Wróć do katalogu

Najdłuższa podróż

Kim tak naprawdę jesteśmy i czy jako Dzieci Boże nie zostaliśmy okłamani? Skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy...? Oto moja wersja odpowiedzi na odwieczne pytania. Masz odwagę się z nią zapoznać?

nyhariel, opublikowano , 22 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zastanawiacie się, zapewne, co połączyło autora tych wszystkich opowiadań z czarownikami z dalekiej przyszłości. Czy tylko bardzo odległe więzy krwi pomiędzy nimi, czy też może jest jeszcze jakieś drugie dno. Niektórzy z was będą usatysfakcjonowani, bo oprócz drugiego dna, jest także i trzecie. Tyle tylko, że to dno nie zawiera ani krztyny optymistycznego humoru, do którego tak jesteście przywiązani. To dno obnaża obłudę świata, jaki nas otacza, ze wszystkimi jego aspektami. Wszystko, co znamy, jest złe: dom, droga, wojna, krew, świat, Bóg, szatan, nawet TY. To wszystko jest złe poprzez złe pojmowanie, a TY jesteś zły, bo nic nie robisz, tylko siedzisz i oglądasz coraz więcej telewizji, po to tylko, by zająć czymś tą część mózgu, której nie udało się jeszcze uśpić. Komu?

Ktoś mi kiedyś powiedział, że z nieznanych mu przyczyn dwa światy, świat duchów i świat rzeczywisty, krzyżują się i to właśnie dzięki mnie. Sam nie wiem, co o tym sobie pomyśleć, ale być może ten ktoś miał nawet stuprocentową racje. I to było kluczem do poznania.

Zaczęło się prozaicznie: podświadomość płatała mi rożne figle; a to jakiś wewnętrzny nakaz zmusił mnie do rzeźbienia w drewnie, czego efektem było coś na kształt fujarki, tyle tylko, że bez dziurek, albo zrobiłem nikomu niepotrzebny naszyjnik z łańcucha stalowego i kilku zabytkowych monet, podzieliłem karty tarota w sobie tylko znany sposób... i wszystko to miało zapewne jakiś ukryty sens, tylko jaki? Nie byłem w stanie powiedzieć. Zdarzyło mi się pokonywać samotne studnię jaskini Piętrowa Szczelina. Wychodziłem po bardzo owocnej sesji zdjęciowej, zadowolony z życia i ogólnych warunków pogodowych... Moich dwóch współtowarzyszy zostało z przyczyn gabarytowych na powierzchni bawiąc się moim sprzętem. Sprzętem, który powinienem mięć na dupie! Jak wam łatwo się domyśleć, nie wszystko poszło po mojej myśli podczas tej całej drogi powrotnej. Pół metra od celu mojej wspinaczki świat wywrócił mi się do góry nogami, latarka - czołówka zawisła na szyi, a ja beztrosko runąłem w drogę powrotną. Fala gorąca, jaka zalewa człowieka w tak nieoczekiwanej sytuacji jest gorsza, niczym nurkowanie w ukropie, lecz chyba nie to jest najgorsze - najgorsza jest świadomość, że zaraz się zginie, że tyle jeszcze rzeczy jest do zrobienia, tyle kobiet do poderwania, tyle wina do wypicia... A tu nic. Finito. Mokra plama. I wtedy człowiek jest w stanie pogodzić się z własną śmiercią. To się nazywa początek końca. Wszystko, co ziemskie wydaje się być takie malutkie, a każde uczucie jest nic nie ważne w porównaniu z euforią lepszego świata, z ogromem miłości, jaki człowiek odczuwa wchodząc do niego, kiedy świat ziemski wali mu się dosłownie na głowę... Przeżyłem dzięki zwierzęcej zręczności. Po prostu po kilkunastu metrach lotu stwierdziłem, że to bez sensu już kończyć ten marny żywot nie osiągnąwszy kompletnie nic, przy czym nie mam tu na myśli upojnej nocy ze znaną top-modelką... Kosztowało mnie to zdarte kolana, łokcie i guza oraz randkę z flaszeczką jodyny. To była cena wyjściowa, lecz wtedy, kiedy mieliłem przekleństwa pod adresem wynalazcy antyseptyki, nie zdawałem sobie sprawy z tego, ile mnie jeszcze to będzie kosztować. Wkrótce otrzymałem rachunek.

Wtedy miałem zginąć. Będąc na krawędzi, otworzyłem bramę do innego świata. Powróciłem do swojego, lecz nie zamknąłem drzwi i wiele niesamowitych rzeczy przeciekło ze świata duchów wprost do mojej głowy - oto nawiedzały mnie duchy przeróżne, w większości przypadków przybierające postać zbliżona do mojej, w skrajnych przypadkach podające się za np. mojego anioła stróża. Niewiara i głęboki ateizm zaszczepiony mi za młodu przez siebie samego zaowocował dziurą w fotelu. W moim fotelu. Co gorsza, dziury tej za chińskiego boga nie mogłem wytłumaczyć w żaden logiczny sposób, ponieważ zrobiły ją dwa nie przepadające za sobą duchy przy okazji Miniarmageddonu. Cóż, na piorun kulisty też nie miałem co zwalać.

I wtedy zacząłem sobie przypominać wydarzenia, w których brałem udział i pewnie bym się nie zdziwił, gdyby nie fakt, że te wspomnienia nie należą do mnie.

* * *

Urodziłam się w Wiedniu około roku 1851. Nie było wtedy jeszcze pomnika spacerującego Franza Josepha, bo jako młody chłopak dopiero objął tron i dopiero co stłumił rebelię Rakoczego w Budzie. Nie było jeszcze Uranii – akademii wszechnauk, nie było Ringstrasse, a Wallnerstrasse nosiła dumne imię St. Annastrasse. Dlaczego tak dobrze pamiętam Wiedeń? Nie każde miasto jest tak piękne nad ranem, jak właśnie Wiedeń. Łagodna, poranna mgła zawisa wtedy nad jednym z pasaży spacerowych nad Dunajem tylko po to, aby po godzinie majestatycznie opaść w dół i odsłonić łagodne brzegi rzeki oraz oddzielający je od pasażu parkan, będący arcydziełem sztuki kowalskiej. A dlaczego tak dobrze pamiętam poranek w Wiedniu? Tam zostałam zamordowana. Wracałam w swojej śmiesznej sukni naddunajskim pasażem... Ostatnie, co pamiętam, to kuty parkan. Dziś mogę błądzić po nieznanym mi mieście z zamkniętymi oczami. Tylko ulice mają już obce nazwy…

Różaniec Silnej Woli, jedno z najsilniejszych zabezpieczeń przed złymi czarami, urokami i obcą ingerencją duchowa. Łatwo go wykonać - potrzeba 5, 7 lub 13 identycznych monet władcy, który ciemiężył twoją ojczyznę. Mogą być zwykłe miedziaki i takie oto są preferowane przez mistyków, lecz najsilniejsze różańce wykonane są z monet niklowych, ale siła tych może z czasem obrócić się przeciwko tobie, więc poprzestań na miedziakach. Sięgaj tylko tam, gdzie wzrok sięga, wbrew temu, co pisał poeta. Monety połączone być powinny łańcuchem żelaznym o jednakowej ilości oczek, którą należy dobrać eksperymentalnie, w zależnie od siły wewnętrznej danej jednostki.

Roku 1937 nie pamiętam zbyt dobrze. Po prostu był. Czułem, że wszystko zmierza ku wojnie, ale jako wzorowy Niemiec swoją karierę związałem z wojskiem. Stopień feldfebla to może nie był raczej szczyt moich marzeń, ale też nie było najgorzej. Koszary w Neustadt (obecnie Prudnik) nie były zbyt nowoczesne i praktycznie całe tonęły w błocie. Ot, kilka budynków z czerwonej cegły, plac apelowy przypominający uzdrowisko z kąpielami błotnymi, kantyna, sracz... Wszystko było w porządku, dopóki naziści nie przejęli władzy. Nigdy nie byłem nazistą i nigdy nie zgadzałem się z ich metodami. Dzięki temu i ja byłem narażony na szykany. Nagonka trwała i doprowadziła mnie do punktu bez wyjścia. W jednym z tych przytulnych, ceglanych budynków przystawiłem sobie pistolet do skroni. Do dziś czasami łapię się na tym, że sprawdzam, czy aby nie za dużą dziurę sobie zrobiłem w czaszce. A może próbuje rozmasować mocno uszkodzone miejsce? Nie ważne, bo i tak podświadomość nakazuje mi szukać dziury po kuli w miejscu, w którym jej nie ma. W roku trzydziestym siódmym w Neustadt pociągnąłem za spust. Był poranek.

Z drzewa poświęconego Białej Bogini wycinamy żywą gałąź, obieramy delikatnie z kory i drążymy przez całą długość wypalając jednocześnie wnętrze rozgrzanym żelazem. Środek wypełniamy watą, lub tkaniną i nasączamy własna krwią – w ten oto sposób ożywiamy naszą czarnoksięską różdżkę jako symbol spełnienia naszej woli. Różdżka oraz srebrny sygnet powinny zawsze być w zasięgu ręki w pomieszczeniu, w którym zwykliśmy nocować.

Nastał nowy, piękny dzionek wypełniony letnim słońcem. Taki piękny i taki niecodzienny, a jednocześnie taki szablonowy jak każdy inny letni dzień na początku lat sześćdziesiątych. Kombinowałem. Kombinowałem tylko po to, aby mięć flotę i rąk sobie nadmiernie nie urobić. Tylko że było coraz ciężej, non-stop patrzyli na ręce, sprawdzali, inwigilowali. Miałem wreszcie ten cholerny towar. Cholernie trefny towar, jeszcze gorący, ale cholernie dobrze płatny. Właśnie minąłem budynek Urzędu Województwa kierując się w kierunku podziemnego przejścia na Mariacką, gdy zauważyłem, że mam ogon. Przyśpieszyłem skręcając w bramę znanego mi podwórka jednej z setek kamienic w centrum Katowic. Wszedłem na podwórze, wiecznie brudne i odrapane. On wszedł za mną. Zacząłem biec w kierunku wyłomu w murze, który kiedyś oddzielał podwórze przyległej kamienicy. Przebiegłem obok rozbitego autobusu zaparkowanego na wieki pomiędzy śmietnikiem, a susząca się bielizna, gdy usłyszałem głośne "STÓJ!". Kilkanaście metrów przede mną otwierała się czeluść bramy wyjazdowej, mojej bramy ku wolności. Zdążyłem przez nią wybiec na ulicę. Kierowca jadącej ulicą Warszawy nie zdążył...

Pewnej nocy miałem dziwny sen. Idę do domu kolegi ze szkolnej ławy, drzwi otwiera matka. - Dzień dobry, czy jest Jarek? - Ale przecież Jarek nie żyje... "Co to ma znaczyć?" - pomyślałem. Za mną w ogrodzie zamajaczyły dwie postacie. To był Jarek we własnej osobie, drugą osobą był cały zakapturzony mnich w szarej szacie. I już wiedziałem, że matka kolegi mówiła prawdę. Uśmiechnąłem się do niego. - Czy czegoś potrzebujesz? - zapytałem. - Dzięki, nie. Opiekuje się mną teraz Mroczny Zakonnik. Nazajutrz inny kumpel z klasy przyniósł złe wieści. Jarek został zamordowany.

Czy 65 lat życia to dużo, czy mało? Zważywszy na moją dotychczasową statystykę, to chyba raczej dużo. I tak nie mam czego żałować, bo nie każdy pałęta się po tym parszywym świecie od 150 lat. Nie każdy świadomie, rzecz jasna. Dowód? Nie wprost: znam każde większe miasto od Wiednia, poprzez Budapeszt, Neustadt, aż do Katowic. W każdym z tych miast czułem się jak w swoim, pomimo, że byłem tam po raz pierwszy w życiu. Poruszałem się z zamkniętymi oczami, korzystałem ze skrótów znanych tylko miejscowym – zupełnie jak w Wiedniu na starówce, gdzie jeszcze nie tak dawno spacerowałam w swojej śmiesznej sukni, czy w Prudniku, gdzie stacjonowałem w koszarach, czy na Wojewódzkiej w Katowicach, gdzie zginąłem wybiegając z bramy… To wszystko pamiętam!

I co, myślicie, że na tym kończą się moje wspomnienia? No to fajne macie wyobrażenie o tym innym świecie! Wesołe, jak pragnę zakwitnąć! A niby skąd mam pewność aż tak długiego (jak na mnie) życia? Pamiętam. Mam zakodowane. Widziałem mój własny grób, tabliczkę na nim. Trochę mi dziwne miejsce znaleźli na wieczny spoczynek mojego ciała, bo co to za cmentarz bez pięknych, rosłych, rzucających chłodny cień drzew? Ale niech tam! To i tak najbardziej udane moje życie. Zawsze zastanawiałem się, gdzie to mnie wywiozą pochować. Takiego cmentarza nigdzie nie było w mojej miejscowości. Nie było, dopóki nie zaadoptowano części Parku Kultury i Wypoczynku na drugą część cmentarza Lipowego. Kiedy byłem tam po raz pierwszy rok temu, możecie mi wierzyć, ale pomimo upalnego lata poczułem przenikający mnie chłód. Zacząłem się bać. Ale niech tam! To i tak najbardziej udane moje życie.

Jeżeli ktoś spróbuje rozłożyć tarota zgodnie z jednym z podstawowych układów "na całe życie", zauważy, że z kart, które mu pozostaną w ręku można z powodzeniem ułożyć jeszcze trzy pełne egzystencje i jedną niepełną. Ciekawe, prawda? Jeszcze ciekawsze były eksperymenty z próbami opuszczenia swojego ciała. Metodę sprzedał mi kolega, który te zagadnienie przestudiował od strony teoretycznej, przy czym jego

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych