,,Najlepszy Jeździec na Świecie"
I rozdział powieści
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział I
„Najlepszy Jeździec na świecie” – Kurwa – zajęczał Colan, obracając się na bok. Stare, dębowe łoże zaskrzypiało przeciągle pod jego ciężarem. – Kiedyś rozbiję mu ten dzwon na głowie, obiecuję – mruknął w stronę sufitu. Dźwięk dzwonu niósł się po całej twierdzy, bezlitośnie rozdzierając resztki snu. Przez chwilę leżał bez ruchu, wsłuchując się w rytmiczne uderzenia. Miał wrażenie, że Rolf wali nim złośliwie szybciej niż miał w zwyczaju. Może za dużo pił wczoraj w zamkowej kuchni ze strażnikami, a teraz odreagowuje kaca. Rozejrzał się po komnacie. Panowała w niej gęsta, głęboka ciemność, przerywana jedynie bladą poświatą, sączącą się spod zamkniętych okiennic. Znaczyło to, że słońce wciąż było gdzieś za horyzontem. Z westchnieniem podniósł się z łóżka i ruszył do okna. Otworzył je ostrożnie, a skrzypnięcie zawiasów odbiło się echem w ciszy poranka. Na niebie pojawiła się już pierwsza łuna, chłodny, niebieskawy poblask zapowiadający świt. Wychylił się delikatnie i poczuł na twarzy powiew lekkiego wiatru. ,, Kolejny chłodny lipcowy brzask” – pomyślał. – Lato w tej przeklętej krainie trwa dwa miesiące, a i tak czuć czasami ziąb jak w październiku. - odwórcił się od okna marudząc pod nosem. Przeciągnął się powoli, i rozmasował kark, który bolał go po wczorajszym treningu. Zaczął rozciągać spięte mięśnie. Najpierw szyję, potem barki i ramiona, aż w końcu te w nogach. Codzienny rytuał, który pomagał mu utrzymać pełną sprawność. Co w jego profesji było niezwykle ważne. Spojrzał na swoją izbę. Była przestronna, choć surowa. Łóżko z ciężkiego dębowego drewna, pokryte ciemną skórą i wełnianym pledem, który matka przysłała mu trzy zimy temu. Obok stała długa szafa, ręcznie rzeźbiona, ozdobiona celtyckimi motywami. Znajdowały się w niej codzienne ubrania takie jak płaszcze, tuniki, a także kilka komplet ćwiczebnej zbroi. Druga, bardziej masywna skrzynia z żelaznymi okuciami skrywała elementy jego wojskowego ekwipunku. Na jej dnie spoczywały naramienniki, kolczuga, zapasowe skórzane pasy oraz uprząż przeznaczona do codziennych lotów. Na podłodze leżały dwa dywany. Jeden ciemnoczerwony z Bizancjum, zdobiony srebrnymi nićmi, i mniejszy, tkany w Persji, z motywem smoka wśród winorośli. Oba przybyły do zamku jako prezenty od zagranicznych dygnitarzy i handlowców i nosiły na sobie oznaki długiego użytkowania. Często rozmyślał ilu takich jak on zamieszkiwało wcześniej jego izbę. W rogu pokoju tlił się niewielki kominek. Obok niego sterczała wiązka wyschniętego drewna, którą sam przyniósł z garnizonowej szopy poprzedniego wieczoru. Na kamiennej półce nad ogniem leżał jego nóż do ostrzenia ostróg i kilka monet które niedbale rozrzucił po powrocie z wiejskiej karczmy. Podszedł do misy stojącej na niskim stoliku, pod lustrem z polerowanego metalu. Wziął glinianą amforę i nalał zimnej wody. Przepłukał twarz, gwałtownie mrugając, gdy lodowaty chłód wdarł się pod powieki. Spojrzał na swoje odbicie. Kasztanowe, mokre włosy, opadały mu niedbale na czoło. Twarz, chuda, o wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych i prostym nosie wyglądała poważniej, niż wskazywałby jego wiek. Dwudziestka to jeszcze nie starość, ale życie jeźdźca i żołnierza nie pozwalało na młodzieńczą beztroskę. Był wysoki i już kilka lat temu osiągnął blisko metr dziewięćdziesiąt lecz o smukłej, silnej sylwetce wytrenowanej starannie w gimnazjonie swojej akademii. Ramiona miał szerokie, postawę wyprostowaną, spojrzenie czujne, jakby zawsze był w gotowości do działania. Właśnie tego od niego wymagali. Nie nosił brody ani wąsów, które według jego nauczycieli były oznaką dzikości i gryzły się z rzymskimi tradycjami które od dziecka starali się wpajać młodym adeptom. Westchnął i zaczął się ubierać. Upewnił się, że gardło jest zakryte wysokim kołnierzem, a na plecy zarzucił grubą kamizelkę z naszywanym kapturem. Wiedział, że na wysokościach, nawet w lipcu, potrafi być piekielnie zimno. A przeziębienie przed turniejem mogłoby go kosztować porażkę. – Jeszcze kilka dni, zaledwie cztery noce – pomyślał. – Najwyższy już czas żeby wyrwać się na dobre z tej dziury. Za dziesięć dni miał rozpocząć się królewski turniej. W ubiegłych latach udało mu się już dwukrotnie go zwyciężyć , a tym razem miał wrócić po trzeci tytuł. Ten rok był inny. Po zakończeniu zmagań Colan miał zostać w Cardiff i już nie wracać do Carregu. Już w zeszłym roku był bliski pozostania w stolicy ale na prośbę jego nauczyciela, starego generała Antoniusa wrócił z nim do zamku pośrodku walijskich wzgórz. ,, W tym roku ten sam wojskowy mianuje mnie w końcu pełnoprawnym rycerzem” - pomyślał. Wyszedł ze swojej komnaty, zamykając za sobą ciężkie drzwi. Ruszył długim, pogrążonym jeszcze w półmroku korytarzem. Kamienne ściany odbijały delikatne światło kilku pochodni, a echo jego kroków ginęło w porannej ciszy zamku. Z każdym krokiem dźwięk dzwonu stawał się coraz wyraźniejszy. ,,Rolf jest dzisiaj nadzwyczajnie pobudzony” – pomyślał z przekąsem. ,,Wali w ten dzwon jakby miał dostać za to nagrodę”. Dotarł do końca korytarza i pchnął, stare dębowe drzwi. Na ręce zostały mu smugi brudu i kawałki pleśni, które oderwały się z zawilgoconego drewna. Wyszedł na brukowany zamkowy dziedziniec. Tutaj także panowała głęboka cisza, świadcząca o tym, że jeszcze nikt z jego towarzyszy nie opuścił swojej izby. Uderzenia dzwonu nasiliły się, aż echo poniosło je po okolicznych murach. ,, To cud, że wszyscy mieszkańcy się jeszcze nie zebrali. Ten półdebil obudziłby i trupa swoim waleniem “ przeszło mu przez głowę. Niezbyt często zdarzało mu się być pierwszym, który zbierał się na poranne loty. Od pewnego czasu przestał się przejmować tym, co myślą o nim nauczyciele. I tak cieszył się renomą oraz podziwem wśród innych adeptów. Nie warto było się przejmować porannym wstawaniem. Ale dziś było inaczej. Czuł, że jego czas w zamku powoli dobiega końca. Nie chciał zmarnować żadnej chwili, skoro i tak Rolf postawił go na równe nogi. Przed sobą ujrzał znajomy widok. Masywna brama zamku wznosiła się przed nim niczym milczący strażnik. Dźwięk dzwonu w końcu ucichł. Kiedy podszedł pod mury, zobaczył Rolfa schodzącego z drabiny. Starej, drewnianej, miejscami wzmocnionej sznurkiem. - No dzień dobry, jak się spało? Niech mnie, Colan. Od miesięcy nie widizałem Ciebie tak rano na dziedzińcu. Reszta jeszcze się nie zebrała? - spytał Rolf, równocześnie wyjmując jabłko z kieszeni swojego znoszonego płaszcza. Ugryzł owoc aż sok zaczął ściekać mu po brodzie. Był zaniedbanym mężczyzną w średnim wieku z długą, czarną brodą i głupkowatym spojrzeniem. Zwyczajnie miał zeza. Colan słyszał kiedyś, że matka Rolfa zostawiła go dla Armii Walijskiej. Podobno nie chciała dziecka i nie było jej stać wyżywienie kolejnego bachora. Gorsza wersja tej opowieści mówiła, że była kurwą. Rolf został przyjęty do zamkowego garnizonu, jednak nie miał wystarczającej odwagi ani zdolności, by przejść szkolenie. Był za to wierny, posłuszny i sumienny. Otrzymał więc zaszczytną jak na niego rolę dozorcy. Do jego obowiązków należało nadzorowanie zapasów, składanie zamówień, rozporządzanie dostawami i pilnowanie porządku dnia. Najwięcej zapału wkładał w to ostatnie. Ochoczo walił w dzwon, tropił ukrywających się adeptów i z satysfakcją wywlekał z łóżek tych którzy zaspali na nauki. - Dobry, to byłby na grzybach — rzucił Colan, starając się udawać pełną powagę. Żart był marny i nie zrobił wrażenia na rozmówcy. - Jako tako. Byłoby lepiej, gdybyś nie napierdalał tak dzwonem od rana — dodał po chwili. - Nie udawaj żeś się przez te lata nie przyzwyczaił, co rycerzyku? Zapowiada się piękny, bezchmurny dzień. Poranne mgiełki tańczą w dolinach, a słońce właśnie się wynurza zza wzgórz. Powinieneś mi dziękować. Gdyby nie ja, dalej byś zalegał w łożu do południa - odparł Rolf, szczerząc się z resztkami jabłka między zębami. ,, No dobra, jełop może mieć rację” ‘’ pomyślał Colan. Ile to już lat? Miał ledwie pięć wiosen, kiedy matka oddała go Antoniusowi na szkolenie. Zamek Carreg stał się jego domem. To tutaj, od ponad trzech stuleci, kształcono elitę brytyjskiej armii. Nie przybył sam. Towarzyszył mu smok, Crafanc. Pochodził z niezbyt starego, ale dumnego rodu Smoczych Rycerzy, wiernie służących kolejnym władcom Brytanii. Jego ojciec był najlepszym latającym rycerzem, jaki opuścił tę akademię od dekad. Przynajmniej tak mówiono. Zginął, gdy Colan miał cztery lata. Podczas ostatniej wojny z Normanami. Zginął ratując swojego księcia, obecnego władcę królestwa. ,, Śmierć bohatera”. - Ta myśl zawsze dawała Colanowi otuchę i poczucie dumy. A co innego mu pozostało? Wychował się bez ojca, a jego matka nie mogła zajmować się i nim oraz jego smokiem. Rok przed śmiercią ojciec podarował mu smocze jajo w kolorze ciemnego rubinu. Identyczne jak jego własny smok, Sawraidd. Niedługo potem z jajka wykluło się pisklę. Colan nadał mu imię Crafanc. Dorastał wśród przybranych braci i sióstr. W tym samym czasie szkolenie rozpoczęło około trzech tuzinów dzieci. Dziś pozostało ich tylko jedenastu. Niektórzy zrezygnowali, inni nie wytrzymali fizycznie albo psychicznie. Były też śmiertelne wypadki. Pamiętał poszukiwania chłopca, który spadł ze smoka w czasie rutynowego lotu. Ciało znaleziono w kilku miejscach pośród skał. Niektórzy mówili, że zemdlał z braku tlenu na wysokości, a inni że smok sam go zrzucił. Zwierzęcia nigdy nie odnaleziono. Brunatna bestia rozpłynęła się w powietrzu. Crafanc rósł szybko. Po roku został przeniesiony do „Zagrody”. Tak w akademii nazywano jaskinie wykute setki lat wcześniej przez Rzymian, u podnóża wzgórza, na którym wzniesiono Zamek. To tam trzymano smoki. Colan spojrzał znów na Rolfa, wracając myślami z odległej podróży. - Nie do wszystkiego można się przyzwyczaić, Rolfie, szczególnie do hałasów od bladego świtu - rzucił siląc się na odrobinę uśmiechu. I Faktycznie masz rację. Piękny dzień się zapowiada na tej naszej wsi - mruknął, po czym klepnął Rolfa po ramieniu i przeszedł przez bramę. Szedł długą ścieżką między kamiennymi murami. Doszedł do kolejnej, frontowej bramy prowadzącej poza teren zamku. Wartownicy, ospali i ziewający, podnieśli kraty. Skinął im głową i wyszedł pewnym krokiem za mury. Słońce opuściło horyzont i leniwie wzbijało się ponad zielone wzgórza. Colan schodził w dół ścieżką prowadzącą ku jaskiniom, rozglądając się z ciekawością, która ani na moment w nim nie wygasła mimo lat spędzonych w tych stronach. Gdziekolwiek sięgał wzrok, widział soczyste łąki i pastwiska, których zieleń mieszała się z łagodnym złotem zbóż na rozległych polach. Tworzyły razem malowniczy krajobraz. Niemal zbyt idealny jak na miejsce sąsiadujące z tym, w którym szkolono wojowników i hodowano bestie wojny. - Pełnia lata — westchnął cicho, przystając na chwilę i pozwalając sobie na ten moment wytchnienia. W dolinie, nieopodal zamku, leżało miasteczko Trapp. Skromna osada, zbudowana z kamienia i drewna, w której żyli głównie rolnicy, hodowcy bydła i kilku zaprawionych w targowaniu się handlarzy. Jednym z ich codziennych zadań było dostarczanie żywności do zamku. Zadanie to było niełatwe, zważywszy na to, jak głodne potrafiły być smoki. Z roku na rok przybywało smoków, a miasteczko pęczniało wraz z napływem kolejnych hodowców bydła, którzy szukali tu stabilnego zarobku. Korona jednak dbała o swoich ludzi. Praca dla wojska była sowicie wynagradzana, a każdy wiedział, że elita Brytyjskiej armii musi być dobrze wykarmiona. Zarówno ludzie, jak i ich skrzydlaci towarzysze. Z góry dostrzegł grupę mężczyzn zbierających się pod domem miejscowego sołtysa. Niektórzy uzbrojeni w sierpy, inni prowadzący psy lub z kijami pasterskimi. Wyglądało na to, że część ruszy na pola, a inni sprawdzą stada. Życie w dolinie toczyło się dalej, jakby nie istniał świat poza nią. Colan kroczył dalej, tonąc we wspomnieniach. To miejsce było jego domem przez niemal całe życie. Oprócz paru turniejów w stolicy, paru misji w europejskich królestwach oraz wojny o Malagę, wszystko sprowadzało się do lotów, ćwiczeń i stałych patroli ponad ziemiami na północ od Carregu. Środkowa Walia, smagana wichrem, stała się jego domem. Siodło było jego krzesłem, a skrzydła Crafanca wyobrażeniem domu. Wkrótce miało się to zmienić. ,,Nareszcie” - uśmiech pojawił się na jego twarzy- ,, Jak tylko mnie pasują, to możliwe, że do końca życia nie wrócę już w to miejsce - serce zabiło mu szybciej na tę myśl. Oczami wyobraźni widział rozgrzane, południowe miasta. Śnił o bitewnym huku, kurzu i ogniu. O sławie, o zwycięstwach i opowieściach, które będą krążyć o nim po całym kontynencie. Czekał aż jego sława opuści granice Walii i rozleje się dalej. Ale zanim jego los się spełni, musiał się pożegnać. Nie tylko z miejscem, lecz szczególnie z wersją siebie, która tutaj dorastała. Wspomnienia przychodziły falami. Loty o świcie, nielegalne wyprawy z przyjaciółmi, skradzione konie, które potem z trudem odnajdywano. Śmiech, wyścigi, bijatyki w lesie, głupie zakłady rozochoconych nastolatków. Raz, przy wyjątkowo ryzykownej wyprawie, dotarli aż pod Port Burry, kuszeni opowieściami o tawernach pełnych śpiewu i kobiet. Lowri. Uśmiechnięta córka karczmarza z czarnymi włosami i cietym językiem. Ich spotkania w sadzie za miasteczkiem, śmiechy pod księżycem, pocałunki ukryte przed światem i nauczycielami w Akademii. Wszystko skończyło się, gdy jej ojciec przyłapał ich nocą wśród drzew, a Colan musiał uciekać z gaciami w ręce. - Cóż, było warto — mruknął pod nosem z głupkowatym uśmiechem. Nagle skrzywił się, karcąc samego siebie. ,, Od kiedy stałeś się taką sentymentalną pizdą, Colan? “ - zganił się bezlitośnie. Żal, który na chwilę zakuł go w piersi, odrzucił wraz ze zdecydowanym krokiem. Ścieżka skręcała lekko w prawo i już po chwili oczom Colana ukazał się znajomy widok południowego stoku wzgórza. W jego zboczu wydrążono dziesiątki jaskiń, różniących się wielkością i głębokością. Były rozmieszczone na trzech poziomach, a każdy nich był dostępny przez schody wykute w kamieniu które czasem popękały i pokryły się mchem. Niektóre jaskinie były wielkie jak domy. Domy dla potworów. Każda z nich miała swego mieszkańca. W kilku panowała niemal całkowita pustka, bo przebywały tam jedynie młode smoczątka. Takie, które dopiero co przetrwały swoją drugą zimę. Inne, mroczne i głęboko wcięte w skałę, należały do najstarszych spośród smoków. Do istot starszych niż przodkowie Colana. Takich, które pamiętały kampanie z czasów dziadka obecnego króla. Najpotężniejsze spośród nich mogłyby połknąć konia bez zahaczenia o jakikolwiek ząb. Znał prawie wszystkie z tych smoków z imienia. Większość darzył szacunkiem, inne strachem. A jedno spośród nich kochał. Jaskinia Crafanca znajdowała się na najniższym poziomie. W drodze do niej Colan minął chatę wartowników. Nosili grube, czerwone pancerze płytowe i dzierżyli długie, oburęczne miecze. Ich zadaniem było nie tylko pilnowanie smoków, lecz także odstraszanie ciekawskich prostaczków z okolicznych wiosek i miasteczek. Mimo powszechnej obecności w świecie, smoki wciąż wzbudzały fascynację. Zdarzało się, że strażnikami zostali nieudolni adepci akademii, tacy którzy nie poradzili sobie podczas szkolenia. Colan skinął im głową na powitanie. Większość znała go jeszcze z czasów, gdy jako śmiały dzieciak biegał po pobliskich polach i lasach. Przy dogasającym ognisku siedziało czterech strażników. Dowódca, stary Aulus, uśmiechnął się szeroko na jego widok. - Colan! Ten twój krwisty bydlak dał nam dziś w nocy popalić. Około trzy kwadranse po północy ruszyliśmy z Gwyndelem na obchód. Okropnie pizgało. Gwyndel wypił o dzbanek za dużo i, pech chciał, że zachciało mu się sikać pod samą jamą Crafanca. Odradzałem mu to ale debil nie posłuchał. Smok ryknął tak przeraźliwie, że głupi Gwyndel wywrócił się i wpadł we własne szczyny. Powtarzam zawsze, rubinowy to złośliwe i wredne stworzenie. - Mówisz, jakbyś sądził, że zrobił to specjalnie — uśmiechnął się Colan podając wymieniając uścisk z Aulusem. - - Pffff. Ja nie mówię, ja to wiem. Nie pierwszy raz straszy moich ludzi. Dlatego uwielbiam ich ciągać na spacery koło jego legowiska. Przynajmniej mam trochę uciechy na stare lata. - Mam nadzieję, że nie będziesz za nami tęsknił, jak w końcu się wyrwiemy z tego zamku, staruszku. — Ja będę, jak cholera. Ale chłopaki? Za Tobą pewnie tak bo lubią popatreć jak łoisz tyłki młodzikom na treningach. Za Crafancem to raczej nikt tęsknić nie będzie. Charakterne bydle - dwóch inny strażników pokiwało głowami śmiejąc się i wymieniając uwagi na temat smoka. - Dobra, nie zatrzymuję. Słońce coraz wyżej, pewnie masz pełne ręce roboty. Gdy będziesz w stolicy, wspomnij komu trzeba że przydałoby się zwiększenie nam żołdu co? - Obiecuję! - powiedział po czym pożegnał się z Aulusem i jego ludźmi. Ruszył dalej w stronę jaskini Crafanca. Sięgnął pod szalik i wyciągnął łańcuszek z zawieszonym kluczem. Do każdej jamy istniały dwa klucze. Jeden należał do jeźdźca, drugi przechowywano w chacie wartowników. Nikt nie miał dostępu do smoka innej osoby. Ludzka natura mogła doprowadzić do nieprzyjemnych sytuacji. Nie raz jeden z adeptów akademii pragnął smoka drugiej osoby. Bestie tak jak i ludzie różniły się od siebie wielkością. szybkością czy charakterem. Dlatego właśnie klucze były świętością. Zabezpieczeniem przed zazdrością, która potrafiła rozpalić w młodych jeźdźcach chorą ambicję. Wielu marzyło o potężniejszym stworzeniu, wierząc, że silniejszy smok da im wyższe miejsce w hierarchii albo choćby i większą szansę na przeżycie prawdziwej bitwy. Z tego powodu niejedna przyjaźń w Carregu pękła jak cienka nić, gdy w grę wchodziła potęga smoczych skrzydeł i piekielnego ognia z trzewi bestii. Colan stanął przed kratami legowiska Crafanca. Wejście do jaskini miało sześć metrów wysokości i tyle samo szerokości. Całe zamknięte było ciężką, żeliwną kratą, miejscami nadgryzioną zębem czasu i korozji. Colan często myślał, że równie dobrze mogliby użyć drewnianych pali którei tak nie stanowiłyby żadnej przeszkody dla jego smoka. Otwierając zamek, zauważył zwęglone kości kilku owiec, które gad dostał poprzedniego popołudnia. ,, Dobra, nażarłeś się, to będziesz miał siłę na loty “ - powiedział do siebie jak miał w zwyczaju. Powoli otworzył oba skrzydła kraty. Lewe opadło ciężko i z hukiem uderzyło o skałę. Z wnętrza jaskini dobiegło leniwe mruczenie. Colan wydał charakterystyczne gwizdnięcie, którego używał od lat, i cofnął się o kilka kroków. Z mroku wyłoniła się potężna głowa na długiej, muskularnej szyi. Smok poruszał się na czterech łapach zakończonych śnieżnobiałymi, ostrymi pazurami. Crafanc był żywym wyobrażeniem wszystkiego, co wyróżniało walijskie czerwone smoki od pozostałych. Patrząc na niego z boku, Colan miał wrażenie, jakby oglądał istniejący odpowiednik heraldycznych wyobrażeń. Czasem nawet myślał, że to któryś z dawnych pradziadów jego bestii posłużył malarzom i rzeźbiarzom jako pierwowzór królewskiego godła. Jego łuski miały głęboki, krwisty odcień, a skrzydła jaśniejsze, o barwie agrestu. Długi ogon kończył się kolcem przypominającym grot strzały. Gad spojrzał na Colana, a w jego cienkim, żółtym oku błysnęła iskra. Przechodząc po ubitej ziemi, wysunął głowę i dotknął nosem wyciągniętej dłoni chłopaka. Z oddali wyglądało to, jakby jeździec kładł rękę na dziesięciometrowej czerwonej skale. Colan, mimo groźnego wyglądu zwierzęcia nie czuł zagrożenia. Nigdy nie mówił tego głośno aby nie wyjść na naiwnego głupka, ale w duchu porównywał smoka do psa. Wiedział, że nie zrobi mu krzywdy. Smok cicho pomrukiwał, kiedy chłopak przesuwał dłonią po jego łuskach, idąc wzdłuż masywnego cielska. - No dzień dobry przyjacielu. Widzę, że się wyspałeś. Owca zjedzona? Mam nadzieję, że jesteś gotów wzbić się w powietrze.. Poczekaj tu chwilę, muszę wejść do twojej cuchnącej nory. Zostawił smoka i ruszył w głąb jaskini. Sięgnął po stare, treningowe siodło z cielęcej skóry. Zapewniało nie tylko wygodę, ale i doskonałą przyczepność w locie. Rzadko je zabierał do zamku. Było ciężkie, a po całym dniu treningów w przestworzach oraz fechtunku nie miał siły targać go na wzgórze. Rozejrzał się sięgając wzrokiem tam gdzie dochodziło światło poranka. Grota miała około trzydziestu metrów długości, a w niej leżały obgryzione kości i inne resztki zwierząt. Każdy jeździec miał obowiązek dbania o legowisko swojego smoka. Colan nie sprzątał tu od miesiąca. Zaciągnął się nosem i skrzywił. Odór odchodów i zgnilizny był nieznośny. ,,Zajmę się tym jutro” rzucił bezsłownie do siebie. Powtarzał to już od kilku dni. Zapiął mocno skórzane rękawice i wyszedł z groty. Crafanc przechadzał się wzdłuż ścieżki w okolicy wzgórza ocierając się ciężkim bokiem o drzewa. Na ziemi leżała zerwana kora. - Ej, ty! Przestań się drapać i wracaj tutaj! Smok spojrzał na niego i wyszczerzył z lewej strony ostre jak sztylety zęby. Colan mógłby przysiąc, że wyglądał jakby się obraził. Nie ruszał się z miejsca więc Colan zdecydował sam podejść do marudnej bestii. Crafanc położył się na brzuchu, sunąc nosem po trawie. Colan zarzucił siodło na plecy i wspiął się po linach na grzbiet zwierzęcia. Rozłożył siodło, przymocował do niego trzy długie pasy. Dwa zrzucił po bokach, trzeci przerzucił wokół szyi. Upewnił się, że wszystko leży jak należy, po czym zeskoczył na ziemię. - Dobra, wstań na chwilę - klepnął smoka w łapę. Crafanc podniósł się leniwie. Colan zapiął pas pod brzuchem, przeszedł wokół gada i spiął klamrę, a następnie mocno zaciągnął. Owinął ostatni pas wokół szyi i także go zabezpieczył. Przyklęknął, by sprawdzić wszystkie wiązania. Zbyt luźne mogły zakończyć się tragedią. Wszystko było gotowe. Smok był teraz gotowy aby wzbić się w przestworza.. Usłyszał kilka szybkich kroków. Crafanc warknął jakby od niechcenia i nawet nie uniósł głowy. Colan poczuł dwie ręce na sobie. Jedna założyła mu dźwignię wokół szyi, druga chwyciła jego prawą rękę, blokując ją. Chłopak dostrzegł stopę napastnika i z całej siły nadepnął na nią. Poczucie lekkiego rozluźnienia chwytu dało mu dokładnie to, czego potrzebował. Wykonał pół kroku do przodu, szarpnął i wykręcił rękę przeciwnika, jednocześnie obracając się twarzą w jego stronę. Wykorzystując moment zaskoczenia, podciął go i powalił na ziemię z głuchym łoskotem. Nie czekając, usiadł na jego piersi, wciskając kolano w szyję. - Ja pierdole, Pedr. Wystraszyłeś mnie - warknął, patrząc prosto w twarz swojego przyjaciela. - Ile razy ci mówiłem, żebyś mnie nie zachodził tak od tyłu? Crafanc mógł ci głowę upierdolić przy dupie. Spojrzał na niego z pół oburzeniem, ale gdy zobaczył szeroki uśmiech Pedra, sam parsknął śmiechem. Wstał i wyciągnął rękę, żeby mu pomóc. - Wiem, wiem, ale za każdym razem liczę, że mi się w końcu uda — odparł Pedr, chwytając dłoń Colana i podnosząc się z ziemi. Otrzepał się z piasku. - Tym razem było bardzo blisko. Podszedłem dosłownie na kilka kroków, a Tyś nawet nie drgnął. Coś ci się stało? Wciąż zaspany, czy myślami już siedzisz w Cardiff co? - Chyba wszystko po trochu — mruknął Colan, spoglądając na las za sobą. - Nie sypiam dobrze ostatnio. Często miewam sny, że jestem daleko stąd. Widzę w nich głębokie morze. I siebie pośrodku. To pewnie minie, jak zamieszkamy w stolicy. - My zamieszkamy? — Pedr uniósł brew z udawanym zdziwieniem. - Musi być z tobą naprawdę źle dzisiaj. Ostatnio jak gadaliśmy o tym, to mówiłeś, że jestem za słabą pizdą, żeby przejść testy i próby na gwardzistę. - No i widzisz. Miałem rację. Skoro to wypominasz, to znaczy, że zapamiętałeś -powiedział Colan, przyglądając mu się z udawaną powagą. Wymienili się ostrymi spojrzeniami, pełnymi gniewu i wyzwań, ale po chwili obydwaj ponowniej wybuchnęli śmiechem. Pedr był jego przyjacielem od samego początku pobytu w Carregu. Miał bujną, czarną czuprynę, szerokie barki i twarde dłonie, które znały każdy miecz i każde ćwiczenie w Palestrze. Wzrostem lekko przewyższał Colana, który sam do niskich nie należał. Pochodził z małej wsi nad jeziorem Ogwen w północnej Walii. Tam też wszystko się zaczęło jak opowiadał. Pedr wyróżniał się od innych adeptów akademii. Smok nigdy się dla niego nie wykluł. Gdy miał osiem lat, bawiąc się z innymi dzieciakami nieopodal wsi, trafił na zielone pisklę, porzucone przez smoczycę. Nie uciekł. Nie zawiadomił dorosłych. Został. Zaopiekował się nim. Nakarmił, ogrzał i zdobył jego zaufanie. Takich jak Pedr nazywano w Brytanii poskramiaczami. Nie należeli do rodzin z rodowodem smoczych jeźdźców, ani nie dostali smoczych jaj w czasie wstępowania do Akademii. Byli tymi, którzy siłą woli i odwagą ujarzmili dzikie smoki, ryzykując życie, by oswoić śmiercionośne bestie. W ostatnich stuleciach populacja smoków znacząco wzrosła. Można je było spotkać praktycznie w każdym zakątku Europy i dalej. Większość była łagodna, trzymała się z dala od ludzi. Ale nie wszystkie. Zdarzały się wyjątki. Ogromne, ziejące ogniem bestie, które atakowały trzodę, bydło, a nierzadko i ludzi. Colan często myślał, że Pedr miał tamtego dnia ogromne szczęście. Trafił na małe, samotne smoczątko. Nie na jego matkę. I nie na rozszalałego samca. Wieść o tym, że młody chłopiec udomowił smoka, rozeszła się po okolicy jak ogień po suchym lesie. Niewiele ponad kilka tygodni później nad wioską zawisł cień szerokich skrzydeł, należących do bestii królewskich Poszukiwaczy. Było to stowarzyszenie wyspecjalizowane w odnajdywaniu takich ludzi jak Pedr. Poskramiaczy, którzy ujarzmili dzikie smoki. . Korona dbała o to, by każdy smoczy jeździec znajdował się pod jej wpływem. W dobrze działającym państwie nie było miejsca na szaleńców przelatujących nad wioskami i polami, siejących ogień i panikę oraz renegatów. Pedr, jak każdy poskramiacz, stanął przed wyborem. Mógł udać się wraz ze swoim smokiem na szkolenie do jednej z akademii na terenie wysp albo zrezygnować z tego przywileju i pozwolić Poszukiwaczom zabrać stworzenie ze sobą lub jeśli byłoby agresywne, zabić je. Korona nie znała półśrodków. Ośmioletni chłopiec nie miał jednak wątpliwości. Nie pozwolił nikomu chociażby zarysować szmaragdowej łuski swego towarzysza. Tak oto Pedr i jego smok, Rhedyn, trafili do Carregu. Stało się to zaledwie kilka miesięcy po tym, jak Colan i Crafanc zamieszkali w zamku. Colan spojrzał na przyjaciela z ukosa, gdy ten otrzepywał się z pyłu i nadal z szerokim uśmiechem masował kark. Myślami cofnął się do wyprawy na północ, kiedy to Pedr, siedząc przy trzaskającym ognisku, wspominał swoje dziecięce lata. Te opowiadające o ciężkiej pracy na roli, o ojcu, który przez całe życie nie opuścił wsi oraz o matce z wiecznie popękanym od ciężkiej pracyi dłońmi. Mimo wszystko Pedr Miał szczęście. Uniknął losu pospolitego wieśniaka, który całe życie spędza między chatą, a pastwiskiem. Uratował go smok. Paradoksalnie to właśnie dzikie, budzące postrach stworzenie dało mu wolność. Dzięki niemu wzbił się setki razy ponad chmury, widział świat z innej perspektywy. Z takiej o której większość ludzi mogła tylko pomarzyć. Leciał nad Pirenejami, widział czubki minaretów w Efezie, przelatywał nad skalistymi wybrzeżami Szkocji, a raz nawet, o czym rzadko wspominali śmignęli razem nad szczytami alpejskich szczytów sprawdzając wytrzymałość swoich smoków. To było życie, które nie miało prawa mu się przydarzyć. A jednak. Colan znał wielu synów szlachty, którzy nie dostąpili nawet połowy tego, co Pedr widział i przeżył. Może dlatego tak dobrze się rozumieli. W głębi duszy obaj wiedzieli, że świat dał im coś więcej niż innym i potrafili to docenić. Wiedzieli też że nie mogą zmarnować takiego daru. Na tej podstawie zrodziła się ta przyjaźń. Wynikła z chęci samodoskonalenia i sprawiania że drugi staje się każdego dnia lepszy. Kiedy niektórzy smoczy jeźdźcy zaniedbywali swoje obowiązki lub zapijali się w czasie przepustek w trupa znikając na dni w cieszących się złą sławą burdelach, oni dzień w dzień ćwiczyli swoje zdolności bitewne i lotnicze. Pedr przeszedł obok Colana i ruszył do Crafanca z taką swobodą, jakby miał przed sobą nie smoka, lecz starego zaprzyjaźnionego psiaka, który już nie raz witał go machnięciem ogona. W jego zachowaniu nie było ani trochę niepokoju - Witaj, Crafanc, Ty ślicznoto! - zawołał, machając do zwierzęcia. - Mam nadzieję, że nie przestraszyłem cię zbytnio. Obyś nie miał ochoty, jak to było… - spojrzał na Colana z udawanym namysłem - ujebać mi głowę koło dupy? - To nowe powiedzenie Nicolausa - odpowiedział Colan z półuśmiechem. - Wiesz tego gnojka, który lata na fioletowym normandzkim. Przybył do nas zeszłej jesieni z akademii pod Londynem. W zeszłym tygodniu patrolowaliśmy wspólnie wybrzeże. Zbliżała się burza i zaczęło porządnie wiać. Po lądowaniu rzucił takim tekstem. Głupie to ale weszło mi do głowy. - Ahhh, Anglicy… - westchnął Pedr drapiąc Crafanca pod po gardle. - Niby należymy do jednej korony, a czasami mam wrażenie że ledwo opuścili szałasy. Czasami bywają tacy… niecywilizowani. - Co kraj to obyczaj. Co zagroda to inna świnia — rzucił Colan, starając się przybrać poważny ton, choć w kąciku ust czaił się już uśmiech. - Dobra, kurwa, a to kto powiedział? — Pedr zaśmiał się, robiąc teatralnie zażenowaną minę. - Wymyśliłem teraz na poczekaniu, wiesz… — zaczął Colan, ale jego wywód przerwał przeciągły, ogłuszający ryk. Obaj odwrócili się błyskawicznie w kierunku wzgórza. Potężny, ciemnoczerwony smok o barwie przypominającej krwawy księżyc właśnie wystawiał monstrualną głowę z największej z jaskiń położonej na równi z glebą. Wyciągnął ku niebu długą, pokrytą grubymi łuskami szyję. Jego łapy, zakończone zakrzywionymi pazurami, pokrywały wyblaknięte, matowe łuski, jakby wypolerowane czasem i wieloma latami walk. Wokół rozwartej w ryku paszczy błyszczały ostre, mlecznobiałe zębiska. Była to Marwolaeth, stara smoczyca należąca do generała Antoniusa. Generał był najstarszym, a na pewno najbardziej doświadczonych nauczycielem w Akademii. Wszyscy mieszkańcy czuli respekt przed potężną bestią oraz jej jeźdźcem. Colan dostrzegł wojskowego siedzącego na grzbiecie gada. „Jak posiwiały wróbel dosiadający rosłego konia” - pomyślał. Noranne promienie słońca. W wielu miejscach widoczne były stare rany. Ślady po strzałach, włóczniach i czy pazurach innych smokrów. Niektóre przebicia były na wylot. Była jak żywa mapa walk, które stoczyła przez dziesięciolecia. Machnęła potężnie skrzydłami i wzbiła się do lotu, a ziemia zadrżała pod stopami chłopaków. Od lat ten widok zachwycał uczniów oraz mieszkańców Akademii w Carregu. Nawet teraz po długim czasie spędzonym w zamku, Colan patrzył w niebo z mieszanką szacunku i fascynacji. W ciągu następnych kilkunastu minut zebrali wraz z Pedrem grupę dzieciaków gotowych udać się z nim na ćwiczenia latania. Kazał im osiodłać smoki i, gdy będą wszyscy gotowi, polecieć na północ. Udając się za Generałem Antoniusem. Grupa liczyła osiem osób. On sam, Pedr oraz…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil matizet
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…