Wróć do katalogu

Narrator - prolog

Historia człowieka z rozdwojeniem jaźni, którego dwie skrajne osobowości cały czas ze sobą walczą. Pomóc próbuje mu ambitna lekarka, jednak jej dobre intencje bardzo szybko schodzą na dalszy plan, ustępując miejsca prawdziwej walce o przetrwanie.

Avaritia, opublikowano , 14 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Czy wie pan, gdzie się pan znajduje? Powoli podnoszę głowę. Kobieta siedząca naprzeciwko mnie ma ciemne włosy i ładne, duże oczy. Odpowiedziałbym jej na pytanie, ale nie wiem, jak. Nie wiem, co mam powiedzieć. I po chwili zdaję sobie sprawę z tego, że nic nie wiem. - Proszę pana? Ależ ona jest irytująca! Świdruje mnie tymi swoimi oczyma na wylot, chociaż nie wie, że w środku nie znajdzie nic. Pustka. - Proszę pana, powtórzę moje pytanie. Czy wie pan, gdzie się pan znajduje? Rozglądam się. Widzę ściany pomalowane na jakiś ohydny, zielonkawy kolor, widzę stół i dwa krzesła, widzę lustro... Gdzie ja, do kurwy nędzy, jestem? - Nie wiem – odpowiadam, całkowicie szczerze. - Kim pani jest? - Nazywam się Charlotte Humphreys. Jestem lekarzem. Chcę panu pomóc. Marszczę brwi. Jestem chory? - Pamięta pan, jak się pan tu znalazł? - Kolejne pytanie. Wysilam się jak mogę, aby przypomnieć sobie cokolwiek. Nie pamiętam nic. Z przerażeniem stwierdzam, że nie znam własnego imienia. Ale być może ta piękna pani mi powie. - Nie – mówię, wbijając wzrok w blat stołu. - Nie mam pojęcia, skąd się tu wziąłem. I nie wiem, jak się nazywam. Urocza Charlotte wzdycha ciężko. Spoglądam na łańcuszek unoszący się delikatnie na jej dekolcie i momentalnie odrzucam od siebie jakiekolwiek złe myśli. Na to przyjdzie czas później, obiecuję sobie. Pani doktor splata dłonie i pochyla się nieco, tak, że mogę zauważyć koronkowe fiszbiny jej stanika. Bije od niej słodki, ciężki zapach, a ja zaciągam się mocno, aby zapamiętać go jak najdłużej. Z moich ostatnich obserwacji wynika, że od kiedy sięgam pamięcią, zawsze miałem sklerozę. - Nie wie pan, jak się pan nazywa? - pyta mnie, unosząc wyregulowane brwi. - Ma pan jakieś dokumenty? - Jak pewnie pani zauważyła, jestem ubrany w koszulę nocną, która – proszę mi wierzyć - nie ma kieszeni. Tak więc nie, nie mam żadnych dokumentów – Uśmiecham się pod nosem. - A teraz, czy byłaby pani łaskawa wyjaśnić mi to całe zamieszanie? Chciałbym się dowiedzieć, kim jestem. Charlotte Humphreys kręci głową, przenosząc gumę do żucia z jednej strony szczęki na drugą. Żuje ją przez chwilę w milczeniu, a potem podnosi się z krzesła i chwyta swoją torebkę. Uradowany widokiem jej zgrabnego ciałka w wysokiej spódnicy i szpilkach, czuję ukłucie podniecenia. Charlotte z całą pewnością zauważa to, gdyż szybko wychodzi z pokoju, zamykając za sobą obite w poduszki drzwi. Zostaję sam. Po raz pierwszy w życiu doświadczam całkowitej pustki w głowie. Nigdy nie sądziłem, że da się nie myśleć, ale okazuje się, że tak. Nie myślę. Prawdopodobnie dlatego, że nie mam o czym. Ponownie rozglądam się po pomieszczeniu. Zaczynam zauważać rzeczy, których nie widziałem wcześniej – zwisająca z sufitu naga żarówka kołysze się niebezpiecznie w rytm nieodczuwalnych podmuchów wiatru, ciężką ciszę można ciąć nożem, a jedyny dźwięk, jaki słyszę, to bicie mojego serca i żałosne bzyczenie muchy. Nienawidzę much. Są wkurwiające do granic możliwości, nic, tylko bzyczą, jakby nie mogły przestać trzepać tymi pierdolonymi skrzydełkami choć na chwilę. Gdy mucha siada na blacie stołu, chwytam ją między palce. Z radością obserwuję, jak próbuje wyswobodzić się z żelaznego dla niej uścisku, wydając przy tym agonalne bzyki. Wyrywam jej skrzydełka, jedno za drugim, ale mucha w dalszym ciągu żyje i ma się całkiem dobrze. Postanawiam więc zatrzymać ją – odtąd będzie towarzyszyła mi w trudach codziennego życia. Nazywam ją Marla i kładę z powrotem na blacie, zadowolony z tego, że już mi nie ucieknie i wreszcie mam zwierzątko. Może dzięki Marli nauczę się lubić muchy. Marla krąży po stole w amoku, próbując odnaleźć drogę ucieczki, jednak bez skrzydeł jedyne, co jej się uda, to spierdolić się na ziemię bez dźwięku i uciec w kąt. Zagradzam jej drogę dłonią i zaczynam monolog. - Widzisz, Marla, nie zawsze jest tak, jak byśmy chcieli. Ty chciałabyś uciec, ale ja chciałbym cię zatrzymać. Ale to moje marzenie się spełni, ponieważ jestem lepszy i silniejszy od ciebie. Wtedy drzwi od pokoju ponownie się otwierają, a seksowne kształty pani doktor odrywają moją uwagę od Marli. - Z kim pan rozmawia? - pyta Charlotte, siadając na krześle. Z dumą wskazuję na muchę. - Mam zwierzątko – oznajmiam tonem podnieconego dziesięciolatka. - Będę je karmił i się nim opiekował. Piękna Charlotte uśmiecha się pobłażliwie, a potem, wyciągając z teczki kilka plików kartek, pyta: - Mogę ją pogłaskać? - Jasne. Tylko proszę uważać, Marla jest bardzo płochliwa. Pani doktor wykonuje nieznaczny ruch palcem nad głową niczego nieświadomej muchy, a potem podsuwa mi pod nos kartkę i mówi: - Co widzi pan na tym obrazku? Zastanawiam się. Jak dla mnie, to, co było na kartce, przypominało rozsmarowane na ścianie gówno, ale żeby nie zawieść ambicji Charlotte, udaję, że usilnie próbuję rozgryźć zagadkę. - Wydaje mi się, że to słoń. O, tu jest trąba, a tu jego ogon. Jest duży i szary. Wie pani, co by było, jakby był mały, biały i okrągły? - Nie. - Byłby aspiryną. Charlotte wybucha perlistym śmiechem, a ja, zadowolony z żartu, znów skupiam uwagę na Marli. - Rozpoznaje pan tę osobę? - mówi nagle pani doktor, podsuwając kolejną kartkę. Zamieram. Patrzę na twarz mężczyzny w wieku około trzydziestu lat, z kilkudniowym zarostem i czarnymi włosami do ramion. Ma duże, zielone oczy i szerokie brwi. Spoglądam w lustro. To ja. Nazywam się Adam Slater i to wszystko, co o sobie wiem.

* * *

Kiedy moje emocje związane z częściowo odzyskaną tożsamością ucichły nieco, zdałem sobie sprawę z tego, że muszę zaczynać wszystko od początku. Charlotte patrzyła na mnie z zaciekawieniem, notując co chwilę zaciekle w obitym w czarną skórę notesie. Nie zadawała już żadnych pytań, w związku z czym zrozumiałem, że teraz moja kolej. - Skąd macie moje zdjęcie? - zagaiłem, mając nadzieję, że mój głos nie zdradza zanadto mojego podniecenia i przerażenia jednocześnie. - Było w policyjnej kartotece? - Tak – Charlotte uniosła głowę znad notesu i pstryknęła długopisem. - Byłeś już kiedyś karany. - Za co? - Zdziwiłem się. - Zrobiłem coś złego? Twarz Charlotte sposępniała na moment. Wtedy też zorientowałem się, że moje pytanie było bezpodstawne. - Zabiłeś człowieka, Adamie. Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. A potem wszystko spowiła ciemność.

* * *

Charlotte Humphreys odskoczyła gwałtownie, kiedy płonące oczy Adama znalazły się milimetry od jej twarzy. - Adam, co ty robisz? Uspokój się! - wrzasnęła, ale silna, męska dłoń na jej ustach skutecznie uniemożliwiła dalsze mówienie. - Jak mnie pani nazwała? - Adam. Adam Slater. Tak się nazywasz, prawda? - Nie. - Mężczyzna zmrużył oczy. - Nigdy nie nazywałem się Adam Slater. Charlotte zwątpiła. Kiedy uścisk zelżał nieco, zrobiła krok w tył i zmierzyła Adama badawczym spojrzeniem. - Więc kim jesteś? - Nazywam się Henry Williams. Z pewnością mnie pani kojarzy, jestem detektywem, dość znanym, powiem nawet. Nowy Jork to stosunkowo małe miasto, przyzna mi pani rację.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych