Nazywają mnie śmierć
staram się zdefiniowac w nim pojęcie zemsty, motyw czesto powtarzany.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nazywają mnie Śmierć
Gdy się zaczęło, miała szesnaście lat, gdy się skończyło…
Była niewiele starsza.
Stała wyprostowana, w długiej zielonej sukni, kasztanowe włosy bezwładnie opadły na ramiona. Ostre wydłużone rysy twarzy, zimny wzrok i martwe łzy spływające leniwie po policzku. Nie była już małą dziewczynką i znalazła tego, którego przez tyle wiosen szukała. Znalazła i dokona zemsty. Podeszła do łóżka i wyjęła łuk oraz trzy strzały, zakończone charakterystycznym czerwonym piórkiem. Przyśpieszając kroku, zarzuciła go na plecy. Pchnęła drzwi prowadzące na poddasze, stamtąd na dach. Nie zwolniła kroku nawet wtedy, gdy omal nie wypadły jej strzały. Jesienne powietrze orzeźwiło ją i osuszyło łzy. Twarz zastygła w skupieniu, przestała już myśleć o tym, kim jest człowiek, którego zabije. Uklęknęła przy wysokiej marmurowej barierce tarasu. Rozłożyła strzały i napięła łuk. Spojrzała na drzwi ratusza, pierwsze promienie wschodzącego słońca już dawno prześliznęły się po mosiężnych drzwiach, a mężczyzna nie wyszedł. Cień niepokoju wkradł się do jej umysłu, ale ręce nadal pewnie trzymały łuk i pierwszą strzałę, gotową wystrzelić. W końcu drzwi otworzyły się, a w nich stanęła ofiara. Rozpoznała ją szybciej niż przypuszczała, w końcu minęły tylko cztery lata. Spodziewała się wątpliwości, ale gdy wyszedł wiedziała, że to on. Spodziewała się wahania. Nie przyszło. Wypuściła pierwszą strzałę, bezszelestnie wbiła się w gardło mężczyzny. Sięgnęła po następną, trafiła w sam środek czaszki, trzecią; w samo serce. Umarł nim nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Pierwszy. Wstała szybko, lecz nie gorączkowo. Cicho prześlizgnęła się do swej komnaty, spakowała łuk do walizki i wyszła na miasto, w sam środek zamieszania. Stała w tłumie gapiów, by wycofać się szukając powozu. Słyszała jak ktoś rozpacza, jak poprzysięga śmierć mordercy. Ona też tak płakała i dotrzymała przysięgi, złożonej w podobny sposób. Zobaczyła powóz, mocniej zacisnęła dłoń na walizce, z trudem powstrzymując skierowanie wzroku na dolatujący do niej krzyk rozpaczy. „Za ciebie, mamo.” Skierowała się w stronę stojących powozów. Nagle ktoś wpadł na nią przewracając. - Bardzo panią przepraszam.- Burknął i pobiegł dalej, nie interesując się czy dziewczyna wstanie. Wstała i zaczęła złorzeczyć, by ukryć zmieszanie. Zobaczyła szaleństwo w oczach młodzieńca. - Proszę mu wybaczyć. Właśnie stracił ojca…- Usłyszała za sobą głos stangreta. - Kogo?- Zapytała nie pewna tego, co usłyszała. - Bedura był jego ojcem. Chłopak świata nie widział po za nim.- Kontynuował stangret zabierając jej walizkę i prowadząc ja do powozu. - Bedura? Mężczyzna kiwnął głową. - To jego ktoś ustrzelił z łuku. – Mężczyzna zachichotał otwierając szarmancko drzwi. Dziewczyna stała osłupiała. Nie sądziła, że ten szczur miał, jakąkolwiek rodzinę. Nie wiedziała, że doprowadzi kogoś do szaleństwa, takiego samego, jaką ten człowiek sprowadził na nią. - Dokąd pani jedzie? – Zapytał zamykając drzwi karety. Osłupiała siadała, wyrwana z zamyślenia zapytała. - Co?- Zapytała całkowicie zbita z tropu, „Uciekać.” To była jedyna sensowna myśl, jaka teraz tłukła jej się w głowie. Jak najdalej od tego młodzieńca, jak najdalej… - Gdzie panią zawieźć?- Powtórzył spokojnie stangret. - Do Ternapolis.- Szepnęła.
Jechała sama, ulżyło jej. Za nim pogrążyła się całkowicie w swych myślach usłyszała głos mężczyzny. - Ech, te delikatne panienki, muchy by nie skrzywdziły! Powóz ruszył tak samo jak jej łzy. Marzyła o tym dniu, planowała go zawsze przed zaśnięciem, a teraz… Zastanowiła się jakby jej życie wyglądało gdyby nie poznała Heksy. To on nauczył ją fechtunku i nadał jej marzeniom realny obraz. Jednakże nigdy mu nie powiedziała, co jest jej marzeniem, więc Heksa nawet nie podejrzewał, że wychowuje potwora. Teraz miała wyrzuty sumienia, zawiodła i Heksa, i siebie. Nie miała już odwrotu, zabiła człowieka, pierwszy raz i wiedziała, że jak głód ją przyciśnie zrobi to i drugi raz. Była najemnikiem, posiadała nie wielki wybór. Czekała aż łzy jej spłyną, dziwiła się sobie, że opłakuje mordercę i gwałciciela.
Dwa lata zajęło mu odnalezienie zabójcy. Odnalazł i zatrudnił, teraz czekał, zemsta była tak blisko…
W barze robiło się duszno, spod blond peruki spływał jej pot. Robiło jej się nie dobrze na myśl o tym, że za chwilę ma znowu zabić człowieka. Całą siłą woli zmusiła się do udawania pijanej, potrzebowała pieniędzy. Wiedziała, że wcale nie jest lepsza od ulicznicy one sprzedawały ciała, ona duszę. Popatrzyła na swój cel, mężczyznę na drugim końcu karczmy. Uniósł kieliszek to przypomniało jej, że przecież postawił jej kieliszek tutejszego specjału. Udała, że wypiła i uśmiechnęła się błogo, choć do tego stanu było jej jeszcze daleko. W końcu podszedł do niej. - To pan przysłał wino?- Zapytała cicho, mrugając rzęsami. - Tak, koteczku.- Jego głos nie był pijany, może lekko wcięty, ale niepijany. Trochę się zaniepokoiła, ale szybko pokryła to uśmiechem. Było jej żal jego pięknego ciała, cudownych oczu i aksamitnego głosu. Miał ciało atlety i wdzięk motyla. Patrzyła z żalem. - Jak ja panu się odwdzięczę? - Już ty się o nic nie martw, koteczku.- Lekko pociągnął ją za ramię i zaprowadził na górę do swego pokoju. Po drodze usiłowała wydawać się tak pijaną jak tylko się da. Uwierzył jej, przynajmniej w połowie poluźniła napięte mięsnie, on nie może tego zauważyć. Zamknął za nimi drzwi i rzucił ją na łóżko, z siłą, jakiej się u niego nie spodziewała. Równie szybko podążył za nią, przytłaczając ją swym ciałem. W ostatnim momencie zdążyła wykręcić się na bok i wyśliznąć. Odwrócił się i uśmiechnął. - Zmieniłaś zdanie, koteczku? - Ja nigdy nie zmieniam zdania.- Syknęła, jednocześnie rzucając się na niego i przyblokowując go kolanem. Nim zdążył na to zareagować wyciągnęła sztylet i wbiła mu w pierś, pociągnęła, aż żebra gruchnęły pod jej naporem. Mężczyzna jęknął i umarł, nie dala mu najmniejszej szansy. Wstała dysząc ciężko. - Ostatni raz.- Rzuciła w stronę zamordowanego i wyszła przez okno. Zdając sobie sprawę, że od dwóch lat w ten sam sposób łże. Dwie ulicę dalej odnalazła swoje ciuchy i przebrała się. Wiedziała, że powinna zmylić trop pogoni. Odsunęła belki, które zasłaniały leżącą pod nimi ulicznicę. Zmarła na chorobę swego zawodu zeszłej nocy. Dziewczyna odnalazła ją za nim zrobiły to miejscowe psy i schowała. Początkowo zamierzała pozostawić ją w tym grobie, ale teraz zmieniła zdanie. Ladacznica była blondynką, taka samą, jaka rzekomo przespała się tej nocy z jej ofiarą. Przebrała ją w ciuchy, które widział każdy w tawernie, a do ręki wsadziła nóż. Wiedziała, jaki skutek przyniesie dochodzenie. Ulicznica zabiła mężczyznę, zbiegła, po czym zmarła. Uśmiechnęła się smutno i wybiegła z uliczki. Opuściła miasto cicho jak śmierci i jak śmierć zeszłej nocy, pozostawiła jedno życie mniej w mieście.
Gdy dotarła do potoku była już na wpółprzytomna z chęci umycia się. Nie interesowało ją nawet jak położyła swe rzeczy. Po prostu wskoczyła do wody i zaczęła szczotkować skórę do czerwoności. Może sądziła, że zmyje krew? A może zapach ulic nie napawał ją zachwytem? Gdy zmyła już wszystko, prócz wyrzutów sumienia, pozwoliła by zimny, rwący strumyk orzeźwiał ją i odpokutował winy dzisiejszej nocy. Nagle wśród nabrzeżnych krzaków dostrzegła ruch. Wyskoczyła z wody, z prędkością błyskawicy napięła łuk. Czekała. Nic się nie poruszyło, opuściła go, była pewna, że to tylko wiatr. Wtedy krzaki znów zaszeleściły. Wypuściła strzałę w tym kierunku. Usłyszała jęk i ciężki upadek. „Znowu kogoś zabiłam” pomyślała wyciągając sztylet z siodła konia, nie zastanawiała się nad tym, że jeśli przeciwnik jeszcze żyje to sztyletem się nie obroni, a jej naga postać, tylko go zachęci. Młodzieniec siedział przy drzewie, ręką ściskał ranę. Strzała wystawała z nogi, charakterystyczne czerwone piórka zafalowały delikatnie, gdy raniony próbował ruszyć nogą. Uśmiechnęła się, widząc dobrą robotę. - Czego?- Warknęła stając tuż nad nim. Zbliżało się ku świtowi, widziała doskonale. Miała wrażenie, że spotkała już tego młodzieńca. - Chciałem tylko popatrzeć.- Usprawiedliwił się. Nie spuszczając wzroku z jej nagiej sylwetki. Tak bardzo przejmowała się walką, że nie zdała sobie sprawy, kiedy stała się piękną ukształtowaną w pełni kobietą. Wzrok, którym pożerał ją chłopak przypomniał jej kogoś z przeszłości. Uklęknęła, wiedząc, że robi jej się słabo. Wbiła sztylet obok. Wiedziała, że w razie, czego zdoła go dobyć. Jednym sprawnym szarpnięciem wyjęła strzałę. Nie krzyknął. - Zaciśnij tu.- Rozkazała, szybko spełnił jej prośbę, patrząc na jej piersi. Odeszła, nie dała mu nic powiedzieć. Po chwili wróciła z wodą i bandażami, ubrana w najemniczy strój. - Najemnik? Kiwnęła głową. I zajęła się opatrywaniem. Nie wiedziała, dlaczego mu pomaga, coś jej przypominał, ale nadal nie mogła przypomnieć sobie, co. - Jak masz na imię?- Znowu zapytał. Właśnie skończyła go opatrywać i wstała.- Ja jestem Ian Bedura. Dziewczyna znieruchomiała. Patrzyła na jego oczy, postać, krew na rękach. Chłopak odnalazł ją, może jeszcze nie wie, a może już wie. - Kim jesteś?- Zapytała dla potwierdzenia swoich przypuszczeń. - Ian Bzdura, szukam takich jak ty. Po tych słowach oprzytomniała, jej głos znowu stał się silny, matowy. - Nie o to pytam. Wróg czy przyjaciel?- Zmieniając intencje pytania tak, by chłopak nie domyślił się czegokolwiek prócz nieufności. Teraz z kolei on się zdziwił. - Masz przyjaciół? Milczała, skołowana jasnym postawieniem sytuacji. On i ona wiedzieli, że ich nie miała. - Jeśli masz, chętnie zaliczyłbym się do ich grona. Uśmiechnął się przy tym czarująco. Dziewczyna odwróciła się. - Nie mam.- Po tych słowach odeszła. Usłyszał jeszcze jak galopuje na koniu. Z trudem wstał i wdrapał się na swojego wierzchowca. Miał dzisiaj jeszcze jedną ważna sprawę do załatwienia i ta najemniczka omal mu nie pokrzyżowała planów. Znieruchomiał patrząc jak w kałuży jego krwi, topnieje małe czerwone piórko. Doskoczył do niego i wyciągnął. Zza skórzanej kurty wyjął wisiorek z zawieszonymi trzema identycznymi piórkami, prezent z dawnych lat.
Przylgnęła do gałęzi. Polana, na której miała odebrać pieniądze była otoczona. Od kiedy bladym świtem spotkała, Iana Bedure była chorobliwie podejrzliwa, teraz jej to pomogło. Wpadłaby w zasadzkę jak mysz w pułapkę. Po środku polany stało trzech mężczyzn. Na tylu się umawiała, tylu jeszcze by pokonała. Nie zwyciężyłaby natomiast nad dwudziestoma, tyle bowiem naliczyła ze swego miejsca obserwatora. Dość dobrego. Istniały nikłe szanse, że nie zobaczyła kogokolwiek ukrywającego się. Najwyższy z mężczyzn trzymał sakiewkę i stał do niej tyłem. Nie widziała go, ale bardzo ją korciło ujrzeć tego, który zlecił jej to morderstwo. Nienawidziła go za to, że dał jej szanse zarobienia grosza. Mężczyzna odwrócił się, na początku nie rozpoznała go. Przyjrzała się lepiej i omal nie krzyknęła: to był, Ian Bedura. Chłopak, którego bała się najbardziej na świecie. Widziała jego szaleństwo w dniu śmierci ojca, wiedziała, do czego może doprowadzić takie szaleństwo. Sama była tego najlepszym dowodem. Wiedziała też, że ucieczka jej nie uratuje. Będzie ją ścigał do końca swych dni. Zabije ją, kiedy, dla niego to nie miało znaczenia. Zagryzła wargi, może i był szalony, ale był człowiekiem, który chciał ją wykiwać. Tego nie mogła puścić mu płazem. Oprócz tego posiadał sto JEJ talarów. To i głód były wystarczającymi argumentami, by cicho ześlizgnęła się z drzewa. Kretą ścieżką podeszła do pierwszych dwóch, którzy stali u wylotu polany, mieli za zadanie odciąć jej drogę ucieczki. Musiała to przyznać, że dwudziestu ludzi miło połechtało jej najemniczą naturę. Wyjęła z buta sztylet. Spadła na nich cicho, nie czyniąc hałasu i bezgłośnie uwalniając ich dusze. Szeptając „Płyńcie, grzechy ku niebu. Płyńcie bym miała drogę przetartą.” "Osiemnastu" Przeszła miedzy krzakami i kucnęła. Kilkanaście łokci dalej siedział najemnik bawiąc się swoim mieczem.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil kidzia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…