Mroźna Noc
Takie sobie opowiadanie, by nie zapomnieć jak się pisało.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zapowiadała się mroźna noc.
Utryk pędził na złamanie karku. Jego wierzchowiec gnał galopem, wykorzystując wszystkie swoje siły, których zaczęło mu brakować. Zwierze, pochodzące z starożytnej rasy silnych i wytrzymałych Karytorów było już na skraju wyczerpania. Wyruszyli cztery dni temu, a mieli za sobą zaledwie kilka godzin przerwy.
Jednakże wiadomość, jaką niósł Utryk, była o niebiosa ważniejsza niż życie jakiegoś konia.
Zmierzch już zapadł, temperatura szybko spadała, a nieprzenikniona ciemność, niczym czarna mgła pokryła okoliczne tereny. Karytory nie były przystosowane do zimna, jaki zaczął panować na drodze. Utryk mógł widzieć, jak jego oddech zamienia się przed twarzą w mały obłoczek pary. Oznaczało to jedno - koń już długo nie wytrzyma.
Jednak w oddali pojawił się ich cel. Mury Zakonu Paladynów świętej Alessy Uzdrowicielki Królów rysowały się na tle smoliście czarnego horyzontu. Zbudowane z jasnego, szarego kamienia, oświetlone licznymi pochodniami były doskonale widoczne z odległości kilku kilometrów, jakie miał jeszcze do pokonania Utryk. Lecz jego koń już dawał oznaki wycieńczenia - zwolnił i coraz częściej potykał się o kopyta.
Zakon był coraz bliżej. Posłaniec mógł już spostrzec pojedynczych strażników na basztach. To już niedaleko - pocieszał się w myślach.
Nagle Utryk, jakby wyrzucony z ogromną siłą z katapulty, wyleciał z siodła, a upadając zarył twarzą o zamarzniętą glebę. W efekcie na prawym policzku pojawiła się długa i głęboka blizna, która na mrozie zaczęła niemiłosiernie szczypać. Mężczyzna powoli wstał i wycierając krew o rękaw koszuli, spojrzał do tyłu. Jego wierzchowiec leżał nieruchomo na ziemi. Z pewnością potknął się o jakiś niewidoczny kamień na wyboistej i nierównej drodze i podczas upadku musiał niefortunnie skręcić kark. Utryk nie miał już czasu zająć się martwym zwierzęciem, więc puścił się biegiem w kierunku twierdzy, która z każdym jego z trudem postawionym krokiem rosła w oczach.
W końcu po kilku bezlitośnie męczących minutach Utryk stanął przed monstrualnymi bramami zakonu. Ostatkiem sił uderzył dwa razy pięścią o drewniane i lodowato zimne drzwi krzycząc:
- Otwierać bramę! Jestem Utryk z Astalis. Przybywam z rozkazu króla Ledwanda! Niosę wiadomość dla lorda Halesa!
Gwardziści na murach oświetlili pochodniami niespodziewanego gościa, by lepiej mu się przyjrzeć. Na jego brudnym od ziemi napierśniku ujrzeli królewskie insygnia - dwa przeplatająca się śnieżnobiałe węże. To już wystarczyło, by brama zaczęła się otwierać.
Lecz trwało to znacznie dłużej niż Utryk się spodziewał. Zanim gwardziści zdołali zwołać ludzi, aby pomogli oni otworzyć potwornie ciężkie wrota, wysłannik z każdą chwilą czuł się coraz gorzej. Jego wzrok został zakryty przez czarną jak smoła płachtę zmęczenia, a żołądek podszedł mu pod samo gardło. Musiał podeprzeć się, by nie upaść.
Słabł, ale musiał w tej chwili dostarczyć wiadomość lordowi Halesowi, namiestnikowi Zakonu. O spóźnionym wypełnieniu powierzonej misji nie było nawet mowy.
Musiał wypełnić zadanie, dostał je osobiście od samego króla Ledwanda, któremu spojrzał prosto w oczy i zdał sobie wtedy sprawę, że jeśli nie wykona misji na czas to okryje się wielką hańbą.
Zmobilizowane tą myślą zaczęły mu wracać siły; zasłona, która zakryła mu pole widzenia znikała, a jego nogi nie uginały się już pod ciężarem wyczerpanego ciała. Dyszał ciężko, ale każdy haust zimnego, górskiego powietrza napełniał jego płuca życiodajną energią, dzięki której odzyskiwał przytomność.
W końcu wrota otworzyły się na tyle, by Utryk mógł przecisnąć się między nimi. Niezatrzymywany przez nikogo, pognał do kamiennej warowni. Przebiegłszy przez plac apelowy, w środku którego dogasało niewielkie ognisko, stanął przed postawnym paladynem-strażnikiem, za którym było ukryte wejście do wnętrza zamku. Rycerz w pełnej płytowej zbroi odsunął się bez słowa, dając wolną drogę Utrykowi.
Rzucił szybko okiem na podłużny hol, na podłodze którego leżał długi dywan o bordowych odcieniach, a na ścianach wisiały liczne gobeliny, przedstawiające różne wydarzenia z życia zakonu, ruszył do przodu. Dotarłszy do drzwi na końcu korytarza zaczął nerwowo szukać glejtu, którego adresatem był lord Hales.
Zapieczętowany królewską pieczęcią zwinięty pergamin znalazł schowany w niewielkim skórzanym worku, wiszącym mu z paska. Wyjął go i mocno zacisnął w dłoni.
Otworzył drzwi i wkroczył do przytłaczającej go swoim ogromem komnaty będącej centrum zamku, z którego wychodziły wszystkie ważniejsze łączniki z resztą pomieszczeń warowni.
Wysłannik zaczął podejrzewać, że namiestnik mógł już udać się na spoczynek, dlatego też skierował się na prawo, wchodząc do korytarza kierującego do prywatnych izb lordów.
Jednakże Utrykowi zaczęło nagle towarzyszyć dziwne uczucie obcości; jakby coś znaczącego się tu zmieniło. Nie mógł od razu powiedzieć co dokładniej. Lecz prawie natychmiast przegnał z głowy złe myśli i skupił się na jednej myśli – trzeba było natychmiast dostarczyć wiadomość!
Królewski posłaniec w głuchej ciszy przemierzał kolejne identyczne korytarze. Choć warownia nie należała do największych w królestwie, to i tak droga z jednego jej końca na drugi zajmowała pokaźną ilość czasu. A tego już brakowało.
Lecz czegoś jeszcze nie było.
Nagle Utryk stanął jak wryty, a zimny, perlisty pot pokrył momentalnie jego pomarszczone czoło.
Chociaż szedł już dobre kilka minut, to nie natrafił jeszcze na żadnego strażnika, bądź zakonnika. Nie spotkał absolutnie nikogo, nie licząc gwardzisty przy wejściu do zamku, a jak dobrze pamiętał, kilku żołnierzy zawsze patrolowało zamek całymi dniami i nocami. Posłaniec natychmiast schował glejt z powrotem do skórzanego worka i mocniej go zawiązał. Naszły go wątpliwości co do tego miejsca. Wiedział, że na wiadomości, którą niósł zależało bardzo wielu osobom, choć nie znał jej treści.
Utryk znów ruszył do przodu, trzymając kurczowo prawą dłoń na małej torbie i podejrzliwie rozglądając się wokoło. Już nie wchodził do kolejnych pomieszczeń tak gwałtownie, teraz powoli otwierał drzwi i szybko lustrował wnętrze. Jeśli wszystko wydawało się być w miarę w porządku, szedł dalej. Był już naprawdę blisko.
Po krótkiej, acz niepokojącej chwili dotarł do ostatniego korytarza, w którym były wejścia do poszczególnych izb lordów. Na samym jego końcu znajdował się pokój namiestnika. To już prawie tu. Bez większego namysłu Utryk ruszył do przodu, jednak nagle przystanął. Poczucie zagrożenia wróciło. I narastało. Był sam - oznaczało to, że albo namiestnik znajdował się w innej części zamku, albo osobisty strażnik pilnujący drzwi do pokoju władcy gdzieś znikł.
Utryk stał w bezruchu, pełen niepewności. Nie wiedział co robić: czy znów marnować czas na dotarcie na drugi koniec zamku, czy wejść do izby, która była prawdopodobnie pusta? A co jeśli adresat wiadomości przebywał w swojej izbie? A co jeśli znajdował się w głównej sali? Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem?! - skarcił samego siebie w myślach Utryk.
Musiał podjąć szybką decyzję.
Mężczyzna gwałtownie odwrócił się i skierował się do wyjścia z korytarza, skąd przed chwilą przyszedł. Miał nadzieję, że w ostateczności natknie się na namiestnika gdzieś po drodze.
Jednakże Utryk otwierając drzwi kącikiem oka coś zauważył.
Odrzwia do izby lorda lekko się uchyliły i z pomieszczenia wyszła postać, którą nikt nigdy nie chciałby spotkać na swojej drodze. Ubrany w czerń mężczyzna z długim, błyszczącym sztyletem w dłoni uważnie wpatrywał się w skamieniałego ze strachu Utryka swoimi małymi, skośnymi oczami.
Sparaliżowany wysłannik z szeroko otwartymi ustami śledził każdy najmniejszy ruch skrytobójcy. Trwoga prawie natychmiast opanowała jego ciało w całości i wyrzuciła z jego głowy wszystkie trapiące go wcześniej myśli. Teraz była pustka. I przerażająca cisza.
Zabójca także się nie ruszał, lecz jego bezruch nie był spowodowany strachem. Była to raczej chłodna kalkulacja, co w obliczu zaistniałej sytuacji zrobić. Zabić go? - pomyślał. Trzeba będzie schować ciało, a poza tym to nie on był celem. Jedyną dzisiejszą ofiarą miał być władca zamku - szybko rozmyślał zabójca.
Utryk tymczasem również rachował, jakie miał szanse na wydostanie się żywym. Jeden błąd i chwilę później będzie leżał z poderżniętym gardłem na ziemi. Jednak musiał coś zrobić, bo im dłużej stał w drzwiach korytarza, tym bliżej był śmierci.
To był całkowicie mimowolny ruch, gdy Utryk błyskawicznie wskoczył do korytarza, zatrzaskując za sobą drzwi. Biegiem przemknął przez przejście, nie oglądając się za siebie. Zimny pot spływał mu z czoła, a dreszcz raz po raz przepływał przez jego ciało. Biegł tak szybko jak mu tylko nogi pozwalały. Był wyczerpany, wychłodzony i na dodatek śmiertelnie przerażony.
To było zbyt dużo jak na jeden wieczór.
Po chwili, która wydawała się całą wiecznością, zdyszany Utryk wrócił do centralnego pomieszczenia zamku. Liczył, że tu znajdzie jakiegokolwiek strażnika, którego powiadomi o skrytobójcy.
Nagle mężczyzna zatrzymał się przed trzema rosłymi mężczyznami, którzy pojawili się prawie znikąd.
To był lord Hales w towarzystwie dwóch swoich gwardzistów. Władca zamku był wysokim i postawnym człowiekiem o długich, zadbanych jasnych włosach i przenikliwych, szarych oczach, a na jego twarzy o ostrych rysach widać było zaledwie kilkudniowy zarost. Miał na sobie karmazynową kamizelkę z wyszytymi na przedzie insygniami Zakonu: skrzyżowaną różą i mieczem. Pod nią widać było białą koszulę, a z ramion na kamienną podłogę spływał długi, ciemnoczerwony płaszcz. U lewej nogi wisiał jego ceremonialny miecz, który nosił prawie zawsze przy sobie.
- Panie! Jak dobrze, że jaśnie pana widzę! Niosę ze sobą ważną wiadomość od króla Ledwanda! - wydyszał Utryk między głębokimi haustami powietrza, przedtem padając na kolana.
- A gdzie żeście się podziewali przez te długie chwile? - Głos namiestnika był głośny i bardzo wyraźny, choć pozbawiony wszelkich uczuć - Czekałem na was w Wielkiej Sali, a wy nie przybywaliście...
- Wiem, jaśnie panie i przepraszam za te moje karygodnie błędy! Byłem pewien, że lord przebywa już w swoich kwaterach, odpoczywając. Dlatego też tam się kierowałem... - Nagle Utryk zawiesił głos. - Mój panie! W pańskiej izbie widziałem zamachowca, czyhającego na pańskie życie!
Dwaj strażnicy nieznacznie przybliżyli się do lorda.
- Jak to? Jakiego zamachowca? W moim zamku? – choć w głosie lorda można było wyczuć nutkę zaskoczenia, to jego zachowanie nie wskazywało na jakiekolwiek poruszenie tą informacją.
- Zaiste! Cudem uniknąłem śmierci z jego rąk! Jest jaśnie pan w wielkim niebezpieczeństwie, niech pan rozkaże załodze przeczesać każdy kąt tego zamku w poszukiwaniu tego skrytobójcy, od najgłębszych lochów po najwyższe wieże!
Namiestnik nic nie odpowiedział, jedynie lekko kiwnął głową w stronę jednego z swoich strażników, który natychmiast ich opuścił i skierował się do jednych z drzwi, za którymi następnie znikł.
- Mieliście dla mnie jakąś wiadomość? – nagle odezwał się lord.
- Zaiste, panie! – zawołał Utryk i sięgnął po woreczek z zapieczętowanym pismem. Wyjął papier i wręczył go namiestnikowi, który rozwinął glejt, łamiąc królewską pieczęć.
Lord Hales uważnie przeczytał każde słowo, jakie było napisane na żółtym pergaminie. Bystre oczy szybko pochłaniały kolejne zdania, linijki i akapity wiadomości, pomimo tego ani jeden mięsień jego twarzy nawet nie drgnął. Jednakże pod nieruchomą maską wybuchał wulkan, potężny i ognisty, którego coraz trudniej można było ukryć.
- Zaatakują nas – szepnął. – Musimy sposobić się do oblężenia!
Lord odwrócił się do swojego drugiego gwardzisty i spojrzał na niego wymownym wzrokiem. Żołnierz gwałtownie odwrócił się i ruszył przed siebie, ku drzwiom.
Utryk i lord Hales po chwili zostali sami w chłodnej komnacie. Po krótkiej chwili można było usłyszeć cichy pogwar biegnących żołnierzy i ledwo dosłyszalny szczęk broni. Rozmowom zaskoczonych zakonników nie było końca, a ich rosnący strach przed nieznanym udzielał się każdemu. Także Utrykowi, który zaczął się czuć dziwnie w otoczeniu lorda.
- Panie, kto nas zaatakuje? – spytał łamiącym się głosem.
Lord Hales przeniósł wzrok na posłańca i głęboko się w niego wpatrywał, jakby próbował przeniknąć jego ciało i zobaczyć to, co za nim.
- Król Ledwand – odparł spokojnie, jakby gdyby nic.
Utryka zatkało.
- Król... Ledwand?
- Król Ledwand.
- Ale... ale... jak? Król? Nas zaatakuje? Dlaczego?
- Bo król sobie tak zażyczył – rzekł lord, kładąc swą prawą dłoń na rękojeści miecza.
Utryk nie wiedział co powiedzieć. W głowie miał zupełną pustkę, gdy usłyszał niedorzeczną odpowiedź lorda. Bo król sobie tak zażyczył!? Co to była za odpowiedź!? To było absurdalnie alogiczne. Totalny bezsens połączony z gigantyczną nierealnością. Bo król sobie tak zażyczył?! Jak mógł sobie król zażyczyć ataku na główną siedzibę najpotężniejszej siły w królestwie, od której zależała każda najmniejsza bzdura w życiu każdego obywatela Heistaru!? Zakon Paladynów świętej Alessy Uzdrowicielki Królów mógł kiwnięciem palca zrzucić z tronu króla Ledwanda i powołać swojego władcę, który będzie posłusznie wykonywał rozkazy zakonników. A król Ledwand po prostu sobie zażyczył ataku na Zakon!
Utryk nagle zauważył, jak lord Hales powoli wyciąga miecz z pochwy.
- Panie... co pan robi? – spytał cichym głosikiem.
Lord złowrogo się uśmiechnął.
Zanim posłaniec mógł wykonać jakikolwiek ruch, lord Hales jednym, szybkim jak okamgnienie pchnięciem wbił mu w pierś swój miecz, przebijając jego cienki, ozdobny napierśnik. Utryk poczuł, jak lodowato zimna stal rozdziera żywym ogniem jego ciało, gruchocze żebra i przebija płuco.
Początkowo szok był silniejszy od bólu, lecz widok klingi miecza tkwiącej w jego ciele, cichy odgłos kapania krwi na kamienną podłogę i cyniczny uśmieszek na twarzy lorda uświadomił go, co się w istocie stało.
Władca powoli, bardzo powoli wyciągnął czerwony od krwi miecz z piersi posłańca, natomiast drugą dłonią szukał wiszącej u pasa śnieżnobiałej chusty. Utryk padł na kolana, czując wprost niewyobrażalny ciężar na klatce piersiowej. Gdy jego ciemne, skórzane spodnie i podłoga wokół niego zaczęła się robić szkarłatna od krwi, lord leniwie wycierał swoją broń chustą.
Nagle lord uniósł do góry nogę i oparł stopę na ramieniu Utryka, który zwrócił swój nieobecny wzrok na twarz magnata. Była zimna jak głaz, a po złowróżbnym uśmiechu nie było ani śladu. Noga magnata powoli zaczęła się wyprostowywać, odpychając klęczącego posłańca do tyłu, aż padł on na plecy.
Jednakże dosłownie sekundę wcześniej na twarz Utryka chlusnęła krew z przeciętej tętnicy szyjnej lorda Halesa, który w tej chwili obłąkańczo zataczał się na mokrej od juchy podłodze, kurczowo trzymając się za podcięte gardło. Z jego rany oprócz tryskającego osocza uciekało powietrze z płuc. Namiestnik zaczął się dusić, pomimo usilnych prób złapania choćby najmniejszego oddechu i krztusić się krwią. Na nic zdała się brudna chusta, którą lord chciał sobie opatrzyć ranę w szyi.
Dopiero w tej chwili Utryk zdołał zobaczyć stojącego nieopodal ubranego w czerń mężczyznę, który trzymał w dłoni sztylet. Oglądał on uważnie lorda Halesa, zataczającego się, a potem miotającego się po kamiennej podłodze. Z przerażająco dokładnym rytmem krew tryskała z przeciętej tętnicy, brudząc wszystko naokoło. Zabójca celująco wykonał swoje zadanie.
Musiała minąć dłuższa chwila, zanim władca zamku przestał się rzucać we wszystkie strony. To wtedy zamachowiec podszedł upiornie cicho do wciąż przytomnego Utryka, który był widzem tego przerażającego spektaklu niezwykle brutalnej śmierci namiestnika. Posłaniec mógł jedynie zobaczyć skośne oczy zabójcy, które z uwagą obserwowały otwór w napierśniku mężczyzny. Co on zamierzał zrobić, zachodził się w głowie Utryk. Może chciał go dobić? Albo też podciąć gardło?
Zabójca schował swój sztylet za opaskę na lewej łydce i sięgnął do paska, z którego odwiązał niewielki, brunatny woreczek. Rozwiązał go i wysypał część zawartości na dłoń – drobny, złoty proszek, który wsypał do dziury w napierśniku Utryka.
To, co Utryk poczuł było niesamowite.
Poczuł, jak tępy, szarpiący ogniem ból znika w okamgnieniu, a rana cudownie się zamyka. Ciepła energia przepływająca przez jego umęczone ciało napełniało je nowym życiem, połączyła pogruchotane kości i doprowadziła organy wewnętrzne do idealnego stanu.
Po krótkiej chwili po dziurze w piersi nie było nawet śladu. Utryk wziął bardzo głęboki oddech i usiadł na podłodze. Krwista mgła zniknęła jak ręką odjął. W tej chwili mógł zobaczyć, jak skośne oczy zabójcy układają się w taką pozycję, jakby się uśmiechał.
Sekundę potem jego oczy rozszerzyły się tak szeroko, jak tylko mogły, a z brzucha wystawał grot strzały. Potem drugiej i trzeciej.
- Tam są! – krzyknął ktoś. – Zabijcie ich obu! Na Boginię! Lordzie Halesie!
Posłaniec natychmiast wstał i doskoczył do drzwi za nim, za którymi
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Woodstock
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…