ty nikczemniku, tu macie swoją budę -odezwał się Nelestisz. -Daj spokój szkoda słów. Koster wrzuć ich do studni, zabole też muszą coś jeść. Przy okazji przyprowadź Czarnego Rybaka. Koster ocierając ręce rozpalił ogień, a następnie stalowym lassem zawiązał nieszczęśników i wyprowadził ich w głąb ciemnej dziury. Z jednej z drożyn jaskini wyłaniał się jakiś osobnik. -Witaj Miciurin po co mnie wzywałeś -Jak tam Hogoplim. Wiesz że dzisiaj jest bankiet w zamczysku. -Wiem, zebranie jest obowiązkowe. *** Okolice starego zamczyska wieczorem. Z zza krzaka znienacka wyskoczyli Miciurin i Koster. -Już niewiele czasu zostało musimy się pospieszyć.-w biegu Koster wypowiadał urywki słów. Trudności mogą być z duchami-przeciągał się Miciurin -Daj spokój, masz klucz-spytał Koster -Klucz dawno nie istnieje-odpowiedział ospale zbrodniarz. Po chwili majstrowania wytrychami przy kłódce przez Miciurina Koster zaczął się denerwować. -Otwórz tą kłódkę cholera! -Te zamczysko jest tak stare że kłódka sama się powinna rozsypać.-drwił Miciurin Koster nie wytrzymał i wyciągnął siekierkę,obuchem rozwalił kłódkę. Weszli do środka. Dało się wyczuć silną woń stęchlizny,moczu szczurów i nietoperzy oraz rozkładającego się próchna. Z wysoko usytuowanych okien wiał wiatr trzepocząc pozostałymi gdzieniegdzie okiennicami. -Lasquez i Witou zaraz się powinni się pojawić.-rzekł wreszcie Miciurin Szli w kierunku dużej sali. Drogę zastąpił im Hogoplim. Jesteś niezauważalny-z podziwem rzekł Miciurin. -Któż to zajechał.-zauważył Koster -To chyba Król Ziel. Ziel wysiadł z powozu za nim ruszyli kolejno Smiergoldis i Lasquez. - Proszę tymi drzwiami,-dumnie pokazując ręką rzekł Ziel. Wnet pojawili się wszyscy i osiem krzeseł było zajętych. Na najwyższym tronie zasiadał Ziel, król zielstwa, chwastów i moczarów. Był ubrany w wykwintny zielony płaszcz z szewiotu oraz zieloną czapkę krymkę. W ogóle jego twarz przywodziła na myśl jakąś żabę. Obok niego po prawej stronie siedział Miciurin po twarzy wyglądający jak jakiś zbrodniarz i rzeczywiście nim będący odwalający najcięższą robotę twarz miał usianą bliznami po ranach kłutych i ciętych, miał nieco dłuższe ciemne kasztanowe włosy. Następnie za nim siedział Smiergoldis, szkieletor o pomalowanej na złoto czaszce. Obok niego spoczął Koster, łysy celnik o białych oczach. Z Drugiej strony groźnie patrzył Witou, starzec o pomarszczonej żółtej twarzy nakrytej szarą kapotą , w ręce trzymał płócienny wór z resztkami padliny. oraz Czarny Rybak ,zwinny łowca o kruczoczarnych włosach i ciemnych oczach miał na sobie zgniłozielony kapelusz ,był zawsze tajemniczy i małomówny obok nich siedział Lasquez, którego wyróżniały ciemne włosy,których blask przywodził na myśli owoce granatu miał on zęby oblepione puchem oraz nijaki wyraz twarzy . Naprzeciwko zaś Ziela siedział Hogoplim żółta gadzina o rzucających się w oczy czarnych zębach, oczach świdrujących na wylot. Ubrany był w strój wykonany z kawałków skóry cielęcia,zeszytych resztkami jakiegoś materiału. -Zebraliśmy się tu przy tym stole aby omówić naglące sprawy.- rozpoczął Miciurin. -Ja kieruję zebraniem.-wtrącił się Ziel. Odsunął krzesło i wstał .Oparł ręce o blat stołu i rozpoczął długą mowę: -Nie wszyscy darzymy się przyjaźnią- popatrzał przy tym na Micurina. Ale wyższa konieczność zmusza nas do tego aby podjąć jakieś kroki. Otóż książę Okozim nie jest dla nas niebezpieczny. Naszym głównym wrogiem jest pakt więzi na czele z Flavenbirem i Bambukiem. Jedyna nadzieją na ich pokonanie jest uwolnienie z okowów śmierci i otchłani księcia ciemności Meriża von Dermora. -Wiemy o tym wszyscy że Miciurin- popatrzył znowu w jego kierunku. A także Witou i Koster jako zdegenerowani ludzie uwolnili go już. Wstąpili do otchłani wymiaru i stamtąd go wydostali. Jednak to jeszcze nie koniec. Meriz stracił pamięć. Nie może dowiedzieć się kim jest. Musi być nam posłuszny i uległy. Jego moc i wola zniszczy wymiary i to czym rządzi pakt. To się jeszcze okaże-znowu odezwał się Miciurin. Obydwaj Ziel i Miciurin się ostro zwalczali i było widać ciągłe napięcie. Łatwo było zauważyć dwa obozy. Do drugiego oprócz Miciurina należeli Koster,Witou i Czarny Rybak. -Z Okozimem podpisaliśmy rozejm. Przy sobie mamy Cesarstwo Magadji. Pozostaje się przeciwstawić Flavenbirowi i szturmowi powstańców,których wspierają Sklawingowie. -Proponuję kilka minut przerwy na ochłonięcie-postanowił Ziel.-I zapraszam na deser lodowy -rzekł po chwil. -Ja się nie zgadzam.-krzyknął Czarny Rybak do Miciurina. -Sklawingowie to moi krewni. -Ja o tym wiem. Ja też nie chcę zabijać powstańców i im podobnych,ale coś za coś. Sprzymierzenie z Zielem nas wiele kosztuje i wszyscy o tym wiemy. Nadrzędną sprawą jest jednak pokonanie kata. - Nie mogę pozwolić na taki obrót sytuacji. -W takim razie zginiesz.Wiesz o tym. Jeśli nie z mojej ręki to zabije cię któryś z kompanów Ziela.-zaczynał poważnie mówić Miciurin.-Niepodporządkowanie się kierowniczym decyzjom tak się może skończyć. Nagle gdzieś w oddali dało się słychać rżenie koni i pokrzykiwania woźnicy Pod zamczysko zajechał wóz. -A któż to nas odwiedza- weselił się Ziel,upity już winem. -To stary woźnica,mój przyjaciel Goron Wormur.-rzekł pyszałkowato Miciurin. Do pomieszczenia wkroczył lekko ogłuchły i otępiały woźnica. -Jazda stąd stary-popatrzał na niego rozwścieczony Smiergoldis.-Jak śmiesz zakłócać nam spokój. Woźnica zachowywał się tak jakby nic się nie stało i usiadł sobie na krześle nieopodal drzwi -To kolejna osoba do zabezpieczenia naszych interesów-poczuł się pewniej Witou. -Ach tak, to spisek-twardo drgnął stołem Ziel. Nagle Witou wstał od stołu i wystawił sztylet w górę. -Dosyć tego kto się nie uspokoi ten poczuje moc mojego sztyletu. Nie zdążył go użyć bowiem Ziel machnął go lokulą. Witou zdążył tylko drasnąć Ziela. Doskoczył jednak do niego Hogoplim i wbił nóż starcowi w brzuch,rozrywając mu flaki. -Tak karzemy nieposłuszeństwo-odetchnął Ziel. Miciurin dusił w sobie gniew. -Ktoś ty jest że pozwalasz odbierać i darować życie,rządzić i karać-odezwał się wreszcie Czarny Rybak -Stul dziób nędzny człowieczku-szydził Ziel. -Nie pozwalaj sobie. -Wrzucić ich do lochu-rozgniewał się. Czarny Rybak zręcznym skokiem znalazł się za stołem i biegł w stronę wrót. W sali już nie było woźnicy,który szykował się do odjazdu . Rybak zdążył mu wskoczyć jeszcze na wóz. Wóz zaprzęgnięty w konie już sunął się po stoku wzgórza. Hogoplim i Lasquez próbowali ich dogonić na koniach ale zaraz zrezygnowali z pościgu. I wracali w kierunku zamczyska. -Miciurinie jakich ty masz nielojalnych kompanów- Ziel się obrócił i po chwili rzekł.-Pójdę odpocząć w jednej z sal. Aha Smiergoldis a trupa wyrzućcie na skaliste zbocze po drugiej stronie zamczyska. Niech ścierwojady się nim pożywią. -A wy Miciurin za nieposłuszeństwo możecie traficie do lochu. Miciurin chciał niezależności i powrotu do pierwotnych czynności rabunkowych i destrukcyjnych z dużą dawką swobody. Nie chciał jednak walczyć z powstańcami gdyż ich nadmierne wykorzystywanie i działania zbrojne doprowadziły by do ich unicestwienia. Teraz do zrozumiał. *** A po ogrodzie wciąż chodziło coś o jednej nodze, czy był to właściciel ogrodu?. Okazał się nim człowieka który często przesiadywał w ogrodzie. Był to człek mądry do którego przychodzili ludzie po rade. Często skakał po łanach ogrodu na jednej nodze. Powietrze stawało się coraz gęstsze, chyba zbliżała się jakaś niedobra pogoda I on to zauważył. *** Tymczasem Flecik prowadził praktyki w swoim gospodarstwie, miał dwóch praktykantów których wysłał pod nadzorem drwala Bandana Lipszefena, do stodoły. No chłopcze gdzie masz brata mieliście skończyć i razem wrócić-niecierpliwi się Flecik. Znowu pewnie nie może się odnaleźć on zawsze jest taki dokładny szukałem go chwilę, czekałem ale nic- mówił jeden z praktykantów. Co chcesz kawę czy herbatę?- pyta gospodarz. Flecik pokazał mu książkę o prowadzeniu gospodarstwa. Zaczął mu tłumaczyć podstawy funkcjonowania farmy. Drwal zostawił praktykantów i pojechał załatwić pilną potrzebę kazał im w stodole poukładać stosy słomy a obok w szopie porąbać drwa. Praktykant wraz z gospodarzem i drwalem który właśnie się pojawił gdyż był wypadem swoim rowerem i teraz właśnie wrócił -Siadajcie Bandan załatwiłeś sobie domek myśliwski na polowanie-spytał Flecik -Tak było miejsce, domek jest wolny, ej a gdzie jest ten drugi praktykant to podobno jego brat czy sąsiad sam zresztą nie wiem. -Tak, nie wiedziałem. -Gdzie on jest. -Tu jest w łazience. -Witam panie drwalu.-zza zasłony wyszedł praktykant. W przedpokoju bawiło się dwoje dzieci. Praktykant nagle wstał i obszedł siedzących mężczyzn Lipszefen z pode łba się mu przyglądał niezrozumiałym wzrokiem próbował odgadnąć jego zamiary . Praktykant szedł w stronę przedpokoju i zniknął w jego wnętrzu drwal stanął natychmiast na nogi i porwał się w jego stronę.Gospodarz stał częściowo bokiem i był zaprzątnięty rozmową więc nie zwracał baczniejszej uwagi. W przedpokoju rozdarły się krzyki Flecik odwrócił się w tamta stronę był strwożony jego twarz była biała. Tyle ostatnio przeszedł choroba żony , utrata pracy w cegielni. Na jego twarzy odbijało się smutek i pogodzenie z losem ale gdy usłyszał glosy dzieci obudziła się w nim walka chęć do życia że nie wszystko stracone że jeszcze ma szansę na poprawę tak jakby się obudził z jakiegoś snu ,marazmu. Zaczerwienił się jego twarz nabrała barwy krwistoczerwonej obrócił się w kierunku drzwi. A tam praktykant szamotał się z dziećmi. -One się źle zachowują ,obrażały mnie-rzekł praktykant. Jednak drwal szybko podbiegł i odciągnął od niego dzieci.. Praktykant siadł na krześle. -Co robisz z moimi dziećmi widzę że chcesz szybko opuścić chałupę, wynocha stąd pedofilu czy jak cię tam zwą. Ja już się z tobą rozprawię.-krzyknął gospodarz. -To nie są dzieci to pomiot diabła.-odpowiedział praktykant łamanym głosem. Daj spokój odwiozę cię do twojego domu rowerem-rzekł nerwowym głosem Lipszefen -Zachowałeś się karygodnie jesteś może jakiś chory na umyśle. Pokazałeś zaświadczenie lekarski o możliwości podjęcia praktyk. -Nie wiem o się ze mną dzieje to nie moja wina.-rzekł już ledwo trzymający się na nogach praktykant Rabsperr. -Trzeba będzie podjąć odpowiednie kroki i zawiadomić organy ścigania, wezwij odpowiednie służby Bandan.-rzekł rozsierdzony Flecik. -Nie ja już sobie idę proszę zostawcie mnie w spokoju już nie będę.-zaczął bać Rabsperr. Wycofał się wszystko wirowało wokół niego Gospodarzowi i drwalowi wyrastały zęby i futro. Krzyczeli na niego .Upadł na ziemię. Zbudził się w stodole. Szukał kolegę praktykanta znalazł go w kącie leżał on z wbitymi widłami. Był wykrwawiony. Teraz uzmysłowił sobie sytuację że jest tu gdzieś zabójca. Był w fatalnym stanie psychicznym i fizyczny. Postanowił jak najszybciej opuścić to miejsce w którym działy się dziwne rzeczy.

Rozdział VII Powrót Manhaina

Wioska Grywałk na znajdowała się z drugiej strony wzgórza niedaleko Matrywy wioski. Las usypiał się wieczorem w mgle i słabej poświacie księżyca. Dziś o zmierzchu powiewał chłodny wiatr, który mroził wszystko dookoła. Przed podróżnikiem przybyłym do wioski rozlegał się szeroki krajobraz na niedalekie zalesione szczyty; stał on na pobliskim wzgórzu rozglądając się ciekawie nad swoją nową ojczyzną. Jego oczy świdrowały krzątających się ludzi, którzy przed domostwami porządkowali obejścia. Przybył do wioski z prowiantem dla akcji charytatywnej, pomocy dla ubogich i opóźnionych cywilizacyjnie rodzin. Wraz z wcześniej przybyłą koleżanką, która miała uczyć w szkole dzieci zamierzał prowadzić szeroko zakrojoną akcję pomocy i wsparcia. Wędrowiec przybył przed jedno z domostw i nieśmiało zapukał kosturem za sobą trzymał niewielki wóz z żywnością. W chacinie usłyszał jakiś szloch, to mała dziatwa tak wylewała łzy. Drzwi się rozwarły i w nich ukazał się pokaźnych rozmiarów mężczyzna. -Nareszcie pan jest panie, przepraszam jakie nazwisko? -Witold Marczak, ja z pomocy humanitarnej. -Tak wiem proszę do środka. Marczak wygodnie rozsiadł się na starym płóciennym tapczanie po męczącej podróży. -Musi zorganizować akcję badania bo coś siedzi w lesie dzieci to wyczuwają coś po nas przyszło. -A daj pan spokój mam tu dla was skromny prowiant mam was wydajniej pracować pomagać wam w życiu upraszczając pewne rzeczy a nie biegać po lesie kukać czy tam coś nie siedzi. -Ale to wymaga interwencji tak mówi stary schorowany kapłan światowida a on jest dla nas jedynym autorytetem i znawcą. -Przyszedłem was nawrócić pomyleni poganie nie będę chodził po lesie sprawdzać czy tam nie ma przypadkiem niedźwiedzia. -Ale my wierzymy w Boga, ten nasz kapłan to taki nasz astrolog, znawca przyrody i sił nimi rządzący i taka nazwa do niego przylgnęła nie wiemy skąd on do nasz przyszedł kilka lat temu, ale jest nam bardzo pomocny. -To mam konkurencję Dzieci uczyły się w prowizorycznej szkole. Był zbudowana z cegieł i kamieni obita palami i deskami dawniej był to spichlerz ,obok niej znajdował się po lewej stronie dom rady, piękny duży murowany i otynkowany budynek. Pani Joanna Wamonik była jedyną nauczycielką oprócz niej w szkole zatrudniono woźną i dyrektorkę. Dawniej znajdowała się tu jeszcze szkoła robót wynajmowała ona jedno z pomieszczeń od zarządu spichlerza na salę lekcyjną. W niej to uczył lekcji prac polnych dziwny nauczyciel którego zachowanie pozostawiało wiele do życzenia podobno powiesił się w lesie ale wielu mówiło że nic mu się nie stało i do teraz chodzą słuchy że on żyje i błąka się po lesie w głębokiej dziczy coraz bardziej wariuje i dziczeje w samotności. Nazywał się Joniusz Lukiulius. Pani postanowiła dziś zrobić lekcję biologii. Dzieci co żyje w lesie – pyta pani. Sarenki, łasice, myszki, zajączki-krzyczy chłopiec -Coś jeszcze? -Motylki, węże, jaszczurki, sowy - mówią dzieci -A jakieś większe - pyta nauczycielka. Dzieci popatrzyły po sobie oczami -Niedźwiedzie, wilki, rysie, żubry, jelenie i łosie-chwali się swoją wiedzą jeden z chłopców. -Ale głębiej też coś jesz żyje -wybałuszyła oczy jedna z dziewczynek, przy tym zgrzytnęła zębami i przekrzywiła głowę. -Co? - zaciekawiła się pani Wamonik. -Biały wilkołak, Manhain. W klasie nastała cisza. -A co to za zwierz, gdzie mieszka powiedz nam o tym coś więcej -Nie wiem dokładnie gdzie ale tam-przy tym pokazała w stronę lasu. -gdzieś w środku tego gąszczu on mieszka. -On jest be on chce zrobić nam krzywdę ale ja się nie dam. -Dziecko co ty wygadujesz za bzdury. Pewien chłopiec szedł przez las zbierając jagody…-podśpiewywała dziewczynka. Wszystkich ta melodia strwożyła. -Przestań-krzyknęło jedno z dzieci. Zadzwonił prowizoryczny dzwonek. Dzieci pozbierały zeszyty i włożyły do tobołka. Przy wychodzeniu nauczycielka spojrzała na dziewczynkę ta się obróciła w jej stronę i nagle posmutniała. Tymczasem na skraju lasu hasała sarenka, ale nagle upadła w niewielki rów nie mogła wyjść wpadła do bagna od spodu coś szczypało jej kopytka był to plorz, duży chrząszcz. Lasu pilnował faun, pół-baran, pół –człowiek, mieszkał on w dziupli starego dębu. Często zajadał korzonki i gałązki młodych drzewek, zjadał także owady i gryzonie. Pięciu chłopców poszło do lasu, Marek, Bartek, Szymon, Czesiek i Kamil. Postanowili przynieść chrust i jedzenie dla rodziny, która przymierała głodem. Od roku był zakaz wstępu do lasu od czasu jak zaginęło w nim dwóch chłopców. Wieczorem nie wracali, ktoś ich podobno widział jak chodzili koło lasu i ostrzegł ich kilka razy aby nie wchodzili do niego. Tymczasem wójt wioski zebrał kilku chłopów, zgodził się także w końcu iść wędrowiec dla dobra dzieci rozwikłania raz na zawsze tej sprawy. Zabrano potrzebny sprzęt w tym maczety i siekierę oraz kostury. Las był bardzo zarośnięty gąszczem lian i bluszczy, brak było jakiejkolwiek ścieżki czy drożyny. Był ranek, chłopcy do lasu poszli pod wieczór. Było słychać tylko pogwizdywania ptaków. Nad ich głowami latały jastrzębie i głuszce. W lesie roiło się do jarów i grzęzawisk, w które wpadali; były tak wąskie przejścia wśród skałek i gęstych krzaków że postanowili się rozdzielić. Część poszła dalej w większy gąszcz, a część została na miejscu i tam się rozglądała. Jednak ci co zostali usłyszeli krzyki gdzieś z daleka a tam z gąszczu. Wśród tych co pozostali na miejscu pozostał wójt ,kapłan i chłop. Błądzili tak pół dnia aż wreszcie doszli na jakąś polanę śródleśną. Tam zauważyli szałas zbudowany z konarów. Podeszli bliżej i zauważyli owłosionego ubranego we włosiennicę mężczyznę, który siedział na legowisku. Począł się na ich widok wydzierać i wyrywać kłaki z głowy był nim owy nieżywy Lukiulius. -Uciekajcie stąd natychmiast zaraz tu przyjdzie biały wilkołak. Ale ów wilk się już zbliżał. Nagle szaleniec się rozebrał i zaczął się drapać, skakać i drzeć. Wyleciał z szałasu i poleciał w las w przeciwną stronę tej skąd oni przyszli. Patrzyli na niego zdumieni. -Zwiewajmy stąd jak najprędzej-zaproponował Palewicz, wójt. -Ja zostaję, przyszedłem tu zniszczyć wilkołaka i tego dokonam- odparł Cistur, chłop. Rób co chcesz my wracamy. Chłop był blady na twarzy. Na nogach miał skórzane mokasyny a na głowie czapkę z szopa. -Ale ja się nie dam nie myślcie że potwór mnie zniszczy ja się nie dam-głos mu się załamywał. Na zewnątrz się chmurzyło. Między drzewami skakał kocbaran. Drzewostan lasu składał się głównie z buka, dębu, sosny, jesionu i graba. Wyszli z szałasu. -Nie uważasz, że krajobraz tak się zmienił. Mężczyźni się wycofali i przeszli do miejsca gdzie zaczynały się gęste zarośla i namorzyny. Przechodzimy dalej nie mamy wyboru- powiedział szaman. -Ja tu zostaję odparł wójt. I ty też, a siedźcie i tak was dorwie-rzekł szaman. Szaman wszedł w gąszcz, przesuwał się mozolnie obok bluszczu, chmielu i czerniny. Nagle usłyszał płacz dzieci zdawało mu się że były chyba gdzieś niedaleko ale szybko się opamiętał i rozpoznał głos zapatisza, sępiego ptaka żyjącego w gąszczu trzmieliny, tam ma uwite gniazdo i tylko tam przebywa, żywiąc się padliną, owadami i ssakami. Może być groźny nawet dla człowieka. Ptak ten nie umie latać, jest bardzo ciężki, ale umie naśladować różne głosy. Szybko cofnął głowę i natychmiast poszedł naprzód ,wzdrygnął się na widok człowieka leżącego pod spróchniałym drzewem był to jeden z jego towarzyszy. Odwrócił głowę, twarz jego tak jakby pożółkła i posmutniała. -Pomocy ratunku napadła nas niedźwiedzica-odezwał się jeden z wieśniaków co z nimi poszedł. -Gdzie jesteś-spytał go Gumajan. -Tu na drzewie Podszedł do niego. -A gdzie reszta. -Jeden nie żyje -pokazał na martwego-wojownik, wędrowiec i gospodarz uciekli przed niedźwiedziem o w tamtą stronę. Przysypali ziemią martwego towarzysza i poszli dalej. Za nimi pomiędzy drzewami kukał w rytm ruchu piły kocbaran, kot o rogach barana i zębach jak szable. Tymczasem troje myśliwych przy ognisku opiekali upolowaną wściekłą niedźwiedzicę. Podeszli do nich obaj i chłop i wędrowiec. -Widzę że się posilacie- powiedział Lipiak, jeden z chłopów. -A może tak skosztujecie-odpowiedział Marczak -Cicho-z łuku Rodberger, wojownik wystrzelił strzałę w kierunku kocbarana. A gospodarz podbiegł do zwierza i mozolnie przyciągnął go do ogniska. -Rzuć go w ogień, upieczemy dwie ofiary przy jednym ogniu-poradził mu Dariusz. Robiło się ciemno. Chodźmy się chwilę zdrzemnąć, dwóch na warcie, jeden w pogotowiu.. Później zmiana. Po obfitym posiłku zasnęli. Na warcie stanęli chłop i gospodarz. Chwilę tak przespali. Obudził ich przerażający krzyk. -Co u licha?- pytał sam siebie Zyciscek, gospodarz.. -Pobudka!- krzyknął chłop. Nie chcą się obudzić. Coś tu się złego dzieje. Zaczął ich kopać. -No nie, Zyciscek chodź tu, gdzie jesteś. Zyciscekowi zaczęło się kręcić w głowie. Wszystko się waliło, nagle runął na ziemię. Lipiak biegnął z całej siły chciał stąd jak najszybciej uciekać. Słyszał mnóstwo głosów jak go napastowały, było i słychać głos wójta i dzieci. Ze zmęczenia i nieuwagi zawadził o korzeń wystający z ziemi i tracąc równowagę spadł na ziemię. Z tyłu ktoś do niego podchodził i klaskał. -Pięknie -odpowiedział przykryty kapotą mężczyzna. Teraz przyszedł czas na ciebie i tak długo już pożyłeś. Odsunął kaptur i jego oczom ukazał się Malczak. Z drugiej strony zaszedł go Rodberger. Zaś obok niego pojawili się Palewicz, Zyciscek i Gumajan. -Ty zdrajco chciałeś nas wykiwać, ty mieszkałeś w tym lesie. Wcale z nami nie szedłeś. -Chciałeś nas otruć-dalej mówił Malczak. Nagle obok nich pojawiło się dwoje dzieci, które zaczęły gryźć jak popadnie na początku Zyciscka, Lipiaka i Palewicza. -Co im się dzieje- zastanowił się Malczak-To jest szajka, to taki teatrzyk. Pojawił się Lukiulius, Faun i Cistur oraz dwoje pozostałych dzieci. -To jesteśmy wszyscy w komplecie ale gdzie ten Manhai- odezwał się Malczak. Musi być wśród nas bo inaczej wszyscy byśmy się tu nie spotkali oprócz martwego Ficzaka- rzekł Rodberger. Wilkołak chciał nas zebrać do kupy żeby mu nikt nie uciekł. teraz potworze możesz się ujawnić. Z dalsza zobaczyli hasającą dziewczynkę jak coś niosła w torbie, nagle znikła tak jakby się rozpłynęła w powietrzu. To ona-krzyknął Marek- Przyszła po nas. Teraz nawet tu nas nic nie uratuje. -Jeszcze nic straconego -rzekł szaman. Lukiulius zwariował; to wyrywał kłaki z głowy to stawał na niej. -Gdzie się podział Palewicz-spytał Zyciscek. A Lipiak i Cistur tez się gdzieś podziali. -Leżą tam-pokazał palcem Malczak-zmasakrowani. Ona tu już była widziałem ją, ale nic nie mogłem poradzić. Wszystkich nas wykończy. Ta wioska jest przeklęta. Troje nieobecnych wisiało na drzewie głową w dół bez rąk, które leżały na ziemi. Nagle na oczach wszystkich Zyciscka coś chwyciło i zawlekło w dzicz. Kolejno los kompanów podzielili dzieci. Musimy się uzbroić w cierpliwość może odejdzie-rzekł Rodberger. Zaczęła się trząść ziemia drzewa wylatywały z korzeniami. Rozstąpiła się ziemia. Malczak wpadł do rozpadliny i tak jakby zapadł się pod ziemię. Ziemia pochłonęła również Fauna. Na Rodbergera zawalił się konar drzewa. Lukiulius i Gumajan trzymali się skarpy i przy własnej pomocy wydostali się na zewnątrz. W ziemię zapadła się hasająca dziewczynka, która próbowała dorwać Lukiuliusa. -Chodź pomóżmy Rodbergerowi jest w ciężkim stanie- zaproponował Gumajan. Opatrzyli rannego wojownika, miał zmiażdżoną głowę i rany cięte głowy, wzięli go na barana. Uszli kawałek Po czym przystanęli. Byli przed jakimś legowiskiem. -Odpocznijmy-rzekł Rodberger. -Nie mamy wyboru – uśmiechnął się Lukiulius. Potaknął mu Gumajan. - Po wszystkim opuszczam tę wieś i wracam w moje rodzinne strony. Na niebie zajaśniał księżyc, zawył wilk. Manhai powraca on tu na was czeka ja muszę się zbierać. -Jak to on już zginął-rzekł. -Nie, nie zginęło jego wcielenie, on tu ciągle jest czuwa. Wycofali się w pobliskie zadrzewienia. -Jak myślisz stary Lukiuliusie czy ten las może być schronieniem, czy da się z niego wyjść. Szaleniec zapatrzał się na niego i nic nie odpowiedział. Gdzie jest droga powrotna-odezwał się wojownik, który powracał już do sił, ale ranna noga bardzo mu ciążyła. -Podam ci zioła, które uśmierzą ci ból. Tymczasem Malczak wpadając do uskoku chwycił się jakiegoś korzenia, sędziwego drzewa, które szeroko zapuściło korzenie. Malczak był wysokim, ciemnookim brunetem o rzadkiej brodzie, ubrany był w płowy strój traperski, a pod nim miał flanelową koszulę, na nogach zaś mokasyny z ostrogami. Jego nieodłącznym atrybutem był tomahawk, który skrzętnie ukrywał za skórzanym pasem na plecach. Był bardzo silny i odważny, z pozoru wyglądał na trochę otępiałego, ale pozory mylą. Nie miał dokładnego planu aby wyjść z tej patowej sytuacji w jakiej się znalazł. Pocieszała go sytuacja że nic mu nie dolegało. Fakt że dziewczę wleciało do głębokiej skarpy napawał go początkowo smutkiem, ale widząc zatrważający widok jak dziecię przemienia się w obrzydłą mieszaninę zła, brzydoty i dzikości sprzeczne uczucia go opuściły. Nie mógł sobie uzmysłowić jak takie coś w krótkim czasie pozbawiło życia jego kompanów w tak podstępny sposób, że nikt nie mógł tego zauważyć. Może to im się coś stało, może coś miał z tym wspólnego Lipiak może ktoś inny wreszcie pytał się skąd się tu wziął ten niespodziewany kataklizm w tej chwili trudno było mu się nad tym zastanawiać. Na drzewie Palewicz otworzył oczy i spozierał wokoło, stał się teraz straszydłem leśnym. Przeszedł hibernację poprzez zaatakowanie przez grzyby i porosty. Opanowały go wszczepiając dodatkowo wirus. -Ale ten las mroczny nigdy takiego nie widziałem-odezwał się szaman. Zadzwonił dzwoneczek. -No cóż to las dziewiczy-spojrzał mu prosto w oczy Lukiulius. Teraz dźwięk zaczął się przybliżać. -Co to? to jakiś dzwonek . -To koza szuka swego pana dosyć często ją tu słychać, podobno dawniej mieszkał tu pasterz skazany na banicję i on miał właśnie tą kozę. -A skąd to wiesz -Mówią o tym wszystkie zwierzęta. Ja znam ich język. Faun był moim przyjacielem. Pokażę ci coś chodź ze mną do mojej prywatnej groty. Rodberger niech tu zaczeka, nie za długo obmywa tę ranę nad tym strumykiem. Przedzierali się przez gąszcz czerniny. -Co to za rozległe drzewo. -Te drzewo podobno zostało zasadzone od gałązki drzewa poznania dobra i zła. Słynne było z tego że owocem z tego drzewa wąż skusił Ewę. A Ewa później Adama. Ale to chyba jakieś podanie. Nagle ich oczom ukazała się kolejna jaskinia. Weszli do środka. Szaleniec szedł pierwszy. Gdy znaleźli się w rozległej komnacie, Lukiulius gestem ręki Pokazał Gumajnowi aby ten zaczekał tu na niego. Po chwili z powrotem przyszedł do niego tym razem z obszernym workiem. -Umiesz odplątać ten worek.-spytał się szamana. Wywlekli wór na zewnątrz. Chwilę się z nim tarmosili, ale na nic to wyszło sznur był chyba cynowy. Postanowili go chwilę powlec i rozedrzeć o ostre kolce cierni. -A co w tym worze jest- spytał ciekawy szaman. -A tam siedzi Szydło, moje oczy i uszy. Musiałem go włożyć do wora bo sprawiał mi problemy - odpowiedział szaleniec. Był on średniego wzrostu szatynem o świdrujących niebieskich oczach, ogorzałej i suchej twarzy poprzetykanej licznymi zmarszczkami. Na sobie miał kapotę zszytą z kawałków różnobarwnych materiałów a także lekko przewiewną włosiennicę. Na nogach miał drewniane chodaki. Natomiast szaman miał na sobie przewiewny kożuch ze skóry rysia oraz mnóstwo pazurów i zębów dzikich zwierząt oplecione sznurkiem i przywiązane do szyi. Na nogach miał sandały. Był dość wysokim rudzielcem z bokobrodami i bródką oraz zielonych oczach. -Na, co ci potrzebne te Szydło. -Potrzebny mi do tego, aby wskazał niebezpieczną drogę do Galfiesza, który mieszka na szczycie góry w zarośniętym zamczysku. Niestety w tych okolicach przebywa szalone ciele bez głowy. A tylko Szydło może go zwieść na manowce. Nagle z wora wygramolił się zręcznymi ruchami włochaty stworek z zębami jak brzytwy i czupryna z piór. W umyśle wróżbity wzrastał niepokój. Strach wzmógł się w nim tym bardziej że stworek patrzył na niego złowrogim wzrokiem przy tym klaskając i ocierając z energią ręce. Jego ogon wyglądał jak bicz i w przeciwieństwie do reszty ciała, które były pokryte sierścią on był pokryty łuskami. -Idziemy po Rodbergera. Mam nektar i maściło one pomogą wojownikowi, znalazłem je w starej szafie wszędzie ich szukałem i akurat dziś znalazłem. Nagle nadleciała sowa co patrolowała teren na usługach Lukiuliusa. Siadła mu na ramieniu. Trzasnęły gałęzie zza drzewa wyszedł Malczak. Opowiedział im jak to zdołał się uchwycić jakiegoś zwierza, który kopał norę i jak go zdołał wyciągnąć na wyższy poziom ,ale musiał go zaczepić kawałkiem liany. Gdy dostał się wyżej stąd już było bliżej do wyjścia i po niewielkich korzeniach i konarach dostał się na zewnątrz, musiał się spieszyć bo uskok się zrastał. Poszli po Rodbergera. Zebrani wszyscy na brzegu rzeki ustalili że pójdzie z nimi upiór leśny jaki się pojawił obok Rodbergera na drzewie. Był to Palewicz. Który nieźle namieszał w głowie i nastraszył wojownika. Musimy się dostać do zamku bo tylko Galfiesz może nam pomóc przywrócić ład i porządek na tym dużym obszarze i we wsiach, w lesie i na połoninach. Straszydło uciekło w las po drzewach, Szydło oraz Milc, sowa szaleńca również. Wojownicy wyjęli potrzebne bronie wśród których Rodberger, łysawy blondyn z rogatym hełmem miał potężny topór i żelazny miecz, Malczak miał tomahawk i tarczę, Lukiulius kościany harpun, Gumajan kostur i łuk. Na pierwszy rzut postanowili chwycić złotą sarnę, która przebiegła im pod nosem Ale on ją już ktoś ścigał. Łowcą był Galfiesz, który przy sobie miał rusznicę a na głowie czarny kapelusz , jechał na pstrym koniu. Włosy mężczyzny miał jakby odcień lekko śniady. Głowa jego była okrągła, lekko łysiejąca. -Zapraszam was do mojego zamku. Pojawiło się stado koni, których garstkę wędrowcy szybko schwytali i ujeździli. Galfiesz był ubrany w skórzano-aksamitny płaszcz, który powiewał w chłodnym wietrze. Przedzierali się ponad godzinę przez geste krzaki i ciernie Prowadził grupę naprzód do swojego rozległego miasta, które rozciągało się po drugiej stronie góry. Ale tuż w zasięgu wzroku majaczał niewielki zamek To nie jest prawdziwe miasto-rzekł wreszcie Galfiesz.-to tylko ułuda,ale chodźcie do zamku to wam coś pokażę coś ważniejszego. Zaczęli za nim iść. Doszli do zamku. Galfiesz wypowiedział kilka tajemniczych słów i otwarły się wrota. Pierwszy badawczym okiem zajrzał do środka Lukiulius,następnie stopy postawili Rodberger oraz Gumajan i Malczak. Zbliżyli się wszyscy za Galfieszam do starego kufra. Władca zamku począł coś wyjmować z kufra,było dość ciemno i nikt nic nie widział. Nagle przez wysoko umieszczony otwór okienny błysnęło światło. Wtedy oczom podróżnych ukazał się przerażający widok. To on , to Manhain!- krzyknął Lukiulius. Nie on, tylko jego skóra-poprawił go Galfiesz. Skóra ta była już prawie całkiem szarobiała. Ale ciągle z paszczy wystawały ogromne kły. -Zabiłem go dość dawno temu,teraz jest on już tylko legendą lub jak ktoś woli historią. Właściwie to on nie był żadnym wilkołakiem miał po prostu dewiację ,która objawiała się między innymi ludożerczą skłonnością a jego ogromne cielsko wynikało z tego że miał jakieś kłopoty z organami wewnętrznymi . Po jego zabiciu musiałem powalczyć jeszcze z czarnym robakiem, który opanował jego narządy. Ja byłem wtedy zwykłym leśniczym,dzięki temu robakowi uzyskałem nieśmiertelność. A więc to tak-odparł Lukiulius. A jak wytłumaczyć to co nas spotkało po drodze-rzekł Rodberger. -Łatwo to wytłumaczyć -począł mówić Galfiesz - po prostu w większości były to zwidy lub napotykaliście błąkające się dusze,straszydła lub żyjątka leśne chłopów porwał pijany faun. Także wycie wilków pochodziło z oddalonej o wiele mil wilczej puszczy. Radził bym wam teraz się już wracać, po ciemku nie jest tu przyjemnie możecie spróbować iść tą samą drogą ale tam mogą dać się wam we znaki znowu figlarne duszki. Możecie zejść ze szczytu tą ścieżką dawno nie uczęszczaną przejść przez przełęcz cały czas szlakiem na południe, tam zejdziecie na Matrywę. -To się dobrze składa bo mam się stawić do poboru i zasilić szeregi powstańcze w tej właśnie wsi-rzekł Rodberger. -Mi się też przyda odmiana -rzekła po chwili Malczak. A jeszcze jedno-znowu odezwał się Galfiesz -gdy będziecie dochodzić do wioski zobaczycie dwie ścieżki idźcie tą gdzie będzie znak wieś Matrywa. Wybór drugiej ścieżki może być błędem,który będzie waszym końcem. -No na pewno wybierzemy dobra drogę- pewnie dla potwierdzenia swojej odwagi i roztropności chociaż z pewną nutą niepewności rzekł Gumajan.

Rozdział VIII Evil place

Upiorny jar czyli tzw.,,evil place'' to miejsce do którego nikt się nie zbliża,miejsce owiane tajemnicą ,porośnięte lasem łęgowym w którym gdzieniegdzie rosną duże wiązy,buki i dęby. teren ten jest częściowo zabagniony płynie tam również potok, który niesie głębokie wody przybierające brunatne zabarwienie których zapach często jest nie do zniesienia , zachodzą bowiem w nich procesy gnicia i butwienia jakichś substancji. wiatr jest tam porywisty. Podczas silnych wichur zdarza się słyszeć krzyki dziwnych istot .Często utrzymuje się tam gęsta mgła. Jeszcze gorzej jest w nocy zwłaszcza podczas pełni księżyca,Obszar ten jest terenem bytowania dużej ilości sów , kruków i nietoperzy. Najczęstsza jest tu jednak grobowa cisza. Gdzieś pośrodku znajduje się wzgórze pokryte gdzieniegdzie głazami,słychać tam często wycia wilków pochodzących z oddalonej o wiele mil wilczej puszczy. Jednak najbardziej tajemnicza jest jakaś stara chałupa lokalizowana gdzieś na północnym zboczu wzgórza. *** Ten Galfiesz to niezły łowca co o nim sądzicie-zapytał Malczak. To tylko pyszałek i niezłe ziółko-odezwał się Lukiulius.-Ale to co zrobił z Manhainem to zasługuje na pochwałę albo chociaż na poklask. Manhain to już historia,która będzie jednak przestrogą przed przyszłością.-spłentował Rodberger. -Daleko jeszcze do tej wsi-począł się niecierpliwić Gumajan.-Już się ściemnia -Według mojej busoli powinniśmy się kierować na zachód- spozierał na przyrząd Lukiulius. -Byliście już w tej wsi kiedyś? czy zna ją ktoś?-pytał Malczak -Tak ja tam kiedyś mieszkałem-odezwał się Rodberger.-wieś ta słynie z twardej siły oporu,którą wspiera i konrtoluje znany szlachcic i pan na włościach,potomek miejscowego rodu Saimon Teharczicz. Działa tam wielu słynnych powstańców:Velmif Sajan, Jadaniz Geray, Kazon Mostewar. -Już dość mam tego ukrywania się w tych lasach-rzekł po dłuższej chwili Lukiulius- zejdziemy z tego szlaku ,spróbujemy przejść skrótami a potem udamy się w kierunku Matrywy .Moja sowa nam w tym pomoże. -Co to to nie, musimy iść cały czas szlakiem inaczej zabłądzimy na dobre.-sprzeciwiał się Rodberger.-Ty i twoja sowa przysparzacie samych kłopotów, nie dość że sami jesteście niepewnej reputacji to jeszcze nas ciągniecie na pewną zgubę. Musimy zawrócić i przejść tą przełęczą którą widzimy w zasięgu wzroku. Lukiulius się zezłościł i wyjął malutki nożyk i drasnął Rodgergera. Zawiązała się walka. Lukiulius upadł na ziemię z poranioną głową i złamana noga i zwichnięta kostką. Gumajan powstrzymywał Rodbergera przed popełnieniem okropnego czynu. Malczak opatrywał Lukiuliusa. -Dość tego ja idę-odparł Rodberger, idąc na przód w kierunku przełęczy. -Nie możemy postępować pochopnie - zaczął się uśmiechać i mruczeć pod nosem Lukiulius wstając powoli reszta bez ruchu pozostała na miejscu. Zaraz wyruszymy jego śladem nie ma obaw. Chwilę odpoczniemy i napijemy się z tego potoczku-rzekł Gumajan. Wybierzmy pośrednią drogę pójdziemy nie na zachód a ni nie na południe wybierzmy wschód-odrzekł Malczak. Nie wiem czy to dobre wyjście pójdziemy na południowy zachód - odrzekł Gumajan ciut w bok nie po szlaku. Dobra niech będzie- wtórował mu Lukiulius. Wyruszyli dalej. Uszli kawałek drogi przechodząc przez pobliski szczyt sąsiadujący z przełęczą ,którą niedawno szedł Rodberger. Coś mi się tu nie podoba , krążymy chyba w kółko- zauważył wróżbita. -Przecież może znasz te tereny-rzekł Malczak. -Aż tak daleko tu się nie zapuszczałem. -Widzę ścieżkę spróbujmy może tam zejść.-rzekł Gumajan. -Nie,nie trzymajmy się od niej z daleka-rzekł szaleniec. -Mówiłem żebyśmy przeszli na zachód tam droga mogła być bardzo długa i miejscami trudna w przeprawie ale wolna od aktywności wszelkich istot i demonów. Co prawda nie wiadomo gdzie byśmy doszli czy na Grywałk czy kto tam wie jeszcze gdzie. Chociaż do tej wsi też nie chcę powracać,nie mam z nią dobrych wspomnień. Teraz po ciemku wracając na tamten kierunek to już tylko doszczętnie się zabłądzimy. Co sugerujesz,że tu są jakieś demony.-spytał Gumajan. Lukiulius przemilczał to. Uszli jeszcze milę. -Tu nie ma przejścia krzaki tworzą coś jakby rodzaj muru,gęstego żywopłotu.-rzekł Malczak. -Nie mamy wyboru musimy zejść na szlak.-zarządził Gumajan. Zeszli ze zbocza i znaleźli się na ścieżce. Szli w kierunku południowym. Po pół godzinie marszu Gumajan zaczął narzekać: -Idziemy od zamku już blisko sześć godzin. -To prowadź-wnerwił się Lukiulius. -Może szybciej zajdziecie do wsi. -Nie całkiem oto mi chodziło- trzeba przyspieszyć kroku. -Wiem że kulejesz ale nie możesz opóźniać marszu. Gumajan wyrwał się kilkanaście metrów przed nimi. Malczak pozostał przy Gumajanie. Przeszli kilkaset metrów. Lukiulius z Malczakiem rozmawiali o tym jakby to dobrze było zjeść coś ciepłego i wykąpać się w ciepłej wodzie. Znowu mamy jakieś zwidy -zaczął się usprawiedliwiać Malczak.-To ze zmęczenia i głodu. Nagle przed sobą zobaczyli Gumajana ,który stał niewzruszony. -Coś się stało-począł drwiąco krzyczeć Lukiulius. -Szlak jest jakby przegrodzony płotem ze siatki,ale się rozlatuje więc chyba nie będzie problemu przez niego przejść. -Ja bym się nie odważył-tajemniczo mówił Lukiulius. -Ale chyba mnie tu samego nie zostawicie Milc mi chybqa na dobre uciekł, więc muszę iść przymusem z wami. Zdołali przeleźć przez te ogrodzenie. Najtrudniej szło to Lukiuliusowi nie dość że był ranny to jeszcze specjalnie się ociągał. Nie przeszli nawet kilkunastu metrów gdy Malczak stanął jak wryty i patrzył gdzieś w oddali na dużego dęba ,zaczął drżeć i jęczeć: -Coś lub ktoś tam wisi na sznurze. Podeszli bliżej. Wszystko już wiedzieli. -To Rodberger- niepewnie rzekł Gumajan.- coś szybko ze sobą skończył .Wygląda strasznie, ciało się skurczyło i jest poskręcane. Pierwszy raz widzę wisielca-posmutniał Malczak. -Został zamordowany-poprawił go tajemniczo Lukiulius. -Sugerujesz że jest tu jeszcze ktoś z nami. -Trudno to wytłumaczyć ale tu czuję jakąś niedobrą siłę. -Czuję jakby mnie coś obserwowało-ze strachem zaczął mówić Malczak. Przyspieszyli kroku. -Ale tu cicho-po drodze drżał Malczak. Nagle obudził ich z letargu jakby odgłos noży i widelców,zaczęły im wtórować pohukiwania sowy. Zaczęły szeleścić liście. Coś niewidocznego zaczęło się poruszać. Aj,boli pomocy kuźwa dostałem-zaczął się drzeć Lukiulius. Dostawał raz po raz ciosy w biodro i w nogi. Zaczął się słaniać na jednej nodze. Malczak i Gumajan zaczęli uciekać. Zaczekajcie nie zostawiajcie mnie, jesteśmy w przeklętym jarze-prosił wróźbita i zemdlał. Nie trwało to długo wreszcie się ocknął i ruszył przed siebie. Szedł nie dłużej jak piętnaście minut zobaczył jakieś światło,podszedł z wielkim trudem bliżej. To w jakieś chatce się świeciła lampa naftowa. Zobaczył Gumajan jak stoi pod chałupą i zaczął go wyklinać: -Kuźwa są i zdrajcy. -Przestań obłąkańcu nie czas na żarty. Malczak poszedł po pomoc do tej chałupy. Ja zostałem na straży. -Dobra,dobra ja znam wasza gadkę chcecie mnie wykończyć Nagle zgasło światło w domku. Co się kuźwa dzieje lepiej stąd zwiewajmy to złe miejsce- ponaglał go Lukiulius. Nagle otworzyła się futryna okna. Jakaś szkaradna ręka obwinięta kawałkiem materiału trzymała samą głowę Malczaka za włosy i puściła ja w kierunku spanikowanych i upiornie przestraszonych mężczyzn. Futryna trzasnęła. -Spierdalajmy stąd -krzyknął ostatkiem sił Lukiulius.-To jakiś demon tego miejsca. Gumajan z trudem zaczął się przedzierać przez gąszcz tarniny i jakichś jeżyn. Lukiulius ledwo powłóczył nogami,był wykończony .Nagle coś go chwyciło z tyłu i zaczęło mu kroić plecy. Rany były nie do zniesienia. Ale niespodziewanie zaczęły w niego wchodzić nowe siły. Być może było to związane z jego działalnością wróżbiarską i zielarską znał się na tajemnych sztukach także lata przebywania w lesie wiele go nauczyły. Nie mniej posiadał przy sobie czakram,który teraz się uaktywnił;przywołał jakąś siłę,która w niego wstąpiła teraz . Odzyskał siły,oczy zaczęły mu iskrzyć,nie odczuwał bólu. Zaczął się podrywać z ziemi i przemieszczać się na niewielkie odległości. Zostawił nożownika z tyłu,mięśnie nabrały wigoru. Kątem oka zobaczył jak Gumajan ktoś dopadł po chwili był wręcz żywcem krojony. Upadł na ziemię,która zaczęła go pochłaniać przy tym i jego górna połowa ciała zaczęła się roztapiać. Lukiulius też tracił powoli siłę i upadł wreszcie na ziemię; zaczął się czołgać. Znalazł się obok jakiegoś głazu. Postanowił się na niego wspiąć. Zobaczył całą okolicę w tym także wieś Matrywę o doszedł do wniosku. Że szlak się nie rozdzielał się na dwie drogi ,z których jedna prowadziła do wioski a druga na zatracenie. Ale do wioski się szło przez te samo zło. Szybko się ocknął z odrętwienia i zobaczył że coś się zaczyna zbliżać. Wziął dupę w troki i szybko się stad usunął w kierunku widniejących na horyzoncie kominów chat i wydobywających się z nich dymy. Strasznie pokiereszowany Lukiulius gdy wyszedł z gęstego lasu znalazł się przed jakimś placem. Były tu zrujnowane stoiska świecące pustkami Zbliżył się nieco bliżej placu ,chociaż nastała noc i było już dość ciemno zdołał zobaczyć za rzędem drzew zgliszcza jakie pozostały po szpitalu. Usłyszał także głosy dwóch ludzi rozmawiających ze sobą na miejscu tragedii. Jego noga wlekła się wręcz po betonie,jeszcze gorzej było z biodrem przy każdym ruchu go potwornie bolało. Zaczął się do nich zbliżać. -Pomocy jest tu ktoś-wreszcie się odezwał. Rozmowy ustały. -Kto tam- odezwał się jeden z mężczyzn. -Potrzebuję pomocy mam złamaną nogę w dwóch miejscach i problemy z biodrem. Miał też kilka ran ciętych i kłutych Zbliżyli się do niego pospiesznie rzuciła się im w oczy nie tylko fatalny wygląd ale i strasznie blada twarz. -Nie wiecie co przeżyłem spotkałem się oko w oko ze śmiercią. Byłem w upiornym jarze. -Myśleliśmy że ucierpiałeś podczas zajścia na targowisku. Wreszcie zaczął im opowiadać swoją historię. Jak to wyruszył z trzema podróżnikami od tajemniczego łowcy Galfiesza ( którego on jednak doskonale znał ) do wioski Matrywy a błądząc trafili w niedobre miejsce. -A propos ja nie wierzyłem w prawdziwość tego miejsca -rzekł jeden z mężczyzna ,Rupert Gantan policjant zwany kukułcarzem,który został tu w celu ciągłego badania okoliczności zdarzenia i szukania jakichś śladów. -Ja się takimi rzeczami zajmuje musi mi pan dokładnie o tym opowiedzieć jak to wyglądało-rzekł drugi z mężczyzn Ryan Malus -spiktrolog Wrócimy tu jutro musimy jeszcze zbadać…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych