Nie mów fałszywego świadectwa przeciw Narodowi Pol
Zachód długo ignorował polskie raporty dotyczące Holocaustu. Teraz winą za obojętność obarcza się Polaków. A obrońców prawdy oskarża się o nawiązywanie do marca 1968 r.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nie mów fałszywego świadectwa przeciw Narodowi Polskiemu!
Zimna obojętność
O Holocauście mówi się często, że mógłby przybrać mniejsze rozmiary, gdyby państwa zachodnie, a w szczególności mocarstwa anglosaskie, podjęły stanowcze kroki w celu powstrzymania niemieckiego ludobójstwa. Jacek E. Wilczur, twórca artykułu „Nie wszystko dotąd powiedziano o nieludzkiej bierności wobec zagłady”[1], opisał haniebną postawę władz Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, które nie reagowały na dostarczane przez Polaków raporty dotyczące tragedii Żydów. Według autora, Związek Walki Zbrojnej, przemianowany później na Armię Krajową, nieustannie przekazywał rządowi emigracyjnemu w Londynie informacje o zbrodniczych poczynaniach Niemców i ich sojuszników. Komunikaty te – wraz z prośbami o zbombardowanie torów kolejowych prowadzących do obozów zagłady – były później dostarczane rządom alianckim.
Niestety, jedyną odpowiedzią państw sprzymierzonych pozostawała zimna obojętność. Można przyjąć hipotezę, że zachodni politycy zachowywali bierną postawę, gdyż nie dowierzali swoim polskim sojusznikom. Jak jednak wyjaśnić fakt, że podobne raporty, w pełni pokrywające się z doniesieniami Polaków, opracowywali Szwajcarzy, Szwedzi, Finowie, Rumuni, Węgrzy i Włosi? Czy rządy wpływowych krajów, zdolne do podjęcia interwencji w sprawie Holocaustu, uznały, że obserwatorzy z całej Europy zawiązali spisek i zgodnie snują niestworzone opowieści?
Takie wytłumaczenie byłoby naiwne, żeby nie powiedzieć: infantylne. Liczba źródeł, z których płynęły wiadomości dotyczące męczeństwa Żydów, a także częstotliwość pojawiania się takich komunikatów, sugerują, że władze USA i Wielkiej Brytanii były doskonale rozeznane w kwestii nazistowskiego ludobójstwa. Mimo to, nie reagowały. I to jest w tej historii najstraszniejsze.
Zaniedbanie czy zaniechanie?
Jacek E. Wilczur pisze, że wywiad Stanów Zjednoczonych, choć świadomy rozgrywającej się w Europie tragedii, nie był zbytnio zainteresowany badaniem tej makabry. Miało to zapewne związek z faktem, że szczegółowy raport na temat Auschwitz dostarczono mu bardzo późno, a mianowicie w kwietniu 1944 r. Jest to tym bardziej bulwersujące, że raport, o którym mowa, zawitał na Zachód ponad pół roku wcześniej. Dostarczyła go tam Armia Krajowa, licząc na to, że zostanie odpowiednio wykorzystany. Niestety, dokument leżał „w szufladzie”, nieużywany przez nikogo. Gdy już trafił do amerykańskiego wywiadu, został po prostu zignorowany. Z faktów, przywoływanych przez Wilczura, wynika, że Stany Zjednoczone mogły przyczynić się do ocalenia wielu istnień ludzkich, ale najzwyczajniej w świecie nie chciały tego zrobić. Dlaczego? Tego pewnie już nigdy się nie dowiemy.
Rząd RP na uchodźstwie, zatroskany o los Żydów polskich i europejskich, zwracał się ze stosownymi apelami nie tylko do zachodnich polityków i agentur, ale również do opinii publicznej. W krajach anglosaskich masowo kolportowano publikacje opisujące niemieckie okrucieństwo na ziemiach polskich. Trafiały one m.in. do agencji prasowych. Wbrew oczekiwaniom, nie doprowadziły one jednak do mobilizacji społeczeństw przeciwko hitlerowskiemu ludobójstwu. Świat pozostawał bierny: z obojętności, znieczulicy, strachu lub niedowierzania.
Apele do rządów państw alianckich kierowali nie tylko Polacy, lecz także sami Żydzi. Czynili to niekiedy za pośrednictwem Jana Karskiego, słynnego emisariusza Delegata Rządu na Kraj[2]. Żydzi wzywali sprzymierzonych do różnych działań, takich jak choćby zrzucanie druczków apelujących do sumienia narodu niemieckiego. Wierzyli, że gdyby Niemcy zostali dobrze poinformowani o poczynaniach władz Trzeciej Rzeszy, zbuntowaliby się przeciwko barbarzyństwu i zmusiliby nazistów do zmiany polityki. Ale państwa alianckie nie spełniły tej prośby.
Dlaczego?! Przecież nie była ona wielka, a jej realizacja nie kosztowałaby zbyt dużo! Czym kierowały się mocarstwa zachodnie, kiedy ignorowały błagania płynące ze strony samych mordowanych? Czemu konsekwentnie odmawiały Żydom pomocy? Czy było to zaniedbanie, czy… akt złej woli? Wiele wskazuje na to, że to drugie. Według Jacka E. Wilczura, władze amerykańskie nie tylko nie zrobiły nic, żeby pomóc prześladowanej populacji, ale również zaostrzyły przepisy dotyczące przyjmowania uchodźców żydowskich. Zatrzasnęły przed Żydami drzwi do życia i wolności. Podobnie postąpiły zresztą rządy państw Ameryki Łacińskiej.
Jest to wyjątkowo dziwne, zważywszy na fakt, że po zakończeniu wojny USA, Kanada i kraje południowoamerykańskie ochoczo ugościły wielu Niemców i proniemieckich kolaborantów, którym w Europie groziły surowe kary za zbrodnie wojenne. Co to miało znaczyć? Po czyjej stronie, tak naprawdę, byli alianci? Dlaczego dzisiaj Amerykanie przodują w upamiętnianiu ofiar Shoah? Nie wiem, nie rozumiem.
Zrzucanie winy
Podtrzymywaniu dobrego wizerunku i samopoczucia Amerykanów, Brytyjczyków oraz innych narodów zachodnich sprzyja popularny ostatnio pogląd, zgodnie z którym to Polacy wykazali się obojętnością, która w konsekwencji doprowadziła do zagłady milionów ludzkich istnień. Pogląd ten wyrażany jest w wielu formach: można go znaleźć w opracowaniach naukowych, materiałach prasowych, wypowiedziach osób publicznych etc. Ogromny wpływ na zachodnią (ale i polską!) opinię publiczną mają również filmy fabularne ukazujące Polaków jako ludzi, którzy dopuścili się poważnych zaniedbań lub wręcz byli skłonni pośrednio/bezpośrednio współpracować z Niemcami. Dość wspomnieć o produkcjach: „W ciemności” Agnieszki Holland (2011), „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego (2012) i „Ida” Pawła Pawlikowskiego (2013).
Faktem jest, że w Polsce trafiali się ludzie, którzy np. odmawiali Żydom schronienia, żądali od nich pieniędzy za pomoc albo wskazywali hitlerowcom żydowskie kryjówki. Uważam jednak, że w ostatnich latach mówi się o nich zbyt często, co wywołuje wrażenie, iż takie postawy były w Polsce normą. Z mojego punktu widzenia jest to działanie krzywdzące zarówno dla Polaków, jak i dla cudzoziemców, którzy zostają wprowadzeni w błąd, tzn. poddani manipulacji polegającej na otrzymaniu niepełnych wiadomości.
Manipulacja taka powoduje, że ofiara zostaje odpowiednio ukierunkowana poprzez zgłębienie tylko jednej strony problemu. I to strony będącej bardziej wyjątkiem niż regułą. Równie dobrze można by pokazać dziecku albinosów z Afryki Środkowej, nie informując go o fakcie, że przytłaczająca większość mieszkańców tej części świata jest czarnoskóra. Takie dziecko żyłoby odtąd w przekonaniu, że ludność środkowoafrykańska cechuje się białym kolorem skóry.
Nie ma mojej zgody na insynuacje, zgodnie z którymi w okupowanej Polsce powszechną praktyką było kolaborowanie z Niemcami i/lub mordowanie Żydów z własnej inicjatywy podszytej poczuciem bezkarności. Niestety, tego typu kalumnie powoli stają się normą. Ich krzewiciele nie działają już wyłącznie za granicą. Coraz częściej wyrażają swoje poglądy tutaj, nad Wisłą, dając Narodowi Polskiemu do zrozumienia, że czują się silni i bezkarni. Przykłady takich wypowiedzi - wraz z próbą polemiki - prezentuję poniżej. To od nas, Polaków, zależy, czy podejmiemy walkę z takimi nadużyciami, czy zignorujemy problem, godząc się na zohydzanie naszego wizerunku (w oczach świata, przyszłych pokoleń i nas samych).
Rewelacje Całej
Zwolenniczką poglądu, według którego Polacy w czasie II wojny światowej pozwolili sobie na obojętność graniczącą ze znieczulicą, a nawet przyzwoleniem na zło, jest Alina Cała, pracownica Żydowskiego Instytutu Historycznego. Ośmielę się omówić wywiad, jakiego Cała udzieliła Piotrowi Zychowiczowi, redaktorowi dziennika „Rzeczpospolita”[3]. Skoncentruję się na fragmentach, w których przedstawicielka ŻIH przypisuje Polakom śmiertelną w skutkach bierność.
Zdaniem Całej, Polacy już przed wojną byli zdecydowanymi antysemitami, czego przejawami były antyżydowskie wypowiedzi obecne w przestrzeni publicznej oraz ksenofobiczne rozruchy prowadzące do ludzkiej śmierci. Rozmówczyni Zychowicza jest przekonana, że Kościół rzymskokatolicki i aktywiści Narodowej Demokracji wychowywali Polaków w duchu niechęci do Żydów. Zaowocowało to tym, iż podczas wojny Polacy nie byli pewni, czy pomaganie Żydom jest słuszne z moralnego punktu widzenia.
Cała wie, że w czasie niemieckiej okupacji ukrywanie Żydów było zagrożone karą śmierci. Przypomina jednak, że za pomaganie działaczom ruchu oporu również można było zostać zabitym, a mimo to Polacy nierzadko decydowali się na takie ryzyko. Pracownica Żydowskiego Instytutu Historycznego uważa, że Polacy chętniej pomagali konspiratorom niż Żydom, ponieważ nie wiązało się to z rozterkami moralnymi. Twierdzi też, że mieszkańcy polskich wsi, świadomi stosowania przez Niemców odpowiedzialności zbiorowej, częściej podejmowali ryzyko związane ze sprzyjaniem partyzantom niż ludności żydowskiej. Łatwiej przychodziło im narażanie się dla innych Polaków niż dla Żydów[4].
Alina Cała nie ma wątpliwości co do tego, że eksterminacja Żydów byłaby znacznie utrudniona, gdyby ludność cywilna masowo przeciwstawiała się takim poczynaniom. „Nie da się wymordować 3 milionów ludzi bez bierności społeczeństwa” – przekonuje przedstawicielka ŻIH. Kiedy Zychowicz[5] zadaje pytanie „To za śmierć ilu Żydów są według pani odpowiedzialni Polacy?”, jego rozmówczyni odpowiada: „W pewnym sensie za śmierć wszystkich – 3 milionów. Bo ludzie ci zostali skoncentrowani w gettach, wywiezieni do obozów i wymordowani przy bierności polskich sąsiadów”.
Jak widać, kobieta stawia znak równości między uciśnioną ludnością polską a bezwzględnym hitlerowskim najeźdźcą. Myślę, że bardziej uzasadnione byłoby stawianie Polaków w jednym szeregu z Żydami, albowiem obie nacje były ofiarami wojny (tzn. ofiarami tego samego, niemieckiego agresora). Gdy się czyta wypowiedzi Aliny Całej, odnosi się wrażenie, że Holocaust rozgrywał się w warunkach pokoju i liberalnej demokracji. Pracownica Żydowskiego Instytutu Historycznego opisuje okupację w taki sposób, jakby Polacy - rozumiani jako społeczeństwo obywatelskie - nadal byli wówczas suwerenem i posiadali realny wpływ na poczynania władz.
Kto zna historię, ten wie, że ówczesna sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Naród Polski, podbity przez szowinistów z Zachodu, był niewolnikiem na własnym terenie. Co, zdaniem Całej, mieli robić ubezwłasnowolnieni i sterroryzowani Polacy? Pisać petycje do Adolfa Hitlera? Urządzać strajki i przypinać sobie oporniki? A może organizować demonstracje uliczne z takimi atrakcjami, jak palenie flag/opon/kukieł czy wznoszenie antyfaszystowskich transparentów? Nie bądźmy śmieszni…
Według przedstawicielki ŻIH, odpowiedzialność za zagładę milionów Żydów ponoszą, oprócz Niemców i Polaków, również inne nacje. W całej Europie istniał bowiem antysemityzm, który doprowadził do tego, że w godzinie próby europejskie społeczeństwa okazały się niedostatecznie zainteresowane ratowaniem swoich żydowskich bliźnich. Idąc tym tropem rozumowania, można uznać, że Holocaust był tylko wierzchołkiem góry lodowej, kulminacją wielowiekowej nienawiści do Żydów podsycanej przez różne ośrodki (z Kościołem na czele).
Warto tutaj przypomnieć pewien istotny szczegół. Drobiazg ten został opisany przez Adama Nawrockiego, twórcę artykułu “Polin – przybrana ojczyzna Izraela”[6]. Autor materiału nie zaprzecza, że Stary Kontynent, w tym Polska, przez stulecia zmagał się z problemem antysemityzmu. Sęk w tym, że o ile w większości państw europejskich niechęć do Żydów brała się z czystego rasizmu, o tyle w Polsce wynikała ona głównie z przyczyn społeczno-ekonomicznych. Polacy nie gardzili Żydami jako grupą etniczną. Obawiali się tylko ich odmienności religijnej i kulturowej.
Wszystko to powodowało, że Żydzi, którzy w Europie doświadczali brutalnych prześladowań, szukali ratunku właśnie w Polsce. Pewien XVI-wieczny rabin stwierdził nawet: “Jeśliby Bóg nie dał Żydom Polski jako schronienia, los Izraela byłby rzeczywiście nie do zniesienia”. Polacy nie są tak antysemiccy, jak utrzymuje Alina Cała. Spójrzmy zresztą na współczesność. To ciekawe, że w “antysemickim” kraju postawa antyżydowska jest powszechnie piętnowana, a wszelkie zbrodnie na Żydach - uznawane za obce lokalnej kulturze. Stąd solidarny sprzeciw Polaków wobec pomówień o współudział w Holocauście.
Rewelacje Grossa
Wróćmy jednak do tematu II wojny światowej. Jan Tomasz Gross, polsko-amerykański socjolog i historyk żydowskiego pochodzenia, namiętnie propaguje opinię, że Polacy dopuścili się rażących zaniedbań, a nawet ułatwili Niemcom zadanie poprzez otwartą współpracę lub „rozprawienie się” z niedobitkami ocalałymi z Holocaustu. Autor ten zawarł swoje tezy w kontrowersyjnych książkach „Sąsiedzi” (2000), „Strach” (2006) i „Złote żniwa” (2011). Przedstawił także swój punkt widzenia podczas wielu wystąpień publicznych.
W trakcie jednego z takich wystąpień[7] Gross oznajmił: „W obrębie tradycji judeochrześcijańskiej przemoc obliguje ludzi i instytucje, które są jej świadkami, do zaangażowania, a konkretnie do tego, żeby się jej przeciwstawić. Każdy człowiek znajdujący się w obrębie oddziaływania przemocy podlega takiemu zobowiązaniu i po to, aby się nie angażować, powinien podjąć stosowną decyzję. Innymi słowy bycie ‘obok‘, niezainteresowanym, niezaangażowanym w stosunku do Zagłady, to postawa wymagająca uzasadnienia, z której trzeba się wytłumaczyć odpowiadając na pytania, które każdy sobie stawia we własnym sumieniu. (…) W Polsce, gdzie podczas okupacji hitlerowskiej wszyscy wiedzieli o losie Żydów, pytanie ‘Co zrobiłeś, aby im pomóc’ jest dopuszczalne w odniesieniu do każdej osoby oraz instytucji, które wówczas były na miejscu”.
Słowa te sugerują, że wszyscy zdrowi Polacy, którzy żyli w czasie II wojny światowej i nie byli wówczas zbyt młodzi, mieli obowiązek ratować Żydów na miarę swoich możliwości. Zdaniem Grossa, każdy, kto nie podjął się dzieła pomocy narodowi żydowskiemu, powinien zostać pociągnięty do odpowiedzialności moralnej. Tok myślenia Jana Tomasza Grossa jest zbieżny z tokiem myślenia Aliny Całej. Socjolog-historyk również wydaje się wierzyć, że gdyby polska ludność cywilna zbuntowała się przeciwko eksterminacji Żydów, to skala Holocaustu byłaby znacznie mniejsza. Jest także przekonany, że Polacy nierzadko wykazywali się złą wolą i świadomie przykładali rękę do zwiększenia rozmiarów tragedii (“ułatwiacze Zagłady“ - oto użyte przez niego sformułowanie. Dostrzegam w tym frazeologizmie analogię do “podżegaczy wojennych“).
Z poglądami Jana Tomasza Grossa nie zgodził się Grzegorz Berendt, przedstawiciel Instytutu Pamięci Narodowej, który powiedział: „Sytuacje, które opisujemy, w żadnym wypadku nie mogą stanowić egzemplifikacji zachowań społeczeństwa, ponieważ nie wiemy, jakiej części społeczności one dotyczą”. Berendt zarzucił Grossowi nadmierną generalizację, krzywdzącą dla Polaków i niepopartą danymi statystycznymi. Zauważył, że Gross wyciąga ogólne wnioski, opierając się na pojedynczych przypadkach. Ciekawostka: konfabulacje socjologa-historyka zdemaskował już kilka/kilkanaście lat temu Jerzy Robert Nowak w książkach “100 kłamstw J.T. Grossa o żydowskich sąsiadach i Jedwabnem” (2001), “Nowe kłamstwa J.T. Grossa” (2006) i “Fałsze i przemilczenia Grossa” (2011). Pan JRN “mocno zmasakrował” antypolskiego paszkwilanta.
Moje zdanie na temat autora “Sąsiadów” jest jednoznaczne. Bez względu na to, czy Gross popełnia błędy metodologiczne, czy umyślnie manipuluje odbiorcami, jego działalność przynosi Polakom szkodę. Mężczyzna zmusza cały Naród, żeby czuł się odpowiedzialny za czyny garstki odszczepieńców: kolaborantów, szmalcowników, pospolitych bandytów itp. Chce, aby wszyscy Polacy, niezależnie od daty urodzenia, nosili w sercu wyolbrzymione poczucie winy. Najmniej miłosierdzia okazuje pokoleniu pamiętającemu wojnę (sam jej nie pamięta, gdyż urodził się w roku 1947). Jest gotów potępić każdego Polaka, który nie przyłączył się do akcji ratowania Żydów. Nawet tego, który - jako zwykły, bezbronny cywil - nie był w stanie nic zrobić. A także tego, który zajmował się czymś innym, np. strzelaniem do Sowietów.
Wyobraźmy sobie taką scenę: czasy współczesne, uroczystość upamiętniająca wydarzenia II wojny światowej. Do mikrofonu podchodzi szacowny kombatant i zaczyna opowiadać o swoich żołnierskich przygodach, w tym o walce z dwoma okupantami. Mówi o obronie Ojczyzny, o ranach i bólu, o tęsknocie za domem, o bitwach i potyczkach. Ludzie siedzą na widowni, uważnie słuchając jego wspomnień. Nagle wstaje z krzesła Jan Tomasz Gross i z oburzeniem krzyczy: “A dlaczego, dziadku, nie pomagałeś Żydom?! Dlaczego patrzyłeś bezczynnie na Zagładę?! Jesteś zbrodniarzem! Masz krew na rękach! Nigdy się z tego nie wykaraskasz! Hańba tobie, i żonie twojej, i dzieciom twoim, i całemu bydłu twojemu!”. No dobra, bądźmy poważni… Gross nie bierze pod uwagę ryzyka, że gdyby w Polsce wybuchło powstanie przeciwko Shoah, Niemcy mogliby je krwawo stłumić, doprowadzając do śmierci zarówno Polaków, jak i Żydów.
Najgorsze jest to, że socjolog-historyk promuje swoje tezy za granicą. W ten sposób zaszczepia cudzoziemcom wypaczony obraz Narodu Polskiego (krzywdząc jednocześnie ich samych. Poddawanie bliźnich “praniu mózgu“ jest nieetyczne, albowiem nikt nie lubi być wodzony za nos). Przeraża mnie fakt, że propaganda w stylu Grossa i jego stronników jest też rozpowszechniana w samym Izraelu. Efekty antypolskiej nagonki można “podziwiać” w filmiku “Co Żydzi myślą o Polakach? Kogo obwiniają za Holokaust? Napisy PL” (YouTube, watch?v=Sqj2ZQhB_ZU). To straszne, że niektórzy przedstawiciele narodu, który tak wiele wycierpiał w czasie II wojny światowej, uwierzyli, iż za martyrologię ich rodaków odpowiadają Polacy. Chciałabym tym ludziom wytłumaczyć, że prawda historyczna różni się od tego, co głoszą nieprzychylne Polsce instytucje. Żal i gniew Izraelczyków są uzasadnione, ale należałoby je przenieść na właściwych sprawców Holocaustu, czyli na Niemców.
Ilu Żydów, w mniemaniu Jana Tomasza Grossa, straciło życie z winy Polaków? Bogusław Wolniewicz[8] pisze, że kontrowersyjny autor sam nie potrafi się zdecydować. Kiedyś podawał liczbę 200 tysięcy. Potem zmienił zdanie i zredukował ją do - bagatela - kilkudziesięciu tysięcy. Wycofanie się przez Grossa z postawionej tezy było jednak ciszą przed burzą, albowiem wkrótce pojawił się Paweł Śpiewak, który zaproponował liczbę 120 tysięcy. To wcale nie jest tak dużo, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że przed Śpiewakiem i Grossem był Szymon Datner donoszący o 250 tysiącach ofiar.
Czy z badania i popularyzowania polsko-żydowskiej historii uczyniono targowisko, na którym każdy może wykrzyknąć preferowaną przez siebie liczbę? Ogromne rozbieżności w publikowanych danych świadczą jedynie o tym, że poszczególne szacunki są mało wiarygodne. Wystawiają też złe świadectwo samym badaczom. Tak czy owak, nikt jeszcze nie przebił Aliny Całej i jej “3 milionów”. Kto da więcej, kto da mniej?
Dwie narracje
Bożena Keff, Helena Datner i Elżbieta Janicka to kolejne przedstawicielki nurtu myślowego, zgodnie z którym Polacy w czasie wojny grzeszyli (uczynkiem i zaniedbaniem) przeciwko represjonowanej ludności żydowskiej. Panie te napisały list otwarty do Komitetu Budowy Pomnika Sprawiedliwych przy Muzeum Historii Żydów Polskich[9]. Wyraziły w nim sprzeciw wobec budowy pomnika obok MHŻP. Stwierdziły, że powinien on stanąć w innym miejscu.
Według Keff, Datner i Janickiej, we współczesnej Polsce istnieją dwie narracje dotyczące relacji polsko-żydowskich w okresie okupacji niemieckiej: „polska” i „żydowska”. Ta pierwsza, szeroko promowana w mediach od marca 1968 r., mówi o tym, że Polacy robili wszystko, co w ich mocy, żeby pomóc mordowanym współobywatelom. W tej narracji podkreśla się zasługi Polaków uhonorowanych tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Druga narracja mówi o czymś zupełnie przeciwnym, a mianowicie o tym, że Polacy byli z reguły obojętni na los Żydów. Jakby tego było mało, niejednokrotnie pomagali Niemcom, uzupełniali ich ludobójstwo własnymi niegodziwościami albo odczuwali zadowolenie z powodu rozwiązania „kwestii żydowskiej”.
Zdaniem autorek listu, Muzeum Historii Żydów Polskich, założone na terenie byłego getta warszawskiego, jest instytucją, która może i powinna reprezentować narrację żydowską. Keff, Datner i Janicka opowiadają się za swoistą emancypacją Żydów polskich. Uważają, że Żydzi powinni mówić własnym głosem, niezależnie od tego, czy podoba się to Polakom. Już dawno skończyły się bowiem czasy, kiedy Żydzi, pozbawieni własnego państwa, musieli się dostosowywać do oczekiwań większości i podpinać pod miejscowy patriotyzm[10]. Pozwolę sobie zacytować słowa, które szczególnie mnie zaniepokoiły. Trzy miłe panie wyraźnie dają w nich do zrozumienia, że nie życzą sobie, aby Ocaleni i ich potomkowie bronili Polaków przed groźnymi oszczerstwami.
“Projekt lokalizacji pomnika Sprawiedliwych obok Muzeum odbieramy z przykrością jako gest zgodny z dawniejszym, diasporowym sposobem działania, gdy Żydzi byli w sytuacji pogardzanej i realnie zagrożonej mniejszości. Czuli się wtedy często zobowiązani, jak sądzili, dla własnego bezpieczeństwa, do uprzedzania i spełniania, prawdziwych lub nie, oczekiwań większości. Te oczekiwania wiązały się z aktami żydowskiej samodegradacji, poniżania się, z potwierdzaniem narracji i przekonań większości przeciwko własnym racjom i emocjom. (…) Niektórzy Żydzi występowali i po Marcu 1968 i wcześniej w obronie tzw. dobrego imienia Polski i Polaków, kierując się życzeniowym myśleniem, konformizmem, czasem (zgeneralizowanymi) doświadczeniami własnej rodziny albo/i pod naciskiem. Dzisiaj nie ma już jednak realnych powodów, dla których Żydzi mieliby włączać się w kolejną oficjalną polską kampanię wizerunkową” - piszą Keff, Datner i Janicka.
Twórczynie listu przekonują, że MHŻP i jego otoczenie, uświęcone krwią żydowską, są swoistą strefą Żydów. Postawienie tutaj pomnika Sprawiedliwych, reprezentującego polski punkt widzenia, byłoby wtargnięciem obcej narracji, przeciwstawnej względem narracji żydowskiej. Co więcej, świadczyłoby o woli skolonizowania tego terenu, podporządkowania go polskim interesom, które nie zawsze są zgodne z interesami żydowskimi (Polakom zależy na obronie własnego wizerunku jako Narodu, który dzielnie walczył z hitlerowcami i niósł pomoc eksterminowanym Żydom. Stronie przeciwnej zależy zaś na podkreślaniu rzekomych błędów Polaków: bierności, znieczulicy, tchórzostwa i nielojalności).
Bożena Keff, Helena Datner i Elżbieta Janicka nawet nie próbują zrozumieć, że nie ma nic złego w tym, aby na polskiej ziemi, obok polskiego muzeum, stanął polski pomnik, upamiętniający polskich bohaterów i promujący polską wersję wydarzeń wojennych. Monument poświęcony Sprawiedliwym nie byłby ciałem obcym na żydowskim terytorium. Nie przypominałby biało-czerwonej flagi wbitej w izraelską ziemię, tylko biało-czerwoną flagę wbitą w ziemię piastowską. Muzeum Historii Żydów Polskich - bez względu na to, jaka jest jego dominująca problematyka - również zalicza się do instytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Nie ma powodu, żeby czynić z niego ambasadę niepolskiej narracji historycznej (i to takiej, która często wymaga reakcji Ministerstwa Spraw Zagranicznych). A taki właśnie postulat wysunęły trzy miłe panie.
Keff, Datner i Janicka kreują się na rzeczniczki mniejszości żydowskiej w RP. I nie byłoby w ich liście może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pomysł postawienia pomnika Sprawiedliwych obok MHŻP był pomysłem samego środowiska żydowskiego. Wygląda na to, że autorki listu, choć piszące w imieniu polskich Żydów, nie reprezentują całej społeczności żydowskiej mieszkającej w Polsce (lub pochodzącej z Polski). Kobiety manifestują własny punkt widzenia, którego nie można utożsamiać ze stanowiskiem całej mniejszości narodowej. Wyrazy oburzenia należy kierować pod adresem twórczyń apelu, a nie zwykłych Żydów, którzy z napisaniem i opublikowaniem tej odezwy nie mieli nic wspólnego. Z drugiej…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Natalia Julia Nowak
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…