Wróć do katalogu

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło

Jest to historia serii pomyłek prowadzących, do zbrodni doskonałej i sprawiedliwej kary

kinpets, opublikowano , 29 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

BOB KINPETS [Opowiadanie]

„ NIE MA TEGO ZŁEGO, CO BY NA DOBRE NIE WYSZŁO?”

Robert Cohen ciężko opadł na przednie siedzenie swojego samochodu i oparł głowę na kierownicy. Ciągle dźwięczały mu w głowie słowa lekarza wypowiedziane przed chwilą w Instytucie Chorób Zakaźnych, a oznaczały one dla niego tylko jedno: wyrok śmierci. - Bardzo nam przykro, ale badanie pańskiej krwi na obecność wirusa HIV dało wynik pozytywny... Gdy usłyszał te słowa i w końcu dotarły one do jego świadomości, świat zawirował mu przed oczami niczym rozpędzona karuzela. Tylko dzięki stojącej w pobliżu pielęgniarce utrzymał resztki równowagi. Chwilę trwało nim doszedł do siebie. Na jego pytający wzrok lekarz rozłożył bezradnie ręce i dodał sucho: - Niestety... Przejdzie pan teraz z siostrą do gabinetu obok i zostanie pouczony o... Kilkakrotne klapnięcie ręką w dach samochodu pozwoliło mu wrócić do rzeczywistości. - Czy pan się źle czuje? – Policjant o mało nie włożył głowy do środka przez otwartą szybę. - Słucham?... A nie nie… przepraszam. - Odruchowo przekręcił kluczyk w stacyjce, wrzucił pierwszy bieg i wolno ruszył, zostawiając przy krawężniku pochylonego policjanta. Trochę trwało nim przedarł się przez korki i dotarł pod dom, w którym mieszkał. Zaparkował na stałym miejscu i udał się do swojego mieszkania. Wziął zimny prysznic i w szlafroku, ze szklanką whisky w ręku zagłębił się głęboko w fotelu... Szok trwał kilka dni. Żal i smutek, przeplatany z bezsilną złością i chęcią zemsty na osobie winnej jego przyszłym cierpieniom i skazaniu go na rozstanie się z tym światem w wieku czterdziestu kilku lat topił, w co i rusz zmienianych butelkach alkoholu. Niekiedy przychodziła mu myśl skończenia ze sobą. Niestety, brak odwagi w podjęciu tak drastycznego kroku, a może chęć życia tak długo jak tylko się da, niweczyła te jego niedorzeczne myśli w zalążku. W końcu postanowił wziąć się w garść. Odstawił alkohol i zaczął powoli dochodzić do siebie. Przez cały czas jednak, nurtowało go jedno pytanie:, kto poczęstował go tą paskudną chorobą? O to samo zresztą pytała go też pielęgniarka, ale wtedy w żaden sposób nie mógł zebrać myśli. Teraz, z perspektywy czasu i długich rozmyślań wytypował tę jedną jedyną, która z dużą dozą prawdopodobieństwa była chora i podzieliła się z nim tą straszną chorobą... Była nią, Linda. Ta piękna, młoda kobieta, którą poznał zresztą zupełnie przypadkowo jakiś rok temu, miała wtedy podobne symptomy chorobowe, jakie on ma teraz. Po długim zastanowieniu postanowił zorientować się, co z nią się teraz dzieje. Mieszkała tak samo jak i on, w Nowym Jorku w Greenwich Village, dzielnicy intelektualistów i artystów, w jednej z tych zadbanych, kilkupiętrowych kamieniczek. Kilka dni poświęcił na dyskretną obserwację jej mieszkania. Mógł sobie na to pozwolić gdyż dysponował nieograniczonym czasem. Pieniędzy posiadał aż nadto gdyż regularnie otrzymywał bardzo wysoką rentę po tragicznie zmarłych rodzicach. Kobieta, którą poddał dyskretnej obserwacji mieszkała samotnie i zawsze, około ósmej wieczorem była już przeważnie w swoim mieszkaniu. Brak towarzystwa i unormowany tryb życia, utwierdził go w przekonaniu, że to choroba zmusiła ją do poddaniu się losowi i zrezygnowania z uciech, jakie do tej pory były jej udziałem. W dniu, w którym postanowił ją odwiedzić, wyciągnął z szuflady swojego biurka pistolet i tłumik. Może to wydawać się dziwne, ale będąc kiedyś przejazdem w Los Angeles, znalazł go przy swoim samochodzie. W pierwszym odruchu miał zgłosić ten fakt policji, ale jakoś rozeszło się to po kościach. Wrzucił broń do szuflady i o niej zapomniał. Nie spodziewał się wtedy, że zrobi z niej kiedykolwiek jakiś użytek. Włożył pistolet za pasek od spodni, tłumik schował do bocznej kieszeni marynarki i wyszedł z mieszkania. Samochód zaparkował kilka przecznic wcześniej. Spojrzał na zegarek i ruszył wolnym krokiem na spotkanie. Pogoda jak na końcówkę października była znośna. Było w miarę ciepło i bezwietrznie. Ruch pieszy w tej części miasta był jednak znaczny. Spojrzał na duży zegar wiszący w jednej z witryn sklepowych. Dochodziła dwudziesta. Przyspieszył kroku. Z daleka rozpoznał idącą Lindę. Szła wolnym krokiem. Niby przypadkowo zaszedł jej drogę i udając zdziwienie zawołał: - Linda?. – Kobieta odruchowo cofnęła się. Była wyraźnie zaskoczona. - Czeeeść. – Błysk w jej oczach dowodził, że go poznała bez trudu. Pospacerowali trochę i Linda zaprosiła go do siebie. - Rozgość się – powiedziała, zamykając za sobą drzwi mieszkania – ja wezmę prysznic i zaraz do ciebie wyjdę. - Cmoknęła go w policzek i po chwili zniknęła w łazience. Robert włożył ręce do kieszeni spodni i rozejrzał się po salonie. Zauważył, że nic się tutaj nie zmieniło od czasu, kiedy odwiedził to miejsce ostatnim razem. Ciężko westchnął. Podszedł do stolika z alkoholem i nalał sobie szklaneczkę polskiej wódki. Wypił to jednym haustem. Odstawiając szklankę zwrócił uwagę na kolorowe pisma porozrzucane na kanapie. Podszedł do niej i wziął do ręki jedno z tych pism. Nagle oblał go zimny pot, były to, bowiem broszury informujące o zagrożeniach chorobą AIDS. Zacisnął zęby i pokręcił głową. Teraz nie miał już żadnych wątpliwości. Wyjął pistolet i nakręcił tłumik. Nalał sobie jeszcze jedną szklankę, wychylając ją jednym haustem. Skrzywił się z lekka pokasłując. Obtarł dłonią usta i z zaciętością na twarzy ruszył w kierunku łazienki. Linda, stojąc tyłem spłukiwała akurat pianę z włosów. Robert nie miał najmniejszego zamiaru o nic ją wypytywać. Sześć razy nacisnął na spust pistoletu. Kobietę rzuciło na ścianę. Po chwili osunęła się na posadzkę, barwiąc na czerwono lecącą wodę. Nie patrząc na leżącą, zapewne już martwą kobietę, zakręcił krany i wrócił do pokoju. Starannie usunął ślady swojej obecności i zamykając za sobą drzwi kluczami Lindy, przez nikogo nie zauważony wyszedł na ulicę. Klucze wrzucił do pojemnika na śmieci. To samo uczynił z pistoletem. Mimo szumu w głowie od wypitego alkoholu, wrócił do domu samochodem. Chcąc stłumić w sobie narosłe wrażenia, opróżnił butelkę szkockiej. Obudził się następnego dnia około południa. Bolała go głowa. Chwiejnym krokiem podszedł do okna i wyjrzał na ulicę. Tym razem pogoda była paskudna. Wiał wiatr i na dodatek padał deszcz ze śniegiem. Napoczął drugą butelkę alkoholu. Dopiero trzeciego dnia postanowił wziąć się w garść. Zszedł na dół i w pobliskim kiosku kupił kilka gazet. Wrócił do domu i przewertował je pobieżnie, zwracając szczególną uwagę na kroniki kryminalne. Nie znalazł żadnej wzmianki na temat wydarzeń w mieszkaniu u Lindy. Poczuł się pewniej. Zerkając ukradkiem na odłożoną gazetę, zainteresował się pięknymi widokami plaży w Miami. Wziął ponownie gazetę do ręki . Zdjęcia aż kipiały radością życia. I jeszcze ta wspaniała tam, słoneczna pogoda. Spojrzał w okno i ciężko westchnął. Spojrzał ponownie na zdjęcia. Po chwili na jego twarzy pojawił się wyraz olśnienia. Przygryzł dolną wargę i z wolna pokiwał głową. Miami powitało go folderowym wręcz zachodem słońca. Z wypożyczalni samochodów na lotnisku odebrał dokumenty oraz kluczyki od srebrzystego BMW i ruszył bezpośrednio do hotelu, w którym miał zarezerwowany apartament. Wziął prysznic i zszedł do baru. Zamówił podwójna szkocką i nie zabawiając długo wrócił do pokoju. Ranek przywitał go promieniami słońca przebijającego się przez grube zasłony. Obsługa hotelu dostarczyła śniadanie oraz zamówione wcześniej gazety, które ukazywały się w Nowym Jorku. W trakcie spożywania jajecznicy przeglądał tylko te strony, które dotyczyły ciemniejszej sfery życia. Nie znalazł tego, czego szukał. Po śniadaniu i porannej toalecie postanowił się rozruszać. Bez zbytniego pośpiechu i bez bliżej sprecyzowanego celu podążał główną ulicą tego tętniącego życiem miasta. Co jakiś czas przystawał jednak i łapiąc się dłonią za pierś próbował stłumić w sobie duszący go kaszel. Zdawał sobie sprawę, że nie jest to, ot takie zwykłe przeziębienie a zapewne pierwsze objawy czegoś, czego tak bardzo się obawiał. Chrząknął kilka razy i zerknął na drugą stronę ulicy. Odgrodzony od chodnika ogródek przed restauracją Salamander pokryty był parasolami chroniącymi skutecznie od słońca. Postanowił tam wstąpić. Z bliska okazało się, że pod parasolami nie ma wolnych miejsc. Wszedł do środka i wybrał wolny stolik w rogu pomieszczenia. U kelnera zamówił duże piwo i rozejrzał się po sali. Ludzie wybierali raczej miejsca na, zewnątrz więc w środku było w miarę pustawo. Niespodziewanie wzrok Roberta zatrzymał się w końcu sali. Przy stoliku, samotnie tak jak i on zresztą, siedziała kobieta o niezwykłej wręcz urodzie. Mogła mieć około czterdziestu lat. Była w miarę szczupła. Długie proste włosy o rudawym odcieniu, które łagodnie opadały na ramiona kontrastowały z lekką opalenizną twarzy. Kobieta ta, obracając oburącz podłużną szklankę z ciemnym napojem wpatrywała się w nią w wyraźnym zamyśleniu. Wyglądała wręcz prześlicznie. Jej uroda nie pozwalała Robertowi oderwać od niej wzroku. Zaczął zastanawiać się czy nie przysiąść się do niej i nie próbować nawiązać znajomości. Podtrzymywała go jednak przed tym świadomość, że musi na kogoś czekać. Tak urodziwa osoba nie bywa raczej samotna. W końcu, udało mu się przezwyciężyć swoją słabość do podrywania pięknych kobiet, wychylił resztę złocistego płynu, zapłacił i opuścił lokal. Następnego dnia rano obudził się około siódmej. Po śniadaniu i przejrzeniu porannej prasy nabrał ochoty na wyjazd samochodem za miasto w celu odetchnięcia na łonie natury. W godzinach przedpołudniowych ulice Miami były w miarę przejezdne, więc dotarcie do rogatek miasta nie zabrało zbyt dużo czasu. Czerwone światło sygnalizacji świetlnej zmusiło go do zatrzymania się. Zerknął odruchowo w wewnętrzne lusterko i widząc szybko zbliżający się samochód, skulił się w sobie i zamknął oczy. W tym momencie poczuł silne uderzenie. Tylko odpowiednio ustawiony zagłówek uchronił go przed raptownym odchyleniem głowy do tyłu i skręceniu karku. Mimo to poczuł ból u nasady głowy. Trzymając się ręką za kark, wściekły wysiadł z auta. Spojrzał na tył samochodu. Roztrzaskany zderzak i otwarty od uderzenia kufer nie zapowiadały jednak wielkiej szkody. Sprawca a raczej sprawczyni tej kolizji była już na zewnątrz swojego pojazdu i podążała w jego kierunku. Robert zamierzał puścić odpowiednią wiązkę, lecz gdy spojrzał na sprawczynię stłuczki najzwyczajniej w świecie zaniemówił. Była to, bowiem ta sama piękna kobieta, którą widział wczoraj, siedzącą samotnie w barze. Kobieta stanęła przed Robertem i przez chwilę ich wzrok się skrzyżował. Przypatrywali się sobie w milczeniu. – Naj, najmocniej pana przepraszam – pierwsza ochłonęła kobieta, – ale najwyraźniej w świecie zagapiłam się... Doprawdy, doprawdy… No nie wiem, co mam powiedzieć... to moja wina... Zwróciła uwagę, że stojący przed nią mężczyzna ma wykrzywiona w grymasie twarz i masuje sobie kark. – Przepraszam, czy panu nic się nie stało? – Dodała z zatroskaną miną. – Nie, nie nie, nic mi nie jest, to drobiazg – Robert opuścił rękę i spojrzał na tworzący się z każdą chwilą zator samochodowy. - Może zjedziemy na bok? – Powoli wracał do rzeczywistości. - Da pani radę uruchomić wóz? - Zaraz sprawdzę – Kobieta wsiadła do swojego samochodu i przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik zaskoczył bez trudu. Zjechali na pobliski parking. Robertowi na niczym teraz tak nie zależało jak na podtrzymaniu znajomości z tą tak uroczą nieznajomą. Po załatwieniu formalności związanych ze zdarzeniem Robert zaproponował spotkanie na neutralnym gruncie. Kobieta przyjęła zaproszenie bez najmniejszego oporu a nawet, jak wydawało się Robertowi przyjęła to zaproszenie z wyczuwalnym zadowoleniem. Umówili się na dzisiejszy wieczór. Kiedy Robert pojawił się w umówionym miejscu, Barbara, bo tak miała na imię ta kobieta, siedziała już przy stoliku, Przywitali się jak dobrzy znajomi. Wieczór upływał im w dobrym nastroju. Okazało się, że Barbara, podobnie jak Robert spędzają czas na Florydzie samotnie. Barbara przyleciała do Miami z Los Angeles, i tylko, dlatego wybrała to miejsce, gdyż po prostu, jak powiedziała, czuła taką wewnętrzną potrzebę. - Może tak musiało być? – Przeleciało Robertowi przez myśl. W trakcie konwersacji zauważył jednak, że mimo pozoru beztroski w wypowiedziach Barbary, coś ją jednak gryzło. Nie chciał dzielić się swoimi spostrzeżeniami gdyż jak przypuszczał mogło to mieć związek z jakimś mężczyzną. Na takie zwierzenia, jak sądził, przyjdzie jeszcze czas. Grubo po północy opuścili lokal. Robert zamówił taksówkę i podwiózł Barbarę pod apartamentowiec, gdzie wynajmowała mieszkanie. Przed rozstaniem zaproponował podtrzymanie znajomości. Barbara przystała na tę propozycję. Wrócił do hotelu. Leżąc w łóżku, długo nie mógł zasnąć. Przez cały czas nurtowało go kilka pytań: – Co dalej. Co dalej czynić z tą tak świetnie zapowiadającą się znajomością? Czy aby ta znajomość ma jakiś sens? Czy rysuje się przed nią jakaś konkretna przyszłość? Czy jest sens angażować się w ogarniające go uczucie? A może zakończyć tę znajomość dopóty, dopóki nie będzie za późno?… Obudził się koło południa. Przekąsił, co nieco w restauracji na dole i wyszedł na zewnątrz. W pobliskim kiosku kupił gazety i usiadł na ławce. Przewertował je dokładnie i ponownie nie znalazł tego, czego spodziewał się znaleźć. Wcisnął gazety do pojemnika na śmieci i wrócił do hotelu. Czas do spotkania z Barbarą dłużył mu się niemiłosiernie. Dosłownie nie mógł znaleźć sobie miejsca. Na umówione miejsce spotkania przyszedł pół godziny przed czasem. Po chwili pojawiła się Barbara. Przywitali się. Zaczęli rozmawiać o wszystkim i o niczym zarazem, ale nawet taka rozmowa sprawiała im widoczną przyjemność. Robert zauważył, że teraz czas płynie cholernie szybko. Nawet się nie obejrzał a już przyszła pora rozstania. Tym razem, udali się spacerkiem w kierunku miejsca zamieszkania Barbary. Idąc wolno i rozmawiając, Robert ponownie wyczuł, iż kobietę coś gryzie, raz jest wesoła aż do przesady, a następnie na jej twarzy pojawia się wyraz głębokiego smutku. Ponownie jednak nie miał odwagi o to zapytać. Zaczęli spotykać się codziennie a ich przyjaźń utrwalała się na dobre. Jedyną dziwną rzeczą w tym przyjacielskim, jak na razie związku, był brak jakichkolwiek podtekstów seksualnych w ich…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych